I (CXLII) dzień #wspinaczka w ramach #trenujzhejto
#stefeksiewspina
No to zaczynamy, kolejny, nowy rok!
Minęło prawie sześć tygodni od poprzedniej zabawy i... widać. Powrót po tej przerwie będzie bolesny i zapewne pełen frustracji. Wskoczyłem na bulderownię, żeby się poruszać i... no cóż, wiele mnie przerosło. Z zaskakujaco "łatwych" (teraz już nie, hehe) rzeczy spadłem, dziwne rzeczy mnie bułowały. Odrobina zdziwienia, trochę zażenowania sobą, brutalna weryfikacja poziomu wyjściowego.
Szybko się odbuduje, ale początki będą trudne. Z drugiej strony - mam super zabawę na rzeczach, które zwykle pomijam
Trochę drama #wspinaczka #taternictwo , trochę smuteczek, a trochę taki sąsiad, który zdaje sobie sprawę z tego, że samowolka jest szybsza niż ustalanie czegoś z kimkolwiek, a być może jakoś uda się to tak zostawić kosztem jednej czy dwóch awantur.
Jeśli ktoś nie miał okazji czytać, to chronologicznie idzie tak:
Dwóch gości z tego zespołu oświadcza , że to ich stary instruktor i mentor ich namówił, a poza tym te punkty i tak były częściowo do d⁎⁎y.
PZA najpierw twierdzi, że zbada i prosi o wyjaśnienia, a potem cyk, zabiera wspomnianemu instruktorowi uprawnienia do instruktorowania i do obijania dróg.
Tenże publikuje oświadczenie , że on chcioł dobrze, mioł na sercu, na pewno się jakoś dogadamy, trzymajcie się z fartem i bogiem, elo.
Niezależnie od tego, czy słusznie, czy niesłusznie, czy drogi obijać z dołu, z góry, z boku, czy w ogóle nie obijać, takie "mi się nie podoba, więc zrobię co uważam, a potem przeproszę, bo może powinienem się zapytać i ustalić, w końcu rozejdzie się po kościach" pozostawia spory niesmak.
@Statyczny_Stefek czytałem i trochę się dziwię. Obić, ringów czy jak to nazywać niemal nie widać z odległości większej niż 2-3m. Ten sport, zwłaszcza na prawdziwej skale, wielowyciągowej drodze, będzie bardzo rzadko uczęszczana bo to jest "pro level". Ludzie na takim poziomie raczej dbają o naturę i nie zostawiają śmieci ma 200 metrach... Jedyne co do mnie przemawia to bezpieczeństwo: podobno część wyciętych ringów było bardzo źle zamontowana i groziło wypadkiem. Tak czy siak, to nie była jego decyzja do podjęcia i takich (potencjalnie) gównianych dróg w Polsce będzie setki jak nie tysiące. Z czasem, każda trasa wymaga napraw i może być niebezpieczna. Każdy klej z czasem słabnie, stal się przeciera i pęka, a sama skała eroduje. Co mnie dziwi, to fakt, że to nie jest jakiś ktoś znikąd. Zrobienie licencji PZA to lata starań i poziom spinaczki na wysokim poziomie. Mógł śmiało rozkręcać gówno burzę w internecie, aby coś z tym zrobić, ale ciąć ringi to wandalizm.
@boogie Nie dziwię się protestom, bo tu nie chodzi o wygląd, tylko o to, że obita droga staje się znacząco łatwiejsza do przejscia na własnej. To nie są drogi super pro, trudniejsza ma chyba VII+, druga VI+, a ostatnia to w ogóle IV.
Nie dziwię się też konfliktowi między zwolennikami obijania i przechodzenia tradem - ale zmiany to nie powinna być samowolka.
CVI (CXLI) dzień #wspinaczka w ramach #trenujzhejto
#stefeksiewspina
Krótka wizyta w krynicy młodzieżowego entuzjazmu - czyli na bulderowni. Jak tym młodym ludziom się chce tak wymieniać wiedzą, chodzić, mówić, być aktywnym, żyć w ogólności, to ja nawet nie. Jakby nie można było w ciszy łączyć się z pustką nieistnienia i cierpieniem.
Wyjście miało na celu "poruszanie się" w dowolnym znaczeniu tego słowa. Mając to na uwadze popełniłem kilka szóstek (z satysfakcjonującą łatwością!), jedną siódemkę napocząłem, a jedną - bardzo przyjemną, taką techniczną - fleszowałem.
W tym roku już żadnych ambitniejszych treningów nie będzie, zakończymy na kilku wyjściach dla porządku.
Mała korekta licznika, bo okazuje się, że gdzieś zjadłem jeden dzień w codziennym dodawaniu i czternaście w całościowym.
Wczoraj sobie potwierdziłem, że osiągnąłem to, co chciałem we wspinaniu. Czyli od tej pory mogę rozdać szpej, a linę rozpruć i zrobić z niej sznurki na pranie.
Ale po kolei, cofnijmy się kilka-kilkanaście lat. Gdy drżałem na moich pierwszych prowadzonych V+ i wędkowałem szóstki, a czasem nawet szóstki z plusem, wrażenie na mnie robili ludzie, którzy przychodzili sobie i rozgrzewali się na drogach, na których ja wchodziłem na wędkę, albo które (później) prowadziłem z duszą na ramieniu. A potem po prostu bez wysiłku wchodzili sobie na 6b i 6c tak o, w ciągu, bez wyraźnego wysiłku, ot tak swobodnie.
Nadal jeden z (mocno przewieszonych) fragmentów "mojej" ścianki nadal powoduje we mnie radość gdy wchodzę tam nawet po czymś łatwym - ze względu na moje początki, kiedy to "tam" wchodzili tylko ci lepiej wytrenowani.
No i wczoraj był ten dzień.
Przyszedłem sobie i swobodnie (trochę przypadkiem, bo zajęli mi miejsca, gdzie zwykle się rozgrzewam) zrobiłem sobie rozgrzewkę na przewieszonym fragmencie, na "jakimś" 6a. (Kurczę, w ogóle myśl, że będę się rozgrzewał na szóstce kiedyś była nie do pomyślenia). A potem, po rozgrzewce na 6a i 6a+ zrobiłem sobie tak o, bez zadyszki, 6b, a chwilę potem z lekko mniejszym luzem, ale nadal swobodnie, zrobiłem 6c/+.
Potem spadłem kilka razy z 6c+ w innym miejscu, ale to już był trochę koniec paliwa z jednej, a wytłuszczone chwyty z drugiej strony, jest to do zrobienia, satysfakcji mi nie odbierze (w końcu wspinanie to 10% sukcesu w formie wpinania się do łańcucha i 90% sukcesu w formie spadania). Na koniec dobiłem ręce obwodem i akurat skończył się dzień.
Wracając do zdania ze wstępu: zostało mi jeszcze kilka wspinaczkowych celów, czucie się swobodnie na ściance jest przyjemnym przystankiem po drodze. Może je (cele) zrealizuję, bo na razie idzie w tę stronę, a może z czasem zmienię zainteresowanie, któż to wie? Osiągnięcia są najbardziej satysfakcjonujące, gdy wpadają przy okazji, a celem jest sam proces, inaczej skupieni na tym, kiedy i gdzie dotrzemy, przegapiamy całą drogę pomiędzy.
@Piechur Zależnie od fazy treningów jestem od 2 do 4 razy w tygodniu na wspinaniu. Na wzmocnienie co najwyżej robię aktywną regenerację, żeby wszystko się szybciej uspokajało
CIII (CXXVI) dzień #wspinaczka w ramach #trenujzhejto
#stefeksiewspina
Trochę z konieczności dziś na bulderowni. Bez żadnego większego planu, bo teraz po prostu trzeba się dobrze bawić (nie żebym się zwykle kiepsko bawił).
Po chyba miesiącu przerwy od hali bulderowej wróciły do mnie stare myśli: ależ to jest niebezpieczne! I ogólnie... no krótkie, no. Cztery ruchy i fajrant, pffff
Ta duże czarne holdy, V4, kompletnie mnie pokonało. Nie tylko mnie.
Ze mną 3 osoby na zmianę kombinował i nikt nie wiedział jak się przenieść z lewej strony na prawą. Bardzo duży dystans, inne holdy przeszkadzają, ja jestem niski i mi kompletnie daleko do złapania krawędzi przy belce sufitowej. W teorii to jest slope, ale ten biały volume I ten różowy na tym volume niwelują możliwość położenia się na ścianie.
@boogie ale proszę Pana, mi tam ten chwyt nawet nie potrzeny, po prostu robie szybciutko do tego ostatniego. No i tak mam TOP. Mam pokazać jeszcze raz? ( ͡° ͜ʖ ͡°)
A tak serio, to z ciekawości w którym momencie jest największy problem? I jaki poziom trasy bo ciężko wywnioskować.
CII (CXXV) dzień #wspinaczka w ramach #trenujzhejto
#stefeksiewspina
Po tygodniu regeneracji pierwsza wycieczka z liną na ścianę. Pomijając początkowe problemy, bo głowa nie chciała się przestawić na kolorowe chwyty, poszło całkiem nieźle. Celem było ogóle rozruszanie się, ale zrobienie 6b+, 6b i kilku 6a+ to bardzo ambitne i satysfakcjonujące rozruszanie się.
O, a przy okazji wychodzi na to, że wspinałem się w tym roku już przez 100 dni, czyli raz na trzy dni chodziłem gdzieś łazić albo złazić. Miło.
El Chorro to maleńka (kilkuset mieszkańców) wioseczka w Andaluzji. Tym, którym sama nazwa jeszcze niczego nie powiedziała, pozwolę sobie trochę ją opisać w ramach #pomyslnaweekend i #turystyka
Miejsce, położone w miejscu, w którym łączą się Rio Guadalhorce (płynąca wąwozem Desfiladero de los Gaitanes) oraz nadpływający z zachodu Arroyo del Granado słynęło od dawna z dużych wezbrań wody, która podczas większych opadów potrafiła spowodować solidne spiętrzenia poniżej złączenia tych rzek. Postanowiono to wykorzystać na początku XX wieku, gdy to wybudowano łącznie trzy tamy (jedną poniżej wyjścia wąwozu i dwie powyżej) w celu wybudowania tam elektrowni szczytowo-pompowej. Dodatkowo powstała również linia kolejowa przebiegająca tunelami z północy na południe i słynna - początkowo techniczna - droga łącząca oba krańce wąwozu: Caminito del Rey .
Czy jest tam warto przyjechać? Jeśli się wspinasz - tak. Jeśli się nie wspinasz - również tak, ale na krócej.
Zaczniemy od kontynuacji wątku turystycznego: najbardziej znaną atrakcją tych okolic (i jedną ze sławniejszych całej Andaluzji) jest wspomniana Caminito del Rey. Początkowo była to po prostu techniczna droga prowadząca po chodniku wspartym na betonowych podporach osadzonych w ścianie, służąca do transportu robotników i materiałów. Nazwa pochodzi od króla Alfonsa XIII, który osobiście był ją przeszedł na początku XX wieku. Z czasem szlak utracił swoje znaczenie i stał się lokalną atrakcją, którą odwiedzali turyści i - od lat 80 - wspinacze, skuszeni możliwością zdobycia skalnych ścian wąwozu. Degeneracja (i wypadki śmiertelne) spowodowały, że lokalne władze zdemontowały początkowe fragmenty drogi, by ukrócić wędrówki tamtędy. Jak można przypuścić, był to średni pomysł, biorąc pod uwagę fakt, że ludzie, którym próbowano przeszkodzić, umieli się wspinać. Z czasem pojawiły się tam osadzone zabezpieczenia w stylu via ferraty, a niektórzy wspinacze oferowali turystom nawet usługi przewodnicze. Okres od lat 90 do roku 2006 opisywany jest jako "dangerous era", z bilansem prawie 30 śmierci i 70 poważnych uszkodzeń ciała. W końcu lokalne władze postanowiły - w 2006 - odremontować tę drogę i stworzyć z niej atrakcję turystyczną, którą jest do dziś. Cena wycieczki to 10 euro (dzieci poniżej 8 lat nie wchodzą!), bilet do kupienia online ; w cenie jest transfer z parkingu do punktu wejściowego i transfer z El Chorro z powrotem do wyjścia wąwozu, do parkingu. Legenda głosi, że wspinacze, którzy pojawią się tam rano, ze szpejem i potwierdzeniem ubezpieczenia, są wpuszczani za darmo, na sektor znajdujący się pośrodku. Nie sprawdzałem ani tej legendy, ani samego szlaku - w internetach jest mnóstwo fotek i filmów, każdy może zweryfikować czy to atrakcja dla niego. Ilość ludzi i pozytywnych opinii świadczy jednak o tym, że warto.
Drugą z lokalnych atrakcji jest Via Ferrata . Startująca z okolic tunelu kolejowego oferuje bardzo ładne wspinanie, dwa mostki tybetańskie i pięćdziesięciometrową tyrolkę. Zdecydowanie warta uwagi, bardzo ładnie poprowadzona. Sprzęt do VF i bloczek do tyrolki można wypożyczyć w kilku miejscach w El Chorro - ja wypożyczałem w Finca la Campana , tam też można od razu zostawić auto w razie potrzeby. Uwaga, przy zwrocie wypożyczonego sprzętu weźcie pod uwagę sjestę!
Poza wspomnianymi okolica oferuje jeszcze kilka szlaków turystycznych, między innymi szlak prowadzący na górujący nad okolicą szczyt Huma, a także bardzo ładnie puszczony czerwony szlak Ruta Escalera Arabe, prowadząca przez schody o tej samej nazwie.
Gdyby ktoś planował zaliczyć wszystkie atrakcje, to moim zdaniem trzy dni to aż nadto, żeby nachodzić się po całej okolicy i zobaczyć wszystko, co tam jest do odwiedzenia. Widać to też po opcjach zakwaterowania: większość to są kwatery na jeden-dwa dni, gdzie się nocuje, idzie na el Caminito i znika. Jeśli chodzi o zakupy, to na miejscu (podobno) jest sklep, jest też na pewno restauracja - wszystko obliczone pod jednodniowych turystów. Gdyby ktoś chciał coś większego, to w sąsiedniej Alorze (15 minut autem) jest Mercadona, duży, dobrze wyposażony supermarket.
Ale gdyby ktoś chciał się wspinać...
(i tu wchodzę w nudniejszą część, dziękuję, można się rozejść)
El Chorro jest miejscem, w którym pojawiły się jedne z pierwszych obitych dróg na świecie. Pierwsze pojawiły się w latach 80. Sporo wspinania kumulowało się w okolicy el Caminito, obecnie sektorów jest całkiem sporo. Niestety, część z nich jest zamknięta na stałe (ze względu na zachowanie wspinaczy), niektóre są zamykane okresowo (ochrona przyrody) - to można sprawdzić o tutaj .
Poza samą wioską znajduje się kilka sektorów, z których zdecydowanie wartym uwagi jest Desplomilandia, oferująca bardzo ładne, długie wspinanie w dobrej skale i (!) wystawę północną. Niestety, poważnym minusem jest wypolerowanie skał, w przewodnikach część dróg zawiera wprost adnotację o tym, ze jest wyślizgana. W efekcie tego zupełnie odpuściłem znany sektor Frontales.
Z miejsc, które mogę polecić - bardzo warte uwagi są sektory El Corral i wspomniana Desplomilandia. Dodatkowo na El Corral i Escalera Araba (sektor Escalera Suissa) są łatwe wielowyciągówki, które warto odwiedzić.
Topo brałem z wykupionego abonamentu na 27 Crags. Nie jest to najwygodniejsza forma nawigacji, ale drogi powstają na tyle często, że warto mieć aktualną wersję wraz z opisem i ewentualnymi zastrzeżeniami (luźne kamienie, wyślizganie, zamknięcie drogi itp.)
Drogi w okolicy są bardzo ładne, oferują wspinanie w bardzo, bardzo zróżnicowanym terenie, można mieć dosłownie wszystko: od prostych czwórek aż do 9b: przewieszenia, połogi, piony, tufy, zacięcia, płyty... Skała też jest bardzo ładna, przyczepna (!) ale nie ostra (!), gdyby nie jeden pechowy chwyt, na którym w przedostatni dzień przekłułem sobie palec, nie użyłbym w ogóle plastra. Do tego wszystko jest z grubsza w jednej okolicy, więc w grę wchodzą ewentualnie krótkie transfery samochodem lub niedługie (2-3 km) spacery ze szpejem w plecaku. Drogi są bardzo dobrze obite, runouty oczywiście się zdarzają, ale w większości są w łatwym (IV-V) terenie albo w przewieszeniu, więc praktycznie nie było miejsc, gdzie musiałem się zastanawiać co się ze mną wydarzy gdybym się poślizgnął. Dodatkowo wpinki są ułożone z głową, nie ma sytuacji w których wpinka jest daleko przed i tuż za cruxem, każde z potencjalnie "lotnych" miejsc, możemy przejść skupiając się na wspinaniu, a nie na perspektywie upadku.
XCIV-CI (CXVII-CXXIV) dzień #wspinaczka w ramach #trenujzhejto
#stefeksiewspina
Mój pierwotny plan zakładał jedno: nie zepsuć sobie kolanka. Przypomnę, że sobie je nieco przeciążyłem dwa tygodnie przed wyjazdem (ścięgna + łąkotka), co spodowowało ujawnienie się jakiejś starej kontuzji (o której właśnie się dowiedziałem). Okres przedwyjazdowy poświęciłem na intensywną rehabilitację i miałem w sumie jeden dzień faktycznego wspinania (i to lekkiego). Zaplanowałem wspinanie według sprawdzonego rytmu: trzy dni wspinania i jeden dzień restu, max cztery drogi dziennie. To taki system, który jakiś czas temu mi się sprawdził, dzięki czemu nie muszę się zastanawiać nad tym, czy "warto jeszcze jedną drogę?" albo "czy jutro będę zmęczony?": cztery drogi i fajrant.
Niczego sobie nie zrobiłem. Owszem, zdarzały się momenty bólu, kilka razy zrobiłem ruch zanim pomyślałem, ale w większości udało się ustawić tak, że kolano pracowało w płaszczyźnie, w której nie boli. Z perspektywy powyjazdowej: mam wrażenie, że przyjechałem bardziej zrehabilitowany niż wyjechałem. Oczywiście codziennie siedziałem z coldpakiem przez chwilkę, a w niektóre dni musiałem profilaktycznie maźnąć się maścią, ale - wyszło zgodnie z planem. Osiem dni wspinania, dwa dni restu.
Jeśli chodzi o samo wspinanko - to naprawdę, naprawdę jestem usatysfakcjonowany. Do tego stopnia, że robię się nieco podejrzliwy i zastanawiam się, czy te drogi nie są jakoś wyjątkowo nisko wycenione. Zrobiłem życiówkę (w sumie wyrównałem, ale tym razem tak na poważnie): trzy razy bez problemu (i bez "a czy to na pewno tędy, czy nie obszedłem trudności?") zrobiłem porządne, prawie (lub ponad) trzydziestometrowe drogi 6b+ (VI.1+). Dodatkowo wciągałem masowo 6b i 6a+, do tego stopnia, ze na 6a+ zdarzyło mi się rozgrzewać.
Dlaczego więc nie zaatakowałem 6c? W sumie jestem przekonany, że powinno pójść, biorąc pod uwagę, że na poprzednich musiałem się posiłować, ale było to daleko od granicy "maksymalnego wysiłku". Na przeszkodzie stanął mi czas: gdy uznałem, że w sumie warto się wstawić, najpierw nie było do końca w co, bo dostępne w okolicy 6c zawierały w sobie ryzyko rozbicia sobie dupska lecąc z pierwszej lub drugiej wpinki, a potem doszedłem do wniosku, że na koniec wyjazdu nie będziemy się siłowali, życiówki robi się na świeżo, a nie ryzykując, że ambicja weźmie górę nad rozsądkiem i pogłębię sobie kontuzję. Skoro doszedłem do tego poziomu, to jest duża szansa, że mi nie ucieknie.
Za to udało się zrobić kilka wielowyciągówek:
- Three-Sixty (4+): prowadzące na Cerro de Los Hornos, zrobione trochę z ciekawości, a trochę z dostępności, na pałę, ze zbyt ciężkim plecakiem, w sumie nie było to ani najładniejsze wspinanie świata ani najprzyjemniejsze;
- Blue Line (5+): prawie 300 metrów, 12 wyciągów, bardzo ładne, "górskie" wspinanie, z wszystkimi bonusami typu "pomijanie wpinek, bo asekuracja ma chronić tylko przed śmiercią" oraz dbaniem o poprawne prowadzeniem liny na długich, "spacerowych" wyciągach w zróżnicowanym terenie,
- Rogelio (6a+): podobna długość, nieco brzydsze wspinanie, bo trochę zbyt wiele łatwych wyciągów i "transferu" przez teren w trudnościach I i II. W bonusie ostatni wyciąg w trudności III, który był nieubezpieczony i dla którego specjalnie zabrałem z domu kostki. Może i nie było to potrzebne, ale miałem odrobinkę zabawy.
Zakupy zrobione przed wyjazdem: nowa torba na szpej typu "duffelbag" i nowa płachta na linę też się zdecydowanie sprawdziły. Gdy wystarczy po prostu wszystko wrzucić do wora, a nie upychać w plecaku słuchając trzeszczenia szwów, jest naprawdę, naprawdę przyjemniej.
Jedyny minus to weekendy. O ile pierwszy to był weekend Święta Zmarłych (i imprez halloweenowych) i był spokojny, o tyle kolejny to było weekendzicho z wszystkimi bonusami: kamperami zastawiającymi całe parkingi (na parkingu na 30 aut stały cztery samochody i pięć kamperów postawionych tak, żeby nikt nie zaparkował, a nawet gdyby chciał - to na środku stały stoliki i leżaki), tłumami na sektorach (czasem ludzie wspinali się linia przy linii, jak na ścianie wspinaczkowej) i koncertami z muzyką na żywo do późnych godzin nocnych (ale tak serio późnych, do 3 rano). W weekendy robi się dni restowe albo idzie na trekking, zapamiętać.
Dodatkowo jeszcze podsumowanie #stefekpatrzywtalerz
Ze względu na odległość do sklepu zakupy trzeba było zrobić na dwa razy. W efekcie nie kupiłem tego, co planowałem (w Lidlu nie mieli normalnych batoników zbożowych i musiałem posiłkować się podłymi podróbami Twixów), do tego obiady (w zasadzie to większe kolacje) były zbilansowane ale dość obszerne, a do tego ostatnie dni polegały na "oj, kupiliśmy za dużo, przecież nie wyrzucimy", tak że zdecydowanie na brak jedzenia nie narzekałem. Mimo to, w porównaniu z wagą wyjściową jestem "w górę" około kilograma, z czego większość, jeśli nie całość, to zatrzymana woda i nadmiar leżący luzem w jelitach, tak szybko to się nie tyje. Trochę celowo, trochę z musu (i lenistwa) odpuściłem sobie bilansowanie i wpisywanie wszystkiego w apkę: zobaczymy co mi wyszło z takiego odżywiania się na czuja. W ciągu kilku dni powinno mi się wszystko elegancko wyrównać i uzupełnić, więc postaram się wrzucić jakąś aktualizację. Chyba że zapomnę, to nie. Albo chyba że nie będzie mi się chciało, to wtedy też nie.
Podsumowując: wyjazd wyjątkowo udany, nie spodziewałem się tak dobrych wyników, tak przyjemnego i efektywnego wspinania. Czytanie skały, korzystanie z chwytów, technika wspinania zdecydowanie poszła w górę, co na pewno jest wynikiem częstszego bulderowania i szukania nienajprostszych rozwiazań. Do tego forma zdecydowanie na plus.
XCIII (CXVI) dzień #wspinaczka w ramach #trenujzhejto
#stefeksiewspina
Ostatnie wyjście przed wyjazdem i jednocześnie pierwsze wspinaczkowe po kontuzji. Kolano działa, ale widzę, że będę musiał unikać części ruchów. Na obwodach było całkiem spoko, ale tam miałem pełną kontrolę nad tym gdzie chcę postawić stopy. Prawdziwy teren może to boleśnie zweryfikować i zdegradować mnie do roli samobieżnego punktu asekuracyjnego.
W zasadzie to samo podejście pod skały może to zrobić, bez wspinania nawet.
XCII (CXV) dzień #wspinaczka w ramach #trenujzhejto
#stefeksiewspina
Ciężko nazwać to wspinaniem, ale w sumie trening wspinaczkowy i w miejscu, gdzie się ludzie wspinają więc...
Kolano nadal odpoczywa, ale na szczęście sprawne (przynajmniej częściowo) ramiona pozwoliły mi się doszczętnie zniszczyć na chwytotablicy, kampusie i po prostu na drągu. I odpychając się od gleby.
Kupiłem sobie papucie do #wspinaczka i dostałem od kolegi jego stary woreczek na magnezję, teraz jestem poważnym wspinaczem, wczoraj byl test, buty chyba dobrze dobrałem, 27tras zrobilem, myślałem, ze beda większe zakwasy, ale jestem w stanie podnieść szklankę wody xd #bouldering
@Dynamiczny_Edek aha, dobrze wiedzieć xd ale to chyba raczej jakies pojedyncze jednostki, czy raczej większość? Ludzie juz nie mają sie czego czepiać, tylko nazwy drogi/problemu.. ale tacy ludzie chyba sa we wszystkich grupach sportowych
XCI (CXIV) dzień #wspinaczka w ramach #trenujzhejto
#stefeksiewspina
Zaległy wpis z poniedziałku. Ale w sumie mi się nie spieszy. Pamiętacie, jak w piątek pisałem, że miałem wspaniały dzień wspinaczkowy, wszystko wchodziło, siłowe przechwyty jak miodzio i w ogóle? No, to wola i motywacja pozostały wysokie, ale najwyraźniej opakowanie nie nadążyło. Kolano powiedziało "przerwa".
Co prawda w poniedziałek poszedłem kontrolnie się pobawić - i wszystko się da, legancko, tego. Może i z przeprostowanym lekko kolanem, może i bez ruchów skrętnych, ale obwody - bo akurat i tak miałem je w planie - zrobiłem bardzo ładnie (szczególnie że gdy noga nie nadąża, to trzeba kompensować rękoma, nie?).
Rąk na szczęście nie popsułem, ale zrobię sobie tak z tydzień przerwy od używania kolana w niecnych celach. Rąk mi nie urwało, więc na kampusie dam radę sobie sprawić ból, tag pompeczkowy też się nie obrazi.
A tak to, cóż: nic tragicznego się nie stało, trochę przeciążenia, trochę opuchnięte, trochę dowiedziałem się, że moja bujna, rowerowa przeszłość mogła mi załatwić uszkodzenie łąkotki (które się trochę zaktywizowało), więc teraz w domu smaruję, chłodzę, rehabilitacja i magiczne lasery, prądy i hipnoza (#pdk) - i czekamy sobie. Już w sumie nie boli jak chodzę (albo czasem kłuje), więc powoli, powoli.
Eh, urlop sie kończy, wracam do Polski, ale to byl wyjazd, pierwsze wspinaczki na ścianie, troche kanionów, opalania i oglądania rybek pod wodą z maska i pita gyros, ja nie chce wracac ( ͡° ʖ̯ ͡°) #wspinaczka #urlop #grecja
XC (CXIII) dzień #wspinaczka w ramach #trenujzhejto
#stefeksiewspina
Tak to można chodzić. Udało się wyjść zaraz po pracy, o 15:00. Cała bulderownia pusta, a do tego były świeże przekrętki.
No i wszystko wchodziło, tak jak powinno: sflashowałem jedną siódemkę, jedną zrobiłem w drugiej próbie, jedną zrobiłem prawie do topu (bo nie, nie będę skakał do olbrzymiego oblaka będąc trzy metry nad materacem), dołożyłem do tego kilka fajnych i technicznych szóstek. Dwie i pół godziny sytego bulderowania.
@Statyczny_Stefek na mojej sali, na automatach nie zmieniło się nic chyba już ze 2 miesiące... Teraz nie wiem, zaczynać nowy projekt, czy olać bo zmienią (może) tydzień xD Trochę irytujące, że nie ma jakiegoś plany / kalendarza co i kiedy planują zmieniać.
Nie jestem zwolennikiem wspinaczki bez asekuracji: i nie rozumiem po co to robić (ale dobrze, każdy ma swoje powody), i tym bardziej nie widzę powodu żeby się zachwycać (szczególnie że te wspinanki po budynkach to relatywnie prosta i powtarzalna rzecz). A jeśli robimy z tego wielkie wydarzenie inne niz filmik na YT z dronami (i ewentualnie aresztowaniem), to coś robi się nie tak.
Trochę do swiata, a trochę do samego siebie (mając na uwadze osiągnięcia Honnolda) mogę napisać: stop making stupid people famous.
@Statyczny_Stefek to dosyć zabawne bo Banot w sumie nie jest wspinaczem w sensie wspinaczki sportowej i praktycznie wcale nie produkuje takiego contentu. Ja rozumiem Magnus czy Eric Karlsten xD
Solówki Honnolda w skałach, czy nawet tego gościa (nie pamiętam nazwiska), który regularnie żywcuje na Jurze, to osiągnięcia. Można dyskutować czy to warte ryzyka, ale nikt nie podważy sportowej jakości.
Wchodzenie na budynek to powtarzalne ruchy z piętra na piętro, zresztą nawet w artykule masz to napisane.
@Statyczny_Stefek zgadam się, nikt mnie tak nie drażni jak i pseudowspinacze, wyobraź sobie że siedzisz w kiblu na dwójeczce w swoim apartamencie na 20 piętrze a tam po drugiej stronie jakiś frajer zagląda do środka. Ponadto:
- angażowanie ratowników, strażaków - służby mają co robić w tym czasie
- korzystanie z czyjegoś mienia (budynek, infrastruktura) bez uzgodnienia i niezgodnie z przeznaczeniem
- znając "sondy" to pewnie jeszcze dochodzenie kwestii odpowiedzialności / właścicieli / administratorów budynków w postępowaniach prokuratorskich / sądowych jak głupek spadnie i głupi ryj rozwali
- koszty związane z zabezpieczeniem budynków przez przyszłymi amatorami pseudowspinaczki
- kolejni debile powtarzający wyczyny "idoli"
- koszty dostosowania prawodawstwa (zakazy, wydalenia z kraju) do panów wspinających się inaczej