Jak oceniacie bycie singlem po 30? Nie mówię o świętych mnichach z wykopu, ale raczej, że po prostu nie mamy żony/męża. Mam poczucie, że to może być teoretycznie najlepszy czas w życiu kiedy ogarnęliśmy psyche, kase, zdrowie i kariere. No, ale z drugiej strony jak ktoś chce zostawić po sobie coś więcej niż tylko dom, np dzieci no to mega lipa, bo nie powinno się mieć raczej gównażerii później będąc za starym, bo się duże jarzmo nakłada na dzieci kiedy dorosną (jesteśmy w sędziwym wieku),
@JakTamCoTam 30-39 spoko. Cisza, spokój, imprezy ze znajomymi, libacje z kumplami, skakanie z kwiatka na kwiatek. Ale po 40 trochę już uwiera. Przydałaby się kobieta, ale ja ani wyglądny, ani kasiaty... Może psa kupię?
Nie ma nic złego w byciu samotnym jakiś czas, ale że jesteśmy gatunkiem stadnym, to niestety na dłuższą metę samotność czyni życie chujowym i smutnym. Prawdą też jest że im człowiek starszy to trudniej mu kogoś znaleźć, bo raz - wszystko dobre już dawno zaklepane, a dwa - im jesteś starszy tym trudniej się idzie na jakiekolwiek kompromisy, a to niestety konieczne we wszelkich niepatologicznych relacjach...
Kto trzeci sezon probuje strzelic bramke ze strącenia? No ja.
Kto dzisiaj strzelil taka brameczkę, ze az bramkarz zaczął klaskac parkanami? No tez ja
Pierwszy sezon to sie cieszylem jak trafilem w krazek w locie. W drugim mialem kilka strącen ale obok bramki albo na bramkarza. Dzisiaj pięknie siadło. Oczywiscie jakaś gównogierka w ktorej nikt nawet nie liczy bramek ale i tak czlowiek sie czuje jak jakis zawodnik NHL. Generalnie polecam mieć jakąś pasję. Róbcie to co przynosi wam radość, bo przez takie male, nic nie znaczące rzeczy życie jest od razu piękniejsze
Dla niehokejowych ludzi zamieszczam filmik poglądowy.
Obrałem go w miarę możliwości ze skojarzeń związanych z #buddyzm #zen i starałem się zostawić samo #mindfulness tak, żeby mogło się to przydać większej ilości osób.
Będzie to trochę o #rozwojosobisty i trochę o #dobrenawyki i też trochę o #rozwojduchowy
Punktem wyjścia było doświadczenie, które zrobiłem sam na sobie: mocno zwiększyłem dzienną ilość czasu poświęconą na medytację. Z 10-30 minut z niewielkimi odchyleniami w górę - do stabilnego ~90 minut dziennie, a często więcej. Dlaczego i po co? Ciekawość badawcza. Wiele moich decyzji życiowych dotyczących zmiany nawyków zaczęło się od "a spróbuję i zobaczę jak to zadziała". W tym wypadku zadziałało, zapraszam.
Struktura będzie następująca: krótkie, ogólne wprowadzenie, wnioski, a dopiero w kolejnych akapitach przejdę dopiero do tego jak to można ogarnąć czasowo (bo wiem, że samo jednorazowe półtorej godziny to dla wielu osób już ekstremum).
W ogólności samo mindfulness (tłumaczone, chociaż imho trochę koślawo, jako "uważność") polega - pozwolę sobie na uproszczenie - na byciu "tu i teraz". Wśród jego plusów wymienia się: poprawę koncentracji, uspokojenie, redukcję stresu, rozszerzenie percepcji, radzenie sobie z myślami (również natrętnymi), lepsze radzenie sobie z emocjami i poprawę ogólnego stanu psychicznego (tu ważne zastrzeżenie: sama praktyka medytacyjna nie zastąpi wizyty u terapeuty, ale może pomóc w trakcie i po terapii).
Nasze umysły ciągle sobie pracują, przeliczając i knując niezależnie od naszej woli. Sterują różnego rodzaju chemikaliami, które wpuszczają nam do krwi, włączają różnego rodzaju zwierzęce mechanizmy (z których bardziej znanym jest "walcz lub uciekaj") i ogólnie zachowują się jak małpa w pokoju sterowania, odrywając nasze myśli do rozpatrywania nierealnych scenariuszy zagrożenia lub ryzyka, analizowania przeszłych sytuacji albo np. tworzenia zmyślonych scenariuszy przyszłości. Nie wszystko z tego jest nam potrzebne, nie wszystko jest potrzebne codziennie, za to często przeszkadza albo wręcz przeciwnie, oszukuje nas swoją pomocnością (choćby strzały dopaminy po dobrym skrolowanku Hejto). Uważność pozwala nam m.in . na śledzenie tych procesów: złapanie momentu uciekania w oglądanie "filmu" z sobą samym w roli głównej podczas spaceru, zidentyfikowanie automatycznej reakcji na jakieś bodźce albo uchwycenie uciekania w jakieś myślowe - zbędne - labirynty. Nie jest to łatwe i wymaga cierpliwości, a w kontekście medytacji nie bez powodu używa się określenia "trening medytacyjny", bo liczba podobieństw jest zaskakująco duża: nasze możliwości zmieniają się na plus w miarę kolejnych sesji, regularność zawsze popłaca, a nawet można się "przetrenować", jeśli ktoś za bardzo pójdzie na żywioł.
Jakie zauważyłem u siebie zyski po miesiącu?
Lepsze wejście w medytację. Czasem potrzebowałem kilku minut, które poświęcałem na liczenie oddechów, by mieć "kotwicę", która mnie utrzyma pośród wody rwących myśli, dopóki one się nie uspokoją. Teraz praktycznie w każdym momencie z "hehe" do "not hehe" przechodzę dosłownie z sekundy na sekundę.
Identyfikacja natrętnych myśli dowolnego rodzaju. Zauważalnie szybciej (a w większości od razu) zauważam, że myśli gdzieś uciekają w bok (często zanim w ogóle uciekną) i mam chwilę na to, żeby każdą myśl obejrzeć i zastanowić się, czy należy jej poświęcić czas.
Brak "walki" umysłu, gdy zabieram mu "zabawkę": żadnego "no weź, chodź jeszcze chwilę sobie o tym pomyślimy, to było fajne" albo "nieee, ja chcę jeszcze chwilę, to było satysfakcjonujące, znowu będziemy się nudzić bez sensuuuu".
Identyfikacja różnego rodzaju automatycznych reakcji, w większości zanim poirytowanie lub cokolwiek innego wyjdzie na zewnątrz. Zauważam nietypowe zachowanie i analizuję. Na (uproszczonym) przykładzie poirytowania: czy konkretnie mam jakiś powód do bycia zirytowanym [czymś?] - Nie. Czy wobec tego coś, co się wydarzyło wyzwoliło jakąś automatyczną reakcję utrwaloną przez jakiś nawyk? - Ano nie. No dobrze, czy wobec tego w kupie mięsa, w której mieszkam, dzieją się jakieś chemiczne rzeczy i potrafimy je zidentyfikować? - O, coś się da, pomyślmy. No dobra, mamy wynik: jesteś głodny, zjedz coś i nie marudź.
Zmniejszenie czasu poświęcanego na internety. Nigdy nie było tego wyjątkowo dużo (chociaż nie wiem, nie porównywałem sobie długości z nikim), nie mam na telefonie apek społecznościowych, ale tak czy inaczej udało mi się zauważalnie ograniczyć czas, który poświęcałem na mniejsze lub większe "zombie scrolling" albo delikatne FOMO.
Więcej zadowolenia z prostych czynności. Użyję daleko idącej analogii "jeśli idę zdobyć dwa szczyty w górach, cieszę się dwa razy, jeśli idę przejść się po górach przez dwa szczyty - dobrze się bawię cały dzień". W codziennym życiu mówimy o prostych rzeczach takich jak chowanie naczyń, pranie, spacer do sklepu - gdzie punkty docelowe "powieszone pranie", "jestem w sklepie" przetykane są nudną "drogą do sukcesu", którą można (przecież) poświęcić na myślenie o "lepszych rzeczach". Nie oznacza to, że szczerzę się z radości jak idiota, bo los skierował mnie do wyrzucenia śmieci, bo to przecież kolejna przygoda życia, ale wyrzucenie śmieci to po prostu wyrzucenie śmieci: rzecz do zrobienia, jest, jaka jest (tutaj trochę rozrabia Zen wskazując, że wartościowanie dobry/zły nadajemy świadomie i nie jest ono zawsze potrzebne).
Mniej dni "życiowego idlowania" - takich, które się kończą i w sumie nie wiem co w nich robiłem, ale jestem zmęczony i nagle jest wieczór. Wiąże się to z punktem 6 powyżej: jeśli dzień składa się praktycznie wyłącznie z drobnych, "nieistotnych" czynności, to zauważając je po kolei mam świadomość tego, co się działo i dzień jest "zakończony" pozytywnie, bo wiem, co konkretnie robiłem i że to "coś" nie było nieistotne i pomijalne.
Jak to wszystko pogodzić z zegarkiem i życiem?
Rzadko ktoś ma czas na to, żeby poświęcić na robienie "niczego" półtorej godziny i nie jestem tu wyjątkiem. Na szczęście nie ma obowiązku ogarniania tego w jednym rzucie, nikt tego nie sprawdza. Możemy sobie podzielić to na krótsze sesje w miarę możliwości i dostępnego czasu.
Poniżej przykład tego, jak zrobiłem to ja.
Podstawowe założenia takiej pojedynczej rundy praktyki mam trzy:
Określony czas: od-do. Nie ma "będę siedział aż się nasiedzę", tylko zawsze jest to określony z góry czas. Czasem na stoper, czasem pamiętam godzinę startu.
Zamiar i zdecydowanie: teraz, konkretnie teraz zaczynam. Nie "o, przypadkiem siedziałem bezmyślnie 20 minut".
Przynajmniej 10 minut. Wiem, że niektóre wprowadzenia do medytacji proponują "chociaż trzy minuty" albo "pięć minut dziennie" - i nie ma w tym nic złego - ale dla mnie te 10 minut to taki na tyle długi czas, żeby mieć formalną pewność, że nie zrobię niczego po łebkach.
Mając powyższe na uwadze zejdziemy sobie (ale tylko powierzchownie) do Zen, który wyodrębnia trzy podstawowe rodzaje praktyki: zazen (medytacja siedząca), kinshin (medytacja chodzona) i samu (medytacja poprzez pracę).
O ile dwa pierwsze są w miarę oczywiste, o tyle trzeci - praktyka poprzez pracę - wymaga zastrzeżeń z punktów 1 i 2, żeby nie była po prostu "uważnym" wypełnianiem obowiązków. Tutaj sam dokładam sobie jeszcze jedno obostrzenie: zajęcie musi być proste, powtarzalne, nie pochłaniające myśli i uwagi.
Jak to wygląda czasowo? Różnie. Najwięcej czasu poświęcam na medytację siedzącą i chodzoną (a jestem człowiekiem, który jak może gdzieś podjechać autem, to idzie z buta, bo tak do godziny to nadal "krótki spacer"). Pilnuję za to, żeby codziennie przynajmniej jedną rundę przesiedzieć, bo medytacja siedząca jest filarem, który wymusza pełnego uspokojenia umysłu; chodzona (nawet po sali albo pokoju) poprzez zmienność tego, co mamy przed oczami daje mózgowi jakiś bodziec, który go satysfakcjonuje w swej zmienności i uspokaja. Siedzenie wpatrzonym w podłogę lub - tak jak Bodhidharma - w ścianę, wymusza większe skupienie i czyni praktykę zarówno trudniejszą, jak i bardziej efektywną (i satysfakcjonującą).
Podsumowując: <głosem Walaszka> warto było.
Nie potrzebowałem szukać czasu kosztem innych aktywności (no, poza zyskami z mniejszego używania telefonu/laptopa), wystarczyło po prostu wykorzystać ten czas, który już poświęcam w ciągu dnia na proste zajęcia (lub który spędzam "bezczynnie").
Warto zacząć w ogóle, warto spróbować wydłużyć. Niestety, jest to trening, więc efekty są widoczne po jakimś czasie, ale zyski są zdecydowanie warte "cierpienia".
W komentarzu załączam (z krótkim omówieniem) film przygotowany przez szkołę Kwan Um, który troszeczkę omawia ten temat. Nie linkuję go tutaj, bo nie chcę, żeby "odstraszał" jako miniaturka.
Linkuję film , który na pierwszy rzut oka jest nie na temat, bo mówi o dwóch aspektach praktyki Zen: samadhi i pradżni. Sądzę, że na potrzeby moich wypocin z posta powyżej można go "ześwieczczyć" i wykorzystać jako omówienie narzędzia, którym jest medytacja.
O ile omówienia z punktu Zen i tak bym się nie podjął, o tyle na uproszczenie mogę sobie pozwolić (zawsze ceniłem sobie swoją ignorancję xD ).
Użyte w filmie terminy (przyda się mieć pod ręką):
- samadhi: stan świadomości i głębokiej koncentracji podczas medytacji
- pradżnia: mądrość, która jest efektem regularnego treningu medytacyjnego.
Wykład wskazuje, jak te dwa byty zależą od siebie i jak potrafią wpłynąć na nasze życie. A także jak poprawny trening medytacyjny i życie poza nim pozostają (lub mogą pozostawać) w równowadze.
Na koniec cytat (wymieniony w filmie) z mistrza Zen Bojo Chinula, który wskazuje, jak wykorzystać trening medytacyjny w codzienności:
1.5 tygodnia od ostatniej dawki leków.
Pierwsze dni miałem zjazd, czułem się gorzej.
Od wczoraj jednak, coś się zmieniło. Zaskoczył jakiś trybik.
W pracy miałem dobry humor, po pracy trochę zjazd (jak zawsze), będąc w mieszkaniu zrobiłem dokładnie to, na co miałem ochotę. To było coś na pograniczu odzyskania kontroli nad własnym życiem, a znalezieniem tego jednego puzzla, którego brakowało w układance.
Co do odzyskania kontroli.
Przedwczoraj przeczytałem coś banalnego, ale bardzo potężnie działającego w moim przypadku.
Jeżeli coś trwa krócej niż 2 minuty - nie zwlekaj i zrób to odrazu.
Jestem pod wrażeniem, bo to zdanie właśnie daje mi poczucie kontroli nad własnym życiem.
Druga zasada, którą zacząłem się kierować, to nie marnowanie swojej energii.
Na ludzi, niepotrzebne rozmowy, small talki z osobami, które nie są lustrem, tylko gąbką.
Jeżeli nie będzie to tylko chwilowy skok sinusoidy samopoczucia, to będzie to dla mnie najpiękniejszy rok w życiu, bo wcielę w rzeczywistość to co probowałem wypracować przez ostatnią niezliczoną liczbę godzin, będąc jednocześnie ciągniętym na dno przez własne emocje.
Odstawiłem jakiś czas temu, bałem się bo to chyba trzecia próba. I co? Chyba trzeci miesiąc i jest dobrze. Są zjazdy ale chwilowe, mam do nich prawo. Nie zawsze muszę się czuć idealnie, obserwuję i mylsle skąd się wzięło i jakie emocje temu towarzyszą ( oczywiście bez przesady). Metoda 2 minut za⁎⁎⁎⁎sta, jak coś można zrobić odrazu to robię, potem się nie nawarstwia i jest luźniej. Cieszę się z odstawienia bo mam poczucie większej kontroli i dostępności do odczuć
Z mojego podwórka sprawy które pomogły (a nuż się przydadzą)
1. Zasada 2/3/5 minut - czyli to, co opisujesz. Bardzo silne narzędzie. Ot, bierzesz się do roboty jeśli ma to trwać dwie minuty.
2. Higiena - czyli to, co opisujesz. U mnie jest to codzienna "walka" o wysyłanie skupienia w kierunki, które mnie wzbogacają.
3. Zrozumienie, ze jest to procent składany. Chyba równie silne, co punkt 1. Okazało sie, że nie idę z tą samą prędkością, a szybciej i szybciej. 10minut medytacji może zmienić caly rok. Jedno zdanie może zmienić trajektorię. Idź, idź, idź. Tam będzie więcej.
4. Natura vs. Sztuczne otoczenie: Bycie w naturze, chodzenie boso po powalonym drzewie, szyszkach, dotykanie śniegu. Jak wchodzę do lasu to po 30 minutach jestem innym człowiekiem, ale czasem trzeba "wytrwać" te 20-30minut.
5. Zasada 20-30 minut. Kiedyś wyczytałem, że 20 minut dość szybkiego spaceru to istotna granica, która zmienia bardzo dużo w samopoczuciu - jak mniemam endorfiny, itd. Zgadzam się z tym w 100%. Jak wyżej - czasem trzeba wytrwać te 20-30min w marszu.
6. Załączona książka, która jest niesamowia i polecam, polecam, polecam.
7. Suplementy - kreatyna, ashwaganda, B6, Magnez. Warto poczytać o efektach niedoboru magnezu.
8. Tylko zdrowe relacje i asertywność. Trujemy się? Z miłością, ale żegnam, odchodze, zawijam się, bez żalu, bez agresji.
@Dudleus Bierzesz ten poradnik zbyt dosłownie, przez co zmierzasz do wizerunku typu "dobrze ubrany ale zjebany".
Przede wszystkim kreowanie swojego wizerunku to powinna być powolna ewolucja, zatem twój styl powinien tworzyć w naturalny sposób razem z tobą.
W oparciu o twoje poprzednie wpisy naprawdę polecam Tobie pozwolić sobie na rozwój, nie bać się próbować zawierania nowych znajomości, pozwolić sobie te relacje rozpier*#%$@ i wyciągnąć wnioski. Wdrażać te wnioski na bieżąco i jest duża szansa że rozwiniesz się w stronę przyjemnego faceta. Razem z tym procesem w naturalny sposób też zaczniesz wytwarzać swój wizerunek.
Mówię to z własnego doświadczenia i doświadczenia masy osób z mojego otoczenia.
Bo rozwojowy świr z discorda mi kazał. Szczerze to rozwowjoje książki mnie męczą i dłużej schodzi mi z ich czytaniem, oraz robię dłuższe przerwy zanim następną przeczytam.
O samej książce:
Dla mnie wszystkie książki rozwojowe mają ten sam opis: po nich twoje życie się odmieni na lepsze wszyscy będą cię lubić i osiągniesz same sukcesy.TA KSIĄŻKA TO INWESTYCJA W PRZYSZŁOŚĆ.
Poradnik ma na celu uzależnienie od dopaminy dostarczanej z kompletowania naszego ubioru.
Pretensjonalny styl wypowiedzi, mówiący, iż Polscy mężczyźni nie potrafią się ubierać, boją się zmienić swoje życie, nie chcą eksperymentować więc przez to są nikim a autor jest człowiekiem sukcesu. Po tym widać, że pisał to specjalista, bogaty człowiek.
Historia ubrań mnie nie interesowała.
Brakuje rozwinięcia znaczenia kolorów, co jest zawsze na podstawach marketingu a tutaj tylko co granatowy oznacza. To wiąże się z brakiem bibliografii, w której będą podręczniki, badania psychologiczne nt. wyglądu. Jest tylko spis obrazków i nic więcej. Więc dla mnie całość opiera się na chłopskim rozumie autora. Każdy inny poradnik, który czytałem czy to z zakresu komunikacji, inwestowania zawierał bibliografię.
Występują przeświadczenia, że szorty są niegodne i mężczyzna ma zakrywać nogi. Szczerze to nie spotkałem się z czymś takim, ale to dlatego, że pochodzę z skrajnej biedy a nie elity.
Refleksje po przeczytaniu:
Muszę się pozbyć wszystkich swoich ubrań i zastąpić je odpowiednimi zestawami, na co wydam kilkanaście tysięcy. Żeby dopasować zestawy muszę całe ciało włącznie z twarzą pomierzyć( Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się nad wymiarami twarzy jedynie swój wzrost znam i rozmiar buta xD). Ilość detali mnie szokuje, mocno zniechęca.Należy bacznie sprawdzać sploty każdego materiału, detale bo jak będzie najdrobniejsza niedoskonałość to wszyscy będą widzieć i traktować mnie źle. Mimo nie noszenia okularów to wypada je kupić bo dobrze dopasowane dadzą korzystny efekt.
Wszystko po to by się podobać babom z HR i przyjęły mnie do roboty za minimalną w kołchozie, super nie...
Tak samo kobiety. Nie mam szans pogadać z żadną nie dlatego, że jestem głupi i chory psychicznie tylko przez złe ubrania.
Nie bywam w większości okoliczności gdzie trzeba mieć te ubrania jak: bankiet, kino, filharmonia, spotkanie biznesowe, kolacja, randka z kobietą, wyścigi konne, gra w polo, śluby, własnego nie będę mieć. Nawet na spacer musisz mieć wszystko dobrze dopasowane bo jeszcze ktoś cię spotka i oceni.
Nie wyobrażam sobie ćwiczenia na siłowni w strojach, które są opisane jako "sportowe".
Prywatny eksperyment:
Na targi pracy ubrałem się w szary sweter, szare spodnie i brązowe buty garniturowe u mnie mówi się pantofle na to. Sprawdzałem czy długość ubrań się zgadza i zgadzała.
Efekt: żadna dama z HR nie traktowała mnie lepiej niż studenta ubranego w niechlujnie dopasowane dresy.
Szczerze mówiąc nie pamiętam sytuacji, w których: przyglądałem się ludziom jak mają dopasowany kołnierz, długość marynarki, długość nogawek, szerokości krawatu itp. jeszcze oczywiście w innych krajach inaczej dostosowują długość nogawki
Z całym szacunkiem ale to nie jest książka rozwojowa xDDD
Blog Kędziory śledzę od samego początku, nigdy nie kołczował i wciskał kitu. To poradnik jak się ubrać w zależności od okazji, na co zwracać uwagę podczas zakupu ubrań. Poza tym jest wielkim fanem second-handów rzeczy używanych
Przez lata siedziałem cicho jak mnie coś wkurwiało, i zwykle unikałem kłopotów.
Po latach wypracowałem jakąś pewność siebie, i dzisiaj po raz pierwszy zwróciłem uwagę chujowi który nie posprzątał po swoim psie. Zapytałem "Posprząta Pan?" a ten sie tylko popatrzył, i nic nie powiedział tylko poszedł dalej.
C⁎⁎j mu w d⁎⁎e, i też odszedłem - ale chociaż coś powiedziałem. Myślałem o znalezieniu gdzie mieszka (bo mieszka w mojej klatce) i wysmarowaniu mu klamki tym gównem, ale to chyba nie jest najlepszy pomysł xD
Ja kiedyś do baby, która zostawiła gówno po swoim psie na chodniku, zawołałem z przeciwka: "Zesrała się pani na chodnik!". Oczywiście nie sprzątnęła i przyspieszyła kroku.
@dolchus Jak w robocie pytam chata o jakieś gówno programistyczne to mi po prostu odpowiada zamiast pisać "call?" i truć d⁎⁎ę przez dwie godziny. Też wolę z nim gadać niż z kolegami xD
Ta książka naprawdę działa! Jeszcze podczas jej czytania udało mi się wyrobić pierwszy nawyk - sięgania po książkę podczas jazdy autobusem do pracy.
A tak już poważniej i mniej entuzjastycznie, to tak, krótkie rozdziały zdecydowanie pomogły w codziennym wypełnieniu czasu - z reguły udawało mi się przeczytać cały rozdział, a do pracy mam jakieś dwanaście minut autobusem. Do tego stopnia, że złapałem się na tym, że zamiast przeglądać internet, wolałem przeczytać kilkanaście stron książki.
To też udowadnia jedną z teorii ułatwiających budowanie nowych nawyków - zacząć od prostej rzeczy. Chcesz codziennie czytać książki? Zacznij od przeczytania chociaż jednej strony. Raz, że nie wydaje się to trudne - jedna strona to ile, minuta dla przeciętnego człowieka? Dwa, że powoli uczy systematyczności. Trzy, że ta minuta na ogromną szansę zamienić się w następne.
Pokazuje to też, że metodą małych kroków można dojść wszędzie. Budowanie nowego nawyku lubię porównywać do wchodzenia na szczyt góry. Krok po kroku, w swoim tempie, zmierzamy ku sukcesowi. Nawet jeśli się potkniemy (opuścimy trening/odpuścimy dzień diety czy cokolwiek), to najważniejsze jest to, żeby jak najszybciej odzyskać równowagę (wrócić do tworzącego się nawyku) i kontynuować wędrówkę. Czy zajmie nam to godzinę według znaku na szlaku czy trochę więcej, to bez znaczenia.
Dzień po dniu, rozdział po rozdziale udało mi się przeczytać całą książkę. Zajęło mi to znacznie więcej czasu, niż jakbym czytał także po pracy (co robię w przypadku innych książek). Chodziło mi jedynie o sprawdzenie i udowodnienie sobie, że można zamienić przeglądanie internetu podczas podróży do pracy na czytanie książki. Doprowadziło to do tego, że postaram się wykorzystać tę metodę także w przypadku innych nawyków, które chciałbym w sobie wyrobić.
Najważniejsze jednak jest nieodpuszczanie, szczególnie w dni, kiedy nie jesteśmy zmotywowani, nie mamy na nic ochoty albo jesteśmy bardzo zmęczeni. To wtedy, kiedy nam się nie chce, ale jednak zdecydujemy się zrobić to, co powinniśmy, kształtuje się nawyk - oraz charakter. Że lepiej zrobić coś na pół gwizdka, niż nie zrobić w ogóle.
Autor oprócz przedstawienia, jak kształtuje się nowy nawyk, pokazał także, jak pozbyć się jakiegoś niezdrowego nawyku. Jednak to tylko teoria - trzeba jeszcze umieć wprowadzić ją w życie, a to jest w tym wszystkim najtrudniejsze.
Czy polecam? Zobaczymy, czy uda mi się wyrobić nowy nawyk. ; ) Codzienne czytanie jednak było utrwaleniem istniejącego już nawyku i przeniesieniem go po prostu w nowe środowisko. Za jakiś miesiąc czy dwa dam znać, jak mi poszło.
@cyberpunkowy_neuromantyk już trochę zapomniałem jak to było dokładnie.
Ale przede wszystkim trzymałem się zasady: uczyń to łatwym. Zacząłem robić pompki po 7-8 powtórzeń w serii i zawsze było to gdzieś mimochodem, nigdy nie robiłem treningu. Zacząłem kojarzyć pewne miejsca bądź czynności z robieniem pompek, i tak np. nie zaczynałem jeść obiadu póki nie zrobiłem tych kilku pompek; tak samo gdy szedłem na spacer i mijałem uprzednio wybrane, ustronne miejsce, to też robiłem tam kilka powtórzeń. Gdy już tych kilka przykładów weszło mi w nawyk, to zacząłem dokładać dodatkowe sposobności na robienie pompek np. początek przerwy w pracy - seria; koniec przerwy w pracy - seria; wstaje rano i pierwsze co po toalecie - seria; przed i po każdym posiłku - seria.
Tak naprawdę to pierwszy intencjonalny trening jaki zaliczyłem, to było już z rok po tym jak zacząłem pompować i robiłem wtedy już jakieś 150pompek/dzień.
Tytuł: Coaching i mentoring w praktyce, podejście kongwistyczne
Autor: Maciej Bennewicz
Kategoria: rozwójosobisty
Format: książka papierowa
ISBN: 9788393752492
Liczba stron: 900
Ocena: 6/10
**Początek, etyka:**
Duży nacisk na etykę i gdzie szukać informacji, zgłaszać nadużycia. Zawsze trzeba pytać o zgodę czy chcemy dać informację zwrotną, zaproponować ćwiczenie do wykonania.
Po każdej sesji trzeba sporządzić raport.
Test modalności nie zawsze miał odpowiedzi dla mnie. Np. Odnośnie odczuć z gorącego lata to jedyne co mi przychodzi do głowy, że słabo się czuję a nie szumy fal, budząca się natura, pływanie w jeziorze uprawianie sportu na zewnątrz.
**Różnorodność ludzi:**
Rozdział o percepcji był nudny bo znałem to wszystko, a analogia z mapą nie podobała mi się. Chodzi o to, że mapy nie są wiecznie aktualne, teren się zmienia tak jak nasze przekonania.
Dalej jeszcze o archetypach, symbolach itp. nuda bo wiem, że chodzi o to, iż różnie odbieramy te rzeczy zależnie skąd się wywodzimy a tutaj każda drobnostka jest omówiona. Co mi się w tej kwestii nie podoba to, że wszystko ma znaczenia i trzeba analizować zachowanie, otoczenie. Np. co innego o człowieku mówi czy ma drobny gabinet z tyłu firmy a pokaźny, z drewnianymi meblami i swoim fotelem wyżej niż interesantów. Mnie uczono, że w relacjach trzeba mieć więcej luzu i tak nie analizować bo ktoś może mieć gorszy dzień, więcej stresu ostatnio.
Było zadanie, żeby z opisu wnioskować cechy osobowości to nie było przykładu kogoś wycofanego, tylko sami dynamiczni ludzie sukcesu z pasją, łatwo nawiązujących kontakty. Męczyły mnie opisy samych ludzi sukcesu. Po przeczytaniu wolałem zrobić przerwę by zagrać na keyboardzie.
**Przekonania:**
Wszystko siedzi w głowie i błędne przekonania nas hamują w rozwoju.
Zmiany przekonań są proste wystarczy wałkować temat, zadawać kilkanaście pytań i klient sam dochodzi do rozwiązania, że źle myśli i to ogranicza. Na koniec podać rękę by utwierdzić w nowym przekonaniu.
Oczywiście w książce skuteczność zmiany przekonań wynosi 100%. wydaje mi się, że w prawdziwym życiu nie wygląda to tak dobrze.
_Ostatnia cześć to już typowo rozwojowa gadanina._ Mnie to wymęczyło
**O czynnikach sukcesu:**
-Potrzeba i wiara w możliwość jej zrealizowania są kluczowe.
-Nie można się załamywać po kontuzjach rzucił mi się w oczy przykład Arkadiusza Milika, który po kontuzji wrócił do gry, książka jest z 2017 i to się źle zestarzało bo już za bardzo nie pograł tylko kolejne kontuzje miał. Sprawdzając przez AI na szybko od tamtego czasu ominęły go 382 dni gry.
**O szczęściu:**
nie można seksu, narkotyków niczego co daje szybką gratyfikację. Tylko nasze działania, ich sens, rozwój i dążenie do celu dają szczęście.
Ja nie dostałem żadnych nagród za swoje działania, robię aktywności bo muszę, to według żadnej definicji nie będę szczęśliwy i dlatego jestem w stanie zobojętnienia. Tylko tutaj nie zgadza się z tym, że będąc w zobojętnieniu się je tylko fastfoody. Ja nie jem ich tylko staram się zdrowo bo muszę.
Są ćwiczenia odnośnie określenia swojej pasji, nie robiłem ich bo nie jestem w stanie wymienić czynności, które sprawiają mi przyjemność. Bo alkohol i masturbacja się w to nie wliczają.
Typowe dla korpo kreatywne rozwiązywanie problemów i ćwiczenia typu burza myśli.
Jest, że wszystko jest naszym wyborem i robić wyłącznie aktywności, które dają nam szczęście. Super, że gdybym ja wybierał takie aktywności to nie miałbym co jeść, gdzie żyć.
**Koniec:**
Tutaj podsumowanie, że trzeba lubić ludzi, by być dobrym coachem i jedna książka tego nie nauczy, ludziom różnie zajmuje nauka. Na rynku jest dużo szarlatanów.
Wróciłem po urlopie na siłownię i jak zobaczyłem swoją brzydką mordę i otyłość w lustrze to odechciało mi się wszystkiego. Wystarczyłoby tylko chcieć a miałbym 10% BF, 600kg total, fajną kobitkę, ładną buzię, i miliard dolarów. Ale nie chcę to nie mam nic Więc jestem ubogim, samotnym , grubasem.
Życie mnie nauczyło, że nie warto robić nic i wszystko nie ma znaczenia. Próbuje uczyć się nowych rzeczy, wychodzić do ludzi, gadać z kobitkami, czytać książki, nie brać narkotyków, ograniczać słodycze, uprawiać sport, uczyć się angielskiego. Dzięki czemu jestem od 13 lat w tym samym miejscu, ale za to mam coraz gorsze samopoczucie i mniej siły. Jeszcze 50 lat chujni mi zostało.
Dudus nie pi⁎⁎⁎⁎le dobra mordeczka jestes od tego sa wakacje zeby sie opierdalac, wracasz i jedziesz. Ja w tym samym miejscu jestem od 15 lat xd nawet bym powiedzial ze kopie dalej ten dolek.
Życie mnie nauczyło, że nie warto robić nic i wszystko nie ma znaczenia, przez co jestem od 13 lat w tym samym miejscu, ale za to mam coraz gorsze samopoczucie i mniej siły.
Poprawiłem wycinając zdanie ze środka, chociaż zdanie nadal nie jest w pełni poprawne, bo nie ma mowy, że po 13 latach jesteś w tym samym miejscu.
Próbuje uczyć się nowych rzeczy, wychodzić do ludzi, gadać z kobitkami, czytać książki, nie brać narkotyków, ograniczać słodycze, uprawiać sport, uczyć się angielskiego.
I za to powinieneś się chwalić, a nie gnębić. Tak samo za spędzanie czasu na urlopie.
poprawne, bo nie ma mowy, że po 13 latach jesteś w tym samym miejscu.
W kwestii umiejętności to tak. Jedynie starzej wyglądam.
powinieneś się chwalić, a nie gnębić. Tak samo za spędzanie czasu na urlopie.
Na urlopie też nie było kolorowo, ale nie ma co marudzić. Mam przypadłość, że gdzie nie pójdę to spodoba mi się jakaś kobitka i mimo, że nie widziałem jej od soboty i nigdy w życiu już nie spotkam to głupio mi, że odrzuciła moje zaproszenie i ciągle o niej myślę.
W kwestii umiejętności to tak. Jedynie starzej wyglądam.
Jakie umiejętności masz na myśli? Umiejętności miękkie? Te potrzebne do pracy? Inne?
Na urlopie też nie było kolorowo, ale nie ma co marudzić.
Trochę pomarudzić można, ale też nie ma co przesadzać. Odważyłeś się zagadać i zapytać, a na to, że odmówiła nie masz wpływu -- nieważne czy kogoś ma, czy po prostu nie jesteś w jej typie.
Po obejrzeniu niezliczonej ilości tutoriali snap shoty w koncu wczoraj zaczęły wychodzić. Zrobienie tej pauzy i separacji krążka od kija jest bardziej po⁎⁎⁎⁎ne niż się może wydawać.
@mordaJakZiemniaczek energia idzie z wygięcia kija, trzeba go troche zaprzeć o podłoże przy tym ruchu. Zależy o jakim zamachu mówisz:
jeżeli masz na myśli slap shot (na pierwszym gifie) to przewaga w stosunku do niego to oczywiscie o wiele krótszy czas oddania strzału, bo nie musisz brać zamachu. snapshot praktycznie nie jest sygnalizowany
jeżli masz na myśli wrist shot (na drugim gifie) czyli takie pociągnięcie krążka bardziej - to przewagą jest siła wynikająca z uderzenia krążka przy podobnym czasie wykonania. Silne wrist shoty tez sie da ale to juz sie o wiele dłużej ładuje i sa bardzo czytelne dla bramkarzy
@FriendGatherArena ciekawe podoba mi się, że nawet proste sporty mają znacznie więcej głębi niż amator dostrzeże na pierwszy rzut oka. Inaczej się ogląda i kibicuje jak się widzi takie detale.
@Bjordhallen Dzięki ale to dla mnie czysta przyjemnosc. Smolenia to teraz za jakieś dwie stówki sprzedasz na sentymencie, dołożysz drugie tyle i kupisz coś z dobrym flexem
Cześć, z racji że ostatnio się tu znowu rozpisałem wraca na tapet temat sprzed dwóch lat (chciałem wrzucić link ale coś mi nie idzie, generalnie znowu będzie częściowa emigracja). Pewnie znowu będą pojawiać się posty z tym związane, mam generalnie myśli o tym żeby zacząć jakieś filmiki na yt nagrywać, tylko obawiam się że tego wszystkiego już jest przesyt i nikt nie będzie chciał tego oglądać, mimo że uważam że brakuje ludzi którzy są w trakcie nauki, fajnie słucha się kogoś kto już jest biegły w danym temacie, a ja czasami chciałbym posłuchać kogoś kto jest na początku drogi tak jak ja , nawet nie wiem jak to otagować #rozwojosobisty ?
Tytuł: The AI-Driven Leader: Harnessing AI to Make Faster, Smarter Decisions
Autor: Geoff Woods
Kategoria: poradnik, rozwój osobisty
Wydawnictwo: AI Thought Leadership
Format: e-book
Liczba stron: 304
Ocena: 8/10
The AI-Driven Leader to pozycja, która nie udaje naukowego traktatu, ani nie mami wizjami sztucznej inteligencji, jako mesjasza lub zagrożenia dla ludzkości. Zamiast tego dostajemy praktyczny przewodnik, który zaskakująco przystępnie pokazuje, jak liderzy mogą i powinni, korzystać z AI, żeby podejmować lepsze decyzje, szybciej działać i realnie rozwijać swoje organizacje.
Woods nie owija w bawełnę - AI nie jest już „na horyzoncie”, tylko siedzi z nami przy stole konferencyjnym. A jeśli liderzy nie nauczą się z nim rozmawiać (a najlepiej: wykorzystywać jego potencjał), to zostaną po prostu w tyle. Książka podaje konkretne przykłady zastosowań, pokazuje, jak zbierać dane, analizować je, jak stawiać pytania i jak AI może wesprzeć intuicję i doświadczenie menedżera - nie zastąpić go, ale wzmocnić, uczynić bardziej efektywnym, produktywnym i lepiej przygotowanym do spotkań i wyzwań.
While AI is a timely tool, strategy is timeless. That’s why this is not an AI book; it’s a leadership book. Your leadership is what will make the difference.
Podobało mi się też, że autor nie wpadł w pułapkę buzzwordów. Mimo że pisze o nowoczesnych technologiach, to książka jest klarowna, nieprzeładowana terminologią, a narracja prowadzona jest z perspektywy kogoś, kto rozumie zarówno technologię, jak i realia zarządzania.
I believe with the right leadership, you can create a world where the majority of your people’s time is invested in high-impact priorities, aligned with their strengths, supercharged by AI.
Czy to lektura obowiązkowa? Jeśli jesteś liderem w czasach post-pandemicznych, gdzie transformacja cyfrowa nie jest opcją, a rzeczywistością - to zdecydowanie tak.
Woods pokazuje, że AI nie jest już science fiction, tylko nowym językiem przywództwa, któego musisz się nauczyć, zanim zostaniesz przetłumaczony przez konkurencję.
Starszy Pan wrócił do Hobby na jednośladzie 3 lata temu…z racji wygody i bycia starszym Panem zanabywa Skuter (warunki gdy “prawdziwa jazda zaczyna się od litra” minęły i trochę śmieszą z perspektywy czasu, ale nadal uważa się za motocyklistę, co niektórzy komentują z przekąsem “to taki motur jak z mysiej p⁎⁎dy worek na gwoździe”). Starszy Pan ma wyjebane i bawi się jakby był nadal młodszym Panem (jest banan na mordziu).
Kręci się po mieście tym kiblem (dolot do fabryki ekspresowy), załatwia sprawunki, w tym gabarytowe jakich zwykły motur nie uciągnie (- Jak będziesz wracał z roboty to kup worek ziemniaków!), robi trasy z innymi kiblarzami i regularne przeloty 170km na Kujawy do bazy nad jeziorem. W międzyczasie zaraża młodzież i już widmo kupienia 125tki w 2026 wisi nad nim.
Ale uprawnienia stare, jak i Pan…sumienie i (nie) zdrowy rozsądek mówią “sprawdzam”…
I tak znalazłem się Ośrodku Doskonalenia Techniki Jazdy w ostatnią sobotę. ¯\_(ツ)_/¯
In general, nawet jak myślałem, że potrafię coś tam to zmiany jeśli chodzi o technikę jazdy idą do przodu i jak sobie opuścisz takie “przypominajki” to jest duża szansa, że zaliczysz (kolejnego) paciaka i już Cię nie poskładają.
Szkolenie zaczyna się od 2 godzinnego wykładu z Arturem Lisem (se wyguglajcie, nie jest to pierwszy lepszy obszczymur), gdzie bardzo duży nacisk kładziony jest na ustawienia maszyny i bezpieczeństwo (ja ma na tym punkcie bzika, ale czegoś nowego się dowiedziałem też).
O 13:00 wyjeżdża na tor około 35 moturów, które dobierają się subiektywnie w zespoły: szybki, średni, wolny. Jak wybrałem wolny (a co taki dziadeks może jak jest jedynym kiblem na szkoleniu i niektóre techniki nie są do końca możliwe do wykonania🙃c⁎⁎j, bawimy się!).
Po segmentacji te 3 grupy ćwiczą na torze przeciwskręt i przeciwwagę czyli najważniejsze manewry jeśli chodzi o pokonywanie przeszkód i zakrętów. Można w trakcie zmienić grupę (z czego skorzystałem bo jedna Pani instruktor nauki jazdy na MT-07 była dla mnie za wolna i nie dawałem rady się składać w zakręt jak chciałem).
Ale też jest zasada, że jak ktoś Cię dogania i go shamowujesz to odpuszczasz i niech leci przodem (młoda dziewczyna na KTM 390 jeździła wybornie i regularnie mnie przeganiała).
Ta zabawa trwa do 19:00, w międzyczasie zmieniają się ustawienia szykan na ciaśniejsze.
Ugułem jest heheszkowy “zakaz paciaków”, ale się zdarzyło i tym razem: jeden kolega połamał czachę kładąc CBR XX (ale od czego jest power tape?!).
Czy warto?
Tak.
Bawiłem się dobrze, ale najważniejsze jest to, że mogłem przeanalizować wespół z doświadczonymi induktorami jak bardzo sobie (nie) radzę w jeździe torowej. Przy każdej śikanie stoi instruktor i na bierzaco dostajesz wskazówki co masz do poprawy (obserwacja toru, wychylenie itp).
Konkluzja?
Nie da się jeździć bezpiecznie bez treningu umiejętności w warunkach innych niż ulica. Takie szkolenie pokazuje Twoje słabe strony i miejsca nad którymi trzeba nadal pracować. I tak, mam już pracę domową, której nie za bardzo dało się otpalic na torze (złamany palec nadal jest złamany, heh) I wiem, że jak na jesieni będę chciał młodemu przekazać swoją wiedzę i skill to sam muszę przerobić swoje deficyty.
Polecam każdemu na 2 kółkach!
Dziekuje serdecznie @Shagwest za inspirację - bez Twojego tripa i zajawki torowej nigdy bym się nie karnął na te banialuki. Dzięki temu wiem jak dużo jeszcze popracowania.¯\_(ツ)_/¯
@AndrzejZupa strasnies scupiony na tych zdjęciach. Przypomniały mi jak wziąłem Jawkę 50 (skuter) od kumpla i na pierwszym skrzyżowaniu ją przewróciłem. Przyzwyczajony byłem do pojazdów bez osłon nóg i zwyczajnie zawiesiłem się na niej w zbyt mocnym pochyle w zakręt. Tyle mego , ze nikt nie widział co odpierdoliłem.
O hui, jak się tym jeździ na torze jak nie masz czego nogami chwycić? Ja jak po jeździe na motorze musiałem chwilę skuterem pojeździć po mieście to czułem się jakbym miał zlecieć na każdym zakręcie xd
Trochę #nikogo, ale mam ból d⁎⁎y, że za PRL takie osoby jak moja matka dostały A za frajer, a ja się muszę męczyć.
Takie szkolenia są na pewno spoko dla niektórych osób, by jeździły pewniej i mogły się w razie potrzeby łatwiej wyratować. Wydaje mi się, że jednak wiedza "doszkalająca" od pewnego poziomu przydaje się głównie na tor, albo dla chcących niezbyt przepisowo jeździć.