Hejka pan jetlag
#podroze
Hejka pan jetlag
#podroze
Zaloguj się aby komentować
Co tu się dzisiaj...
Ale może po kolei.
Od przedwczoraj wracamy w kierunku Karlskorony, bo jutro wieczorem prom do Gdyni i konczymy nasze #podroze bez planu na #motocykle do #szwecja i #norwegia . Codziennie w trasie, koło południa, stajemy gdzieś w lesie albo koło drogi, na kuchence gotujemy wodę, żeby zalać kawę, a w międzyczasie szukamy stugi, czyli darmowego noclegu. Dziś nam wypadł dosc daleko, zajechaliśmy na miejsce troche przed 20, okazało się że to stsrusienki domek, z jedną izdebką, kuchnią i piecem pośrodku chałupy. Niestety nie było drewna, więc we dwóch od razu zaczęliśmy łazić i zbierać gałęzie - ogień przede wszystkim. Po 10 minutach przyszedł trzeci kolega i mówi, że znalazl lepszą, ale 40 min drogi. Chwila wahania, decyzja - jedziemy. Nad nami niebo się zaciągnęło chmurami deszczowymi, żeby podkreślić naszą ryzykowną decyzję. W koncu dojezdzamy, już ciemno, a tu stoi dom, w srodku dwie lampy sie palą, naprzeciwko jakaś szopa, z tyłu coś jakby stajnie. Idę sprawdzić, może ktoś już zajął. Wchodzę- jednak pusto. Super, wprowadzamy się. Oglądamy budynek: dwa spore pokoje, w każdym kominek, pośrodku kuchnia, prąd w gniazdkach, woda w kranie na zewnatrz. Zaczynam tłumaczyć napisy na kartkach, jakieś lokalne towarzystwo historyczne? WTF? Jest broszurka, tłumaczę telefonem, okazuje się że to część dworku z ok VIII w. Generalnie skansen. Za darmo. Dla każdego.
Dziwny kraj.





Zaloguj się aby komentować
Grecka wyspa Kalymnos to wyjątkowe miejsce na wspinaczkowej mapie świata. Dla nas to już 6. podróż tutaj, co daje około 10 tygodni w ciągu kilku lat. Liczba jakościowych dróg wspinaczkowych pozwoliłoby w sumie spędzić tu na wspinaniu całe życie. Zjeżdżają tu ludzie z całego świata, normą jest spotkać pod jedną skałą osoby z USA, Australii, Azji no i całej Europy. Jesteśmy u progu wysokiego sezonu (październik), a już w popularnych sektorach można zobaczyć wzmożony ruch (ostatnie zdjęcie). Zawsze można znaleźć spokojniejszy sektor, gdzie przez cały dzień nie będzie nikogo. Najbardziej oblegane są oczywiście łatwe drogi, więc warto ćwiczyć i ich unikać :)
W tym roku pogoda jak na wrzesień dosyć łaskawa, tj. 26-29 a nie 35 stopni. Nie są to warunki idealne, ale rodzaj wspinania i jakość chwytów dużo wybaczają. W tydzień wyszło nam 6 dni wspinaczki bez odpoczynku na średniej intensywności. Brak resta przypłacilismy srogim bólem rąk w nocy, po czym i tak poszliśmy na wspin, tylko nic na maxa. Optymalnie jest się tu wybrać na minimum 2-3 tygodnie, szczególnie że podróż nie jest prosta (lot na Kos, potem prom). Pozdrawiam czekając jeszcze 8h na samolot po całym dniu wspinania ✌️
#wspinaczka #podroze #podrozujzhejto





Zaloguj się aby komentować

Rzecznik MSZ Paweł Wroński podkreślił w piątek, że resort dyplomacji po raz kolejny stanowczo odradza podróże na Białoruś. Nie jest to kraj demokratyczny, nie jest przyjazny Polsce, chciałbym, aby te ostrzeżenia były traktowane jak najbardziej poważnie - powiedział.
Białoruska telewizja państwowa...

Ryanair ogłosił zakończenie wdrażania nowych mierników bagażu podręcznego we wszystkich 235 portach lotniczych w Europie. Od czwartku, 4 września, każdy pasażer może zabrać na pokład większą bezpłatną torbę osobistą o wymiarach […]
#podroze #wiadomoscipolska #wiadomosciswiat #ryanair
Wracamy powoli na prom do Karlskorony. Troche was oststnio oszukałem, bo polecielismy nieco dalej, przekroczyć koło podbiegunowe. Niesamowity klimat, musze tam wrócić. Renifery łażą po drodze całymi stadami i trzeba uważać na łosie. Normalnie Alaska.
W Szwecji goszczą nas stugi, czyli darmowe chatki rozsiane po lasach. Niektore syf, a niektore na grubym wypasie. Często trzeba dojeżdżać lasem i szutrami, ale to nie problem, bo oni tu szutry traktują jak zwykle drogi, które nawet mają krajowe oznaczenia. Inna sprawa że na dwóch kółkach bywa ciężej niż na czterech, bo kiera tańczy a d⁎⁎ą rzuca na kamieniach. Stresuje mnie to, bo z offem mam doświadczenie żadne, ale póki co gleby nie było. To znaczy położyłem chińską kozę na ziemi już, ale nie podczas jazdy
Dzisiaj wleciał surstromming na stół. Namawiali mnie okrutnie, a ostatecznie nie było takie złe - zalewa mocno śmierdzi, ale rybka całkiem smaczna. Poza tym ze sie odbija brzydko no i nie idzie rąk domyć, już 4 razy próbowałem.
Z minusów to trzeba rano jechać nad jezioro się wykapać, co nie jest łatwe. To znaczy kompanie nie jest. A trzeba się czasem umyć, bo w końcu chodzimy na zakupy (głównie Systembolaget) no i żeby nas na prom wpuścili
Szwecja - dziwny kraj.
#motocykle #podroze #szwecja #norwegia





Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Komora gazowa xDDDDD
Zawsze beka z palaczy
Pozdrowienia z Pyrzowic
#heheszki #podroze

Zaloguj się aby komentować
Lounge singapore airlines na changi. Not bad.
Zawsze powtarzam ze prysznic to jest game changer na takich dlugich wojazach.
A z takich pro tipow to jakbyscie chcieli dostac szybciej zarcie w samolocie to zamowcie sobie wczesniej jakies inne - wege, bez jakis alergenow czy cokolwiek.
#podroze #dieta #jedzenie


@bartek555 Singapore airlines to w ogóle nadlinia. Jak leciałem w 2019 to ekonomiczna była super wygodna. Musiałem dwa razy się zastanowić czy to nadal nie jakieś biznes class xD
Do tego jedzonko, i te napracowanko przy filmikach z bezpieczeństwa lotniczego które jednocześnie robią za reklamę Singapuru.
No nie powiem, ciepło wspominam
Zaloguj się aby komentować
W Lizbonie się rozbił tramwaj (zapewne jeden z zabytkowych) 15 osób nie żyje.
#portugalia #swiat #podroze

Zaloguj się aby komentować
Witam w trzeciej części mojej marokańskiej opowieści! Po przeanalizowaniu cen i smaków Agadiru, pora zanurzyć się w jego codziennym rytmie. Dziś opowiem o rzeczach, które najbardziej mnie zaskoczyły i zaciekawiły na ulicach tego miasta.
Część 3: Życie Codzienne w Agadirze – Ciekawostki i Zaskoczenia
Miasto, które ożywa po zmroku Agadir w ciągu dnia i Agadir nocą to dwa zupełnie różne światy. W południe, gdy słońce praży niemiłosiernie, ulice pustoszeją, a życie zwalnia. Jednak prawdziwa magia zaczyna się po zachodzie słońca. Gdy upał odpuszcza, miasto budzi się do życia. Główna promenada nad oceanem wypełnia się po brzegi spacerującymi rodzinami i ludźmi cieszącymi się chłodniejszym powietrzem.
Wtedy też można zaobserwować fascynującą zmianę u młodych Marokanek. Wieczorami czują się one znacznie swobodniej, co widać w ich strojach – często odważniejszych, odkrywających ciało. Wiele z nich wygląda jak milion dolarów. Można spotkać typowe "Instagram girls", które w grupkach nagrywają pozowane filmiki i robią sobie zdjęcia, co wygląda uroczo i bardzo znajomo, przypominając nastolatki z Polski czy Szkocji. Uroda Marokanek jest naprawdę wyjątkowa; wiele z nich to bardzo szczupłe dziewczyny o pięknych, kobiecych kształtach. Pełne usta można by porównać do młodej Angeliny Jolie, a figury do Shakiry czy Jessiki Alby. Kobiety, które w ciągu dnia bywają skryte pod skromniejszymi strojami, wieczorami lśnią niczym marokańskie srebro.
"Nie ma melanżu", czyli kultura bez alkoholu w tle Jednym z moich największych zaskoczeń był niemal całkowity brak publicznego picia alkoholu. Jako osoba, która sama nie pije, muszę przyznać, że takie trzeźwe społeczeństwo bardzo mi się podobało. Przyzwyczajony do europejskich kurortów, w Agadirze zderzyłem się z inną rzeczywistością. Zero żuli, pijaczków, nawalonych Sebów. Nikt do nikogo się nie czepiał. Życie towarzyskie toczy się w kawiarniach przy kawie i herbacie, w restauracjach przy wspólnym posiłku. To kultura, w której zabawa i relaks nie muszą być nasączone alkoholem, co tworzy bardzo spokojną i bezpieczną atmosferę.
Kawa i marihuana – dwa światy używek Skoro nie ma alkoholu, to co jest? Po pierwsze, wszechobecna, doskonała kawa. Kultura picia kawy jest tu niezwykle rozwinięta. Z drugiej strony jest marihuana (lokalnie znana jako kif, najczęściej w formie haszyszu). Mimo że jej rekreacyjne używanie i sprzedaż są nielegalne, jest ona dość łatwo dostępna. Mnie samego zaczepił na ulicy mężczyzna, który przechodząc obok, szepnął tylko cicho "marihuana, marihuana", oferując dyskretny zakup. Zapach palonego haszyszu unosi się w powietrzu dość często, ale jest to używka "dyskretna", palona po cichu. Z informacji znalezionych w internecie wynika, że cena za gram haszyszu waha się w zależności od jakości i miejsca, ale często oscyluje w granicach 50-100 dirhamów.
Dźwięki miasta: Język i muzyka Spacer po Agadirze to prawdziwa uczta dla uszu. Słychać tu nieustanną mieszankę języków: marokański arabski (Darija), francuski oraz język Amazigh. Do tego dochodzi muzyka – z samochodów, sklepów i telefonów płynie niesamowity miks tradycyjnych arabskich i berberyjskich melodii z francuskim rapem i światowym popem. To dźwiękowy pejzaż, który doskonale oddaje wielokulturowość tego miejsca. Największym szokiem językowym była dla mnie rozmowa z młodą dziewczyną pochodzenia berberyjskiego. Jej pierwszym językiem był Amazigh, a nie arabski. Mimo że nigdy nie opuściła Maroka, mówiła po angielsku niemal idealnie, z perfekcyjnym, amerykańskim akcentem. Powiedziała, że nauczyła się wszystkiego sama, z internetu i podcastów. Gdyby powiedziała mi, że pochodzi z Nowego Jorku, uwierzyłbym bez wahania. To pokazuje, jak bardzo dzisiejszy świat jest połączony i jak wielką determinację w nauce mają młodzi Marokańczycy.
Ciekawostki z ruchu drogowego Jazda samochodem w Maroku to przeżycie samo w sobie. Panuje tu rodzaj zorganizowanego chaosu, w którym klakson jest ważniejszy niż kierunkowskaz. Zauważyłem też kilka unikalnych zasad:
"Ćwierkające" światła: Na przejściach dla pieszych sygnalizacja dźwiękowa dla niewidomych brzmi jak śpiew ptaków.
"Zawsze zielone" w prawo: Na wielu skrzyżowaniach, nawet na czerwonym świetle, można warunkowo skręcać w prawo, co bardzo upłynnia ruch.
Logika świateł na rondach: To jest absolutny hit. Sygnalizacja świetlna dla pieszych jest umieszczona... przed wjazdem na rondo, a nie przy samych pasach. Gdy naciskasz guzik, aby przejść przez jezdnię (która potrafi mieć 6 pasów!), światło dla kierowców zmienia się na czerwone, ale często kilkadziesiąt metrów przed przejściem. Powoduje to straszne zamieszanie, bo piesi mają zielone, ale samochody, które już są na rondzie, wciąż z niego zjeżdżają i tną pasy. Zanim one zjadą, kolejne auta z tyłu już ruszają. Niemal za każdym razem przejście przez jezdnię, nawet na zielonym, to była mała "walka o życie"!
Infrastruktura i Technologia W Agadirze uderza wszechobecny rozwój. Miasto wygląda jak jeden wielki plac budowy – w dobrym tego słowa znaczeniu. Na każdym kroku widać nowe inwestycje: powstają całe osiedla domów i mieszkań, buduje się nowe drogi i obiekty kultury. Szczególnie imponujący jest stan jezdni – są w idealnym stanie, bez jednej dziury. Być może sprzyja temu brak zim i ujemnych temperatur. Z drugiej strony, mimo że jest bardzo ciepło, nigdzie nie widziałem, aby asfalt się topił, co świadczy o dobrej jakości wykonania. Spodobał mi się też sprytny detal technologiczny: wiele anten telefonii komórkowej jest ukrytych wewnątrz sztucznych pni palm. Dzięki temu nie szpecą krajobrazu, co pokazuje dbałość o estetykę.
Uważaj na "serwetki" i "gości"! Na koniec mała przestroga lingwistyczna dla Polaków. Słowo "serwetka" brzmi podobnie do francuskiego "serviette", ale we Francji i Maroku "serviette hygiénique" to... podpaska. Prosząc w sklepie o "serviette", można wywołać konsternację. A skoro już o serwetkach mowa, to zauważyłem, że w restauracjach są one niemal zawsze "policzone". Nie dostajesz stojaka z nielimitowaną ilością, tylko 2-3 sztuki na osobę przy stole. Być może nauczyli się, że biali potrafią zużyć każdą ilość im podaną :P. Wracając do języka, uważajcie też na słowo "gość", które brzmi niemal identycznie jak marokańskie określenie na mężczyznę. To zabawne pułapki, na które warto uważać!
W kolejnej, ostatniej już części, opowiem o marokańskiej przyrodzie i otoczeniu. Do usłyszenia!
Krótki opis zdjęć:
Kawa w kawiarni, która jest odpowiednikiem Cafe Nero lub Costa. Każdy przesiadujący był raczej "dziany" bo było drogo jak na lokalne warunki. Moje late kosztowało 50 dir.
To jedzonko to tradycyjny tagine z kurczakiem, kiszonymi cytrynami i oliwkami.
Znak stop w wersji arabskiej. Napis "Qif" (قف) to dosłownie "Zatrzymaj się"
Zdjęcie plaży zrobione z promenady w stronę Taghazout. Wzdłuż tej trasy jest bardzo dużo 5* hoteli.
Drzwi w oazie zrobione z drewna palmy. Tradycyjne, ciężkie drzwi w stylu berberyjskim z symbolem wolnego człowieka – "Yaz" (ⵣ). Generalnie to drewno nie nadaje się do niczego, ale miały swój urok
#maroko #agadir #podroze #boogietravel





Zaloguj się aby komentować
Leżymy nad basenem. Trochę czasu zajęło nam ustawienie leżaków w taki sposób, aby były w zacienionym miejscu. Wychodząc na słońce lub idąc do wody psikamy się filtrem spf50. Kilka reaplikacji w ciągu dnia, żeby chronić skórę, szczególnie na twarzy. Od wielu lat mówi się o tym, jak ważne jest stosowanie kremów z filtrem. Widzę jednak sporo osób, zwłaszcza w wieku emerytalnym, które dosłownie smażą się na pełnym słońcu, a część z nich (wnioskując po kolorze opakowań) dodatkowo używa środków wzmacniających opalanie.
Jak jest u was? Chronicie się przed słońcem, smażycie się czy macie to gdzieś?
Pozdrowienia z Cypru
#turystyka #podroze #ankieta
@BoJaProszePaniMamTuPrimaSorta warto zaznaczyć, że wzrost ochrony pomiędzy SPF30 a S0F50 nie jest jakoś znaczący, a cenowo bywa. Tak czysto informacyjnie, by ktoś samodzielnie zdecydował mając tego świadomość :)
Z mojej strony uważam, że warto używać jeżeli się eksponujemy na mocne słońce. Sam za mało stosuję kremów z filtrem na twarz, ale jak tylko użyję coś tłustego to zaraz mam problemy skórne
Zaloguj się aby komentować
Ryanair wyznacza nowe standardy w śmianiu się swoim klientom w twarz ( ͡° ͜ʖ ͡°)
#ryanair #podroze

Zaloguj się aby komentować
Wiadomość dla tych, którym wydaje się, że poza koleją dużych prędkości przez CPK nic się nie dzieje z połączeniami w innych regionach kraju.
Podróż koleją z Katowic do Ostrawy w niespełna 40 minut? Bardzo proszę:
Plany Správa železnic zakładają zbudowanie nowej trasy dla Kolei Dużych Prędkości mającej połączyć nasz kraj z czeską Ostrawą. Prace mają odbywać się etapami. Zakłada się m.in. zwiększenie przepustowości na odcinku ze wspomnianego miasta do Bogumina. Natomiast od miejscowości Dolní Lutyně do rzeki Olzy powstanie nowy odcinek. Zostanie on przystosowany do pociągów jeżdżących z prędkością do 250 km/h.
Wiemy również, że na granicy polsko-czeskiej zostanie wybudowany nowy most. Odcinek ma łączyć się w Polsce z trasą z Katowic, której budowę planuje Centralny Port Komunikacyjny.
#czechy #kolej #slask #polska #ciekawostki #podroze #pociagi

Zaloguj się aby komentować

Od dziś podróżowanie z Krakowa staje się prostsze. Lotnisko w Balicach jako pierwsze w Polsce znosi limit 100 ml na płyny w bagażu podręcznym. To oznacza, że możesz spakować pełnowymiarowy szampon, butelkę wody czy ulubione perfumy i nie martwić się o miniaturowe opakowania. [CZYTAJ DALEJ]
#podroze...
Zbierałem się do tego wpisu przez 2 tygodnie, a teraz mam chwilkę wolnego, to postanowiłem, że napiszę. Szczególnie, że wpis @splash545 został odebrany tak pozytywnie to i może mój taki będzie
W skrócie:
Moim marzeniem z dawnych lat było odwiedzenie Lazurowego Wybrzeża. Wsiedliśmy z żoną i córką w samochód, objechaliśmy 4900 km. Trasa: Podlasie - Graz (Austria, tylko nocleg) - Como (nocleg) - Bellagio - Como - San Remo (Włochy) - Antibes (3 noclegi - baza wypadowa) - Awignion - Chamonix-Mount Blanc - Sallanches (nocleg) (Francja) - Monachium (Niemcy, tylko nocleg), Wrocław (tylko nocleg) - Podlasie.
Długa wersja:
Zaczęło się w 2012 roku. Wziąłem wtedy urlop na 3 tygodnie i postanowiłem pojechać na Lazurowe Wybrzeże. To była seria fatalnych pomyłek. Stanąłem na wylocie na Warszawę z Białegostoku o 7 rano. Po chwili zatrzymał się przedstawiciel handlowy, który obiecał podwieźć 30 km dalej na stację benzynową, gdzie mogę popytać i złapać kogoś w dalszą trasę. To był błąd. Utknąłem tam na 2 godziny. Na stacji prawie nikogo nie było. W końcu udało się i dojechałem do Warszawy z kolejnym przedstawicielem.
Kolejny odcinek to kolejna pomyłka. Wybrałem nie tą wylotówkę co trzeba. Uznałem, że wszystko mi jedno czy kierunek będzie na Poznań czy Wrocław. Stanąłem więc w okolicach Powązek, gdzie krzyżują się drogi. Kolejne 2 godziny nikt się nie zatrzymał, bo... auta przed miejscem gdzie łapałem rozpędzały się na tyle, że nie warto było dla mnie hamować. Ponadto kierowcy nie wiedzieli czy jadę na Poznań czy na Wrocław.
Ostatecznie pojechałem na wylotówkę w Jankach (Kraków, Łódź). Tam skierowałem się na Łódź i złapałem dostawczaka. Dojechałem do Bełchatowa. Tam szybko złapałem TIR-a i dojechałem do Wielunia. Była już godzina 19. Straciłem totalnie cały dzień na tak krótki odcinek. Poszedłem do Biedry po kolacyjkę, a następnie zacząłem szukać noclegu. Okazało się, że Wieluń to dziura i najbliższy hotel robotniczy znajduje się w innej miejscowości. Było ciemno. Droga bez pobocza. Nie dało się tam dojść. Przyszła noc, a ja siedziałem na przystanku w Wieluniu bez pomysłu co dalej.
W końcu zacząłem łapać stopa, a nuż ktoś się zatrzyma. Zatrzymał się TIR do Wrocławia, ale po drodze musi zrobić przerwę. OK. Około 2 rano stanęliśmy na jakimś zadupiu. Kierowca zasnął, ja też. O 4 pobudka i dojazd na obrzeża Wrocławia po 5.
Zjadłem tam śniadanko na jakiejś stacji (jajecznica), potem udałem się autobusem do centrum. Tam byłem o 7 rano. Na przeciwko dworca był jakiś tani hostel, ale doba zaczynała się jakoś o 14. Morale były na dnie. Poszedłem na dworzec, by złapać jakiś pociąg, i przekimać kawałek drogi. Traf chciał, że najbliższy pociąg był do... Białegostoku. To mnie złamało. Wsiadłem i wróciłem z hehe "Lazurowego wybrzeża".
I tak przeskakujemy do 2025 roku. Tym razem nie autostopem, a własnym autem. Z rodzinką.
Pierwszy odcinek najdłuższy bo ponad 1000 km. Do Graz jedziemy przez park dinozaurów przy granicy polsko-czeskiej, gdzie robimy sobie 1,5 godziny przerwy. W 35 stopniowym upale zwiedzamy atrakcje, żeby dzieciakowi dać odpocząć jazdę. Potem kolejny przystanek to granica czesko-austriacka. Zwiedzamy tam zamek w Mikulovie i piękne ogrody. Na wieczór dojeżdżamy do Graz, od razu do hotelu.
Rano śniadanko i jazda dalej. Kierunek: Como. Teraz już "tylko" 720 km. W Como jesteśmy późnym popołudniem. Od razu idziemy na miasto. Zwiedzamy centrum i na wieczór wracamy do pensjonatu. Rano po śniadaniu jedziemy do Bellagio. Górskie, wąskie drogi wokół jeziora to piękne widoki, ale też trudna i wymagająca jazda. Po drodze chcieliśmy zobaczyć słynny wodospad i most, ale ostatecznie nie udało się to, bo ciężko było to znaleźć samochodem w plątaninie wąskich dróżek. W Bellagio o wiele lepiej. Zaparkowaliśmy i poszliśmy do jednego z portów. Potem przeprawa promem na drugą stronę jeziora i powrót do Como przez kolejne piękne miejscowości.
Jako, że wyjechaliśmy dość wcześnie, to Como opuściliśmy też w miarę wcześnie. Pogoniliśmy prosto na plażę w San Remo (311 km), gdzie zameldowaliśmy się jakoś około 17.00. To był pierwszy dotyk Lazurowego Wybrzeża. Marzenie sprzed lat spełnione
Około 21.00 zajechaliśmy pod hotel w Antibes. O ile to było zaledwie 80 km, to niemiłosierne korki wydłużyły czas podróży.
Kolejnego dnia od razu po śniadaniu pojechaliśmy na plażę w Antibes (Francja). Przyjemnie się plażowało. parę godzin do momentu aż nie przyszli Cyganie. Dwie panie, jeden pan, dwoje nastolatków (chłopak i dziewczyna). Najpierw pani wzięła bez pytania nasza matę do plażowania i zaczęła nią szarpać (bo leżała obok jej pustych od rana krzeseł). Jak wybiegłem z mordą, to było tylko gorzej. Rozsiadły się, nastolatki zaczęły zachowywać się dziwnie - niby zabawa, ale to sypnąć piaskiem, to chlapnąć wodą w moje dziecko. W obawie, że albo zaraz im wpierdolę, albo nas okradną, postanowiliśmy zawinąć się, pójść na lody, i rozłożyć w innym miejscu daleko od tej dziczy. Dalszą część dnia plażowaliśmy z przemiłymi starszymi Włochami.
Zeszliśmy z plaży popołudniu i dziecko zasnęło w samochodzie. Ruszyliśmy na wycieczkę do Cannes. Totalne korki sprawiły, że nie było jak wysiąść, więc tylko objechaliśmy główne ulice oglądając "wielki świat" z samochodu. To samo było w Nicei. Potem pojechaliśmy do Monako, a na koniec do Eze. Wszędzie było to samo - totalne korki, brak możliwości zaparkowania gdziekolwiek, obejrzenie z samochodu pięknych miast i tyle...
Generalnie następnego dnia mieliśmy do wyboru: wracać do Cannes, Nicei, Monako z Antbises, ale pociągiem, by połazić, albo jechać do Saint Tropez (100 km dalej). Wybraliśmy to drugie i to był strzał w ... korki
Na marginesie ciekawostka. Woda jest tam nie tylko przepięknie lazurowa od mocnego zasolenia, ale też powoduje, że będąc nawet do pasa można się położyć na tafli i leżeć. U nas od razu idzie się jak kamień na dno.
Wieczorem zahaczając o Auchan i Burger King (tu ciekawostka w Auchan nie działają inne karty niż francuskie) wróciliśmy do Antibes.
Kolejnego dnia po śniadaniu od razu ruszyliśmy do Awinion (250 km). Dawna stolica papieska była tak samo zakorkowana jak reszta. Ale na szczęście w murach zbudowano 4-piętrowy parking, toteż około 11.00 zostało ze 30 ostatnich miejsc. Zwiedziliśmy sam średniowieczny kompleks z mostem. Resztę miasta sobie darowaliśmy, bo pojechaliśmy do Chamonix-Mont Blanc (444 km).
Powiem tak, nie spodziewałem się że miasteczko wywrze na mnie takie wrażenie. Te gigantyczne góry dookoła były niesamowicie przytłaczające. Człowiek się czuł taki malutki. W lokalnej knajpce zamówiłem sobie pieczone ślimaki. Jadłem już je kiedyś, gdy był francuski tydzień w Lidlu. Te w knajpie w Chamonix smakowały podobnie.
Na wieczór zjeżdżając 40 minut z gór serpentynami nocowaliśmy w Sallanches. Rano mieliśmy piękny widok na góry.
Po śniadaniu ruszyliśmy przez Szwajcarię (na granicy z Austrią włączyliśmy internet za szybko, T-Mobile zabrało 49 zł), dojechaliśmy do Monachium. Tam poszliśmy pozwiedzać okolice. Uraczyliśmy się pizzą, a ja dodatkowo lokalnym piwkiem.
Następnego dnia dojechaliśmy do Wrocławia. W zasadzie to na obrzeża. Znów straciliśmy z godzinę na korki. Tym razem nigdzie chodziliśmy. Czilerka w pokoju hotelowym i kolacyjka na dole w restauracji.
Kolejnego dnia szybko wróciliśmy na Podlasie.
Podsumowując: spełniłem swoje marzenie, zwiedziłem Lazurowe Wybrzeże, ale z planem powrotu tam za rok samolotem, by plażować i jeździć pociągiem.
Nie udało nam się zobaczyć:
Portofino (woleliśmy jechać od razu na plażę w San Remo)
Chur (Szwajcaria) - chcieliśmy pojeździć pociągami po górach, ale online było brak biletów, więc ostatecznie nie chcieliśmy ryzykować tam noclegu, by spróbować kupić bilet na miejscu
Cannes, Nicea, Eze, Monako - zwiedziliśmy tylko z samochodu, jest niedosyt
Chamonix - nie wjechaliśmy wyciągiem na 4400 m n. p. m. bo bombelek jeszcze za mały - wrócimy tam też gdy podrośnie
#podroze #wlochy #francja #lazurowewybrzeze





@tosiu elegansior, cieszę się, że inspiruję!
ᕦ( ͡° ͜ʖ ͡°)ᕤ Fajna wycieczka, też chciałbym kiedyś się wybrać na Lazurowe Wybrzeże, ale czytałem, że fajną opcją jest baza w San Remo i stamtąd robić wypady do Francji, ponoć tak jest sporo taniej.
A co do Portofino, to nie macie czego żałować! Portofino jest fajne ale zobaczyć sobie przy okazji czegoś np. wracając z San Fruttoso, bo samo w sobie jako główny cel może jedynie rozczarować. Poza tym gdybyście nie parkowali 10km od Portofino tylko pojechali prosto na miejsce, to prawdopodobnie znów byście nie znaleźli miejsca parkingowego i tyle byście zobaczyli.
Zaloguj się aby komentować
Cześć! Wracam z kolejną częścią mojego podsumowania tripa do Maroka. Dziękuję za wszystkie komentarze pod poprzednim wpisem! Dziś zagłębimy się w temat, który interesuje każdego podróżnika:
Część 2: Jedzenie, Zakupy i Ceny
Smaki Maroka: Kawa z bagażnika, Shawarma i francuskie ciasteczka
Scena kulinarna w Agadirze była dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Zacznijmy od kawy. Kawa w Maroku jest absolutnie genialna! Niemal wszędzie serwowana jest świeżo mielona i mocna, aromatyczna kawa. Hitem są mobilne "coffee shopy" w bagażnikach samochodów zaparkowanych na poboczu. Za espresso lub dużą czarną kawę (long black) z takiego przydrożnego stoiska płaciłem zazwyczaj 10 dirhamów (ok. 4 zł). Co ciekawe, w kawiarniach w mieście ceny są bardzo podobne, a tylko w niektórych restauracjach cena wzrasta do 15 dirhamów (ok. 6 zł).
Dominują też lokalne smaki jedzenia, a tutejsza Shawarma jest fantastyczna. Jednak to, co mnie zdziwiło, to wysoka jakość kuchni europejskiej. Szczególnie desery w lokalnych cukierniach (pâtisseries) to mistrzostwo świata. Za ciastko Mille Feuille ("Napoleonka") płaciłem 17 dirhamów (ok. 6,80 zł), a za wyśmienitą tartę cytrynową 16 dirhamów (ok. 6,40 zł). W Polsce za deser tej klasy trzeba zapłacić co najmniej dwa razy tyle.
Jeśli chodzi o obiady, ceny są równie przystępne. Kompletny talerz shawarmy z frytkami, surówką i lokalnym chlebem (pitą) kosztuje od 50 do 80 dirhamów (20-32 zł) – 50 dirhamów za normalną porcję, a 80 za wersję "deluxe", która jest dwa razy większa. Wyśmienita, duża pizza w restauracji to koszt 50-60 dirhamów (20-24 zł), a tylko za pepperoni płaciło się 80. Z kolei ogromny talerz owoców morza, którego ciężko było zjeść w pojedynkę, kosztował 80-110 dirhamów (32-44 zł). Co ważne, podawane mięso to zazwyczaj kurczak albo wołowina – nigdzie nie spotkałem się z koziną czy mięsem wielbłąda. Warto też dodać, że w marokańskich knajpkach panuje niesamowity spokój – nikt cię nie popędza, a po zjedzeniu możesz siedzieć przy stoliku tak długo, jak masz ochotę.
Są też oczywiście globalne sieciówki jak KFC. Ceny są tam niemal identyczne jak w Polsce.
Moje wielkie odkrycie: Produkty mleczne!
Muszę poświęcić osobny akapit na marokański nabiał. Jestem fanem kefirów i jogurtów, a to, co zastałem w tamtejszych sklepach, przerosło moje oczekiwania. Półki uginają się od lokalnych, gęstych, kremowych kefirów i jogurtów o świetnym składzie. Smakują fantastycznie, a przy tym są śmiesznie tanie. Przykładowo, duży, półlitrowy kefir lokalnej marki kosztował ok. 11 dirhamów (ok. 4,40 zł), a małe owocowe jogurty to koszt rzędu 2-3 dirhamów (poniżej 1,50 zł).
Zakupy i ceny: Dwa światy w jednym sklepie
Zakupy w marokańskim supermarkecie to świetna lekcja ekonomii. Na półkach widać wyraźny podział na dwa światy:
Produkty lokalne: Zdecydowanie tańsze. Świeża wołowina na tagine kosztuje ok. 115 dirhamów za kilogram (ok. 46 zł/kg), czyli podobnie jak w Polsce. Ale już lokalne sery czy wędliny są znacznie tańsze.
Produkty importowane: Tutaj ceny są "europejskie". Makaron Barilla (500g) kosztuje ponad 16 dirhamów (ok. 6,50 zł), podczas gdy bardzo dobry makaron lokalnej marki to koszt ok. 9 dirhamów (ok. 3,60 zł). Mrożona pizza Dr. Oetker Ristorante to wydatek prawie 40 dirhamów (ok. 16 zł), a smaczna lokalna alternatywa – 27 dirhamów (ok. 11 zł).
Ta zasada dotyczy wszystkiego. Jeśli chcesz żyć tanio, wybierasz marokańskie produkty. Lokalne pomarańcze kosztują ok. 15 dirhamów za kilogram (ok. 6 zł/kg), ale importowane kiwi to już ponad 70 dirhamów (ok. 28 zł/kg)! Warto też wspomnieć o cenach paliwa, które są bardzo atrakcyjne w porównaniu do europejskich. Z tego co zauważyłem, litr oleju napędowego (diesel) kosztuje nieco ponad 10 dirhamów (ok. 4 zł), a benzyna bezołowiowa około 12 dirhamów (ok. 4,80 zł).
Ceny wycieczek fakultatywnych Kolejnym bardzo pozytywnym zaskoczeniem były ceny zorganizowanych wycieczek. W Agadirze jest mnóstwo małych biur podróży. Cenniki, które na początku pokazują, są punktem wyjścia do negocjacji. Mnie osobiście większość wycieczek udawało się kupić w cenie 300-350 dirhamów od osoby. Warto odwiedzić kilka takich miejsc, porównać oferty i śmiało się targować. W tej cenie zawarty jest transport z i do hotelu, często przewodnik, a czasem nawet obiad.
Koszty życia: Ciekawostka o cenach mieszkań
O ile codzienne życie i jedzenie (zwłaszcza lokalne) są tanie, o tyle ceny mieszkań i domów w dobrych lokalizacjach w Agadirze są bardzo wysokie, często zbliżone do cen w miastach wojewódzkich w Polsce. Pokazuje to, że Maroko to kraj ogromnych kontrastów, również ekonomicznych.
W następnej części przyjrzymy się życiu codziennemu, czyli moim największym ciekawostkom i zaskoczeniom z marokańskich ulic. Do usłyszenia!
Pomagałem sobie AI aby opanować ceny i przelicznik.
ps. ta surowa ryba ze zdjęcia była wystawiona w jakiejś knajpie, pokazywałeś palcem co chcesz i ktoś ją filetował na Twoich oczach i od razy grillował.
#boogietravel #maroko #agadir #podroze





Zaloguj się aby komentować

Zebraliśmy dla Ciebie najciekawsze tanie loty na jesień po Europie ale i nie tylko. Idealne na city break, spontaniczną podróż albo przedłużony weekend. Sprawdź, dokąd możesz polecieć i zaplanuj swoje jesienne wakacje! Tym razem mamy dla Ciebie również tanie loty na Malediwy a także do USA. Oto...
Siema #motocykle #podroze i może #norwegia
Wczoraj był nasz ostatni dzień jazdy na północ Norwegii – udało nam się dojechać na wysepkę Tjøtta, tutaj:
https://maps.app.goo.gl/a8qhTRMJoqoLddmx6
Jak się zrobi zoom out, to wychodzi, że jesteśmy prawie wyżej niż Islandia
Dalej nie jedziemy, bo w sobotę odpływa nasz prom z Karlskrony, a przed nami jakieś 1500 km, czyli około 20 godzin jazdy spowrotem. Nie będziemy jednak tłuc po 12 godzin dziennie, bo w końcu jesteśmy na wakacjach. No i trzeba szukać noclegów – znaleźć hytte z dojazdem nie jest łatwo. W Szwecji ma być niby prościej, ale standard chatek gorszy niż tutaj.
Z ciekawostek: w niedzielę rano osunęła się droga niedaleko Trondheim i zepchnęło auto do fiordu. My jechaliśmy tamtędy tego samego dnia koło południa – oczywiście już objazdem, bo odcinek był zamknięty.
Wrzucę wam kilka fotek, a jak wrócę, to może zrobię małe podsumowanie, bo na komórce ciężko coś dłuższego sklecić.





@WatluszPierwszy ceny wysokie, ale korona słabo stoi teraz. Paliwo 7-8 zł. Chleb 10. Noclegi w domkach około 100zł za osobę mozna znaleźć, z tym ze my celujemy w darmoche
Zaloguj się aby komentować
#podroze #wakacje #wlochy
Zachęcony tym, co napisał @splash545 postanowiłem krótko podsumować nasz rodzinny urlop w Umbrii i jej stolicy Perugii. Nie będę ukrywał, że na kierunek podróży wpływ miała cena. Za dwoje dorosłych, dójkę dzieci i dwa bagaże rejestrowane 20 kg zapłaciliśmy 1300 zł. Lotnisko w Perugii okazało się takim większym dworcem PKS. Do miasta śmiga za 5 juro autobus AirLink. Nocleg ogarnęliśmy w samym centrum starej części miasta i tu też udało się trafić z ceną 2600 zł. Samą Perugię można podzielić na dwie części starą i nową. Obie łączy ze sobą system minimetra, czyli jeżdżące raz nad a raz pod ziemią małe wagoniki. O nowej części miasta nie ma w zasadzie co pisać. Ot domy i bloki, które czasami lekko przypominają architekturę polskich osiedli z lat 90. Zdziwiło mnie to, ile lokali jest tam pustych. Sklepy, jakieś małe firmy itp. świecą pustymi oknami, albo planszami z ofertą sprzedaży.
Do sedna jednak, a więc do strego miasta. Tutaj już dostajemy prosto w twarz całym pięknem włoskiej architektury. Stare kamienice, piękne czerwono-brązowe dachy, zielone okiennice, wąskie uliczki. Wszystko to przyprószone lekko artystycznym klimatem (polecam Via della Viola i sąsiednie uliczki), pełne street artu i małych knajpek, które wyglądają jakby mieściły się na 20 m2. Zresztą to w Perugii jest trzeci najmniejszy pub na świecie Ill Birrino. Miasto jest stare, z historią i to widać na każdym kroku. Nie będę się tu jakoś rozpisywał, bo w internecie jest masa info i pewnie masa lepiej napisanych tekstów.
Co do samej Umbrii, to odwiedziliśmy jeszcze małe wioski takie jak Toricella, San Feliciano, Magione czy Monte del Lago. Sa to lekko senne miejsca i jeśli ktoś chce się kompletnie wyłączyć z pośpiechu, to można wpaść i np. kupić sobie kawę i chwilę gdzieś posiedzieć.
Na minus na pewno Jezioro Trazymeńskie. Ogromne, ale zasyfione. Przy brzegu walają się jakieś zaschnięte wodorosty a molo w Toricelli przypomina jakiś betonowy pomost zapomniany przez Boga i ludzi. Szerze to wiedzieliśmy o tym, ale nie spodziewaliśmy się, że aż tak to wygląda.
Z miejsc typowo turystycznych odwiedziliśmy jeszcze Asyż. Nie jestem wierzący, ale przyznam, że sam grób św. Franciszka jest ciekawym miejscem, emanującym jakimś lekko mistycznym klimatem. Miasteczko jest przepiękne, ukwiecone, małe uliczki i niskie kamienice robią wrażenie i mimo tłoku, turystów i wszechobecnych straganów gdzie obok krzyży i figurek leżą koszulki Slayera można się tam wyciszyć i poczuć jakoś... inaczej.
Co do cen, to Umbria uchodzi za region stosunkowo tani. Nawet sami Włosi mówili nam, że są tacy, którzy przeprowadzają się tam właśnie ze względu na niższe koszty życia. My jedliśmy raczej budżetowo, tym bardziej, że postawiliśmy na przemieszczanie się i czasami po prostu łapaliśmy jakiś posiłek w biegu.
Wszędzie podróżowaliśmy transportem publicznym. Pociągów jest sporo i nawet mimo remontów na kolei daliśmy radę spokojnie się przemieszczać. Jeżdżą też autobusy miejskie i podmiejskie a po Perugii śmiga dodatkowo wspomniane już minimetro. Fajnie było wsiąść w wagonik czy autobus w powszedni dzień i poczuć klimat miasta, widzieć ludzi jadących do codziennych spraw i obowiązków. Polecam taki sposób podróżowania. W zeszłym roku w Trieście postawiliśmy na samochód i taksówki a w transporcie do i z Chorwacji pomogła nam przemiła właścicielka wynajmowanego przez nas domku. Było wygodniej ale na pewno mniej podróżniczo i przygodowo.
Myślami jestem jeszcze trochę w Perugii i okolicach, mimo że słowa te piszę w przerwie na śniadanie w pracy.



Zaloguj się aby komentować