#historiapolski

6
343

Jeśli Wielka Lechia nie istniała, to jak wyjaśnicie to?!?!

#czytajzhejto #hejtoczyta #historia #polska #historiapolski #alternatywnahistoria

d2665103-bee4-48a6-a1b9-4b079aac888b

@Topia 

Kiedyś jechałem samochodem z Polski do Rumunii. Do roboty. Firma mnie tam wysłała. Po drodze zatrzymałem się w hotelu na Słowacji na nocleg. To wszysko w czasach rzymskich wchodziło w skład Wielkiej Lechii.


Przespałem się. I wiesz co? Zapomniałem po co to ja tam jadę? Naprawdę. Z grubsza wiedziałem, ale szczegóły zapomniałem. Nawet nie wiedziałem z kim mam tam się spotkać.


Wyciągnąłem komputer, w nim jakieś notatki i sobie przypomniałem.


Wtedy wyobraziłem sobie że jestem wysłannikiem króla Wielkiej Lechii mającego stolicę w Polsce i jadę z rozkazami dla wojsk stojących nad Dunajem. Taka podóż w tamtych czasach trwałaby ze dwa tygodnie jak nic. Nie ma siły żebyś pamiętał co masz dokładnie przekazać. A pisma żadnego nie masz, bo nikt w Wielkiej Lechii pisać ani czytać nie potrafi.


Wtedy zrozumiełem że nie mogło istnieć żadne wielkie Imperium bez pisma.

Nawet Hunowie Attyli używali rzymskich/greckich pisarzy. I stąd wiemy że Imperium Hunów istniało naprawdę.


Pomyśl nad tym.

Zaloguj się aby komentować

O zielonej wyspie Tuska i jego relacjach z ekonomistami


W Ameryce wybuchł kryzys finansowy, pękła bańka kredytowa, system bankowy znalazł się na skraju ruiny. Kryzysowa fala szybko dotarła do Europy, wywołując największe od czasów wojny załamanie gospodarcze. Jedno po drugim państwa Unii popadały w recesję.


Tusk zareagował ekscentrycznie, nie zrobił nic. Nie dlatego, że nie chciał budzić paniki, po prostu czekał na bieg wydarzeń. Gdy kryzys rozlewał się po Europie, wiele państw chroniło się dorzucaniem do gospodarki wielkich pieniędzy. Tego samego chciała opozycja, ale Tusk odmówił. Czekał. Nie dlatego, że wiedział, że fala kryzysu do Polski nie dotrze, ale ponieważ wpierw chciał falę zobaczyć.


W końcu do Polski dotarła, zdumiewająco mała, wygasiła wysoki wzrost, ale nie zdołała wywołać recesji. Nie było to zasługą władzy, lecz okoliczności. Przede wszystkim nie trzeba było ratować banków, Polska miała zdrowy system bankowy, z małą liczbą udzielonych kredytów i śladową nietrafionych. Miała też własną walutę, którą mogła dowolnie osłabiać, obywateli chcących nadal kupować oraz biznes gotowy nadal inwestować. Gdyby Polska była silniej podłączona do światowego systemu, poległaby wraz z nim. W czasach kryzysu zacofanie było atutem.


Przed kryzysem ekonomiści na rządy Tuska reagowali dużym rozczarowaniem. Premier kontynuował strategię PiS-u, korzystał z komfortu wzrostu, pieniądze publiczne wydając bez miary. Jednak jego spokojna reakcja na kryzys zebrała świetne recenzje, premier nie uległ panice. Lecz chwilę później pochwały ucichły. Gospodarka spowolniła, dochody budżetu znacząco spadły, tymczasem Tusk wydatków ciąć nie zamierzał. Dług publiczny wzrósł tak gwałtownie, że Unia zagroziła Polsce procedurą nadmiernego deficytu. Tusk to zignorował, aby wygrać wybory prezydenckie, przygotował budżet z największym deficytem w dziejach III RP.


Ekonomiści podnieśli alarm, kwota była astronomiczna, żaden rząd nie trwonił pieniędzy na taką skalę. Ledwo co Polska uniknęła kryzysu, a już wpadała w pułapkę zadłużenia tylko po to, aby Platforma wzięła pełnię władzy. Znani ekonomiści wystosowali list do premiera z prośbą, aby się opamiętał. Ale tak jak Kaczyński nie znosił prawników, tak Tusk nie cierpiał ekonomistów. Nie wierzył im, uważał, że zawsze wieszczą pożary, które nigdy nie wybuchają. Kolejnych premierów zmuszali do reform, które okazywały się potem jedynie samobójcze. Bo gdy następcy zaczęte reformy wyrzucali do kosza, na gospodarkę nie spadały klęski. To zbudowało w Tusku przekonanie, że ekonomiści nie mylą się często, lecz zawsze.


Swojego ministra finansów Tusk nigdy nie słuchał, lecz sam mu wydawał rozkazy. I zmusił go, aby zamiast oszczędności zastosował sztuczki księgowe zmniejszające deficyt tylko na papierze. Ekonomiści przyjęli to z wielką niechęcią, ale lęk przed PiS-em zwyciężył, postanowili cierpliwie czekać do prezydenckich wyborów, do zapowiedzianych ambitnych reform, które blokował ówczesny lokator Pałacu.


Kiedy Platforma Pałac przejęła, Tusk się z zapowiedzi wycofał. Ekonomiści nie wytrzymali, zarzucili premierowi nieodpowiedzialność, porównali do Gierka, Balcerowicz w centrum Warszawy zawiesił licznik długu publicznego. Premierowi raz nerwy puściły, przeciwników nazwał „pseudoekspertami”, jednak starał się unikać otwartego konfliktu. Bał się stygmatu radykała, wolał, aby społeczeństwo nie wiedziało, jaki lęk wzbudził w ekonomicznych ekspertach. Bo ujmując problem w liczbach, skala odejścia Tuska od ekonomicznej ortodoksji była największa w historii III RP. Nawet pomysły Leppera nie były tak kosztowne. Dlatego Tusk nadal zwodził ekonomistów, proponował cierpliwość, dawał do zrozumienia, że gdy Platforma wygra wybory do Sejmu, ruszy wielka reforma wydatków. Ale kiedy w końcu wygrała, reformy znowu nie było.


Sposobem redukcji długu okazały się demontaż OFE oraz wydłużenie wieku emerytalnego, ale w stylu Tuska, rozłożone na 25 lat, aby ludzie nie poczuli zmiany. Skoro jednak ludzie nie poczuli, również budżet nie poczuł. W swojej ostrożności Tusk był nie tyle konsekwentny, co fanatyczny. Nigdy nie ustąpił nawet na krok. Jeśli już zabierał ludziom pieniądze, to nie teraźniejsze, lecz przyszłe. Aby poczuli ból, gdy rządzić będzie kto inny. Jeśli łatał dziurę w budżecie, to nie cięciem bieżących wydatków, lecz planem ich cięcia w przyszłości.


Nikt nigdy nie zachował się wobec finansów publicznych z takim egoizmem i tupetem. Olbrzymi strumień pieniędzy został wydany jedynie po to, aby Tusk nie stracił władzy.

___


Z książki Czas Kaczyńskiego. Polityka jako wieczny konflikt


#historia #historiapolski #polityka #czytajzhejto

b20e00b0-c6e8-4ea6-ad91-68f8283f3886

Po wybuchu kryzysu wprowadzono przepisy antykryzysowe, które były korzystne dla pracodawców. Do tego złotówka poleciała na pysk. Siłę nabywczą równą tej sprzed kryzysu odsyskalismy dopiero w 2019.

@Boski w czasach kryzysu mialem dopiero 15 - 18 Lat w sumie to nie interesowalem sie wtedy takimi rzeczami.

Pamietam natomiast, ze placa minimalna byla niska, bezrobocie wysokie, ceny niskie

Nalezy tez pamietac, ze to bylo 3 lata po wejsciu do EU.

W moich okolicach, pracy bylo malo i slabo platna ale b.duza czesc szczegolnie tych ktorzy wyjechali na zachod - miala jakies osczednosci i zaczynali budowy domow w PL. W mojej okolicy widac bylo, ze te pieniadze nia sa z regionu a z zachodu. Zerszta moja wioska rozrosla sie niewyobrazalnie.


Ale w tamtym czasie placa minimalna to bylo cos okolicy 800 PLN a bezrobocie za granica w okolicy 800€ wiec noo matemamtyke pozostawiam wam

@BoTak nie przeczytasz bo wyszła w 2016 i omawia lata 2005-2010


I bardzo się mylisz, Kaczyński to być może najbardziej negatywna postać w książkach Krasowskiego

1 Uratowala nas szara strefa na rynku pracy

2 brak oszczędności na spekulacyjnych giełdach

3 zaradność i samowystarczlnosc obywateli.

Bańka budowlano mieszkaniowa 2006-2009 na kredytach frankowych spowodowała stagnację do 2019 i mamy powtórkę lecz skumulowana inflacja zabrała nam oszczędności i siłę nabywczą zarabianych pieniędzy

Zaloguj się aby komentować

O tym jak zaczęła się wojna PiS - PO i dlaczego Tusk ją rozkręcił


PiS w 2005 wygrał wszystko, prezydentem został Lech Kaczyński, kandydatem na premiera Kazimierz Marcinkiewicz, jednak PiS musiał szukać koalicjanta, bo nie miał większości, niemal pewnym rozwiązaniem wydawała się współpraca PO-PiS.


Od czasu przejęcia władzy przez SLD w latach 1993–1995 w polskiej polityce nie było tak zdumiewającego wydarzenia. PiS był klasycznym średniakiem, partią silną w swej niszy, ale tylko w niej. Przez cały 2005 rok wszyscy żyli przekonaniem – włącznie z liderami PiS-u – że PO jest partnerem znacznie silniejszym, że PiS bije się o to, aby u boku Platformy nie zostać statystą. I nagle okazało się, że potencjał tej partii jest radykalnie większy, że może wziąć nie tylko kilka ważnych urzędów, lecz wszystkie urzędy. Na gruzach imperium SLD rodziło się nowe imperium.


Sypał się stary świat, więc sypały się stare plany. W ścisłym kierownictwie Platformy natychmiast zapadła decyzja o wycofaniu się z koalicji z PiS-em. „PiS jest za silny, połknie nas. Za radykalny, zniszczy nam partię”. Już dwa dni po wyborach Tusk oświadczył swojej drużynie:


Przystępujemy do rozmów o koalicji z PiS, ale prowadzimy je tak, aby nic nie wyszło. Wepchniemy Kaczyńskich w ramiona Samoobrony”.


Jednak zbyt długo opowiadano o koalicji PO-PiS, zbyt wiele społecznych nadziei wokół niej wzbudzono, aby Platforma mogła się łatwo wycofać. Musiała szukać pretekstu. Co nie było łatwe, bo PiS mocno parł do koalicji.


Premier Marcinkiewicz oferował Platformie połowę rządowych foteli, a Rokicie fotel wicepremiera. Przy tak dobrej ofercie trudno było podważyć szczerość intencji partnera. Platforma skrytykowała więc logikę podziału ministerialnych tek, wedle której resorty administracyjne trafiały do PiS, zaś gospodarcze do PO. Tusk zagrał w stylu Kaczyńskiego, wytropił w tym spisek. Ogłosił, że celem PiS jest przejęcie wszystkich resortów śledczych . Uznał, że jest to groźne dla państwa i jako warunku zawiązania koalicji zażądał resortu MSWiA dla Jana Rokity.


Strategia Tuska była zręczna. Nie tylko chciał zablokować koalicję z PiS-em, chciał również, aby operacja została przeprowadzona rękami Rokity, symbolu tej koalicji. Zadanie nie było łatwe, relacje między nimi od dawna były napięte. O tym, że Rokita zostanie zmarginalizowany, Tusk zdecydował wiele miesięcy przed wyborami.


Sytuacja się zmieniła, gdy Tusk przegrał wybory prezydenckie. Przychodził czas na pogodzenie się z dawnymi porażkami i na rozmowę o przyszłych interesach. A te były oczywiste – Rokicie bardzo zależało na fotelu wicepremiera, zaś PiS-owi bardzo zależało na Rokicie. Tusk szybko więc ocieplił relacje z Rokitą i zaczął grę, której celem było powstrzymanie go od wejścia do rządu. Żądanie, aby Rokita dostał MSWiA, służyło temu, aby PiS poróżnić z Rokitą. Aby niedoszły wicepremier uznał, że to nie Tusk stoi na drodze jego ambicjom, lecz sami Kaczyńscy. W tamtych miesiącach Tusk poświęcał Rokicie bardzo dużo czasu, odbudował dawną przyjaźń, przekonał Rokitę, że bardzo się troszczy o jego karierę. Nadal odgrywał przed nim rolę patrioty „popisu”, doradzał jedynie ostrożność w rozmowach z PiS-em. Mówił, że trzeba braci trochę docisnąć, że po podwójnym zwycięstwie zbyt pewnie się czują, że nie ma gwarancji, czy za kilka miesięcy nie wyrzucą z rządu Rokity. I tak krok po kroku Tusk prowadził Rokitę, a ten nawet nie dostrzegł, kiedy własnymi rękami projekt „popisu” złożył do grobu.


Drugą przeszkodą dla planów Tuska była jego własna partia. Wielu polityków nie rozumiało, czemu mają nie wchodzić do rządu. Tych straszył Tusk zemstą Kaczyńskich. Twierdził, że zbierane są materiały na liderów Platformy. Mówił:


Kaczyńscy wejdą z nami w koalicję, zakorzenią się w miejscach związanych ze służbami, w prokuraturze i zaczną nas w tej koalicji zjadać.


Oficjalnie Tusk nadal chciał koalicji. Domagał się jej głośno nawet wtedy, gdy ją ostatecznie dobijał. Pierwszy jego grę zrozumiał Jarosław Kaczyński i choć zależało mu na koalicji, przestał się o nią bić. Kiedy Tusk i Kaczyński spotkali się w hotelu sejmowym dwa dni po wyborach prezydenckich, obaj już wszystko o sobie wiedzieli.


Ruszyła kolejna runda negocjacji między Marcinkiewiczem i Rokitą. Tydzień później odbyło się drugie spotkanie na szczycie jako rozpaczliwa próba sklejenia „popisu”. Znowu nie padły żadne konkrety. Tusk i Kaczyński nawet przez chwilę nie prowadzili negocjacji. Spotkali się jedynie po to, aby nikt im nie zarzucił, że nie chcą „popisu”. Ciekawe były relacje, jakie Tusk zdał partii ze spotkań z Kaczyńskim. Po pierwszym oświadczył: „To wariat. Wszędzie węszy spiski, układy i robotę służb”. Po drugim: „To jest potwór”.


Wierny „popisowi” został tylko Marcinkiewicz. Łagodził emocje, zgłaszał nowe propozycje, udawał, że nie słyszy ataków pod swoim adresem. To już nie była determinacja, raczej desperacki upór. Janusza Palikota, wówczas szeregowego posła, zaczepił w Sejmie: „Co się dzieje? Dlaczego się nie dogadujecie? Powiedz Tuskowi, że dam Rokicie to MSWiA”. Marcinkiewicz nie kłamał, starał się usunąć ostatnią przeszkodę, nadal nie wierząc, że jest tylko pretekstem. Zadzwonił do Kaczyńskiego, wymógł na nim zgodę na podział MSWiA, aby połowa przypadła Rokicie. Platforma znowu jednak odmówiła. Momentem ostatecznego zerwania były wybory marszałka Sejmu. Widząc, że koalicji nie będzie, PiS przeforsował Marka Jurka, sięgając po głosy Samoobrony i LPR. Tusk, który kilka dni wcześniej odmówił przyjęcia funkcji marszałka, natychmiast zaatakował. Oznajmił, że Kaczyński ujawnił swoje prawdziwe intencje, że od początku nie chciał koalicji z PO, lecz z radykałami. Marcinkiewicz, który tego dnia przyszedł do Sejmu, był zupełnie zdezorientowany. Gdy na korytarzu sejmowym podszedł do niego dziennikarz, zaczął się skarżyć: „Platforma naprawdę nie chce wchodzić do rządu. Ja nie wiem dlaczego. Przecież tyle mogą dostać


Kilka dni potem Platforma podjęła decyzję, że będzie w opozycji do rządu Marcinkiewicza. Tusk wygrał swoją rozgrywkę. Popchnął partię do walki z koalicją – jak to określał – PiS-LPR-Samoobrona. Do walki z koalicją, której jeszcze nie było. Do walki z koalicją, którą sam na PiS-ie wymuszał. Aby zneutralizować Rokitę, obiecał mu najważniejsze funkcje w partii i klubie. Obietnicy nie spełnił, bo potem Rokita już mu nie był potrzebny. Tymczasem Tusk pchnął partię na nowe tory, na spotkaniu klubu narzucił nową wizję sceny politycznej, podzielonej między „wielki PiS” i „wielkie PO”.


Narzucił też nową strategię wobec PiS – zamiast koalicji „twarda opozycja”. Tusk tak szybko wykopywał rów, że w głosowaniu nad wotum zaufania dla rządu Marcinkiewicza cały klub PO był przeciw. Nikt się nawet nie wstrzymał, między partiami panowała już wrogość.

___


Na podstawie książki Czas Kaczyńskiego. Polityka jako wieczny konflikt


#polityka #historia #historiapolski

affc547f-af0e-44d1-bd3e-c21fd9916d8d

@smierdakow pamiętam jak miałem wtedy przekonanie, że to tusk torpeduje PO-PIS. Ogólnie tuskowi wierzyć w cokolwiek się nie da... obrzydliwy typek. 3 x 15, kwota wolna, naprawdę nie trawię tego człowieka... a tu po 8 latach, gdy uciekał do Unii... nawet przez chwilę zrobiło mi się przykro, gdy wybuchła afera podsłuchowa i wszyscy go atakowali... ale szybko stał się tuskiem.


Kaczyński i Tusk mogliby się już skończyć...

@tyle_slow

Skuteczny polityk nie musi byc dobrym znajomym i odwrotnie.

W polityce nie patrzy sie tylko na dzis- dlatego tez Tusk jak sie z czasem okazalo slusznie torpedowal ten pomysl.

Polityka to bagno i trzeba grac roznymi kartami.

@smierdakow

klub jagiellonski to przybudowka pisowska, wiec obi sa srednio wiarygodni.

@GrindFaterAnona

Inna tez jest sprawa, ze tymi resortami to nie do konca prawda- pis nie propowal platformie 50% ministerstw, tylko mniej i to te ch⁎⁎⁎we typu minister kultury

@jajkosadzone i co ten twoj geniusz tusk takiego dobrego wprowadzil dla przecietnego Kowalskiego? Pamietasz jeszcze ze za tego .... płaciłeś podatek dochodowy od kwoty powyzej 3700 zl?


Wiesz ile zlego i jak zlupieni byli przez to polacy?

Tak, a minimalna wynosila 800 zl

Jakie to ma znaczenie? Kraj po komunie ciagle sie rozwija, wiec to oczywiste ze teraz jest lepiej niz w 2007. A poziom zycia w latach 2015-2023 wzrosl minimalnie, bo koszty zycia tak wzrosly, ze jestesmy mniej-wiecej w punkcie wyjscia z roku 2015.

Rozdawnictwo socjalne to syf i bagno, wiecej szkod daje niz pozytku- te dodatki socjalne zrobily ogrom szkod- zgadnij komu? - Tym najnizej sytuowanym!

W ogole co to jest za myslenie, ze jakikolwiek polityk ma cokolwiek dac- on jest od tego, zeby jak najmniej zabierac i w jak najmniej spraw sie wtracac. Polityka czy szeroko rozumiejac panstwa ma zapewnic podstawowa opieke medyczna, spoleczna dla osob chorych czy niedoleznych, zapewnic sprawna policje, wojsko czy dbac o drogi.


Myslisz, ze jakikolwiek polityk chce rozwiazac jakikolwiek problem? On jest od rozwiazywania.

Zaloguj się aby komentować