Ależ mnie zawiódł ten film. Po części chyba dlatego, że miałem duże oczekiwania, bo słyszałem dobre opinie, a po części dlatego, że był to jeden z filmów, które chciałem obejrzeć od dawna, ale zawsze jakoś nie było po drodze. Z opisu na Filmwebie: Ranny po ataku niedźwiedzia Hugh Glass jest świadkiem zabójstwa swojego syna. Pozostawiony przez mordercę na pewną śmierć, postanawia się zemścić za wszelką cenę. Ot idzie se skatowany chłop, trochę akcji, chłop dalej idzie. To, że chłop idzie miało stać się dla mnie treścią tego obrazu. Umęczenie, znój, trwoga, przytłoczenie. Liczyłem na jakiś mroczny klimat, na mękę udręczonej śmiercią własnego dziecka duszy, na zemstę powolną, żmudną i z zimną krwią. Zemstę która raczej psychicznie zniszczy zarówno mściciela jak i tego złego a nie, że ktoś komuś wsadzi nóż albo obije mordę. Dostałem raczej trochę akcji (głównie w finale) plus zimowe krajobrazy. To drugie na plus.
Nie mam pojęcia jak ocenić ten film. Z jednej strony wciąż wygląda bardzo dobrze i musiałem sobie ciągle przypominać na nowo, że to jest z 1968 r.! Próbowałem sobie wyobrazić jakie to musiało robić wrażenie na ludziach wtedy. Z drugiej raził brak nieważkości lub zmniejszonego ciążenia na Księżycu, ale w sumie to było rok przed lądowaniem na nim. Dziwiła "logika" prac poza statkiem, ale znowu - mogli w sumie nie mieć pojęcia jak to powinno wyglądać. Musieli się oczywiście obrócić do kamery, żeby Hal mógł jednak się dowiedzieć o czym rozmawiają. Musieli zrobić drugie wyjście, żeby wymienić nowy element na stary. Oczywiście, że potem nie zabrał ze sobą hełmu i rękawic. No i oczywiście musieli wcisnąć AI, bo teraz musi być wszędzie. Ale najbardziej zadziwia końcówka. Jest pierdylion filozoficznych rozważań na ten temat - pewnie o to chodziło, ale jakoś to do mnie nie trafia.
tl;dr: Klasyka. Całkiem ładna, ale naciągana i dziwna.
Problem z oceną tego filmu polega na tym, że patrzymy na niego za bardzo z punktu widzenia współczesnej wiedzy o kosmosie i prawie wszystkich lotów człowieka w kosmos, które miały miejsce dopiero po premierze. Jak do tego dodamy jeszcze poziom ówczesnych efektów specjalnych to ten film bez kitu zasługuje na 9/10.
@JackDaniels Wizualnie tak. Treściowo - wymieniłem większość problemów z fabułą, a o kosmosie coś jednak musieli wiedzieć, skoro rok później wylądowali na Księżycu (a Gagarin był w kosmosie 7 lat przed premierą).
Historia ekscentrycznego wizjonera Howarda Hughes'a i jego drogi od producenta filmowego do konstruktora i właściciela linii lotniczych.
Nie porwał mnie jakoś specjalnie ten obraz - był stanowczo za długi, za mało wciągający, zbyt przekombinowany. DiCaprio raczej mnie drażnił, niż się podobał, a ten film obnaża według mnie główne problemy związane z jego grą: kiepska barwa głosu oraz ciągłe wrażenie, że ogląda się kogoś, kto gra daną postać, a nie "jest" tą postacią. Nie wiem, czy lepiej nie sprawdziłby się tu Clive Owen (z tamtego roku rzecz jasna). Polecam osobom lubiącym filmy biograficzne.
Film pdobał mi się do momentu, w którym główny bohater nie spotkał tytułowego chłopca. W momencie pojawienia się przyszłego przyjaciela Bruna pojawiło się także kilka nielogiczności, skutecznie wybijających mnie ze śledzonej historii.
Żaden ze strażników nie zainteresował się, co dzieje się przy najbardziej oddalonej części obozu, w której bardzo często znikał jeden z najmłodszych więźniów? Więźniowie nie podjęli próby ucieczki, skoro wystarczyło wykopać mały podkop pod drutem kolczastym? Rodzina nie zainteresowała się, że Bruno na tak długo znika z ich oczu? W końcu mógł bawić się jedynie przed domem, więc powinien być zawsze na widoku.
I jeden kulminacyjny moment (wyparcie się żydowskiego przyjaciela), i drugi (zagazowanie) nie wywarły na mnie takiego wrażenia, jak powinny. Niestety, ale nie cierpię, gdy film poprzez smutną muzykę wprost mówi, że teraz należy się smucić, bo wydarzyło się coś smutnego.
Żeby nie było, że tylko narzekam - dobrze wyszło zderzenie dziecięcej naiwności z brutalną rzeczywistością. Bruno do samego końca był przekonany, że obóz wcale nie jest złym miejscem. Wszystko przez zobaczony ukradkiem fragment propagandowego filmu o obozach właśnie. Chociaż zdziwił mnie brak podejrzliwości, gdy wreszcie znalazł się w obozie i zobaczył na własne oczy, że ludzie są wychudzeni, a nigdzie nie ma kawiarenki.
Reżyser mógł się bardziej postarać o odtworzenie autentycznych realiów.
I jeden kulminacyjny moment (wyparcie się żydowskiego przyjaciela), i drugi (zagazowanie) nie wywarły na mnie takiego wrażenia, jak powinny. Niestety, ale nie cierpię, gdy film poprzez smutną muzykę wprost mówi, że teraz należy się smucić, bo wydarzyło się coś smutnego.
W sumie dopóki w tym filmie nie wiemy gdzie zmierzają twórcy to toczy się dość gładko fabuła - sportowe wyzwania, treningi, walka z nałogiem i niespokojny związek z borderline-girl. Potem dynamika lekko siada, by ostatecznie dać nam na koniec jedno wielkie nic.
To historia jednego z pionierów MMA - Marka Kerra. I sama rola Dwayne'a Johnsona nie rozczarowuje. Kerr to był potężny byk, który swego czasu królował w japońskiej organizacji (legendarnej już dziś) - Pride.
Problem jednak z tym aktorem jest taki, że Dwayne nie pasuje tutaj wiekowo - dysonans jest dość spory, a charakteryzacja zamiast ukrywać różnicę wieku między filmowym Kerrem a aktorem, tylko ją uwydatnia. Mimo to warto docenić aktorskie zdolności Johnsona. Nie odstaje też Emily Blunt, grająca jego ówczesną partnerkę.
A teraz - dlaczego wielkie nic? Nie ma tam żadnej konkluzji. Ot, był taki Mark Kerr, świetny wojownik, który musiał się mierzyć w swoim peaku karierowym z uzależnieniem i chorobą swojej dziewczyny. Potem oglądamy jego powrót do walki, perypetie sportowe i... koniec. Przejazd na 20 lat później i widzimy prawdziwego Kerra w aktualnym już wieku, który robi zakupy w sklepie.
Czegoś ewidentnie zabrakło w tej końcówce, czegoś co można by rzucić nawet na oślep widzowi, by miał poczucie, że obejrzał skończone dzieło. A tymczasem Smashing Machine ani nie jest bio-laurką, ani jakimś prostym traktatem o kondycji pionierów MMA.
Gdyby nie to spokojnie dałabym 7/10, bo to wcale nie jest zły film, mimo wiekowego obsadzenia i braku celu na samym końcu - po co powstał ten film.
Opowieść o Isabel, która chciała by być bardziej wolna w tym skostniałym od konwenansów świecie. Regularnie odrzuca propozycje małżeńskie dopóki nie spotyka Gilberta Osmonda. Biedny arystokrata ma swój cel w małżeństwie z Isabel, można się domyślać dlaczego. Z czasem przejmuje pełną kontrolę nad żoną, taką samą jaką ma nad swoją dorastającą córką, którą chce bogato wydać za mąż, chociaż ona kocha już pewnego chłopca, ale on nie jest na radarze Osmonda.
Jedyną osobą w życiu Isabel, która naprawdę pragnie jej szczęścia jest jej kuzyn Ralph, ale tego olśnienia Isabel doznaje zbyt późno.
Brzmi arcyciekawie, ale film nie jest arcyciekawy - jakoś nie widać tam wielu rzeczy. Osobowość Isabel jest ukryta, najbardziej zarysowaną postacią jest właśnie Osmond oraz Ralph. Trochę szkoda, bo przecież Isabel gra aktorka najwyższej klasy - czyli Nicole Kidman. Za mało jednak tam jej arcytalentu, tak samo jak niestety za mało wspaniałej muzyki Wojciecha Kilara.
Czasem (często) tak mam, że odkładam w czasie obejrzenie filmu, na którego zobaczeniu bardzo mi zależy. Tak też było z „Lighthouse”, które chciałem obejrzeć, odkąd tylko zobaczyłem zwiastun.
Prawie wszystko mi się spodobało. I podjęta decyzja o czarno-białym filtrze, który podkreśla surowe i pozbawione wygód życie pracownika latarni morskiej. I sparowanie świetnej gry aktorskiej Pattinsona z jeszcze lepszym Dafoe. I zderzenie młodocianej wyrwy i chęci buntu z zatwardziałymi przesądami i życiowym zgorzknieniem. I pokazanie, że czas spędzony w izolacji niekorzystnie wpływa na ludzką psychikę i że morze alkoholu niekoniecznie pomaga ją przetrwać.
Samo tracenie zmysłów jest niejednoznaczne. Widzimy wydarzenia z perspektywy jednego bohatera, by po chwili dowiedzieć się od drugiego, że to ten pierwszy wariuje. I któremu wierzyć? Młodzikowi, który nie jest przyzwyczajony, czy staremu wydze, który już dawno mógł oszaleć?
@cyberpunkowy_neuromantyk Zabawne, że Pattisona te 20 lat temu uważałem za takiego Justina Bibera kina, a to wszystko przez adaptację Zmierzchu, a on rozwinął się tak, że jego udział w filmie to dla mnie zaleta
Oglądałem kiedyś ale dopiero po 30 min się zorientowałem jak uciszali jednego co chciał go wydać niemcom - chyba ze był jeszcze jeden film w którym taka scena była .
Do baru wbija chłop wyglądający jak krzyżówka szura z menelem i mówi, że przybywa z przyszłości, w której zbuntowała się AI i dlatego zbiera on ekipę, która ma temu zapobiec. A potem jest tylko dziwniej.
Film śmieszny, dobrze zagrany i ciekawy, cisnący bekę zarówno ze znanych nam problemów jak powszechne zidiocenie czy uzależnienie od telefonów, jak i z typowo amerykańskich jak strzelaniny w szkołach. Z drugiej strony nie mówi nic odkrywczego i oprócz walorów rozrywkowych to wiele tu nie ma.
Dałbym lepszą ocenę, ale po pierwsze im dalej w las tym coraz więcej problemów z tempem filmu, szczególnie jak zaczyna się dziać coś ciekawego i jest przerywane żeby pokazać przeszłość jakiegoś bohatera. Po drugie było trochę brzydkich, ciemnych scen gdzie gówno widać, a nie cierpię tego trendu w kinie.
@boogie bo w książce jest sporo naukowych rozkmin głównego bohatera na temat napotykanych problemów, tak że widzimy jak dochodzi do rozwiązań. A w filmie po prostu robi rzeczy. ¯\_(ツ)_/¯
Po recenzjach tutaj myślałem, że idę na drugi interstellar. W połowie się okazało, że raczej średnio. A pod koniec się okazało, że byłem po prostu na przyjemnym sci-fi - lepszym niż marsjanin, ale daleko mu do Nolana.
Bardzo przyjemny film który nie próbuje być pretenslonajlny i propagować the current thing. Można się pośmiać, wzruszyć, czujesz się pozytywnie nastawiony po wyjściu z kina.
Fabuła skupia się na amerykańskich badaczach na Tytanie (księżycu Saturna), którzy odnajdują zahibernowanego, starożytnego, krwiożerczego stwora. I cała reszta toczy się w "podobnym scenariuszu" jak w Obcym.
Do filmu podchodziłem trochę jak pies do jeża, wyobrażałem sobie, że to będzie nudny film ktory w większości bedzie pokazywał walki na ringu ale sie myliłem. Okazało sie ze najwięcej Tutaj poświęcono relacji między głównym bohaterem a jego partnerka, problemom jakie wspólnie przeżywają oraz o przyjaźni, co mnie pozytywnie zaskoczyło i fajnie sie ogladalo dzieki temu. Poza tym bardzo podobała mi sie rola jaka zagrał tu Dwayne Johnson, myślałem ze umie grac tylko przygłupich karków a jednak potrafi cos wiecej. Po seansie jeszcze bardziej utwierdziłem sie przekonaniu ze Grzesznicy nie zasłużył na Oscara, bo to kolejny seans z nominowanych filmów ktory moim zdaniem byl lepszy od tegorocznego wygranego. Moze nie zasłużył na Oscara, ale lepszy byl. Pozdrawiam i polecam.
Ostatnio pisałam o drugim podejściu do "Lady Bird" i jak dzięki temu odkryłam ten film na nowo. Od paru miesięcy chodził za mną pomysł powtórzenia sobie innego seansu, z którym za pierwszym razem miałam problem i w święta nadarzyła się okazja i odświeżyłam sobie "Zimną wojnę" Pawlikowskiego.
Problem za pierwszym razem miałam taki, że nie widziałam potężnego uczucia pomiędzy Zulą a Wiktorem. To mnie deprymowało i odpychało zarazem od uznania tego filmu.
Tym razem ten problem zniknął, bowiem nie chodzi o to by zauważyć czy wyczuć jakąś chemię między bohaterami. To jest melodramat i konwencja robi to za nas - warto to zaakceptować i po prostu porwać się temu filmowi.
"Zimna wojna" to przede wszystkim historia nieszczęśliwej miłości - ona z dołów społecznych pragnąca lepszego życia, on artysta - uniesiony jej wspaniałym głosem, zakochuje się z miejsca. A jednak realia czasów gnębią naszych bohaterów - odsuwają ich od siebie, a zarazem przysuwają - ci ludzie nie potrafią bez siebie żyć, chociaż wiedzą, jak równie ciężko jest ze sobą żyć. To prowadzi do tragicznych konkluzji, ale czego nie robi się dla miłości?
W sensie realizacyjnym to majstersztyk - czarno-białe zdjęcia uchwycone w niepokornych kadrach, muzyka, wspaniała, docierająca do naszych serc, aktorstwo (Kulig i Kot) na najwyższym światowym poziomie! Po prostu film doskonały.
Aż zajrzałam w nominacje oscarowe z 2019 roku, bo myślę sobie - film z którym przegrała "Zimna wojna" musi być jeszcze lepszy. Jakież było moje zdziwienie gdy sprawdziłam nominowane tytuły i jaka bieda wtedy w tej kategorii panowała - tylko "Roma" Cuarona mogła stanąć w szranki, chociaż moim zdaniem jest o punkt gorsza od dzieła Pawlikowskiego. "Kafarnaum" to film średni, niewiele lepszy "Złodziejaszki" (tego niemieckiego nie widziałam).
Trochę szkoda, że od "Zimnej Wojny" Pawlikowski niewiele nakręcił - jakby jego kariera przystosowała, ale i tak czekam na jego kolejne filmy z wielką niecierpliwością.
Mnie tam film zaskoczył bo był czymś czego w Polsce chyba często nie robią: film, który mógł równie dobrze powstać w USA. Jest po porządna produkcja, a nie jakiś kolejny pitbull.
Dla mnie to nadal jest niestety największy problem filmu. I na poziomie gry aktorskiej i na poziomie scenariusza tam nie ma miłości, jest tylko pożądanie między dwójką ludzi, którzy tak naprawdę nie pasują do siebie i którzy nawet w sprzyjających ich związkowi okolicznościach byliby co najwyżej w on and off relationship. Może gdyby to był wątek poboczny, łatwiej byłoby ten nieudolny romans przełknąć, ale skoro gra pierwsze skrzypce, to ciężej go zaakceptować.
Właśnie tak to widziałam za pierwszym razem, ale gdy przystosujesz się do konwencji melodramatu łatwiej dać się wrzucić do tej "pułapki" - na tym zresztą polega dramat tej pary - że ani nie umieją ze sobą być, ani być bez siebie. Dlatego kończy jak się kończy - wybierają ten jeden wariant, który prawdziwie pogodzi ich miłość.
Ależ to była wyprawa! I znów Klaus Kinski gra szaleńca w peruwiańskiej dżungli i znów to gra w filmie Herzoga. Relacja tych dwojga to zapewne historia na osobny wpis - z jednej strony podziwiali samych siebie a z drugiej strony nienawidzili się do szpiku kości.
Fitzcarraldo to człowiek opętany wizją - wizją sukcesu. Chce w środku peruwiańskiej dżungli postawić operę. Ale aby dojść do tego celu trzeba zarabiać - postanawia po już dwóch nieudanych inwestycjach zostać plantatorem kauczuku. Wyrusza w podróż Amazonką swoim statkiem "Mary Aida". Jego podróż to wieczne problemy, aż pewnego dnia opuszcza go załoga - zostają tylko najwierniejsi. Na pomoc przychodzą miejscowi Indianie a gdy statek natrafia na kolejny problem Fitzcarraldo postanawia wykorzystać przesmyk między dwoma rzekami i przenieść nim statek.
Przedsięwzięcie to karkołomne i absurdalne (w historii, na której opierał się Herzog statek został rozebrany i potem na nowo złożonym, ale niemiecki reżyser chyba specjalnie to przeoczył) i jeszcze napiszę do tego, że tak naprawdę zrobiono podczas realizacji filmu! Czyli przeniesiono ważący ponad 340 ton statek! Herzog chciał by te sceny były ekstremalnie realistyczne więc nakręcił wszystko jak było - bez żadnych efektów specjalnych! No po prostu szaleniec!
Produkcja filmu trwała 12 lat, z czego dwa lata w sensie realizacji - ale nic dziwnego, skoro musieli przenieść statek przez wzgórza... A to wszystko przy dźwiękach klasycznych oper dobiegających z odbiornika Fitzcarraldo.
Niebywałe jak Herzog wlewał swoje wewnętrzne szaleństwo w te filmy - o szaleńcach. Niebywałe, że był zdolny naprawdę przeprowadzić ogromny statek między rzekami tylko na potrzeby filmu.
Warto oglądać uważnie od samego początku: Fitzcarraldo jest nieco dziwaczny w swoich wizjach i lekceważony przez środowisko - tym bardziej jego triumf będzie smakował wybornie - oglądając film spodziewałam się raczej katastrofy niż doprowadzenia do celu - przecież to wszystko zakrawa, że znów się powtórzę - absolutne szaleństwo!
Film jest niesamowity, robiony potężne wrażenie - w każdym aspekcie stoi na najwyższym poziomie, choć podszycie oszalałym podejściem twórcy rodzi ciarki na plecach. Kino absolutne!
Taki zwykły akcyjniak, fabuła też zwykła jak to w akcyjniakach o napadzie, Chris Hemsworth w głównej roli ze swoją klasyczną miną cwaniaka, lubię go w tego typu filmach, nic nadzwyczajnego, ale zabawa dobra i można polecić.