Dokument średni, ale podejrzewam, że najprawdopodobniej miał na celu uświadomienie rodziców obecnych nastolatków, że istnieje coś takiego jak manosfera, redpill i tak dalej. Stwierdzenia raczej mało znane ludziom nieobeznanym z internetem. Taka przestroga, że ich pociechy mogą oglądać różnych „kołczów” i brać ich za wzór męskości.
Moim zdaniem ci „kołczowie” po prostu wyczuli, że tego typu treści będą się sprzedawać. Jak powiedział jeden z nich: brzydzi się OnlyFansem i „modelkami”, jednakże nie przeszkadza mu to zarabiać na nich poprzez firmę, która zajmuje się promowaniem tych kobiet. Myślę, że wiele głoszonych przez nich poglądów to tylko gra pod łatwowierną publiczkę.
Co oczywiście może mieć i pewnie ma szkodliwy wpływ na społeczeństwo.
Natura, świat, życie, żywioły, przemijanie, pamięć. Tak wiele można wypisywać słów w kontekście tego filmu i niesamowite jak wiele z nich będzie pasować.
Tarkowski pozwala nam się przejrzeć w zwierciadle, ale nie zobaczymy tam nic nam znajomego, bo to życie innych ludzi, a zarazem zobaczymy tam wszystko co nam znajome - dzieciństwo, miłość, wspomnienia, sny, rzeczywistość.
Rozległa zabawa kolorem w tym film w pewnym momencie wysunęła się mi spod oczu - już nie nie wiadomo co jest snem, co wspomnieniem, co rzeczywistością. Może tylko urywki historyczne? A może wspomnienie o matce, która w sumie wysuwa się tu na pierwszy plan. Ale czy na pewno jest to tylko matka? Może to i żona? Może to każda kobieta o jednej i tej samej twarzy, która miała wpływ na życie narratora?
Nie będę analizować intelektualnego podłoża tego filmu - to zostawiam mądrzejszym głowom - oglądam filmy Tarkowskiego dla emocji, dla ich piękna i majstersztyku realizacyjnego. I o ile można bawić się w rozumienie na przykład takiego "Stalkera" czy "Andrieja Rublowa" (btw w film w jednej scenie widzimy plakat tego filmu na ścianie), tak "Zwierciadło" pozostaje niepełne do zrozumienia i mam spore podejrzenie, że zostało tak to zrobione specjalnie.
Niesamowite ale chyba tylko Tarkowski tak umiał - stworzyć bardzo osobisty film, w którym każdy z widzów będzie mógł się w nim przejrzeć, niczym w zwierciadle.
Ode mnie to tyle - rozmyślania nie ustaną, ale dziś nie będę się więcej nimi dzielić. Jak zwykle niezwykła przygoda z dziełem tego reżysera.
To mój drugi seans tego filmu i dopiero teraz doceniłam błyskotliwy scenariusz oraz dialogi. Wcześniej ten film wydawał mi się miałki - ot, zbuntowana nastolatka i jej nastoletnie rozterki, których - jak zawsze oczywiście - nie potrafi zrozumieć matka.
Tym razem doceniłam humor i opowieść o trudnej przyjaźni córki z matką. Bo o tym jest też ten film trochę - o relacji mocnej ale wiecznie naciągniętej, na linii wybuchu. Zwykłą szkolną przyjaciółkę możesz odstawić na moment, gdy wejdziecie w konflikt, ale co zrobić z przyjaciółką, która jest twoją matką i ma wymagania, zawsze przygotowaną krytykę, za którą kryje się zwykła matczyna troska.
Prześmieszne są nastoletnie przygody - pierwsze miłości, chęć imponowania rówieśnikom, ambitne marzenia - chęć wyrwania się z domu. Saoirse Ronan jako Lady Bird rozsadza ekran - od samego początku jej wierzymy i niesamowite jak łatwo zapomnieć, że oglądamy film - wymyśloną historię.
Więc ogólnie - to nie jest film o buncie młodego człowieka, bunt tutaj to fasada - najważniejsze jest dojście do źródła - zrozumienia siebie przez pryzmat innych do czego Lady Bird musi dojść sama, chociaż przecież - nam dorosłym widzom - wskazówki jawią się aż nazbyt widoczne.
Lubię takie drugie seanse, gdzie ocena nagle skacze, bo widzę coś, czego nie widziałam wcześniej - niczym tytułowa Lady Bird.
Rok 1925. Bezpański pies, odtrącony przez ludzi, jak i zwierzęta, decyduje się dowieźć lekarstwa do miasta Nome, w którym panuje epidemia dyfterytu. Ponadto wilczur rywalizuje z liderem zaprzęgu Steelem o względy suczki Jenny.
W wyniku nieporozumienia Kubuś wierzy, że zaginął jego najlepszy przyjaciel, Krzyś. Zatem wraz z innymi towarzyszami – Prosiaczkiem, Tygryskiem, Kłapouchym i Królikiem – wyruszają na odważne poszukiwania w Stuwiekowym Lesie.
@TyGrySSek ha! Sam ripowałem tą wersję na CDA bo jedyna po polsku miała wycięte piosenki, z 10 lat temu. Mama gdzieś zobaczyła DVD i musiała mi kupić, to była moja ukochana bajka. Co ciekawe były dwa tłumaczenia na polski, w jednym piosenki były po angielsku - kumpel mi to powiedział jak oglądaliśmy lata temu bo coś mu nie pasowało, i potem sprawdzałem, i rzeczywiście znalazłem jakby dwie różne wersje, chyba po okładkach.
Niestety oryginalną wstawkę parę lat temu usunięto z CDA, a szkoda, bo miałem tam dużo miłych komentarzy
@chess_peppe u mnie to samo. film znam z memów, nigdy w domu rodzinnym nie było tradycyjni oglądania Znachora, a jakoś te wszystkie Misie, Jak rozpętałem drugą wojnę swiatową, samych swoich i inne starocie były wałkowane przy każdej okazji.
Ekranizacja bestsellera Andy’ego Weira to rzadki przykład filmu, który z ogromnym szacunkiem podchodzi do materiału źródłowego. Produkcja jest bardzo podobna do książki, co sprawia, że fani literackiego pierwowzoru poczują się podczas seansu jak w domu.
Film przemyca wiele drobnych smaczków, które w książce były dokładnie opisane, a na ekranie pojawiają się jako wizualne wskazówki (choć nie zawsze są wprost wyjaśnione):
Pierwsze spotkanie z Rockym: Scena w tunelu świetnie oddaje proces poznawczy obcej cywilizacji. Ściana dzieląca bohaterów początkowo składa się z wielu różnych fragmentów i materiałów, ponieważ Rocky nie wiedział, jak działa ludzki wzrok. Dopiero gdy Grace zaczął go obserwować przez przezroczysty element, ściana w kolejnych scenach stała się w całości szklana.
Los załogi: Film subtelnie, ale wyraźnie pokazuje różny stan rozkładu i mumifikacji zwłok współtowarzyszy Grace’a. To bezpośrednie nawiązanie do książki, gdzie bohater odkrywa, że astronauci zmarli w hibernacji w różnym czasie.
Wybór Ryana Goslinga do głównej roli był strzałem w dziesiątkę. Aktor idealnie uchwycił charakter postaci – jest śmieszny, ironiczny i błyskotliwy, dokładnie tak, jak zapamiętałem go z kart powieści. Cały film utrzymany jest w tym samym lekko humorystycznym, ale naukowo-względnie-wiarygodnym stylu, co oryginał.
Jedną z ciekawszych różnic (lub przynajmniej elementów bardziej wyeksponowanych) jest moment wejścia Grace’a na pokład obcego statku – pomysł ten wypadł na ekranie bardzo efektownie i dodał akcji dynamiki. Mnie jako czytelnika, bardzo miło zaskoczył. Każdy, kto przeczytał książkę film może być mniej zaskakujący, ponieważ fabuła wiernie podąża za znanymi schematami, ale poziom wykonania i chemia między bohaterami (nawet tymi pozaziemskimi) rekompensują brak niespodzianek.
Nie wiesz co robić przez święta? Idź do kina, film jest tego warty.
Jak wytresować kosmitę poza światem. Zapraszam na #piechuroglada
----------
Tytuł: Project Hail Mary
Rok produkcji: 2026
Reżyseria: Phil Lord, Christopher Miller
Kategoria: #scifi #przygodowy
Czas trwania: 156 min
Moja ocena: 7/10
Astronauta budzi się jako jedyny ocalały z załogi statku kosmicznego, nie pamiętając kim jest. Wkrótce odkrywa, że od jego misji zależy przyszłość ludzkości, nic jednak nie jest w stanie przygotować go na to, kto przyjdzie mu z pomocą w wykonaniu tego zadania.
Film jest dobry - tylko i aż. Nie podejmuje ryzyka, nie jest odkrywczy, nie zmusza do zmiany perspektywy, ale ogląda się go przyjemnie, jako lekką komedię, bezpieczną przygodówkę. Osobiście uważam, że jest mocno przehypowany, co nie znaczy też, że jest zły. Duża część scen rozgrywa się wewnątrz statku kosmicznego i jest masa praktycznych efektów, co było na duży plus, bo dawało wrażenie namacalności. Jeśli chodzi o aspekt komediowy to był ok, opierał się w głównej mierze na suchym humorze oraz niecodziennej relacji głównego bohatera z nietuzinkowym przyjacielem, dając nam międzygatunkowy bromance. Przez większość seansu byłem jednak trochę obojętny na to, co się działo, a jedyną sceną, która naprawdę na mnie zadziałała, było karaoke. Razem z kolegą, z którym byłem na tym w kinie, mieliśmy podobne skojarzenia z innymi obrazami, do których można porównać ten film: Cast Away, Marsjanin, Robinson Crusoe, Arrival, Kontakt, trochę Interstellar, Jak Wytresować Smoka. Osobiście uważam jednak, że ten film zbyt mało dał jeśli chodzi o emocje i idee, był za mało przełomowy (żeby nie powiedzieć: w ogóle), żeby przetrwać próbę czasu, i raczej nikt nie będzie go wspominać za kilka lat. Mimo wszystko polecam jako niezobowiązujący seans, w trakcie którego można poczuć się dobrze.
@Piechur trzyma się książki - to, że zastosowano uproszczenia to oczywiste bo inaczej zamiast filmu musiałby powstać serial - niemniej jednak nie zmieniono żadnych istotnych fragmentów oryginału (jak we wspomnianym przeze mnie Marsjaninie, gdzie choćby całkowicie zmieniono zakończenie).
Wiadomym jest, że książkowy pierwowzór zawsze będzie lepszy. A jeśli ktoś dzięki temu filmowi przeczyta książkę to chyba tym lepiej :)
Mieszkańcy wyspy Berk, którzy nauczyli się żyć w zgodzie ze smokami, muszą opuścić swój dom, gdy jako cel obiera ich bezwzględny łowca Grimmel. Młody wódz Czkawka postanawia odnaleźć ukrytą krainę smoków, w której ma nadzieję znaleźć schronienie dla swoich poddanych i obrośniętych łuską przyjaciół.
Ostatnia część popularnej i lubianej serii o smokach, w której pierwsze skrzypce gra oczywiście sympatyczny smok Szczerbatek oraz jego relacja z wikingiem Czkawką. Jest to udane podsumowanie przygody, jaką wspólnie z bohaterami przeżyliśmy przez te trzy części. Podobało mi się przesłanie filmu, traktujące o prawdziwej przyjaźni i temu, co taka przyjaźń oznacza, a także o dojrzałości i poświęceniu dla tych, których się kocha. Sceny lotu na smokach oczywiście fantastyczne. Polecam tym, którym podobały się poprzednie części.
Fun fact:Jak Wytresować Smoka jest pierwszą serią filmów animowanych, której wszystkie trzy części były nominowane do Oscarów w kategorii najlepszego filmu animowanego.