Nie wiem jak ludzie wyobrażają sobie proces terapii, ale z zewnątrz wygląda jak nudna pogadanka, a pod kopułą (po dobrej sesji) neurony robią brrr
Jeszcze @knoor wziął zarzucił dobrym hasłem na temat stresu w pracy, to już w ogóle odpalił się zalew myślowy.
Myśl i wspomnienia, które pojawiły się dziś datuję na anno domini 2002 albo 2003. 4 klasa podstawówki, tu smaczek - szkoła i klasa integracyjna. Na pokładzie klasy nauczyciel "wspomagający".
Przyszedłem do szkoły dowiedziawszy się rano, że nie ma już z nami psa, z którym byłem mocno zżyty. Pierwsza bliska styczność ze śmiercią tak blisko.
Emocje dotarły do mnie dopiero pod klasą, tuż przed otwarciem drzwi. Osunąłem się na podłogę, zakryłem twarz plecakiem. Nie płakałem, ryczałem.
Jedyną osobą, która cokolwiek zrobiła, była koleżanka. Zapytała czy wszystko w porządku. Dałem radę powiedzieć jej w trzech słowach co się stało.
Od nauczyciela wspomagającego otrzymałem zaproszenie do sali na lekcję.
Moje emocje się nie liczą. Ważne jest wykonanie zadania.
Przed większymi wyjazdami, zawsze robię sobie taki analogowy kanban, który pomaga mi zaplanować aktywności na każdy dzień. Z moim roztrzepaniem i stylem yolo, tylko w ten sposób jestem w stanie mieć kontrolę nad tym na kiedy należy porezerwować wejściówki lub bilety. Przyczepiam sobie takie karteczki niczym detektyw robiący "ściankę" w czasie śledztwa i od razu mam wrażenie, że nad wszystkim panuję, bo jestem w końcu odpowiedzialnym, dorosłym człowiekiem.
Wylot do #korea już dziś! Ekscytacja niczym przed koloniami w czasach podbazy!
Ja robię w excelu i później sobie jeszcze drukuję. Oprócz dzielenia na dni, dzielę jeszcze plan na godziny, wiem co i o której będę robił. Jak się poruszam komunikacją publiczną to jeszcze wbijam stacje/przystanki i linie, którymi muszę jechać Tutaj wycinek z mojego planu podróży po Azji, konkretnie Wietnam. Udanej wycieczki!
@Earl_Grey_Blue szacun! Taki plan szczegółowy z godzinami akurat u mnie wyzwala już stres, bo mam w głowie, że są jakieś terminy - że o 16 muszę gdzieś tam być, bo inaczej plan na kolejne aktywności się posypie. Jak mam po prostu założenie, że tego dnia odwiedzam te dwie rzeczy, to lubię mieć swobodę, by sobie przystanąć na piwko lub ciastko albo sobie spacer zafundować. Mam naturę zawsze bycia przed czasem (jak jestem umówiony o 12, to o 11:45 już jestem w okolicy), więc czułbym niekończącą się presję śpieszenia się mając taką listę. Niemniej jednak, podziwiam!
@Spleen Też tak myślałem, ale wiem, że zaoszczędzę wiele czasu. Czasami w tych miejscach, gdzie mam jakiś transport zamiast godziny zajmuje mi to 20 minut. Atrakcja, która jest zaplanowana na 1 godzinę zajmuje 30 minut. Tylko kilka razy miałem tak, że coś zajmowało mi więcej czasu niż planowałem. Po prostu planujesz ze świadomą rezerwą i myślą, że pewnie aż tyle czasu, co zaplanowane, nie potrzebujesz. Nie rzadko zwiedzanie zaplanowane na cały dzień kończyłem np. o 16:00 Kiedyś się bardziej spinałem, ale teraz jestem bardziej elastyczny w tych planach i nadal jest dobrze!
@PaczamTylko w sumie #hejtopiwokorea to by było coś! Nie wiem jednak, czy nie jestem za dużym dzikusem aby takie spotkanie pozostawało w granicach strefy komfortu XD kwestia do.przemyśleniani skoordynowania, w jakiś dziwny sposób wydaje się fajna
@kim_jestesmy_dokad_zmierzamy na pewno daje to taką higienę dla umysłu. Można się wyrwać z tych ciągłych bodźców, myśli i pragnień i po prostu być. Jak się już ma w tym jakąś wprawę, to jest to dosyć przyjemne.
A jeśli pytasz jak to robić, to zobacz sobie komentarze w moim wczorajszym wpisie na tagu.
Od człowieka żąda się tylko, by przynosił pożytek ludziom: jeśli potrafi – wielu, a jeśli nie – to choćby nielicznym, a jeśli nie – to choćby najbliższym, a jeśli nie – to choćby samemu sobie. Jeśli bowiem stanie się pożyteczny dla innych, działa także dla wspólnej sprawy. Podobnie ten, kto staje się gorszy, nie tylko szkodzi sobie, lecz także tym wszystkim, którym mógłby pomóc, gdyby stał się lepszy. A więc każdy, kto ma zasługi wobec samego siebie, tym samym przynosi korzyść innym, gdyż przygotowuje dla nich pomoc w przyszłości.
Żydzi sprzeczali się między sobą mówiąc: „Jak On może nam dać swoje ciało na pożywienie?” Rzekł do nich Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje ciało i pije moją krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje ciało i pije krew moją, trwa we Mnie, a Ja w nim. To powiedział ucząc w synagodze w Kafarnaum. Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie. To jest chleb, który z nieba zstąpił. Nie jest on taki jak ten, który jedli wasi przodkowie, a poumierali. Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki”.
John 6:52-59
At that time: The Jews then disputed among themselves, saying, ‘How can this man give us his flesh to eat?’ So Jesus said to them, ‘Truly, truly, I say to you, unless you eat the flesh of the Son of Man and drink his blood, you have no life in you. Whoever feeds on my flesh and drinks my blood has eternal life, and I will raise him up on the last day. For my flesh is true food, and my blood is true drink. Whoever feeds on my flesh and drinks my blood abides in me, and I in him. As the living Father sent me, and I live because of the Father, so whoever feeds on me, he also will live because of me. This is the bread that came down from heaven, not like the bread the fathers ate, and died. Whoever feeds on this bread will live for ever.’ Jesus said these things in the synagogue, as he taught at Capernaum.
Zacząłem czytać od połowy i bez kontekstu bo mi "przekręciło" ekranik. Pomyślałem, że to jakaś patologia z wykopu albo Stachursky... No ale obróciłem z powrotem, zobaczyłem że to Pismo Święte i znowu jest mi git.
Tej, weź no zrób wpis lub prześlij zrobiony już, odnośnie tej medytacji. Kiedyś wziąłem sobie Twoje słowa o stoicyzmie do serca, ale po dwóch tygodniach przestało mi wystarczać i odjebałem ziomka. Słowa dobre. Gałgan gałganem.
W środę ruszyłem z Mideltu w kierunku Sahary. W Maroko za wiele tej piaszczystej pustynii nie ma, a takim oczywistym kierunkiem jest Merzouga. Droga tam - bajka. Świeżutki asfalcik przez prawie całą trasę z Mideltu. Maroko prężnie przygotowuje się do Mundialu 2030, południe robi się bardzo dobrze skomunikowane. A i tak ruch niewielki, jakby zupełnie inny kraj od północnej części.
Zarezerwowałem sobie dwie noce w riadzie, czyli takim jakby domu gościnnym z pokojami wokół ogrodu. W google zdjęcia pokazują przepych i złocenia. Takie riady to może i są w Marakeszu, ale nie na pustynii. Skromnie, ale czysto, jest swój pokój i kibelek (europejski), bajka.
Bardzo mi się podobało spokojne podejście właściciela. Nie ma tak, że wpadam, płacę, dostaję klucz do pokoju i nara. To trzeba usiąść, pogadać, wypić herbatę, ustalić plany. Rezerwując pokój napisałem, żeby mi quada załatwili, a po drodze uznałem, że w sumie to chcę spędzić drugą noc w obozie na pustynii - a tam mogą mnie dostarczyć albo na wielbłądzie, albo samochodem. No to wiadomo, co wybrałem.
Dwie godziny śmigania po wydmach quadem (Yamaha 350) z przewodnikiem - petarda. Na początku trochę zapoznawczo, oszczędzał mnie i sprawdzał, czy się nie wypieprzę. A było blisko kilka razy, bo jako motocyklista mam odruch wychylania się, żeby skręcić, a to cholerstwo nadal wtedy jedzie prosto
20 minut później wydzierał mnie już na najwyższe wydmy i tylko przy pierwszej spytał, czy zjeżdżamy stromym zboczem czy zawracamy. W połowie herbatka w oazie i ganiamy dalej.
Zastanawiałem się rano, czy się nie wygłupię wdziewając cały mój motocyklowy szpej na siebie, ale nie. Nie dość, że wcale gorąco nie było, to jeszcze napatoczyła się ulewa i dość mocna zamieć piaskowa. Przewodnik jeździ bez kasku, ale z tego co mówił, to dlatego, że musi czuć kierunek wiatru. W oazie od razu poleciał przemyć oczy, bo już ledwo widział.
A wieczorkiem pod hotel przyjechało moje Taxi w postaci Youssefa z wielbłądem. Podziwiam tych ludzi - typ se idzie w klapeczkach przez pustynię przez godzinę, ciap, ciap, ciap. I tak w jedną i w drugą całe życie. Jak ja mam gdzieś dalej iść w ciapkach, to mi się słabo robi. W ogóle myślałem, że Youssef mnie tylko dostarczy na miejsce, a on był jakby moim osobistym przewodnikiem na cały wypad. Porobił mi miliard zdjęć, coś tam próbował tłumaczyć (słabo z angielskim, ale starał się), zawsze kręcił się gdzieś w pobliżu.
Plan był taki - zachód słońca, kolacja, spać, wstać po zachodzie księżyca i obadać gwiazdy, spać, wstać na wschód słońca, śniadanie, na wielbłąda i wracamy. Wykonany w 120%. Jakieś tańce czy śpiewy przy ognisku mnie nie interesowały, poobserwowałem sobie siedząc na oddalonej wydmie z Youssefem. Wschody i zachody fajne, ale gwiazdy - magia. Na początku trochę takie meh, ale jak w ciągu 20 minut oczy stopniowo zaczęły przyzwyczajać się do ciemności, to widok zrobił się niesamowity. Godzinę na wydmie spędziłem na gapieniu się w górę (już bez mojego strażnika). W ogóle Youssef nadal do mnie pisze na WhatsAppie, byle nie chciał mnie w domu odwiedzić.
Sama pustynia - ciekawa sprawa. Że piach pustynny nie nadaje się do betonu, to wiadomo, ale i tak jego gramatura mnie zaskoczyła - prawie cukier puder. Z temperaturą i wilgotnością też ciekawie. 25-30 stopni, a jak słońce schowa się za chmurką, to można bluzę założyć. Powietrze tak suche, że pijesz wodę, robisz wdech i wydech i już masz suche wargi. Właściciel riadu mówił, że w lecie przy 50 stopniach miejscowi sobie radzą na luzie, turyści znacznie gorzej, ale i tak jest lepiej niż w zimie przy 20 - wtedy idzie wilgotne powietrze znad oceanu i jest duszno nie do wytrzymania. W kwietniu zaczyna wiać Chergui z Sahary i robi się przyjemnie.
No, a teraz jestem już 300 km na zachód, w okolicach Gorges Dades. W elo hotelu z basenem i widokiem na ośnieżone góry Atlas. Wymyłem z włosów (i nie tylko) z pół kilo piachu, jutro z rana cisnę obczaić kaniony, a później do Marakeszu. Chyba.
A i patrzcie, jakiego leniwego bociana spotkałem. Nie chce mu się na Podlasie wracać.
Badaj tedy dokładnie i nadzieję, i lęk, a ilekroć wszystko okaże się niepewne, bądź dobrej myśli i wierz w to, czego sobie życzysz. Nawet gdy lęk wyda ci się bardziej uzasadniony, to i tak skłaniaj się raczej w tę lepszą stronę oraz przestań się niepokoić. Od czasu do czasu zaś przedstaw sobie w duchu, iż
(...) większa część śmiertelników miota się w podnieceniu tu i ówdzie, choć ani teraz nie dotyka ich żadne nieszczęście, ani nie ma pewności, czy grozi na przyszłość. Nikt z nich bowiem nie walczy ze sobą, gdy zaczyna w nim budzić się niepokój, ani nie sprawdza powodów swojego strachu.
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto miłuje swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli kto Mi służy, uczci go mój Ojciec”.
John 12:24-26
Very truly I tell you, unless a kernel of wheat falls to the ground and dies, it remains only a single seed. But if it dies, it produces many seeds. Anyone who loves their life will lose it, while anyone who hates their life in this world will keep it for eternal life. Whoever serves me must follow me; and where I am, my servant also will be. My Father will honor the one who serves me.
@splash545 na początku nie wrzucałem, ale miałem ostatnio cięższy etap w życiu, stwierdziłem też szczerze, że zmuszam się do medytowania, więc uznałem, że nie tędy droga. Ale już jest lepiej, widzę też, że brakuje mi medytacji, więc lada dzień wracam, na tag również;) Miło, że pytasz;)
@Seele Rozwiązałem u siebie ten problem w starym samochodzie tak, że oddałem kaseciaka do Pana majstra a on w wlutował mi moduł bluetooth pod fale AM w radiu i dzieki temu mam w pełni sprawne i wyglądające retro radio na którym mozna słuchać podcastów.