@Trypsyna o widzę, że pytałaś o polecajki w innym poście. Polecam Sisyphos, Wilde Renate i podobno ostatnio otworzyło się gdzieś muzeum syntezatorów. Tam nie byłem jeszcze, ale to dość ciekawy koncept
Zależy komu, bo taki mr @knoor zapewnia opiekę takiemu mnie, dzięki czemu weekend spędziliśmy pod znakiem lakierów i szlifierki
Historia ma się tak, że jeszcze w styczniu pojawił się na aukcji w juesej, a jakże, Harley Davidson Dyna Superglide. Rocznik 2007, czyli taki nie za młody, akuratnie w sam raz. Było trochę mankamentów typu wygięta kierownica, crash bar, oberwało się także licznikowi i zbiornikowi paliwa. O tym ostatnim będzie właśnie dziś.
Na pierwszym zdjęciu widać główne wgniecenie zbiornika – okrągłe, dość głębokie. Pod nim jest jeszcze pozioma wgniotka, być może od jakiegoś krawężnika albo innej prostej przeszkody.
W sobotę spędziliśmy znacząco zbyt dużo czasu na pierwszym w życiu podejściu do spottera, oczywiście bez instrukcji, bo team #nieczytaminstrukcjitoproste ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Bawiliśmy się błotnikiem, który jest do wyrzucenia, a ma potężną wgniotkę. Wcale nie okazało się, że jest gruby, a sprawy prostowania nie ułatwia wzmocnienie z takiej samej blachy przyspawanej od spodu Wcale też chińczyk nie wymyślił, żeby tryb automatyczny (rozpoznawanie momentu zgrzania ) zrobić w pozycji „0” jedynego przełącznika Dlatego właśnie na zdjęciu 2 jest dużo widocznych zgrzewów, za to blacha cały czas wklęśnięta.
Po odkryciu jak to ciężkie ustrojstwo działa robota ruszyła porządnie. Bardzo satysfakcjonująco z resztą (zdjęcie 3). Do tego momentu @knoor miał swój zbiornik już porządnie wyprostowany metodami (pfu) prymitywnej siły, ale udało się jeszcze szarpnąć do końca cztery punkty z użyciem spottera.
Przetestowaliśmy też dwa sposoby pakowania zbiorników do malowania i wygrywa jednoznacznie oklejenie workiem na śmieci. Tkacz-knoor oplótł swój zbiornik kilometrami taśmy, dzięki czemu mógł poczuć świąteczną atmosferę przy odpakowywaniu ( ´(oo)ˋ )
Od tego momentu zaczęliśmy dzień zwany niedzielą, w niedzielę najlepsza w końcu robota. Z racji dużych wgniotek na mój zbiornik poszedł podkład, następnie podkład, następnie szpachla z aluminium. Jak na pierwszy raz i warunki pracy wyszło całkiem-całkiem. Odtworzyłem w ciągu tak naprawdę kilku godzin obłości, których wcześniej za bardzo nie poznałem, do tego przy użyciu narzędzi, które pierwszy raz miałem w ręce (zdj. 5).
[Dalsze zdjęcia w komentarzu]
Na wszystko poszedł ostateczny podkład w kolorze szarym (6). Jeszcze nic nie było widać tego, co poszło nie tak. Uwydatniło to lakierowanie kolorem (7). Są po prostu miejsca, gdzie posiedzenie jeszcze jeden dzień nad zbiornikiem dałoby efekt niewidocznej gołym okiem naprawy. Tymczasem teraz trzeba wiedzieć czego i gdzie szukać
Z dużych rzeczy, które również zajęły czas, ale znacząco poprawiły miejsce pracy jest zamontowanie oświetlenia w ghetto lakierni i wymuszenie przepływu powietrza przez przemysłowy wentylator połapany do szklarni za pomocą… krzesła, worków i duct tape Warunki pracy lakiernika i sprawcy całego tego zamieszania widać na zdjęciu 8, gdzie szklarnio-lakiernia zamieniła się w komorę do wygrzewania klaru na pomalowanych elementach. Kolor Bordello Red jest nieprzypadkowy, takie światło dają promienniki podczerwieni.
Ostatnie zdjęcia, to jegomość w swoim naturalnym środowisku, a także ghetto lakiernia po tuningu za dnia i w nocy, na sucho i z chmurą lakieru wylatującą filtrami
@bojowonastawionaowca truuudny jest oryginał. Dla hiszpañskojęzycznych polecałbym uwspółcześniona wersję Andrésa Trapiello (przekład na współczesny hiszpański).
Jak Nolan bierze się za grecki epos, od razu wiadomo, że to nie będzie lekki film do popcornu. Miałem do wybory seans w archaicznym kinie ze względnie małym ekranem, ale z taśmą 70mm albo IMAX. Postawiłem na taśmę, ale z perspektywy czasu chyba jednak poczekałbym na wolne miejsce w IMAX-ie dla gigantycznego obrazu i powalającego dźwięku. Drugi raz do kina na to nie pójdę, ale jak wpadnie na streaming, z chęcią odpalę go w domu.
Czy to najlepszy film Nolana? Rzecz gustu. Ale wizualnie to chyba jego najładniejsza produkcja. Widoki i niektóre ujęcia naprawdę robią wrażenie.
Samo tempo jest dość specyficzne. Film jest długi i miejscami po prostu się dłuży, ale z drugiej strony stale trzyma w napięciu, bo Odyseusz wpada z jednych kłopotów w drugie. Warto jednak wiedzieć, na co się idzie: to nie jest hollywoodzka Troja z Bradem Pittem ani szybki film akcji. To po prostu bardzo długa, surowa podróż, dokładnie tak, jak mówi tytuł.
Sama strona techniczna wypadła w miarę w porządku, ale parę rzeczy rzuca się w oczy. Mgła momentami wyglądała tak sztucznie i dynamicznie, jakby ktoś z boku postawił wielki dmuchacz na planie (co pewnie miało miejsce). Z kolei w scenach z olbrzymami lekko przesadzili z ich siłą. Niszczyli statki tak łatwo, jakby te były zrobione z trawy, a nie z drewna. Jest tego więcej, ale wiecie... spoilers
Prywatnie wolę, gdy w takich filmach nie ma aż tylu gwiazd. Tutaj kojarzy się absolutnie każdego z pierwszego, drugiego i trzeciego planu. Bywa to wręcz lekko zabawne kiedy Peter Parker siedzi przy stole z Punisherem, albo gdy mówi do rodziców „dad” i „mum”, co średnio pasuje do starożytności.
Co do kontrowersji wokół obsady, wypadły one dość niejednoznacznie: Piękna Helena niestety nie porywała urodą i jeśli reżyser koniecznie chciał czarnoskórą aktorkę, to taka Thandiwe Newton pasowałaby tu o wiele lepiej, z kolei Elliot Page pojawił się co prawda tylko w dwóch scenach, z których pierwsza trwała może 30 sekund i mógłby ją zagrać ktokolwiek to druga była już naprawdę mocna, fajna, a jego drobna, filigranowa sylwetka świetnie pasowała do tej roli (zwłąszcze w pierwszej scenie).
Odyseja to specyficzny film. Trzeba nastawić się na wolne tempo i powolną podróż, a nie na bezustanną rozróbkę. Wizualnie cieszy oko i zdecydowanie warto zobaczyć to w kinie (najlepiej na dużym ekranie), nawet jeśli nie jest to arcydzieło Nolana.