1075 + 1 = 1076
Tytuł: Zimne wybrzeża
Autor: Szczepan Twardoch
Kategoria: literatura piękna
Ocena: 5/10
#bookmeter
***
W grzechu czuł się bardziej chrześcijaninem, ponieważ komunista nie grzeszy, może najwyżej złamać komunistyczne zasady, ale nie zgrzeszyć.
Poszukiwań pana Twardocha późniejszego w panu Twardochu wcześniejszym ciąg dalszy.
Tym razem autor zabiera czytelnika na Spitsbergen, największą wyspę archipelagu Svalbard (Svalbard z norweskiego oznacza właśnie „zimne wybrzeże”), do miejsca, które, co wiem z wywiadów, pana Twardocha zawsze pociągało i które od czasu do czasu odwiedza (choć nie wiem czy był tam przed napisaniem tej książki). W Arktyce zresztą rozgrywa się też akcja jednego z opowiadań pana Twardocha, Tak jest dobrze, które można znaleźć między innymi w tomie Ballada o pewnej panience, które to opowiadanie nie tylko jest świetne, ale i zainspirowane stylem pana Cormaca McCarthyego, to tak na marginesie.
Książka opowiada o pobycie na Spitsbergenie Johna Smitha, Brytyjczyka, który oficjalnie przybywa tam po to, żeby prowadzić badania socjologiczne. Tyle tylko, że John Smith nie jest socjologiem, zresztą John Smith nie jest nawet Johnem Smithem, co już przywodzi na myśl bohaterów pojawiających się w późniejszych utworach pana Twardocha. W Zimnych wybrzeżach jest trup, jest już na samym początku, jest polska placówka badawcza, są norwescy górnicy i są jeszcze (fantastyczni!) rosyjscy dawnowiercy. A także są Chruszczow, Stalin, Jeżow i Mołotow, bo to takie czasy i choć akcja powieści rozgrywa się w 1957 roku, to nawet martwy już od jakiegoś czasu Stalin swoje piętno na historii Spotzbergenu odcisnął, przynajmniej w wersji tej historii w wykonaniu pana Twardocha.
Językowo ta powieść jest (tylko) poprawna. Językowy przełom, moim zdaniem, u autora nastąpi dopiero w jego kolejnej powieści, w Wiecznym Grunwaldzie. Historia jest ciekawa i spójna, choć mnie nie porwała, ale może to dlatego, że nie jestem ani fanem powieści kryminalnych ani szpiegowskich (a Zimne wybrzeża to po trochu i to i to). Postaci, może poza Awwakumem Awwakumowiczem Łomkowem (to ten opisywany tym cytatem na początku wpisu) też nie wydały mi się jakoś szczególnie interesujące, dużo ciekawszy był dla mnie Antoni Szarzycki, bohater czytanego wcześniej przeze mnie Przemienienia. Przy całym moim podziwie dla twórczości pana Twardocha, dla mnie ta książka, szczególnie na tle późniejszych jego dokonań (ale też i za sprawą tego, o czym ja czytać lubię, a o czym nie lubię) jest mocno średnia.
O samych Zimnych wybrzeżach to tyle, ale jest jeszcze jedna rzecz, która niezwykle mnie fascynuje. Otóż, Zimne wybrzeża, powieść z roku 2009 po zmianie przez autora barw wydawniczych i przejściu z Wydawnictwa Literackiego do Marginesów w roku 2025 doczekała się wznowienia właśnie przez wydawnictwo Marginesy. To wznowienie zostało ciepło przyjęte, a sama powieść zaczęła zbierać bardzo pozytywne recenzje. Inaczej ponoć było przy okazji jej pierwszego wydania, kiedy to przeszła w zasadzie bez echa. To, co bardzo mi się w całej tej sytuacji podobało, to reakcja autora na te pozytywne recenzje po wznowieniu, która zawierała się w pytaniu do zachwycających się „gdzie byliście w roku 2009?”.