Guliwer to niespokojny duch, dla którego nudne życie rodzinne nie jest wystarczające dla pełnego spełnienia. Wyrusza więc w dalekie podróże po nieznanych lądach, gdzie spotyka niecodziennych mieszkańców.
Wszędzie spędza po kilka lat, uczy się języka tubylców i ich zwyczajów. Zawiera przyjaźnie mimo początkowej niewoli i na ile potrafi, wnosi coś nowego do społeczności w których się pojawia.
Kandyd jest optymistą wierzącym w dobro i piękno życia. Na skutek nieszczęśliwych wydarzeń zostaje wygnany z ojczyzny, zostawiając za sobą swoją miłość.
Jeżdżąc po świecie stale doświadcza zła, przemocy i oszustw i ciągle jego wiara w dobro zostaje wystawiana na próbę.
Książka jest satyryczna, choć krótka to obfita w wydarzenia podobne do wielu historii z książek tej epoki.
Kandyd rozważa czym tak na prawdę są najwyższe wartości i jaka jest ludzka natura.
„– Sen jest dobry – stwierdził. – Ale książki są lepsze.”
Trudno nie zgodzić się z Tyrionem Lannisterem, gdy notorycznie zarywałem noce, ponieważ wolałem czytać „Starcie królów” niż pójść spać. Fakt, że powieść jest okropecznie wciągająca, sprawiał, iż trudno było się od niej oderwać, a i zmęczenie nie dawało się aż tak we znaki. I to nawet pomimo, że obejrzałem cztery sezony ekranizacji, więc mniej więcej pamiętam, co się wydarzy, choć nie zapamiętałem wszystkich szczegółów i nie zawsze wiem, co doprowadziło bohaterów do niektórych miejsc.
W tej części Martin dobitnie pokazuje, że nie tylko potrafi tworzyć postaci, które lubi się już od pierwszych stron, ale też pisze świetne dialogi. Najbardziej spodobała mi się wymiana uszczypliwości pomiędzy Theonem a jego siostrą - no coś przecudownego, momentalnie się w niej zakochałem, taka była zadziorna. Podobne odczucia mam wobec Ygritte, obecnie bardziej spowodowane serialem, ponieważ w książce nie miała do tej pory zbyt wiele miejsca.
Podziwiam także jego zdolność do przedstawiania różnych perspektyw i nadawania postaciom ich własnego głosu. To mniej lub bardziej widoczne różnice w prowadzeniu narracji i wewnętrznych przemyśleń bohaterów.
Nie dziwię się też, że Martinowi z trudem przychodzi napisanie kolejnej części. Mnogość wydarzeń i wątków potrafi przytłoczyć czytelnika, a co dopiero autora, który musi je wymyślić, sensownie powiązać i przede wszystkim przedstawić. Podobnie z masą nazwisk i nazw własnych, dlatego nie dziwię się, że na końcu książki jest ich spis, żeby się nie pogubić. Co mnie i tak często się zdarzało, ale nie przejmowałem się tym aż tak bardzo.
Przyczepić się mogę jedynie do mało wiarygodnego przedstawienia Tyriona jako wojownika. Mimo że archetyp niziołka barbarzyńcy dzierżącego w obu dłoniach topór bojowy jest mi bardzo bliski (jedna ze stworzonych postaci taka właśnie jest), to trudno mi było uwierzyć w karła, który jednocześnie chodzi pokracznie i świetnie włada toporem właśnie. Jeszcze pierwsza bitwa z jego udziałem jako tako miała sens, tak szarża, na której czele jechał podczas oblężenia Królewskiej Przystani, wydawała się mało wiarygodna. Nie dość, że Tyrion jest niższy od typowego mężczyzny (co niby może ułatwić sprawę), to jeszcze ma krótszy zasięg rąk. Trudno mi uwierzyć, że mógłby tak dobrze walczyć.
Jednakże równie trudno jest mi wystawić inną ocenę niż kolejną dziesiątkę dla tak dobrej powieści.
“Our dreams cannot change the stars. But sometimes, our deeds can change the universe even if it is only by accident.”
I część cyklu The Horus Heresy: Siege of Terra
Długo mi zeszło, bo ostatnio miałem bardzo dużo pracy, wyjazdy i nie mogłem spokojnie usiąść z książką, więc czytałem tak trochę z doskoku, czasem tylko po kilkanaście minut.
Początek końca. 54 książki prowadziły do bitwy, którą rozpoczyna owa powieść. Syreny zawyły, gdy pierwsze okręty Mistrza Wojny dotarły na obrzeża Układu Sol. Siły Imperium od lat przygotowywały się na ten moment, więc drogi ku Terze strzegą liczne linie obrony.
Monumentalizm wraca do poziomu znanego z trylogii początkowej. Jest rozmach i pompa. Nieco chaosu też, gdyż autor starał się zawrzeć wiele różnych wątków zbiegających się ze sobą: od ogromnych bitew kosmicznych setek okrętów, po bardziej kameralną historię Mersadie Oliton, która to moim zdaniem okazała się najciekawszym elementem powieści.
Miara katastrofy jest przeogromna: umierają bohaterowie, okręty, stacje kosmiczne, czy nawet całe księżyce, a ich ofiara i tak wydaje się prawie nic nie znaczącą w skali całego konfliktu. John French jasno daje do zrozumienia, że opisane wydarzenia nie są tylko waśnią pomiędzy zbuntowanym synem a ojcem, ale pomiędzy Chaosem a ludzkością.
W tym odcinku Ezekyle Abaddon dostał swoje 5 minut i w końcu został pokazany nie tylko jako gburowaty wojownik, ale przede wszystkim jako zaufany generał Horusa, a przy okazji pojawiły się urywki jego młodości. Natomiast jeśli Layak łażący za nim niczym Wrzód za Bezim w Gothiku miał być zabawny, to niezbyt to się udało.
Rewelacyjnie przedstawiona historia ludzkości, opisująca chyba wszystkie z najważniejszych aspektów naszego istnienia.
Czytało się z przyjemnością, ponadto książka przedstawiła mi sporo tematów w całkiem nowy dla mnie sposób, pojawiło się sporo refleksji na temat tego kim jesteśmy i jak funkcjonuje nasze społeczeństwo oraz świat mocno nam podległy w ostatnim czasie.
Nie powiem, było też sporo tematów dość dobrze mi znanych, ale i tak czytało się je dobrze.
Książka, którą z czystym sumieniem mogę polecić każdemu.
Musowo zerknij na resztę pozycji. Bodajże tom 3 - Jak wrogowie stają się nieprzyjaciółmi jest kierowany do młodszej części czytelników ale też warto przeczytać
Gdy uniwersum Cosmere stało mi się bardziej znane i zrozumiałe, to i drugi tom Archiwum Burzowego Światła wszedł mi lepiej od pierwszego. Jednych bohaterów lubię mniej, innych bardziej, jednak każdy ma jakiś charakter, motywacje i rozterki. Podobało mi się ukazanie mniejszych, lub większych zmian osobowości bohaterów, na skutek wydarzeń opisanych w książce. Natomiast nie spodobało mi się w jaką stronę ta seria zmierza, bo wygląda na to, że bohaterowie, którzy już na samym starcie byli dla mnie OP w kolejnych częściach staną się superbohaterami.
Ech, coraz rzadzej tu zagladam a na pewno coraz rzadziej sie udzielam. Powodem tego jest troche brak czasu, do codziennych obowiazkow doszedl mi ogród - na co nie narzekam bo uwielbiam. Ale też zdalam sobie sprawę (no moze od dawna o tym wiedzialam), że internet sprawia ze więcej żyje zyciem innych ludzi albo wręcz pustymi informacjami zamiast po prostu żyć. Mieszkajac w bloku z malymi mozliwosciami wychodzenia z powodu opieki nad chorą mamą takie internetowe życie dawało mi dużo frajdy. To bylo moje okno na swiat, miejsce gdzie poznawałam fajnych ludzi (nawet tylko czytajac o nich). Odkąd się przeprowadzilismy i mogę spędzać duza czesc dnia na ogrodzie, nie ciagnie mnie juz tak do komputera i telefonu. Staram sie tez wygodpodarowywac czas na czytanie, ogladanie filmów i teraz nie udawaloby mi sie to nie rezygnując troche z internetow. Przeczytalam juz sporo ksiazek ktorych nie mam czasu wrzucić na tag #bookmeter. Co wiecej po raz pierwszy od wieeeelu lat nie czuje potrzeby dokumentowania tego co robie, czytam, robienia list posiadanych roslin, przeczytanych ksiazek, obejrzanych seriali, prowadzenia pamietnika. Dotąd czułam że wszystko wymknie mi sie z rąk jak nie będę miala tego zapisanego. Właśnie niedawno ogarnelam sobie Obsidian donprowadzenia notatek, porobilam fajne szablony i... poczulam, ze nie mam potrzeby notowania. To dla mnie na prawdę nowość. W związku z tym poczułam potrzebę żeby powiedziec Wam wszystkim, że jesteście fajna społecznością. Zawsze dobrze się tutaj czułam. Mimo, ze nie poznalam nikogo z Was osobiscie troche znam Was z waszych postow. Jestescie wszyscy fajnymi ludzmi. Nie zamierzam likwidować konta, bo lubię sobie polurkowac. Moze od czasu do czasu wrzuce jakis komentarz a moze kiedyś znowu zapragne byc czescia tej spolecznosci wiec troche się żegnam ale nie do końca. Na pozegnanko wrzuce pare zdjec mojego ogródka z ktorego jestem dumna. Trzymajcie sie wszyscy i bądźcie dalej dobrymi ludźmi.
#przemyslenia
Książka, na tzw. strzała. Taki zbiór anegdot nt. stosunków na linii Warszawa-Kijów od wybuchu wojny. Odsłania trochę kulis i pokazuje dlaczego w stosunkach międzynarodowych potrzebni są dyplomaci, a nie politykierzy kierujący się własnym interesem.
Największy jej plus, że przybliżyła mi sylwetkę Jakuba Kumocha jako sprawnego organizatora i osoby na właściwym miejscu. Za wiki: "Deklaruje biegłą znajomość francuskiego, angielskiego, chorwackiego, hiszpańskiego, rosyjskiego, niemieckiego, tureckiego, w mniejszym stopniu ukraińskiego i arabskiego" " :D
Zaskoczenie to Dworczyk jako sprawny organizator (może gdyby potrafił lepiej zabezpieczać maila coś by z niego było ;)
Jestem teraz ciekawy nowej pozycji Parafianowicza ale nie mogę się zapisać do kolejki rezerwacji w bibliotece, za dużo osób ;)
Głupio mi przyznać, że faktyczna fabuła „Iliady” była mi wyjątkowo obca, ponieważ błędnie zakładałem zarówno czas trwania akcji (ostatnie kilkadziesiąt dni, a nie dziesięć lat), motyw z koniem trojańskim (sam koń jest wspomniany w „Odysei”, a jego dokładny opis przedstawił dopiero Wergiliusz w „Eneidzie”. I wreszcie głównym bohaterem poematu jest Achilles (nie Odyseusz), a jego czyny stanowią właściwie główny wątek w utworze. Cóż, chciałoby się napisać, że byłem głupszy od przeciętnego maturzysty, ale jak patrzę w przeszłość to mitologia grecka skończyła się w szkole podstawowej na wykuwaniu imion bogów i czytaniu tych ugrzecznionych mitów Parandowskiego. Głupio tak żyć z tym, że przez tyle lat było się chamem nieznającym kultury. Ogólnie miałem te same wrażenia co przy czytaniu „Odysei”, o której była poprzednia notka.
Mój egzemplarz „Iliady” to przekład Franciszka Ksawerego Dmochowskiego z przełomu XVIII i XIX wieku, wydany przez wydawnictwo MG. Czuć było w lekturze ten archaiczny język, przekład ten czytało się ciężej niż „Odyseję” Siemieńskiego. O moim niesmaku poziomem wydawnictwa i złości, że dałem się naciąć kupując te dwa tłumaczenia nie będę się rozpisywać, swoje uwagi podałem (w już tutaj przytaczanej) w notce o „Odysei”. Nie mogę jednak przejść obojętnie o jednym detalu, który dotyczy wyłącznie tego wydania „Iliady”. To był mądry pomysł, by na całą kartkę o wielkości mniej więcej formatu A5 dać ilustrację o wymiarach 3 na 5 cm. Może i sztucznie zwiększono liczbę stron, ale jakość ilustracji jest więcej niż zła.
Polecam przeczytanie „Iliady”, ale nie bądźcie mną i zwróćcie uwagę na przekład. Im nowszy i z przypisami tym lepiej. Zakładam, że nawet wydanie GREG-a (znienawidzonego wydawnictwa przez wszystkie znane mi polonistki) będzie lepsze od tego, czym uraczyło nas MG…
O ile pierwsza książka jako-tako pasuje do początku serialu, a druga już w serialu dostała zaledwie motyw w jednym z odcinków, to tu już mamy zupełny rozjazd fabuły. Ten tom jest wręcz... ezoteryczny? Generalnie już wcześniej było widać, że "mroczny pasażer" jest czymś niemal zewnętrznym, co daje Dexterowi pewnego rodzaju szósty zmysł. Tutaj się o nim dowiadujemy znacznie więcej.
@axel-pagoda Może właśnie dlatego, że tak mocno się to rozjechało. Oczywiście nie dało się wszystkiego przenieść do serialu - np. tego tomu (no i dzieci Rity, ale to na osobny wpis).
"(...) nie wiadomo, czym się trzeba cieszyć, a czym martwić w życiu. Dobre sprowadza złe, złe sprowadza dobre. Kroczymy w ciemnościach pod tym, co jest zapisane w górze, jednako bezrozumni w naszych chęciach, w radości i strapieniu."
Jest to krótka, lecz nieco zawiła historia pewnej drogi, która nie wiadomo dokąd zmierza, nie wiadomo jaki jest jej cel, ani nawet nie ma szerszej perspektywy tego co napotyka po drodze.
Głównymi bohaterami są dwie postacie, sługa i jego pan. Sługa jest gadatliwy, wymyka się spod schematów, jego filozofia prowadzi go przez świat, który rządzi jego losem, wszystko jest zapisane w górze.
Pan jest małomówny, lubi słuchać Kubusia i zdaje się całkowicie na niego.
Tak na prawdę to sługa jest tu prowadzącym, co wynika naturalnie z ich charakterów, są w tym zgodni.
Ciężko tą powieść wrzucić w jakiejś ramy, jest tu wiele niewiadomych, niedokończonych historii. Postacie drugoplanowe luźno pojawiają się i znikają, wydarzenia nie mają wielkiego impaktu na podróż głównych bohaterów, najważniejszy jest dialog i wnioski z niego, które czytelnik sam musi wyciągnąć.
Tytuł: Samochód wysokiej mobilności średniej ładowności Jelcz 442
Autor: Wojciech Połomski
Kategoria: motoryzacja, militaria
Wydawnictwo: Agencja Wydawnicza CB
Format: książka papierowa
ISBN: 9788373392540
Liczba stron: 48
Ocena: 7/10
Bardziej broszurka niż książka, ale z kronikarskiego obowiązku...
Wojciech Połomski jest najlepszym polskim specjalistą od historii marki Jelcz. Tutaj możemy poczytać o początku powstawania Jelcza "Bartek" i dalszym rozwoju konstrukcji i jej technikaliów, a także z opisami zamówień i niektórych stosowanych zabudów. To, czego bardzo mi brakuje to właśnie rozbudowanego ostatniego punktu z wieloma zdjęciami i ilustracjami możliwych stosowanych zabudów, które mogłyby mi służyć do szybkiego rozpoznania tego, co fotografuję.
Mam tak, że jeżeli autor cały czas, w koło Macieju, serwuje identyczne badziewie, to jeszcze bardziej schodzę z oceną - to właśnie ten przypadek... Żartuję, tutaj - choć ciężko w to uwierzyć - dzieje się jeszcze mniej, a sceny, które każdy szanujący swojego czytelnika autor rozwiązałby raz dwa, Jordan przekształca w rozdziały - dosłownie.
Przykład? Proszę bardzo. Jeden dzień zleciał mi na czytaniu o całym rytuale kąpieli, mitrężeniu w garderobie, prężeniu wyimaginowanych muskułów wobec oponentek i zabawianiu - bez podtekstów - niepełnoletnich głów domów w salonowych minigierkach. To ostatnie to już w ogóle cyrk na kółkach i nawet nie chce mi się tej kwestii rozwijać.
Kolejny przykład. Gdzieś w połowie książki scenę zapowiedzenia, zwołania i otwarcia posiedzenia komnaty w ekranizacji dałoby się przedstawić w kilkanaście, góra kilkadziesiąt sekund; Robercik w najdrobniejszych szczegółach opisał wygląd każdej Aes Sedai, sposób jej wejścia do pomieszczenia, hipotetyczny pogląd na zapowiedziany temat rozprawy, wzajemne animozje z innymi ugrupowaniami itp. itd. To nie ma najmniejszego sensu.
Również i Mat dołączył do samobiczujących się idiotów dostających spazmów na myśl o zabiciu kobiety, nawet takiej, która swoimi czynami nie tyle może, co po prostu doprowadzi do śmierci setek sprzymierzeńców. Tym samym główni bohaterowie wreszcie stworzyli Trójcę Śniętą Miękkich Pip. Ależ to jest głupie. Gdyby tylko jeden z tych ciemniaków posiadał taką cechę, to byłoby to jeszcze zrozumiałe (choć Rand i tak osiąga pod tym względem nowe szczyty), ale w przypadku występowania u całej trójki wyraźnie mamy do czynienia z czymś wychodzącym głębiej od autora.
Bodaj nigdy nie zmuszałem się aż tak do czytania. "Aukcjoner" jest blisko, ale z innych powodów. On na szczęście był krótki, choć to też wyczyn wkurwić mnie na tak niewielu stronach. Tutaj z kolei na przemian nudzę się i irytuję na przestrzeni tysięcy stron. W tym przypadku - oprócz obiektywnej mierności tekstu - w grę wchodzi moje negatywne nastawienie. Seria musiałaby zaliczyć obrót o 180°, żebym zaczął jakkolwiek dobrze o niej myśleć, a tego się nie spodziewam.
W ogóle całe to doświadczenie jest intelektualnie męczące, bo - jakby nie patrzeć - od kilku miesięcy piszę o tym samym gównie i połowę sił wkładam tylko w to, żeby przy kolejnych wpisach się nie powtarzać. Nie mogę się doczekać powrotu do różnorodności.
Zauważyłem w tym tomie obecność wtrąceń w nawiasach, które w poprzednich częściach nie występowały. Zmianę tłumacza widać również w sposobie określania bohaterów: tak jak zawsze było "Perrin to, Mat tamto", tak teraz ich obecność zaznacza się również nazwiskiem.
Tytuł: Mike Tyson. Moja prawda
Autor: Larry Sloman, Michael Tyson
Kategoria: biografia, autobiografia, pamiętnik
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Format: ebook
Liczba stron: 447
Ocena: 7
#bookmeter #milacontent
Dużo wulgaryzmów, jednak w mojej opinii warta przeczytania. Pokazuj co mają w głowie ludzie nie gotowi na sukces.
Ziemia, jakiś czas w przyszłości. Ze względu na duże zniszczenie środowiska naturalnego wdrożony w życie zostaje "Projekt Równowagi Biologicznej" - hibernujemy całą (!) ludzkość na 80 lat, w tym czasie lasy odrosną a gleba i powietrze oczyści się. Dodatkowo, jako że mamy już możliwość podróży z prędkościami światła, to wszystkich pilotów kosmicznych (oczywiście też zahibernowanych) wysyłamy w misje badawcze ku gwiazdom w promieniu 50 lat świetlnych. Jak wrócą to będą ledwo 20 lat starsi od swoich rodzin, a nauka tylko na tym zyska, może w końcu odkryjemy coś ciekawego? Także dwie pieczenie na jednym ogniu, plan jest sprytny.
Pomysł na hibernację całej ludzkości ciekawy - choć oczywiście kompletnie nierealny ale mniejsza z tym, bo im dalej tym gorzej. Jako że automatów i tych śpiących ludzi ktoś jednak musi pilnować to wyznacza się do tego celu "dyżurnych", którzy 20 lat będą czuwać a pozostałe 60 przehibernują. Zakazuje im się przy tym kategorycznie kontaktów między sobą, gdyż "mogłoby to mieć nieobliczalne konsekwencje" xD 20 lat w samotności? co mogłoby pójść nie tak? Na obronę pomysłu trzeba przyznać że "dyżurni" rekrutowani są z byłych pilotów kosmicznych, niby to przyzwyczajonych do długotrwałej samotności...
Generalnie słaba pozycja, główny bohater snuje się po opustoszałej okolicy powoli popadając w obłęd. Jest kilka ciekawszych momentów kiedy okazuje się że jednak nie wszyscy grzecznie śpią, albo gdy jeden ze statków wysłanych w daleki kosmos znajduje coś ciekawego - ten wątek nie jest jednak w ogóle rozwinięty i szybko się urywa.
Miałem już nic nie wrzucać, ale dawno nie zarwałem nocki z książka, więc się podzielę, bo moim zdaniem warto.
Ostatnio przekonał mnie do siebie Grisham, chyba po za Myśliwskim nie czytałem 3 książek jednego autora pod rząd, które nie były częścią jednej serii.
Punktem wyjścia jest historia jedenastoletniego Marka Swaya, który wraz z młodszym bratem przypadkowo staje się świadkiem samobójstwa prawnika powiązanego z mafią. Tuż przed śmiercią mężczyzna zdradza Markowi informację, której bardzo wiele osób chciałoby nigdy nie ujawnić - chłopak dowiaduje się, gdzie gangster (reprezentowany przez prawnika samobójcę) ukrył ciało zamordowanego senatora.
I w jednej chwili jedenastolatek zostaje postawiony pomiędzy dwiema potężnymi siłami. Z jednej strony prokuratura i FBI chcą wydobyć z niego informacje. Z drugiej - mafia chce mieć pewność, że nigdy ich nie ujawni.
Mark szybko orientuje się, że potrzebuje prawnika. Tak trafia do Reggie Love, która za symbolicznego 1 dolara zostaje jego adwokatką. I właśnie relacja tej dwójki jest dla mnie jednym z najmocniejszych elementów całej książki. Reggie nie tylko próbuje chronić swojego klienta przed wymiarem sprawiedliwości i gangsterami, ale też stopniowo staje się jedną z niewielu dorosłych osób, którym chłopak może naprawdę zaufać.
Bardzo podobało mi się również odwrócenie typowego schematu thrillera prawniczego. Tym razem w centrum wydarzeń nie stoi genialny adwokat prowadzący wielką sprawę, ale dziecko, które zupełnym przypadkiem dowiedziało się czegoś, czego wiedzieć nie powinno. Mark jest przy tym świetnym bohaterem - inteligentnym, bezczelnym, momentami irytującym, ale przede wszystkim małym dzieciakiem zmuszonym do podejmowania zdecydowanie zbyt dorosłych decyzji.
Grisham świetnie buduje też poczucie osaczenia. Każda ze stron przekonuje Marka, że powinna mu zaufać, jednocześnie wywierając na niego coraz większą presję. Prawo, które teoretycznie powinno go chronić, staje się kolejnym źródłem zagrożenia. A gdzieś w tle pozostają ludzie, dla których zabicie jedenastoletniego świadka jest po prostu sposobem rozwiązania problemu.
To wszystko sprawia, że "Klient" jest jednocześnie thrillerem prawniczym, kryminałem i bardzo dobrą historią o relacji między dwojgiem ludzi, których dzieli niemal ćwierć wieku, a którzy spotykają się właściwie przez przypadek.
Po "Raporcie Pelikana", przy którym miałem poczucie niewykorzystania części świetnych pomysłów, tutaj praktycznie wszystko zagrało tak, jak powinno. Historia jest odpowiednio rozbudowana, bohaterowie zapadają w pamięć, napięcie utrzymuje się przez większość książki, a kolejne problemy Marka rzeczywiście chciałem śledzić.
Może trafiłem na tę książkę w idealnym momencie. Ostatnio właśnie takich historii szukam - klasycznych, dobrze napisanych thrillerów, z ciekawą zagadką, prawnikami, przestępcami i bohaterami, którym chce się kibicować. Historii, które pozwalają mi wrócić do czasów dzieciństwa.
@WujekAlien Kusisz tym Grishamem. Jego książki zawsze były na wysokim poziomie. Wiele lat temu obiecałem sobie, że przeczytam wszystkie jego autorstwa.
Ehhh! Za dużo książek jest do czytania na świecie.
Tytuł: Poza dobrem i złem. Z genealogii moralności
Autor: Fryderyk Nietzsche
Kategoria: filozofia
Wydawnictwo: Officyna
Format: ebook
ISBN: 978-83-62409-88-4
Liczba stron: 344
Ocena: 7/10
Prywatny licznik: 10/24
W końcu po ponad pół roku poczytywania udało mi się przebrnąć przez tę książkę. Nietzsche krytykuje w niej kościół, wiarę katolicką, ale też buddyzm, stoicyzm, oraz wielu filozofów. Czyni też wiele trafnych spostrzeżeń co do świata i natury człowieka.
Ogólnie książka mi się podobała, czy może raczej podobały mi się spostrzeżenia i sposób myślenia autora. Natomiast sama forma książki czyni ją ciężkostrawną. Pełno w niej odnośników do myśli innych filozofów, poetów, oraz bieżących i historycznych wydarzeń. Ma też mnóstwo wtrąceń w języku francuskim i greckim. Przez to musiałem wciąż przeskakiwać do przypisów, z których dowiadywałem się jedynie szczątkowych informacji.
Myślę, że jeszcze wrócę do pana Nietzschego. Być może jeszcze raz podejdę do tej książki, bądź skorzystam z jakichś opracowań.
Jak to Kościelny, czyli jest miejscami bardzo krwawo i bardzo obrazowo, drastycznie wręcz obrzydliwie.
Niby jest to kolejna książka tego autora, niby akcja toczy się podobnie jak w innych książkach czy seriach, czyli główny wątek i sprawy poboczne, ale czyta się dziwnie, zwłaszcza początek. Jest bardzo chaotyczny, a sama główna sprawa rozwiązuje się sama, nie przez śledztwo ale ktoś coś zgłosił, ktoś coś zobaczył, ktoś coś przypadkiem odkrył.
No i jak w innych książkach autora jak wyżej wspomniałem, miejscami jest ohydnie i krwawo, no i autor jeńców nie bierze i …. a nie będę spoilerował
Na plus to, że historia kończy się wraz z książką, a nie jak w przypadku serii o Sikorze autor robi serial i pozostawia kupę niezamkniętych wątków.
Kontynuacja historii teraźniejszego polskiego batalionu przeniesionego w czasie w okres drugiej wojny światowej.
Kategoria według LC ale jak dla mnie raczej fantastyka
Powstanie Warszawskie skończyło się porażką Niemców, Sowieci za miedzą i coraz bardziej się rozzuchwalają w Warszawie, korpusowi kończy się nowoczesny sprzęt, jednak wyszkolenie robi różnicę. Przewijają się postacie historyczne, gdzie nie wszyscy złole doczekują końca zgodnie z historią.
Trochę wątków szpiegowski, trochę brawurowych akcji, zwłaszcza ostatnia, pachnąca bardzo fantastyką. Całokształt może być.
Pan Stelar opuszcza Szczecin w książkach i przenosi akcje do Świnoujścia. Kilka zbiegów okoliczności, które trochę spłacają historię. Niemniej książka może być.