Chcę wiedzieć dlaczego. Dlaczego to wszystko. Nie znam odpowiedzi, ale kilka dni temu nie wiedziałem, że są pytania.
Moja relacja z twórczością pana Pratchetta jest, trzeba to przyznać, dość skomplikowana. To znaczy ja bardzo tego autora cenię, uwielbiam jego obserwacje, zgadzam się z wnioskami z tych obserwacji, które pan Pratchett wyciągał i momentami imponuje mi to, w jak błyskotliwy sposób potrafił to wszystko przedstawić. Niesamowicie podoba mi się sposób, w jaki pan Pratchett stworzył swój świat, ogromnie cenię przede wszystkim jego konsekwencję i słowotwórstwo (i znów: ogromna praca tłumacza, bo pan Kozłowski świetnie przełożył na język polski nie tylko historie, ale i klimat oryginałów). A jednak, mimo tego wszystkiego co napisałem wyżej, książki pana Pratchetta czyta mi się źle. I nawet zastanawiałem się dlaczego tak jest, i miałem kilka pomysłów – bo to może za szybko to wszystko się u niego dzieje? Albo może rozmach i skomplikowanie Świata Dysku są dla mnie zbyt wielkie? Pudło jednak. Bo akcja Nacji ani nie rozgrywa się w Świecie Dysku, ani w Nacji narrator zdaje się nie pędzić i nie skakać w czasie i przestrzeni, bo historia jest liniowa i rozgrywa się w zasadzie w jednym tylko miejscu. A jednak wrażenia miałem bardzo podobne jak przy okazji wcześniejszego obcowania z utworami tego autora. Podobało mi się. Bardzo mi się podobało. Tyle, że podobało mi się fragmentami. Bardzo krótkimi fragmentami.
Nacja opowiada o Nacji, która to jest wyspą położoną na oceanie. Na Nację, zresztą jak na cały świat, przychodzi kataklizm i giną wszyscy jej mieszkańcy. No, wszyscy poza jednym (bo, wydaje mi się, trudno byłoby stworzyć opowieść o wyspie bezludnej w ścisłym tego słowa znaczeniu). Przeżywa więc Mau, który nie jest już chłopcem, ale nie jest jeszcze mężczyzną (mamy więc bildungsroman). Okazuje się jednak, że nie jest on jednym żywym człowiekiem na Nacji. Trafiła tam bowiem dziewczyna, która (również jako jedyna) przeżyła katastrofę morską (mamy więc powieść marinistyczną a może nawet i przygodową). Ci dwoje trafiają na siebie (mamy więc retellingRobinsona Crusoe) i nawiązują ze sobą kontakt. W międzyczasie Mau dopadają wątpliwości na temat słuszności tego, w co przez całe życie wierzył (bo tak wierzyła Nacja – mamy więc i trochę wątpliwości natury moralno-religijno-filozoficznych). A jeszcze później na wyspę przybywają inni – dobrzy, źli i neutralni (o części z tych ostatnich, zdaje mi się, autor trochę w dalszej części książki zapomniał) i dzieją się rzeczy różne. I dzieje się tych rzeczy sporo.
I może właśnie to mi w książkach pana Pratchetta przeszkadza? Że tak naprawdę nie potrafię powiedzieć o czym ta Nacja była. Wątków jest mnóstwo, podniesionych tematów tyleż, ale żaden z nich nie wydaje mi się być tym dominującym. A ja chyba takiego tematu przewodniego w powieści po prostu potrzebuję.
Wczoraj prawie minął miesiąc i jeszcze wczoraj myślałem, że wygram, choć nie zrobiłem w tym kierunku niczego. Ale wejście smoka, którym okazał się @MJB z jego wspaniałym opowiadaniem bez tytułu zmieniło sytuację diametralnie. Czy impuls do napisania tego opowiadania powstał z twórczego porywu czy też raczej z porywu litości nad tagiem #naopowiesci, nie będę próbował nie tylko rozsądzać, ale nawet dociekać. Skupię się na faktach, a fakty są takie, że @MJB , jako najlepszy uczestnik styczniowej edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem zostaje jej zwycięzcą! Serdecznie gratuluję!
@George_Stark ej, ja NAPRAWDĘ zaczęłam pisać! I teraz zostanę jak ta głupia z początkiem opowiadania, do którego specjalnie wymyśliłam polską hrabinę, bo inaczej nie potrafiłam wytłumaczyć twarogu i ta hrabina jakoś mi zawłaszczyła ten utwór jakby i w sumie nie wiedziałam co dalej, ALE NA PEWNO BYM WIEDZIAŁA DZISIAJ WIECZOREM!!!
@George_Stark dziękuję pięknie za to wyróżnienie i przyznanie mi najlepszego opowiadania tej edycji. Niestety z przykrością muszę też poinformować, że było to także najgorsze opowiadanie tego miesiąca.
Niemniej jak widzę tutaj przynajmniej 4 osoby zadeklarowały potencjalną chęć wrzucenia swojej pracy konkursowej, więc zwracam się z nieuprzejmą prośbą o reasumpcję wyników pojutrze.
Skoro skoro nikt więcej jednak nie oddał opowiadania (bo przecież trzeba pół polski na hejtosoczek jechać), to reasumpcja chyba nie ma znaczenie. Więc pytanie mam po prostu napisać posta z nowym tematem na luty?
Muszę się przyznać, że mam uczulenie. Jestem silnie uczulony na ten nasz martyrologiczny patriotyzm, na to uwielbienie cierpienia, które – pamiętam – było wpajane za młodu w szkołach i gdzie tam tylko jeszcze młodzież, kiedy jeszcze nią byłem, próbowano kształcić i oświecać. Jestem też zaniepokojony tym, co obserwuję dookoła, tą rosnącą falą nacjonalizmu i związanych z nią konsekwencji, które już przecież były kilkukrotnie w dziejach przerabiane i nigdy nie kończyły się dobrze. Zdaję sobie sprawę, że niewiele mogę z tym zrobić, a jakoś z frustracją poradzić sobie trzeba. Właśnie na takie okoliczności została wymyślona satyra, więc pozwolę sobie z niej skorzystać i opisać mój wyimaginowany dzisiejszy poranek (a i jest w nim zima, jak Kolega-Organizator, proszę pozdrowić Żonę, sobie w tej edycji zażyczył):
Kiedy usiłuję coś napisać, włączam sobie często muzykę instrumentalną, bo wokal mi w pisaniu przeszkadza. I tak sobie coś tam kliknę, a później samo się przełącza i czasami odkrywam różne bardzo przyjemne nagrania, jak choćby to . Napisać tego co zamierzałem się nie udało, ale że muzyka przyjemna, to można jej oddać hołd i napisać coś innego:
Miało być o zimie? – proszę bardzo. Wiersz to smutny, bo nie każdemu dane jest się białą zimą cieszyć. Albo wiersz to wesoły, bo nie każdy się nią musi irytować? W każdym razie proszę:
Kiedy tylko dowiedział się od matki, że zaszła z jego powodu dalej niż kiedykolwiek i ciążą jej konsekwencje, które będzie musiała donosić, zaordynował jej, jakby chciał w jednym zdaniu zmieścić jednocześnie radosne zdumienie i tryb rozkazujący:
– A więc urodzisz mi syna!
I pojmał ją za żonę.
No i jakoś to tak wyszło, że ja, czytelnik, jak sam twierdzę, jednak uprzedzony do książek nagrodzonych, na trzecią lekturę w tym roku, po Na południe od Brazos (Pulitzer 1985) i Szczygle (Pulitzer 2014) wybrałem sobie Gnój (Gnoja?) autorstwa pana Wojciecha Kuczoka (Paszport Polityki 2003, Nike 2004). Niczego jednak nie żałuję.
Na podstawie tej książki został nakręcony film Pręgi, który (o dziwo!) kiedyś widziałem. Mało z niego pamiętam, oprócz tego, że zawiera on samą esencję polskiego kina (a może nawet polskiej twórczości w ogóle?), czyli przemoc i alkohol (kolejność przypadkowa). I w książce wiele więcej nie ma (choć przemocy jest dużo więcej niż alkoholu, nie pamiętam jak było w filmie), a przynajmniej nie ma wiele więcej jeśli idzie o warstwę fabularną. Bo w książce, jak to w książce, jest jeszcze warstwa językowa, a w tej warstwie pan Kuczok zrobił coś absolutnie fantastycznego (przynajmniej dla mnie – nie zapoznałem się ani z recenzjami, ani z laudacją, ani nawet z opiniami na temat tej książki) i dlatego bardzo się cieszę, że zdecydowałem się ją, mimo ostrzeżenia w postaci nagrody, przeczytać – ta wspaniała zabawa słowem, jak w tym cytacie na początku, to wspaniałe oddanie trudnych jednak emocji (a czasami obojętności), to wspaniałe stworzenie mało wspaniałego zamkniętego świata przedstawionego z perspektywy nastolatka, wreszcie wspaniale wykreowane postaci – jak jeden ze stryjków, który tak przypominał mi José Arcadio Buendíę ze Stu lat samotności, albo jak stary K., tak wspaniale nieskomplikowany i prostacki, a przez to tak żywy, a wszystko to zamknięte w tak małej objętości, że można łyknąć w jeden wieczór, jeśli tylko jest się na ten cały polski gnój odpowiednio odpornym psychicznie, bo bywa w czasie lektury trudno.
I choć w przypadku tak mistrzowskiego operowania językiem w moim przypadku na dalszy plan schodzi to o czym mi autor nim opowiada, i choć można by zadać pytanie „ileż można czytać o przemocy i alkoholu?”, to również w warstwie przedstawienia problemu w Gnoju pan Kuczok wykonał dobrą robotę. Bo tak, oto po raz kolejny dowiadujemy się jak destrukcyjne jest to, co niepokojąco często ciągle jeszcze jest uważane za wzorzec dobrego, twardego wychowania. Bo tak, autor nie moralizuje, nie poszukuje przyczyn a nawet nie analizuje, a tylko przedstawia zachowania i ich konsekwencje, wnioski czytelnik musi wyciągnąć sobie sam. A może moralizowanie do zwolenników takiego wychowania przemówiłoby bardziej? – wtedy nie trzeba wyciągać wniosków, co, wnioskując jednak z obserwacji i docierających do mnie co jakiś czas informacji, wydaje mi się, wielu jednak przerasta.
Teraz, już w czasie poprawiania literówek przyszło mi do głowy, że można z tej książki wyciągnąć też wnioski zupełnie przeciwne do moich (i, zakładam, do tego co autor chciał powiedzieć), bo można przecież uznać (i wciąż spotykam taki sposób myślenia), że narrator to niewdzięczny gówniarz, gnój po prostu. Nad tym zresztą też zastanawiałem się w czasie lektury, bo i tytuł tej książki też dobrany jest kapitalnie – czy ten tytułowy Gnój to ten gnój, syn starego K., czy może ten Gnój to jednak gnój, w którym synowi starego K. przyszło żyć (pomijając już finałową scenę ze snem syna starego K. i ten trzeci rodzaj gnoju w niej występujący)?
I tak zostanę sobie chyba z pytaniem do kogo ta książka miała być skierowana? Ale może autor wcale sobie takiego pytania nie zadał, może po prostu ją napisał i tyle? Ponoć książki same chcą być napisane, tak gdzieś słyszałem i może zastanawiam się zupełnie bez sensu?
czy ten tytułowy Gnój to ten gnój, syn starego K., czy może ten Gnój to jednak gnój, w którym synowi starego K. przyszło żyć (pomijając już finałową scenę ze snem syna starego K. i ten trzeci rodzaj gnoju w niej występujący)?
Czy może jednak Gnój to ojciec, który napierdziela syna za wszystko i robi gnój z jego życia?
@George_Stark tym bym się nie martwił, ja podchodze do każdej książki pod wpływem tego jaki mam nastrój czy swoje doświadczenia i niemal zawsze umyka mi ciekawy punkt widzenia, który akurat mi do głowy nie przyszedł, ale innym już tak
Dobrze, że wstrzymałem się z tym podsumowaniem i postanowiłem się zdrzemnąć (drzemka, jak się kolejny raz okazuje, to jest wspaniała sprawa, która rozwiązuje wiele problemów!), bo jeszcze do 18.08 byłem sam. Ale od 18.08 jest nas dwóch, dwóch autorów wytworów w CX edycji zabawy #nasonety. Nie będę trzymał Państwa w niepewności, od razu obwieszczę, że zwycięzcą CX edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem zostaje kolega @fonfi – gratulacje!
Uzasadnieniem werdyktu (czy tam wyroku), jest to, że kolega nie jest mną (co nie jest w zasadzie takie trudne), ale też nie umniejsza to jego zasługom na niwie poetyckiej i muszę przyznać, że napisał najlepszy wytwór tej kończącej się właśnie edycji, wygrana zasłużona jest więc podwójnie.
I jeszcze formalności:
- rymowaliśmy do fragmentu tekstu Leszuk, synu Kazimierza autorstwa pana Artura Andrusa;
- ja napisałem wierszydła takie: W kinie w Gorzowie, a nawet jeszcze przed kinem, Butcher punisher i Po koncercie czyli Jak zdobyć autograf pana Andrzeja Poniedzielskiego;
- kolega zwycięzca za to napisał tylko raz, ale za to porządnie, a napisał wiersz Spóźniony Fonfi.
I to by było na tyle. Do następnego (mam nadzieję)!
Uszczypnięty nie tak dawno sugestią, że ten portal to nie tylko kawiarenka i bookmeter, odkryłem że jest taki tag o filmach, no to coś napiszę, żeby się pochwalić, że obejrzałem. Bo obejrzałem, choć mało oglądam, a obejrzałem dlatego, żeby się lepiej przygotować do dyskusji o książce i trochę też dlatego, że książkę uwielbiam i byłem ciekawy jak to przeniesienie jej na ekran wyszło. Wyszło gorzej niż w mojej wyobraźni w czasie lektury, ale i tak wyszło całkiem nieźle.
Nie znam się na filmach, nie bardzo potrafię docenić kunszt reżysera, filmowe technikalia to zupełnie nie moja bajka (choć efekt specjalny w postaci pioruna wędrującego po rogach pędzącego bydła zrobił na mnie wrażenie, choć głównie z racji tego, że nawet ja zauważyłem, że dziś to już mocno trąca myszką). Podobała mi się gra aktorów, podobały mi się zdjęcia (z jakim zdziwieniem odkryłem, że kadr na tle zachodzącego słońca, który tak mnie zachwycił w Rio Bravo to westernowy standard!).
Mimo wszystko uważam jednak (może to kwestia narzędzi, jakie film ma do dyspozycji, może mojego przyzwyczajenia do przyjmowania treści raczej za pomocą tekstu czytanego), że choć powieść pana McMurtryego została zaadaptowana bardzo wiernie, to mnóstwo w tej adaptacji straciła. O ile siłą książki są wspaniale wykreowane postaci, tak w serialu nie zostało przedstawione to aż tak głęboko. Ta kwestia zresztą pojawiła się w czasie dyskusji, kiedy to usłyszałem tezę, że być może to Newt jest głównym bohaterem całej tej historii, bo przecież tak naprawdę to on w niej wygrywa. I zgadzam się, że po obejrzeniu serialu są silne przesłanki do wysnucia takiego wniosku, jednak w książce proces podejmowania decyzji przez Woodrowa Calla jest znacznie bardziej skomplikowany (a co za tym idzie dla mnie ciekawszy). A to tylko jeden z przykładów takiego spłycenia.
Trochę żałuję, że życie jest takie paskudne i nie da się zrobić tak, żebym mógł obejrzeć ten serial bez znajomości książki, bo zastanawiam się jakbym go wtedy odebrał. Tym bardziej że, mimo tych wszystkich narzekań wyżej, było to całkiem przyjemne sześć godzin spędzone przed ekranem i nawet nie żałuję, że w tym czasie niczego nie przeczytałem.
Pozwolę sobie jeszcze zawołać kolegę @splash545 , bo wiem, że książka mu się podobała, więc może będzie miał ochotę zobaczyć o ile gorzej niż on to sobie wyobraził przedstawił to reżyser. Jakby co to serial jest na jutubie .
@George_Stark Siemka! Książka za⁎⁎⁎⁎sta, serialu nie widziałam - choć nawet chyba miałam podejście, ale nie chciało mi się - książka swoje zrobiła w głowie i póki co nie mam ochoty tam wracać dzięki filmowi.
Gdy otworzył drzwi, rolety były opuszczone i moje oczy potrzebowały trochę czasu, żeby się przyzwyczaić do ciemności, aromatycznej, perfumowanej, z nutą choroby i medykamentów.
Będzie kilka słów o Szczygle pani Tartt, ale to za chwilę. Zacznę od czegoś innego. A zacznę od tego, że jest (a raczej był, bo w roku 2023 mu się niestety zmarło) taki autor jak pan Cormac McCarthy. Pan McCarthy zachwycał mnie swoją prozą nieraz, a szczególnie zachwycał mnie językiem swojej prozy (ukłony również dla pana Roberta Sudóła, dzięki któremu możemy chłonąć wrażenia z książek pana McCarthego również po naszemu), językiem oszczędnym, skąpym wręcz i tym minimum ekspozycji, jakie za pomocą tego języka osiągał. Nie bez kozery wzmiankuję tutaj tego a nie innego autora, bo na początku mojej przygody ze Szczygłem pojawiła mi się w głowie taka myśl, że „Ta książka to Cormac McCarthy. Tyle, że do minus pierwszej.”
Bo faktycznie, Szczygieł właśnie tak się językowo zaczyna. Wszystko na początku tej książki jest takie krwiste (soczyste – wersja dla wegetarian), takie pełne i takie obrazowe. Każde wydarzenie, każda emocja jest na początku Szczygła wyeksponowana tak silnie, że czuje się ją własnymi oczyma, które śledzą składające się na niego literki. A później (choć początek w kwestiach estetyczno-emocjonalnych podobał mi się bardziej) następuje coś jeszcze bardziej fantastycznego, coś co absolutnie w książkach uwielbiam – kiedy bowiem w życiu Theo Deckerta to i owo (a w zasadzie to wszystko, i to po raz drugi) się zmienia, zmienia się również i język książki. Te dwie pierwsze części, dziejące się odpowiednio w Nowym Jorku i Los Angeles (Amsterdam na razie przemilczmy) są tak od siebie narracyjnie zupełnie różne, a każda z nich każdym elementem narracji wspaniale przystaje do opisywanych wydarzeń. Coś absolutnie kapitalnego! (I tutaj również ukłony dla pana Jerzego Kozłowskiego, który przełożył tę książkę na nasze*.)
O fabule Szczygła nie będę pisał (Amsterdam przemilczymy więc całkowicie), to można sobie samemu przeczytać (w książce nawet, niekoniecznie na Wikipedii), skupię się tylko na tym, co mi po tej lekturze pewnie pozostanie. A oprócz wrażeń estetyczno-emocjonalnych zostaną mi po niej dwa pytania: ile wart jest skarb, o którym nie tylko nie można nikomu powiedzieć, ale nawet nie można się nim w pełni cieszyć, bo trzeba go przed innymi ukrywać oraz czy można winić siebie za swoje zachowania, które doprowadziły do tragedii, choć tragedii nie można był w żaden sposób przewidzieć ani jej zapobiec. To są dwie rzeczy, które (trochę wbrew opiniom i recenzjom tej książki, z którymi kilkoma miałem okazję się zapoznać) z tej książki przemówiły do mnie najsilniej, a ponieważ całkowicie zgadzam się ze stwierdzeniem, że zadaniem literatury jest stawianie pytań, jestem po lekturze w pełni usatysfakcjonowany i może kiedyś, jeśli czas pozwoli, zabiorę się za którąś z pozostałych książek autorstwa pani Tartt, która to wydaje mi się pisarką ze wszech miar interesującą.
* - w sprawie tłumaczenia jeszcze. W niczym to panu Kozłowskiemu nie ujmuje, bo ten się nie myli, który nic nie robi, ale bardzo ubawiło mnie zdanie […] a czasem po prostu obserwowałem go, jak przekręca nogi krzeseł na tokarce. Po tym jednak, jak już się pośmiałem, uświadomiłem sobie, jak trudna musi być praca tłumacza i jak wiele wysiłku trzeba w nią włożyć zapoznając się z terminologią z wielu rozmaitych dziedzin. Na przykładzie powyższego cytatu – w Polsce powiedzielibyśmy, że na tokarce (po angielsku: turning machine) raczej się toczy (to turn) a nie przekręca (to turn).
Wczorajsza wymiana komentarzy uświadomiła mi, że dawno nie okazałem naszej Koleżance sympatii poprzez nabijanie się z jej porażek, co wierszydłem poniższym staram się nadrobić:
***
Po koncercie
czyliJak zdobyć autograf pana Andrzeja Poniedzielskiego
Marvel ze swoim Punisherem kosi niesamowitą kasę. W Diablo, które sprzedało się bardzo dobrze, był do pokonania Buthcher. Hrabia Monte Christo, uważany za jedną z największych powieści w historii, oparty jest na motywie zemsty. To może i u mnie któraś z tych dróg się sprawdzi?
Ksiądz też człowiek, więc nic co ludzkie nie jest mu obce. Czasami taki ksiądz ma ochotę wybrać się na przykład do kina, w towarzystwie oczywiście, żeby mieć z kim po seansie przeprowadzić interesującą konwersację na temat właśnie obejrzanego filmu. Czy jakoś tak:
W CX edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem oprócz tego, że zajmiemy się układaniem wierszy, to zajmiemy się jeszcze ważnym problemem społecznym. Problem społeczny jest mianowicie taki, że, jako społeczeństwo, jesteśmy coraz bardziej skłóceni. Żeby rozwiązać problem, należy wyeliminować jego przyczyny a nie objawy (czego uczą nas reklamy leków), a żeby wyeliminować przyczyny, to należy je najpierw ustalić. Ta robota z ustaleniem przyczyn została już na szczęście wcześniej wykonana i wiemy, że przyczyną skłócenia społeczeństwa są anioły (o czym uczy nas pan Artur Andrus), a są te anioły tak wredne, że nie odpuszczają nawet mechanikom samochodowym (o czym informuje nas podmiot liryczny w wersie leżę sobie podLublinem).
***
Artur Andrus
Leszku, synu Kazimierza
(fragment)
Odurzony tanim winem
i rozrywką równie tanią
leżę sobie pod Lublinem,
a tu nagle anioł
identyczny jak z pacierza,
skrzydło kładzie mi na skroń
Leszku, synu Kazimierza,
goń za wrogiem goń!
Ledwo co przysnąłem sobie,
a ten mi do ucha skrzeczy
Śniło mi się siedem kobiet,
z tego trzy do rzeczy
A tu anioł do mnie zmierza,
miecz mi wciska w prawą dłoń
Leszku, synu Kazimierza,
goń za wrogiem goń!
***
Zasady są takie, że układamy swoje wiersze do minimum trzech (lub czterech, jeśli ktoś chciałby zastosować refren) pierwszych strof wyżej podanego tekstu di proposta, a ja w najbliższy piątek według zasad nawet mnie jeszcze w tej chwili nieznanych wyłonię zwycięzcę.
Proszę się bawić dobrze i uczestniczyć, w miarę możliwości, licznie.
[…] toteż ludzie od Calla oczekiwali rozkazów, a pili z Gusem.
Czasami człowiek coś powie, a później głupio już jest się z tego wycofać, no i trzeba ponosić konsekwencje, tak jak na przykład w przypadku Woodrowa Calla, który złożył obietnicę Augustusowi McCrae i słowa musiał dotrzymać, choć to nie miało już żadnego znaczenia. Albo jak ja, kiedy na ostatnim, grudniowym spotkaniu kieleckiego Klubu z Kawą nad Książką wyrwany z rozmowy pytaniem o propozycję na kolejne spotkanie rzuciłem Na południe od Brazos. – „Przecież się nie wylosuje” – myślałem. Ale się wylosowało.
Już kiedyś czytałem tę książkę (cztery i pół roku temu, jak ustaliłem po zakończeniu lektury) i bardzo mi się podobała. Nie pamiętałem co prawda, że jest ona aż tak długa (to zaleta czytania na czytniku – kiedy wyłączy się te wszystkie wskaźniki postępu i widoczność numeracji stron, nie wie się jak dużo jeszcze do końca, więc można się bardziej zagłębić w opowieść), bo gdybym pamiętał, to pewnie wymieniłbym inny tytuł. No ale wymieniłem ten, on się wylosował i przyszło mi po raz kolejny wyruszyć z kowbojami pędzącymi bydło przez całe Stany Zjednoczone. Kolejny raz w towarzystwie Augustusa McCrae, Woodrowa Calla, Jake Spoona, Newta Doodsa, Joshuy Deetsa, P.E. Parkera i innych przyszło mi przebyć drogę spod granicy z Meksykiem aż do granicy z Kanadą i kolejny raz była to podróż fascynująca.
Fabuła tego utworu w zasadzie jest prosta. Dwóch dawnych pograniczników, Woodrow Call i Augustus McCrae po bodaj dwudziestoletniej służbie założyło w Teksasie przedsiębiorstwo handlu bydłem. Być może żyliby tam sobie spokojnie, bo i niewiele się w tym przedsiębiorstwie działo, gdyby w tarapaty nie wpadł ich dawny kompan, Jakie Spoon. To właśnie przybycie Spoona i przyniesione przez niego informacje o dostępie do ziemi w Montanie spowodowały, że Call zdecydował się zebrać bydło, zebrać ludzi i wyruszyć na północ. I tak sobie na tę północ wędrowali.
Ten akapit wyżej to w zasadzie całkiem niezłe streszczenie tych blisko dziewięciuset stron westernu, ale to nie jest wszystko co można w Na południe od Brazos znaleźć. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że Na południe od Brazos westernem nie jest, ja nazwałbym tę książkę raczej powieścią obyczajową osadzoną w estetyce westernu. Bo faktycznie, to co dla mnie wybija się w tej opowieści na pierwszy plan, to wcale nie wydarzenia, ale postaci. Pan McMurtry stworzył je fantastycznie, każdy z bohaterów Na południe od Brazos jest tak krwisty, jak dobry wołowy befsztyk, przy czym od takiego befsztyku sporo jednak żywszy. Na pierwszy plan wybijają się oczywiście Woodrow Call i Augustus McCrae, bo to oni dowodzą całym tym przedsięwzięciem. Ciekawą rzeczą jest to, że o ile o Gusie dowiadujemy się w zasadzie wszystkiego od razu, tak na pełną diagnozę charakteru Calla (wypowiedzianą zresztą ustami Gusa) należy poczekać na koniec książki. W ogóle Calla jest, jak na głównego bohatera, w opowieści mało – wspaniały zabieg, coś jak z Hanibalem Lecterem w Milczeniu owiec. Wspaniały jest też kontrast między tą dwójką, tak bardzo przywodzący mi na myśl kontrast, który znalazłem (albo sobie dopowiedziałem) w postaciach Ala i Ptaśka z Ptaśka pana Williama Warthona.
Postaci w tej książce jest mnóstwo i każda z nich jest jakaś, o każdej można by napisać coś ciekawego (co zresztą autor zrobił – niemal nikt nie pojawia się znikąd, a nawet jeśli się pojawia, jak na przykład Duży Zwey, to ma to swoje uzasadnienie). Każdy z bohaterów ma siłę postaci literackiej przejawiającą się przez jakąś jej słabość z którą sobie radzi (albo w którą ucieka, bo i tak się u pana McMurtryego zdarza). A silne, wyraźne postaci to i silne między nimi relacje. I tego w tej książce nie brakuje. Autor wrzuca kowbojów w rozmaite trudne sytuacje z którymi ci muszą sobie lepiej lub gorzej poradzić, a każda ich decyzja ma swoje konsekwencje. Tak, pan McMurtry zdecydowanie zrobił to bardzo dobrze – tak się, moim zdaniem, powinno pisać powieści.
Ale nie tylko to w tej książce można znaleźć. Można w niej znaleźć również przygodę, można znaleźć co najmniej kilka problemów natury moralnej, można znaleźć sporo niezłego humoru. I można naprawdę poczuć gorąc i suchość południa Stanów Zjednoczonych (ale i mróz północy), a to za sprawą między innymi doskonałego języka jakim jest napisana. Tu ciekawostka – czytałem książkę w polskim przekładzie autorstwa pana Michała Kłobukowskiego, uhonorowanym nagrodą Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich w roku 1991 i kilka rozdziałów przeczytałem w oryginale. Co ciekawe dużo bardziej podeszła mi wersja polska – być może ze względu na to, że ten język jest mi po prostu bliższy. W każdym razie Na południe od Brazos to jedna z tych książek, o których mogę powiedzieć po lekturze „byłem tam”.
Na południe od Brazos jest książką generalnie chwaloną i docenianą, choć spotkałem się z zarzutami w jej kierunku. Przede wszystkim dotyczą one rozwleczonego początku (nie zgadzam się – faktycznie dzieje się tam powoli, ale ma to swój urok) oraz trochę urwanej końcówki (tutaj akurat częściowo się zgadzam – o ile nagłe i niespodziewane wprowadzenie przełomowego wydarzenia ma swoje uzasadnienie, o tle sama końcówka jest napisana bardzo skrótowo i trochę po łebkach; o ile potrafię sobie wyobrazić dlaczego autor napisał to tak a nie inaczej, o tyle czuję lekki niedosyt, bo przyzwyczajony do tego, co zaprezentował mi wcześniej, chciałbym jednak móc poczuć te wydarzenia mocniej i być może warto byłoby je opisać w kolejnym tomie).
Wydaje mi się, że największą zaletą Na południe od Brazos jest to, że można znaleźć w niej tak wiele rozmaitych rzeczy, że wielu osobom coś będzie się podobać. Sam, czytając tę książkę po raz kolejny, zwróciłem uwagę na inne rzeczy niż poprzednio (choć niektóre się pokryły – znów zaznaczyłem sobie ten sam cytat, którym otworzyłem wpis sprzed tych czterech i pół roku). Ja znalazłem takich rzeczy kilka, a najsilniejszą chyba z nich jest pytanie ile chciałbym w sobie Gusa McCrae, a ile jest we mnie Woodrowa Calla. I nad tym właśnie idę się zastanowić, bo mógłbym o tej książce jeszcze pisać i pisać, ale lepiej chyba czytać ją niż o niej.
Mroczne to byli czasy, kiedy w Landsbergu nie tylko mówiono, ale i sonety pisano w języku niemieckim. Jest taki jeden, a raczej był, bo zaginął (mówią, że spłonął) i dziś sonetu nie ma, ale za to ciągle żywa jest jego legenda. Całe szczęście, że zanim sonet zaginął, doczekał się dwóch tłumaczeń. One poniżej:
Jakiś czas temu ja i kolega braliśmy udział w konkursie literackim. Żaden z nas nie został w tym konkursie nawet wyróżniony, no ale to za sprawą kumoterstwa i układów w jury, wiadomo. Niemniej, nawet pomimo tego kumoterstwa i układów, a także pomimo wynikających z nich wyników, które to wyniki wcale mi się nie podobały, muszę przyznać, że podobały mi się zasady tego konkursu. A w konkursie chodziło o to, że skorumpowany (ale kreatywny) Organizator podał dziesięć zwrotów, które należało wpleść w opowiadanie. I właśnie w taki sposób będziemy się w miesiącu bieżącym, czyli w styczniu bawić w naszej wspaniałej zabawie #naopowiesci w równie naszej i równie wspaniałej kawiarni #zafirewallem. Zwroty do wplecenia poniżej:
- skorumpowany organizator;
- prawie wygrał;
- tona twarogu;
- hejże, na Wiedeń;
- tuszem sympatycznym;
- zaśpiewał serenadę;
- opar nad mokradłem;
- rumuńskiemu jogurtowi,
- Stańczyk się uśmiechnął,
- płakała jak bóbr.
***
ZASADY (do ewentualnej własnej interpretacji lub całkowitego zignorowania).
1. Najważniejszą Zasadą jest Zasada numer 2.
1. Do końca stycznia układamy opowiadanie o dowolnej długości na dowolny temat i w dowolnym gatunku, ale zawierające wszystkie dziesięć podanych wyżej zwrotów.
1. Wszystkie wyżej wymienione zwroty powinny być użyte dokładnie w takiej formie, w jakiej są podane; wstrzymujemy się z zapędami deklinacyjno-koniugacyjnymi oraz wprowadzeniem dodatkowych znaków przestankowych tudzież dzieleniem słów.
1. W podanych zwrotach dopuszcza się zmianę wielkości liter ze względu na wprowadzenie nazw własnych bądź umiejscowienie ich w zadaniu (przykład: wprowadzając bohatera imieniem Bóbr, dopuszczalne jest zapisanie Płakała jak Bóbrl użycie zwrotu na początku zdania dopuszcza rozpoczęcie go wielką literą).
1. Kolejność użycia zwrotów jest dowolna.
1. Wyniki zostaną ogłoszone w niedzielę, 01.02.2026.
1. Zwycięzcą zostanie osoba, w której opowiadaniu stosunek liter „e” do liter „s” będzie najmniejszy.
1. Jeśli jakiś cwaniak będzie próbował zmusić mnie do dzielenia przez zero i nie użyje żadnej litery „s”, to pierwszy, który się o to pokusi, z automatu zostanie zwycięzcą.
2. Bawimy się wyśmienicie i mamy mnóstwo radości, tak z pisania opowiadań swoich, jak i z czytania opowiadań cudzych.
@Cerber108 mamy tutaj w zasadzie trzy zabawo/konkursy a poza tym wolna amerykanka.
#naczteryrymy - codziennie między 20:00 a 21:00 zwycięzca z poprzedniego dnia wrzuca cztery wyrazy, czyli dwie pary rymów i jakiś temat, do których trzeba ułożyć jak najszybciej czterowiersz, którego kolejne wersy kończą się właśnie tymi słowami a tematyka mniej więcej krąży wokół zadanego tematu. Oczywiście zasady czasami traktowane są z przymróżeniem oka, zwłaszcza te dotyczące tematu, ale i końcówki albo kolejność bywało, że zmienialiśmy. Niektórzy robią to nawet nałogowo... Zwycięzca wyłaniany jest piorunami. Jeśli zwycięzca nie wrzuci nowych rymów do 21:00 to może to zrobić dowolna inna osoba w zastępstwie.
#nasonety - raz na tydzień ktoś (zwycięzca poprzedniej edycji) wrzuca sonet "dawcę" i oznacza tagiem #diproposta . Dowolny sonet, Szekspira, Asnyka, @Umypaszka - nie ma znaczenia. Zadanie polega na ułożeniu własnego sonetu #diriposta (14 wersów w układzie 4-4-3-3, albo 4-4-4-2), którego kolejne wersy rymują się do tych samych wersów sonetu wzorcowego, ale najlepiej jakby nie były użyte te same wyrazy (a przynajmniej nie wszystkie) na końcu wersów. Zasady wyłaniania zwycięzcy bywają mocno abstrakcyjne i są (zazwyczaj) podawane przy otwarciu edycji przez organizatora. Na koniec tygodnia, organizator pisze (dłuższe bądź krótsze - są różne szkoły) podsumowanie, wyłania zwycięzcę i cykl się zaczyna od nowa.
#naopowiesci - jest temat, czasami jest narzucona forma i piszemy opowiadania. Zasady oceniania, tak jak w sonetach określa organizator. Zwycięzca organizuje kolejną edycję, które teraz trwają miesiąc. W opowieściach mamy dla wygranych nagrody rzeczowe, ode mnie książki do 100pln, a @onpanopticon wymyśla różne gadżety
A jak chcesz po prostu napisać sobie wiersz, bo taką masz potrzebę to wrzucasz kiedy chcesz z tagiem #wolnewiersze
A wszystko bez spiny, bez nadęcia dla frajdy tylko zawsze oznaczamy #zafirewallem. Aha - kilka razy w roku spotykamy się gdzieś w Polsce na kawiarenkowym piwku. I to w zasadzie tyle.
Co do konkursu to mam taka ciekawostkeXD
W gimbazie jako zadanie mielismy napisac jakies opowiadanie. A, ze wtedy robilem podchody do pewnej dziewczyny, to ona odwalila to zadanie za mnie(laureatka paru konkursów polonistycznych) zadanie oddalem OCENA -3 z dopiskiem ubogie slownictwo.
No cóż, pomyslalem, ze zrobila to zadanie jako tako na odpierdol, zreszta -3, to dobra ocena(jak na moje ambicjeXD) minął jakis czas i okazało sie, ze kolega z klasy nie oddal tego opowiadania i brakuje mu oceny... odpisal calosc odemnie, oddal i... 5 z dopiskiem, ze wspaniałe. Wtedy 1 x stracilem wiare w jakakolwiek sprawiedliwośćXD
Moi Drodzy! Dziś w nocy zmienia się coś więcej niż tylko data i jest to zmiana dużo bardziej znacząca! – data w końcu zmienia się codziennie, ortografia zmienia się znacznie rzadziej:
Ujednolicenie zapisu (małą literą) przymiotników tworzonych od nazw osobowych, zakończonych na -owski, bez względu na to, czy ich interpretacja jest dzierżawcza (odpowiadają na pytanie czyj?), czy też jakościowa (odp. na pytanie jaki?), np. dramat szekspirowski, epoka zygmuntowska, koncert chopinowski, koncepcja wittgensteinowska, wiersz miłoszowski.
@George_Stark o ty gnoju, to chociaż powiedz co ci się nie podoba w zasadach, bo to było moje pierwsze otwarcie w zabawie, w której nigdy na powazniennie uczestniczyłem.