154 + 1 = 155


Tytuł: Szczygieł

Autor: Donna Tartt

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter




Gdy otworzył drzwi, rolety były opuszczone i moje oczy potrzebowały trochę czasu, żeby się przyzwyczaić do ciemności, aromatycznej, perfumowanej, z nutą choroby i medykamentów.


Będzie kilka słów o Szczygle pani Tartt, ale to za chwilę. Zacznę od czegoś innego. A zacznę od tego, że jest (a raczej był, bo w roku 2023 mu się niestety zmarło) taki autor jak pan Cormac McCarthy. Pan McCarthy zachwycał mnie swoją prozą nieraz, a szczególnie zachwycał mnie językiem swojej prozy (ukłony również dla pana Roberta Sudóła, dzięki któremu możemy chłonąć wrażenia z książek pana McCarthego również po naszemu), językiem oszczędnym, skąpym wręcz i tym minimum ekspozycji, jakie za pomocą tego języka osiągał. Nie bez kozery wzmiankuję tutaj tego a nie innego autora, bo na początku mojej przygody ze Szczygłem pojawiła mi się w głowie taka myśl, że „Ta książka to Cormac McCarthy. Tyle, że do minus pierwszej.”


Bo faktycznie, Szczygieł właśnie tak się językowo zaczyna. Wszystko na początku tej książki jest takie krwiste (soczyste – wersja dla wegetarian), takie pełne i takie obrazowe. Każde wydarzenie, każda emocja jest na początku Szczygła wyeksponowana tak silnie, że czuje się ją własnymi oczyma, które śledzą składające się na niego literki. A później (choć początek w kwestiach estetyczno-emocjonalnych podobał mi się bardziej) następuje coś jeszcze bardziej fantastycznego, coś co absolutnie w książkach uwielbiam – kiedy bowiem w życiu Theo Deckerta to i owo (a w zasadzie to wszystko, i to po raz drugi) się zmienia, zmienia się również i język książki. Te dwie pierwsze części, dziejące się odpowiednio w Nowym Jorku i Los Angeles (Amsterdam na razie przemilczmy) są tak od siebie narracyjnie zupełnie różne, a każda z nich każdym elementem narracji wspaniale przystaje do opisywanych wydarzeń. Coś absolutnie kapitalnego! (I tutaj również ukłony dla pana Jerzego Kozłowskiego, który przełożył tę książkę na nasze*.)


O fabule Szczygła nie będę pisał (Amsterdam przemilczymy więc całkowicie), to można sobie samemu przeczytać (w książce nawet, niekoniecznie na Wikipedii), skupię się tylko na tym, co mi po tej lekturze pewnie pozostanie. A oprócz wrażeń estetyczno-emocjonalnych zostaną mi po niej dwa pytania: ile wart jest skarb, o którym nie tylko nie można nikomu powiedzieć, ale nawet nie można się nim w pełni cieszyć, bo trzeba go przed innymi ukrywać oraz czy można winić siebie za swoje zachowania, które doprowadziły do tragedii, choć tragedii nie można był w żaden sposób przewidzieć ani jej zapobiec. To są dwie rzeczy, które (trochę wbrew opiniom i recenzjom tej książki, z którymi kilkoma miałem okazję się zapoznać) z tej książki przemówiły do mnie najsilniej, a ponieważ całkowicie zgadzam się ze stwierdzeniem, że zadaniem literatury jest stawianie pytań, jestem po lekturze w pełni usatysfakcjonowany i może kiedyś, jeśli czas pozwoli, zabiorę się za którąś z pozostałych książek autorstwa pani Tartt, która to wydaje mi się pisarką ze wszech miar interesującą.




* - w sprawie tłumaczenia jeszcze. W niczym to panu Kozłowskiemu nie ujmuje, bo ten się nie myli, który nic nie robi, ale bardzo ubawiło mnie zdanie […] a czasem po prostu obserwowałem go, jak przekręca nogi krzeseł na tokarce. Po tym jednak, jak już się pośmiałem, uświadomiłem sobie, jak trudna musi być praca tłumacza i jak wiele wysiłku trzeba w nią włożyć zapoznając się z terminologią z wielu rozmaitych dziedzin. Na przykładzie powyższego cytatu – w Polsce powiedzielibyśmy, że na tokarce (po angielsku: turning machine) raczej się toczy (to turn) a nie przekręca (to turn).

60bf30d6-0b30-4309-961d-e4054b9e2481

Komentarze (3)

Zaloguj się aby komentować