Trzeba się pogodzić z powolnym dobijaniem do magicznej 5tki.
Zupełnie nie czuję się staro, miałem w rodzinie kilku wujków którzy do końca życia byli wariaci, chyba jestem podobny.
Wszedłem w jakiś dość obcy mi tryb spokojnej stabilizacji "chujowo ale stabilnie" - depresja jakoś zelżała 24 Maja, hajs, bez rewelacji ale się zgadza i co miesiąc odkłada się na koncie, potomstwo nadal daje trochę radości, koty srają ale są kochane, żona gotuje, kredytów ani hipotek nie mam, zdrowie jako tako (ale cholera wie czy gdzieś czegoś nie ma, trzeba w końcu porobić trochę badań..), mieszkanie mam, ...to chyba nie powinienem narzekać?
Tylko pieprzona anhedonia nie chce przejść, męczące to. No ale co zrobić.
Dziś artysta oczywisty i oczywista płyta Pierwsza płyta Marleya z jaką się zetknąłem. Nie lubię jakoś szczególnie jego późnych nagrań, ale tutaj mam ogromny sentyment. Mój ojciec wciągnął mnie w słuchanie muzyki i zawsze mocno wspierał moje zainteresowania. Gdy miałem jakieś 12 lat odkryłem Marleya dzięki audycji w Trójce, którą prowadził nieoceniony Sławomir Gołaszewski. W moim rodzinnym miasteczku kasety można było kupić w jednym sklepie. W tym samym miejscu kupowało się też... firany i zasłony. Nietrudno się więc domyślić, że wybór muzyczny był mocno ograniczony. Pojechałem więc z tatą do sąsiedniego miasta, gdzie był typowy sklep z kasetami. Ojciec poświęcił sobotę, żeby wsiąść ze mną w pociąg i szukać jakiegoś sklepu o którym nawet nie mieliśmy pojęcia gdzie jest. Po prostu pytaliśmy przechodniów i ktoś nam wreszcie powiedział. Była tam tylko ta jedna kaseta Marleya. Niestety chciałem ją przesłuchać przed zakupem, by się nie władować na jakąś minę. Sprzedawca okazał się niemiły i powiedział, że on oryginalnej kasety nie będzie odfoliowywał. Nie kupiłem... Oczywiście do muzyki Marleya i tak szybko znalazłem dojście. Inną kasetę kupił mi przy okazji jakiegoś wyjazdu oczywiście... mój ojciec.
#jesiennewyzwania od Owcena sypnęły się i na mnie.
Zadanko, które zamierzam wykonać tym postem, brzmi: "Ułóż jesienną playlistę piosenek".
Niby prosta sprawa, bo przecież jesień, mokro, melancholia motzno, smuteczek, przeżywanie, może rozstanie jakieś, śpiewanie o tym, że ja cię ajlowju, a ty mnie nie ajlowju i takie tam. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował trochę o tym, trochę nie o tym, ale na pewno inaczej.
#jesien to wszak tak piękna i motywująca pora roku (nawet gdy pada) i dlaczego nie mielibyśmy uderzyć w słoneczne nuty? A tak, moi drodzy, lecimy w #reggae z dedykacją dla wszystkich #jesieniarz i tych mniej jesieniarskich.
Postawiłem sobie za cel przygotowanie listy dziesięciu piosenek (nie za dużo, nie za mało, jak kaseta lub płytka CD, dając szansę, że ktoś przynajmniej będzie chciał posłuchać) dostępnych na YT. Nie będzie to piękna, spójna opowieść, to nie będzie playlista, którą można zapuścić od początku do końca i przesłuchać sztuka po sztuce. Bałagan jest celowy.
Gotowi?
Na początek RastamanR i idziemy w piękny, smuteczkowy klimat: kochałem, już nie jesteśmy razem i tak sobie siedzę sam i czytam Hejto patrząc na opadające liście.
Chwilę później zaczyna padać, a deszczowe dni potęgują nam samotność. Cofamy się kilkadziesiąt lat i oto Sammy Dread - Rainy Days
Ale w sumie... w sumie deszcz jest fajny. Bo czy pada, czy nie pada, #zyciejestdobre a każdy dzień jest piękny. Tropavibes - It's a beautiful day
Jesień to też pora, kiedy trzeba zadbać o swoje rośliny i ogródek przed nadchodzącą zimą. Dlatego też wędrujemy za południową granicę: Cocoman a MessenJah - Zahradnická Píseň
No dobrze, jest sobie ogród, ale taki pusty, brakuje tam na pewno czegoś - polskiej klasyki reggae! Daab - W moim ogrodzie !
Jesień to dobry czas na urlop. Mało turystów, dużo słońca, można uciec na chwilę, nikt tego nie sprawdza. A jeśli słońce i reggae, to lecimy na Jamajkę: Mr Vegas - The voices of sweet Jamaica
Trzymając się słonecznych, pozytywnych klimatów powolutku zmierzamy do zamknięcia naszej wspólnej przygody. Na jakiś czas ten teledysk wyparował z YT, z wielką szkodą dla świata. Piosenka może i ograna, ale teledysk nadal z cyklu #kiedystobylo Bob Marley - Three Little Birds
Trzymajmy się pozytywnych wibracji i słońca, które gdzieś powinno zawsze świecić, jeśli nie na zewnątrz, to wewnątrz: Atomic Spliff - Good Vibes
Stary już jestem więc i gram w #gry jak stary #hejto40plus
Nie lubię multiplayer, nie dlatego że przegrywam i się denerwuję, ale dlatego że te &&&&ane gnoje mają tyle czasu na ćwiczenia, refleks i jeszcze &&&a ciągle farcą!
Nie lubię gier które wymagają dużo czasu na sesję, bo różnie z tym czasem bywa, fajnie jak można włączyć i pograć 15 minut, góra 30. Maks 4 godziny do 2 w nocy i potem chodzić niewyspany.
Nie lubię też wydawać w ciemno pieniądze, bo mi szkoda.
Ogrywam więc #xboxgamepass i często znajduje tam niesamowite perełki, na których spędzam kilkadziesiąt godzin.
Najnowsza z nich to Ball x Pit. Kompletne zaskoczenie ile oni wycisnęli z arkanoida.
Gra polega na zbijaniu piłkami-pociskami nadchodzących hord szkieletorów. Niby proste i ile można utrzymać uwagę, ale okazuje się że wykonanie jest naprawdę kozackie. Po pierwsze to stwory mają różne kształty, trochę jak w tetrisie, wiec jak chcemy wrzucic piłki nad nie, trzeba się odpowiednio przekopać biorąc to pod uwagę. Po drugie piłki mają różne własności, które rozwijają się w trakcie zbierania expa wypadającego ze stworów. Gra jest w stylu roguelike, więc każde przejście rozwija nam postać i zwiększa jej moc. Oprócz piłek są jeszcze pasywne bonusy, zbieranie pieniędzy i zasobów, oraz... rozbudowywanie bazy. Walczymy też z bossami i możemy łączyć różne piłki w jedną, co sprawia że ich unikalne własności się łączą tworząc nowe potężniejsze piłki
Grafika a'la lata 90 z pikselowym klimatem, rozrywka jest ciekawa i nie ma zbyt dużego progu wejścia.
@NatenczasWojski Gram od kilku dni, niezła kokaina a przy okazji można słuchać audiobooka czy podcastu (oczywiście pierwsza gra bez niczego w tle, żeby ogarnąć).
Również nie przepadam za multi, ale w tym roku skusiłem się na Helldivers 2 i kurczę takiego multi jeszcze nie widziałem. Mam już za sobą sporo rozgrywek i ANI JEDNEGO RAZU nie zdarzyło się, żeby ktoś miał do mnie jakikolwiek problem, a zdarzało mi się odwalić straszne akcje (to jest coop), a większość gier gram z randomami. To jest taka gra, że jak ktoś coś odwali, to jest w sumie nawet ciekawiej, bo jest ostra akcja wtedy i adrenalina. Do tego można grać solo i blokując dołączenie innych. Oprócz grania ze znajomymi, grałem też z randomami z polskiego discorda (z połączeniem głosowym) i też ani razu nie zdarzyło się, żeby ktoś miał pretensje, raczej jest pomoc i dobre porady oraz czasem kupa śmiechu. Ta gra to dla mnie odkrycie tego roku, więc polecam nawet jak multi nie lubisz, bo jest absolutnie rewelacyjna, do tego zero toksyczności. Jakby co, mogę podszkolić nowych graczy, a jeśli ktoś gra, to chętnie zagram razem.
Gdy byłem we wczesnych latach podstawówki mój ojciec utrzymywał kontakt ze swoim kumplem, który wyemigrował do USA. Mieszkał w Chicago. Spytał mojego tatę, czy może chciałbym coś dostać ze Stanów. Ojciec pomyślał o jakiejś pocztówce, albo drobiazgu. Gość jednak wpadł na inny pomysł. Zamówił prenumeratę Road & Track i przysyłał je do Polski razem z paczkami dla innego swojego kumpla. Wychodziło tak, że dostawałem cały pakiet 5-6 magazynów. Szczerze, to motoryzacja mnie nigdy nie interesowała ale... te amerykańskie gazety. Kolorowe zdjęcia, rozkładówka samochodu (jak dziewczyny w Playboyu) na środku. Wszyscy kumple się zbiegali, gdy przynosiłem to do szkoły. Okładkę z czarnym, pędzącym Lamborghini pamiętam do dziś. Te gazety nawet pachniały inaczej.
Dokładnie 25 lat temu szykowałem się na imprezę która zmieniła moja życie.
Miałem 18 lat, miesiąc wcześniej zmarł mój ojciec, a ja musiałem iść do pracy aby dokładać się na utrzymanie domu. Ale stwierdziłem że nie będę w żałobie i na 18tke najbliższego kolegi z klasy pójdę.
Przed wejściem jeszcze wizyta po alkohol w osiedlowym sklepie i jedno piwko od razu aby w dobrym humorze wejść.
Wszedłem, Muzyka grała, ale wszystkie dziewczyny (koleżanki jego siostry) oczywiście siedziały pod ścianą. Dretwota straszna.
Piwko już działało więc zacząłem po kolei prosić je do tańca. I z jedną tak dobrze się tańczyło że kolejny i kolejny, aż wpadł ojciec kolegi i tańcząc zaczął krzyczeć "będę tańczył na waszym weselu!"
Niestety do wesela nie dożył, zmarł parę lat później we śnie... Ale wesele było, a nam właśnie dziś stuknęlo 25 lat razem...
Ze wszystkich fartow jakie miałem w życiu, ten był największy. ja rudy, za chudy, okularki w stylu Harrego Pottera i w klasie informatycznej, w typie nerda, obiektywnie 5- 6/10 maks. W klasie nie mieliśmy nawet jednej dziewczyny. A trafiłem laske 8-9/10 zakochana na zaboj.
Bywało lepiej i gorzej, raz było na granicy rozwodu, na szczęście się dogadaliśmy ale najbardziej mnie cieszy że po tylu latach nadal się lubimy, lubimy spędzać ze sobą czas i cały czas szukamy możliwości żeby razem pojechać coś załatwić, wyjść na kawę czy lunch.
Jak ja poznałem to miała 15 lat, a nasza córka ma już 17 ehhh jak ten czas leci...
Wiem że większość z Was ma to w d⁎⁎ie (hehe) ale przypominam, róbcie regularnie kolonoskopię. 7 lat temu robiłem, wycieli wszystko co było do wycięcia a teraz po 7 latach nowa zmiana przedrakowa (dysplazja to stan przejściowy między rozrostem a nowotworem). Za 7 lat duża szansa że byłby już rak.
Mam dwie osoby w otoczeniu na ostatniej prostej (hospicjum domowe) z rakiem jelita grubego, nie fajna sprawa.
Jeśli planujesz od dawna, zapisz się już dziś. Zalecenie aby robić kontrolna kolonoskopie po 50tce to bzdura. Dobrze zrobić już #hejto30plus a na pewno #hejto40plus
@NatenczasWojski Eh nienawidzę takich postów bo siedziałem sobie wyluzowany przed komputerem i scrollowałem stronki a teraz siedzę z tym głupim uczuciem niepewności lekko zestresowany mimo, że nic mi nie jest xD. C⁎⁎j za młody jeszcze jestem, pójdę na 30 zrobię sobie komplet badań (za 4 lata). Miałem raz gastroskopie robioną i przeszedłem to tak źle, że obiecałem sobie, że next time wszelkie takie badania robię pod znieczuleniem ogólnym.
Wraz z załogą statku Enterprise dotarłem do końca pierwszego sezonu. Pomimo, że znam trochę całą serię, o czym pisałem w poprzednim wpisie, tak pierwszych 10 odcinków było ciężkich. Aktorzy do końca nie wiedzieli, co robią, natomiast po 10 odcinku (tak, seriale kiedyś miały więcej na sezon) następuje niewielka zmiana w dobrą stronę, do tego pojawiają się uśmieszki i żarciki, jest lepiej. Natomiast po 20 odcinku (kurła, kiedyś to było!) pojawiają się muzyka lepiej podkreślająca sytuację, czasem jakiś ciekawy kadr, czy inna praca kamery. Niektóre CGI zyskały delikatnie lepszą jakość.
Załoga robi się zgrana, choć czasem z nieznanych powodów scenarzyści robią z kapitana strasznego buca, lub z załogi totalnych kretynów, by 5 minut później wszystko już było ok. Pomysły, poruszana tematyka na odcinkach czasem zaskakuję, tak jak epizod w którym ginie jeden z członków załogi. Podsumowując, robi się ciekawiej.
Swoją drogą pomimo moich #hejto40plus Jean-Luc Picard jest wciąż starszy odemnie. Patrick Stewart, grał go w wieku 47lat!
@Statyczny_Stefek ja se muszę nowe kupić bo już nic nie widzę w tych co mam. Porysowane całe i jakieś plamy nie do usunięcia tak jakby ta powłoka anty światło niebieska schodziła czy coś, nie wiem
Nigdy nie przywiązywałem większej wagi do urodzin. To dla mnie taki zwykły dzień w kalendarzu, jak każdy inny. Wolę przeżyć go spokojnie i normalnie, zamiast organizować jakieś huczne świętowanie z mnóstwem znajomych.
W tym roku los sam zadbał o to, żebym faktycznie spędził go w ciszy, bo od wczoraj walczę z kaszlem i katarem. Zamiast szampana mam więc herbatę z cytryną, koc i L4. Może i nie brzmi to zbyt atrakcyjnie, ale przynajmniej mogę w spokoju odpocząć i trochę zwolnić tempo.