ok. 1837 "Morskie Oko" - Jan Nepomucen Głowacki (1802-1847)
Romantyzm polski malarza krakowskiego.
Epoka romantyzmu (szczególnie od lat 1820.-1830.) pobudzała ducha przygody i rozbudziła pierwszy ruch turystyczny na zwiedzanie np. starych kościołów i zamków, ruin, pustelni, natury z malowniczymi krajobrazami. Poza mocnym wpływem literatury przyjał temu m.in. rozwój kolei żelaznych, wzrost zamożności oraz postępy alfabetyzacji.
Wtedy też pierwszy raz zainteresowano się szerzej Morskim Okiem.
Obraz z tego okresu z ciekawym przykładem: zachęcam by przyjrzeć się tratwie, na której wiosłują górale ku uciesze swych mieszczańskich/szlacheckich turystów.
A wg wiki:
"Pierwsze schronisko [nad Morskim Okiem], które zostało zbudowane w 1836 r., spłonęło w 1865 r."
Być może to właśnie ta drewniana chatka, trza by spytać jakiego tatrologa.
Zapraszam na 15 podsumowanie wpisów z #piechurwedruje w ramach #poradnikpiechura
Nie sądziłem, że to się uda, ale opisałem wszystkie wycieczki, jakie odbyłem do maja 2024, z których miałem jakieś zdjęcia. Niniejszym robię dłuższą przerwę na tagu, po której będę wrzucał opisy tras robionych już nieco bardziej na bieżąco. Dziękuję wszystkim obserwującym i piorunującym za motywację
---------
85. Wpis: Lubań, Turbacz
Wnioski:
Na długich trasach dobrze pamiętać o zrobieniu przerwy na posiłek, nawet jeśli nie czujemy się godni - nagły zjazd energetyczny potrafi być bardzo nieprzyjemny.
Sowy naprawdę latają bezszelestnie.
86. Wpis: Grodzisko, Borek
Wnioski:
Na niektórych szczytach mniejszych gór można zobaczyć pozostałości po zamkach, grodziskach lub warowniach. Wiedza o nich sprawi, że wycieczka będzie jeszcze przyjemniejsza.
Bywa, że nieoznakowana dróżka, która jest uwzględniona na mapie, w rzeczywistości okaże się całkowicie zarośnięta i całkiem niewidoczna.
87. Wpis: Lubań
Wnioski:
Planując pierwsze nocowanie pod namiotami z dziećmi dobrze je wcześniej odpowiednio oswoić z tematem. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to sprawi im to ogromną frajdę.
Warto jednak poczytać opinie o szlaku zanim weźmie się na niego dziecko, żeby nie wybrać zbyt trudnego podejścia.
Drugi dzień wyprawy z małym dzieckiem może być dla niego już zbyt męczący - osobiście proponował bym, żeby odcinek potworny był jak najkrótszy (do 3 km), żeby nie zajechać pociechy.
88. Wpis: Szpilówka
Wnioski:
Piękne trasy można znaleźć wtedy, gdy najmniej ich się spodziewa, dlatego warto próbować wędrówek w nowe miejsca, lub odwiedzać nowymi ścieżkami te już znane.
Na zimową wyprawę w Tatry obowiązkowo należy iść przynajmniej w parze, a najlepiej z kimś doświadczonym. Raki, czekan i kask to podstawowe wyposażenie, jakie powinniśmy mieć, a najlepiej jeszcze lawinowe ABC.
Trasy w Tatrach już latem i w dobrych warunkach potrafią być wymagające, natomiast zimą ich trudność wzrasta drastycznie, a czas przejścia zwiększa się znacząco.
Planując wyprawę zimą należy do ostatniej chwili sprawdzać prognozy pogody oraz ostrzeżenia lawinowe.
Kto pyta - nie błądzi. Przy planowaniu trasy warto zasięgnąć o niej opinii od innych doświadczonych grotołazów, np. na forach lub grupach górskich.
Zimą część tras w Tatrach się zmienia i nie idzie się dokładnie tak, jak prowadzi szlak, ze względu na ryzyko lawinowe.
90. Wpis: Błyszcz, Koziarz, Suchy Groń
Wnioski:
Chcąc obejrzeć wschód słońca dobrze mieć czasowy bufor bezpieczeństwa, na wypadek gdyby po drodze chciało się gdzieś dłużej zatrzymać, lub odwiedzić inne miejsce.
Niedaleko popularnych szczytów górskich można natrafić na istne perełki, których duża część osób może nawet nie uwzględniać w swoich planach.
Góry Czerchowskie. Minčol zdobyty. Widoki mniej więcej przez połowę trasy urocze.
Trasa że szczytu na małego Minčola iście szatańska. Po piętnastym zwalonym drzewie nad którym przerzucałam rower czy pełzłam pod spodem, straciłam rachubę ile ich dokładnie było.
Tak mnie te akrobacje zmęczyły że skróciłam dystans o połowę, nie chcąc ryzykować dalszej drogi przy silnym wietrze.
Koziarz przykuł moją uwagę w roku 2023, gdy jadąc do Krościenka zobaczyłem na nim wieżę widokową - na początku myślałem, że to Lubań, ale nie pasowała mi lokalizacja. Postanowiłem wtedy, że pasowałoby go w końcu odwiedzić i pomimo, że podejść było kilka, to zawsze w ostatniej chwili plany się zmieniały i szczyt ten był spychany na dalszy plan. Aż w końcu pod koniec kwietnia udało się wygospodarować trochę czasu i pojechać na wycieczkę z kuzynką i tatą. Niedzielnym rankiem, o 3:20, zostawiliśmy auto na parkingu i ruszyliśmy w trasę zielonym szlakiem.
Pierwsze kilkaset metrów prowadziło asfaltem pomiędzy domami, po czym wkroczyliśmy w las. Droga była ok, choć pierwsze 20 minut musiałem tradycyjnie przesapać próbując znaleźć odpowiedni rytm. Kilkukrotnie szliśmy w miejscach, w których drzewa się przerzedzały, i można było coś zobaczyć: a to wieżę na Koziarzu, a to kawałek Tatr z ośnieżonymi wierzchołkami i unoszącym się nad nimi księżycem. Było bardzo przyjemnie.
Przy Kolebisku zatrzymaliśmy się na chwilę przy drewnianej chacie, przy której było miejsce na ognisko, a nawet huśtawka dla dzieci. Ze znajdującej się tam polany rozpościerał się ponownie wspaniały widok na Tatry. Niebo zaczynało się już żarzyć, więc pospieszyłem towarzystwo i niebawem dotarliśmy do Jaworzynki, gdzie szlak zielony się kończył. Stwierdziliśmy, że mamy jeszcze czas i poszliśmy na znajdujący się obok Błyszcz, na którym znajdował się ołtarz polowy. Widoki z niego były fantastyczne - bardzo spodobało mi się to miejsce i myślę, że warto o nie zahaczyć, zwłaszcza, że nie znajduje się daleko od głównego szlaku.
Popatrzyłem na zegarek i okazało się, że czasu nie było jednak aż tak dużo, jak mi się wydawało, więc szybko skierowaliśmy się na Koziarz. Żółty szlak prowadził fragmentami przez las, pola, pomiędzy krzakami pełnymi borówek i drewnianymi płotkami. Przez większość czasu można było z niego podziwiać okoliczne szczyty. Byliśmy już zaraz obok wieży, gdy w oddali zobaczyłem wyłaniającą się zza horyzontu pomarańczową tarczę słońca. Ruszyliśmy biegiem na szczyt, do którego ostatnie metry prowadziły ostro nachyloną ścieżką, i jakimś cudem udało nam się dostać na wieżę na tyle wcześnie, że nie straciliśmy całego spektaklu. Zabawiliśmy na niej zresztą dość długo, bo przejrzystość powietrza była perfekcyjna, a krajobraz kojący i ciężko było się od niego oderwać.
Po tym dłuższym pobycie na wieży rozpoczęliśmy drogę powrotną do Tylmanowej. Szliśmy dalej żółtym szlakiem między pięknie rozświetlonymi drzewami, łaskotanymi przez złote promienie słońca. Kawałek za Suchym Groniem zrobiliśmy sobie przerwę na kawę, po której udaliśmy się nieoznakowaną ścieżką na Sobel Tylmanowski. Wybrałem tę trasę, bo zaintrygowało mnie oznaczenie terenu na mapach turystycznych, które wskazywało na to, że prowadzić miała ona jakimś garbem. Wyobrażałem sobie przez to różne rzeczy, a skończyło się na naprawdę przyjemnej i ciekawej trasie prowadzącej skalistym i kamienistym grzbietem. Mi się to podobało. Dodatkowo zauważyliśmy, że na drzewach porozwieszane były tabliczki znakujące szlak niebieski, więc być może niedługo pojawi się on oficjalnie na mapach (jeżeli już go nie ma).
Reszta trasy minęła bez większych zaskoczeń. Szło się przyjemnie, las co jakiś czas zmieniał charakter, zobaczyliśmy sarny, posłuchaliśmy świergotania ptaków - perfekcyjne warunki do tego, żeby się wyciszyć i nabrać nieco dystansu do swoich codziennych zmartwień i zmagań. W końcu dotarliśmy do samochodu i z zadowoleniem, że wycieczka się udała, pomieszanym ze smutkiem, że już się skończyła, pojechaliśmy do domu.
Polecam tę trasę, lub ogólnie Koziarza, wszystkim odwiedzającym Szczawnicę, Krościenko czy też okolice tych miejscowości. Warto mieć tę górkę w pamięci i uwzględnić ją w planie wycieczki oprócz Lubania, Trzech Koron czy Wysokiej, na które to szczyty zazwyczaj ciągnie największa ilość turystów. Jeśli chodzi o jej poziom trudności, to nie powinien sprawić nikomu problemów - dość powiedzieć, że identyczną drogą przeszły tydzień po mnie moja babcia i mama.
@Lubiepatrzec Kurna, byłem pewny że poznaje to miejsce sprzed paru godzin co wrzuciłeś, ale powiedziałem sobie "uspokój się, tysiące miejsc tak wygląda"
Witam fanuf tuptania po górach oraz znawców z #buty, kupiłem sobie buty trekkingowe z skóry nubuku i od razu zamówiłem środek do czyszczenia i impregnat, ale się zastanawiam czy jeszcze jakoś inaczej trzeba dbać o te skórę? Jakieś środki konserwujące czy wystarczy to wyżej? #gory #obuwie
Nubuk ze skóry, czy syntetyczny? Właściwie moje pytanie jest bez znaczenia. Wygląd bardzo efektownie, miękki, lekki, mniej złamań przez brak lica. Same zalety, niczym zamsz. Ja bym nubuku nie wybrał w góry, chyba że to góra parkowa. Jest za delikatny, to jak kupić kapcie do pracy w hucie i pytać, czym je czyścić i zabezpieczać. Sam mam trzewiki z nubuku. Impregnat, to podstawa, choć i tak nie zabezpiecza do końca. Spray do czyszczenia sprawdza się przy ogólnym zapyleniu. Dodatkowo szczoteczka (dwustronna - silikon i brąz). Wojas ma serię "kosmetyków": aquastop, pianka czyszcząca, renowator do zamszu i nubuku, dezodorant do wnętrza. Dodatkowo dokupiłem wkładki z jonami srebra.
Możesz pokazać to obuwie? Ciekawi mnie podeszwa i sposób łączenia - klej, szycie, chroniona kostka, rzepy, sznurówki, utwardzany czub?
@StaryPijany z nazwy, sądziłem, że to karta graficzna. Nigdy nie nosiłem. Zadbali o wszystko, co mi przychodzi do głowy. Najlepsze te czerwone dodatki. Wpadnie człowiek w zaspę, gdzie tylko stopy wystają, to zaraz widać, gdzie leży. Jeśli mam się do czegoś przyczepić, to do "uszek" mocowania sznurówek. Bywa, że mają ostre krawędzie. Ja tak zużyłem trzy komplety sznurówek, w pół roku. Potem wpadłem na pomysł, pilnikiem nieco wygładzić.
Sądzę, że to co kupiłeś do pielęgnacji wystarczy. Bardzo mnie ciekawi, jak się sprawdzą, szczególnie na mokrych zejściach po trawiastym zboczu.
ps. dezodorant do wnętrza i wkładki, które można prać, to nadal dobry pomysł.
Wczoraj miałam okazję spróbować #emtb i obawiam się że przepadłam dla świata rowerów analogowych, przynajmniej jeśli chodzi o szaleństwa w lesie. Decyzja podjęta, kupuję #ebike
Trasa Łabowa - Hala Łabowska - Runek - Bacówka nad Wierchomlą - Runek - Łabowska - Łabowa w #beskidsadecki
zrobiona z bananem na twarzy który powiększał się przy każdym zjeździe.
Całość brutto z długim leżeniem na Wierchomli zajęła 4 godziny.
Od skakania po kamieniach bolą mnie dzisiaj ręce ale odcinek Runek - Łabowska to istne osypisko No i cisnęłam ile się da intensywność jest wyższa niż przy zwykłym chodzeniu na szlaku, ale niższa niż przy bieganiu po górach. Czyli idealnie.
Nareszcie znalazłam kompromis pomiędzy moim brakiem czasu, a ogromną potrzebą pobycia w lesie.