Muszę przyznać, że czuje się nieco podekscytowany tym zwiastunem. Jest jednak jakaś szansa, że twórcy wzięli sobie słowa krytyki do serca i drugi sezon będzie lepszy niż pierwszy. Cudów się nie spodziewam, ale może przynajmniej będzie to przyjemna rozrywka.
Wczoraj cały internet przeżył szok, kiedy Cate Blanchett w programie Andy Cohena powiedziała, że za rolę Galadrieli zapłacono jej w kanapkach. Przez ogromny sukces trylogii „Władcy Pierścieni" wielu z nas zapomina, że początkowo niewiele wskazywało, że powstaje właśnie najbardziej nagradzany blockbuster w historii kina. Producenci nawet nie przeczytali książki, a scenariusz był kończony już w trakcie zdjęć. Obrońcy dobrego imienia Tolkiena, w tym nowozelandzki reżyser Peter Jackson, postawili warunek, że ekranizacja „Władcy Pierścieni" nie może zostać „zamerykanizowana". Studio do roli Aragorna sugerowało przecież Nicolasa Cage'a, natomiast Gandalfem prawie został Sean Connery, jednak żeby zachować dobry duch produkcji, polityka castingowa nakazywała sięgać po aktorów, którzy nie posiadają statusu gwiazdy.
Hugo Weaving dopiero rok wcześniej otrzymał swoją pierwszą ważną rolę w „Matrixie". Sean Bean był znany brytyjskim widzom telewizyjnym za sprawą roli Pułkownika Sharpe'a i trzymał się z boku głównego nurtu, poza niedawnym występem w „Golden Eye". Viggo Mortensern co prawda przewijał się w wielu filmach od lat 80., ale dopiero rola Aragorna sprawiła, że został Panem Aktorem, a otrzymał ją... PIĘĆ DNI PRZED PLANOWANYM WYJAZDEM NA PLAN DO NOWEJ ZELANDII. Nie wspominajmy nawet o castingu Hobbitów, którzy byli „ludźmi z ulicy" lub dziecięcymi aktorami. Uznane nazwiska weteranów takich jak Ian McKellen lub Christopher Lee były wyjątkami, które jednak potwierdzały regułę, że przy obsadzaniu ról preferowano bardziej teatralny oldschool niż hollywoodzki rozmach.
Dzisiaj nie można odmówić Cate Blanchett ogromnej renomy aktorskiej, ale musimy pamiętać, że w trakcie produkcji „Władcy Pierścieni" panował ogromny chaos castignowy i anty-gwiazdorska polityka. Przy ogromnym budżecie przeznaczonym na przedsięwzięcie, producenci znaleźli oszczędności w gażach aktorów. Z perspektywy czasu wiemy, że każdy wybór okazał się strzałem w dziesiątkę - „Władca Pierścieni" uczynił gwiazdy z wielu aktorów lub pozwolił im odbudować karierę. Sięganie po osoby pochodzenia australijskiego, takie jak Cate Blanchett, dodało uroku całemu przedsięwzięciu. Cofając się te 25 lat wstecz, chyba nikt nie musi współczuć Cate godnej pożałowania zapłaty za występ w ekranizacji Tolkiena. Chwała jest warta więcej niż pieniądze.
Orlando Bloom przed otrzymaniem roli Legolasa miał na swoim koncie tylko jeden film pełnometrażowy i trzy występy w serialach. Anglik za swoją rolę we wszystkich trzech filmach z serii „Władcy Pierścieni" zarobił 175 tysięcy dolarów. Kilka lat później, za rolę Willa Turnera w „Piratach", według różnych źródeł otrzymał od 6 do 10 milionów.
BTW warto dać kontekst - to nie tak że Cate nagle po latach ma ból tyłka o to i robi aferę.
Ot po prostu w trakcie wywiadu dostała pytanie "na którym filmie zarobiłaś najwięcej, pewnie LOTR?" Na co odpowiedziała "Żartujesz? Płacili grosze, ten film powstał zanim się dostawało procent z zysków w filmie".
Na jej miejscu zrobiłbym tak samo, sam niepytany siedziałbym cicho bo w końcu prawda że sława nadeszła dzięki tej trylogii, ale poza tym? Ale jak pytają to odpowiadam.
Inna sprawa że wszystkie filmy były kręcone w tym samym czasie (tzn wszystkie części trylogii) co oznacza że nie było re-negocjacji kontraktów po tym jak pierwszy okazał się być wielkim sukcesem.
Dziś 70. rocznica wydania Drużyny Pierścienia Pierwsza część Władcy Pierścieni J. R. R. Tolkiena po raz pierwszy ukazała się drukiem 29 lipca 1954 roku.
Czytałem jak miałem 11 lat. Co to była za lektura, bardzo wydawała mi się to magiczna książka po tych wszystkich szkolnych czytadlach. Pelna magicznych postaci, tajemnic, artefaktów, alfabetow.. Teraz już nie zrobiłaby na mnie takiego wrażenia, ponieważ za dużo przeczytalem książek i obejrzałem filmów.
Ilustracja Golluma stworzona przez Tove Jansson (tak, ta od Muminkow), która zmusiła Tolkiena do wprowadzenia poprawek do drugiej edycji Władcy Pierścieni - dodając opis postury Golluma jako "mała, chuda postać".
Witam i zapraszam zainteresowanych na mój nowy materiał z osobistym rankingiem książek mistrza fantasy J.R.R. Tolkiena. Kilka tytułów tutaj jest, więc może coś komuś wpadnie do przeczytania. :))
@skorpion To jakaś tam jego opinia. Ostatnio mój siostrzeniec, który ma ledwie 8 lat przeczytał Hobbita i był zachwycony. Także nie jest tak źle dzisiaj z młodymi jak się zdaje.
@cyber_biker Wszystko mi się podobało. Mega serial. Jeden z lepszych jakie widziałem. Tam gdzie Jackson bał się zaryzykować, Amazon zero strachu, co więcej, wyznacza nowe odważne trendy. Czekam na kolejny sezon chociaż poprzeczka wysoko
A to nie jest tak, że ten fan powinien pozwać tych niemytych ku⁎⁎⁎ów, że używają wymyślonej przez niego nazwy, do której na święte prawo, bo była PIERWSZA i została wymyślona 15 lat temu?
@cec Prawdopodobnie nie, bo oryginał zapewne nie miał praw do postaci Golluma. Ruch kutasiarski na maksa, pewnie legalny, a powodzenia w walce prawnej z korpo gigantem - przeciągnie i zbankrutuje powoda.
Kontynuuję drugie czytanie trylogii (a pierwsze jako dorosły człowiek). Co tu dużo mówić - jest Tolkien - jest 10/10.
Zakończenie książki podoba mi się bardziej niż filmu. Walka z Szelobą i pojmanie Froda przez orków w Mordorze jest dobrym cliffhangerem. Ciekawe jest to, że w porównaniu z filmem wątki poszczególnych bohaterów niemalże nie przeplatają się ze sobą. Frodo i Sam dostają wręcz oddzielną księgę, więc przez połowę książki czytelnik nie wie się co się z nimi dzieje. Za to kiedy po połowie książki wracamy do wątku pierścienia, na dalsze dzieje Aragorna trzeba czekać aż do Powrotu Króla. Zdecydowanie inne podejście niż we współczesnych książkach.
To czego mi brakowało w moim wydaniu to map. Na końcu Drużyny Pierścienia były wydrukowane mapy Śródziemia, do których zaglądałem ilekroć w książce pojawiała się jakaś geograficzna nazwa. W Powrocie Króla pamiętam, że będą obszerne dodatki, a w Wieżach nie ma absolutnie nic. :<
Aktualnie robię przerwę przed zabraniem się za ostatnią część (o ironio czytając C. S. Lewisa).
@lukmar podchodziłem do czytania lotr kilkukrotnie i max gdzie udało mi się dobrnąć to gdzieś połowa tego tomu. Jeden z niewielu przypadków gdzie oceniam film (dużo) wyżej niż książkę (mówię o całej trylogii) i adaptacja materiału źródłowego spowodowała, że przestał być przeraźliwie nudny.
Koniec wojny wydał mi się zbyt szybko urwany. Myślałem, że po zniszczeniu pierścienia Saurona trzeba będzie jeszcze dojechać, a tutaj wszystko samoistnie się rozpadło i już. Rozumiem tułaczkę Froda i Sama do Orodruiny oraz ciągłe manewry i bitwy wojsk reszty drużyny będące same w sobie dokonaniami ogromnymi, ale zabrakło mi stosownego zakończenia tego - co by nie patrzeć - przewodniego wątku.
Powrót do Shire z kolei charakteryzuje się pewną zmianą tonu na te kilkadziesiąt stron. W tym wypadku triumf dobra nad złem jest w sumie bardziej satysfakcjonujący niż w odniesieniu do głównej osi fabuły, zapewne ze względu na bardziej dynamiczne przedstawienie tego fragmentu. Również kilka postaci wreszcie spotkało swój jak najbardziej zasłużony koniec.
Jeszcze bardziej niż w "części drugiej" zabrakło piosenek i pieśni; nie mówię oczywiście o czasie wojny, ale nawet po zwycięstwie nie doczekałem się choćby jednego zgrabnego, rymującego się utworu.
Muszę przyznać, że styl tłumaczenia mnie zmęczył; nie mówię nawet o inwencji twórczej przy nazwach własnych, ale o archaiczności języka. Nie wiem jak to wygląda u Skibniewskiej, ale Hobbit był pod tym względem niepomiernie bardziej przystępny, a wcale nie zabrakło tam odpowiednio nacechowanej maniery i uprzejmości. Muszę przyznać, że podobał mi się humor: bardzo sporadyczny, ale cięty, objawiający się przeważnie w dosadnym, acz spokojnym ubliżaniu komuś, z idealnym doborem słów.
Zaskoczyła mnie obecność dodatków. Coś mi właśnie nie pasowało w "Drużynie" z adnotacjami do nich; na końcu książki ich nie było i nie pomyślałem, że wszystko znajdzie się w trzeciej części z tyłu. Tak jak pierwszy dodatek był porywający niczym grzybobranie, tak te traktujące o pradawnych czasach zapewniły już ciekawsze doznania, jednakże to dzieje krasnoludów wydały mi się chyba najbardziej interesujące. U Hobbitów każdy jest spokrewniony z każdym, ale najbardziej rozbawiło mnie zawarcie w chronologii świata daty pierwszego zasadzenia ziela fajkowego.
W pierwotnym zamiarze miałem przeczytać Hobbita, Władcę i Silmarilion, zdecydowałem się jednak zrezygnować z tego ostatniego z dwóch powodów: 1. Hobbit i Władca tworzą zamkniętą całość, 2. Silmarilion traktuje o zamierzchłych czasach; obudziłoby to we mnie apetyt na więcej, czyli musiałbym przeczytać NOŚiN, OzNK, BiL, UG, DH, a to zaowocowałoby już przeciążeniem. Tak więc ten pakiecik "czasów dawnych" zostawiam sobie na kiedy indziej.
W ogólnym rozrachunku książki ustawiłbym tak: 2, 1 i 3. W trójce zabrakło różnorodności i satysfakcjonującego zakończenia wojny, natomiast w jedynce nie było widać jeszcze tej skali, dwójka miała za to enty.
Najlepsza scena w tej książce? Sytuacja jest beznadziejna, oblężenie trwa w najlepsze, posiłki wroga wciąż nadciągają. Kogut pieje. Słychać dźwięk rogu. Przybywa jazda Rohanu. Koniec rozdziału. Ależ to było dobre.
@Cerber108 Najlepsza z części, imo chociaż uwielbiam ekranizacje Jacksona (szarża na Polach Pellenoru!) to jednak stosunku do książki wyszła mu najsłabiej.
Im sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna, tym mniej, co oczywiste, piosenek znajdziemy w książce, nad czym ubolewam (co do mnie niepodobne, bo fragmentów śpiewanych generalnie nie trawię). Pociągnięcie wątku Sarumana trochę mnie zaskoczyło, bo pomimo braku jakiejkolwiek wiedzy z mojej strony o tej postaci, spodziewałem się bardziej gwałtownego przebiegu tego fragmentu. I jak już jestem w tej okolicy - enty. Niemal nie jestem w stanie wyrazić jak świetnie czytało mi się poświęcone im rozdziały. To pradawne opanowanie, luz, a jednocześnie powaga, naturalna potęga; mam nadzieję, że w 3 części również zabłysną. Swoje zadanie spełniła też część z Szelobą, gdzie faktycznie dało się odczuć grozę i beznadzieję sytuacji. Ciekawym zabiegiem było także podzielenie historii na 2 skupione - a potem rozrzucone h punkty widzenia; w pierwszej części śledziliśmy wciąż rosnącą drużynę, tutaj z kolei przyszło nam porzucić jedną jej część i skupić się na drugiej, by potem odwrócić role. Co tu więcej pisać? Historia powoli zmierza ku kulminacji, a ja podsumuję wszystko po lekturze trójki.
Jest to z pewnością odmiana względem Hobbita - objawia się to naturalnie w szczegółowości opisów podróży, miejsc, narad i kontekstów wszelakich. Tak jak w przygodach Bilba pewien dwumiesięczny etap wyprawy został podsumowany na połowie strony, tak tutaj śledzimy poczynania rosnącej drużyny właściwie krok po kroku. Często uwypukla to i wzbogaca co istotniejsze wydarzenia, jak np. wizyty u elfów, czasem jednak kolejny niezmienny dzień na trakcie można by już sobie odpuścić. Muszę przyznać, że tempo czytania zauważalnie, choć nie gwałtownie, spadło względem Hobbita; same legendarne zmiany Łozińskiego nie wywołują u mnie zawrotów głowy, choć jeżeli ktoś zżyty jest z jakąś wersją x lat, to faktycznie najmniejsze różnice mogą prowadzić do zgrzytania zębów. Kiedyś sam zapewne - z kronikarskiej ciekawości - zabiorę się za tłumaczenie Skibniewskiej i zobaczę, z czym to się je. Piosenki znowu stają na wysokości zadania, a zabiegiem iście heroicznym jest umieszczenie ich spisu na końcu książki. W ogóle obecność indeksu jest rozwiązaniem niecodziennym, będącym zapewne ukłonem w stronę tolkienowych fanatyków-analizatorów. Ciekawe to jest, że w pozornej prostocie Tolkien zawarł w tym swoim świecie porozrzucaną bogatą mitologię.
Ogólne podsumowanie na koniec trzeciego tomu, skoro w zamyśle miała to być jedna książka.
Ostatnio byli wojownicy, więc teraz czas na listę najpotężniejszych magów! Przy okazji omówimy sobie systemy magiczne w literaturze fantasy. Także jeżeli ktoś jest zainteresowany tematem i nie ma czego obejrzeć do obiadu/kolacji to zapraszam.