Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 744wpisy
  • 3808komentarzy

Ech. Tutaj powinno nastąpić moje standardowe starcze narzekanie na brak czasu, ale może tym razem je sobie darujemy – ważne, że opowiadanie udało się skończyć. I to jeszcze na dodatek w terminie!


Prawdą jest to, że na kieleckim Punkcie Wymiany Poezji nie ma zbyt dużego ruchu. Prawdą jest to, że punkt ten zlokalizowany jest na Skwerze Stefana Żeromskiego i że skwer ten znajduje się obok kieleckiej katedry. Prawdą jest, że na tym skwerze jest bezpłatny szalet miejski i prawdą jest też to, że na tym skwerze chętnie przesiadują pijaczki. Prawdą jest to, że kiedy czasami przy okazji tamtędy przechodzę, no to do Punktu zaglądam. Prawdą jest też w tym opowiadaniu kilka innych rzeczy, rzeczy, które dotyczą głównie prozy życia. Resztę opowieści ubarwiłem, zaprzęgając do tego cały dostępny mi romantyzm, ale że nie ma go zbyt wiele, bo przecież romantyzm jest zupełnie niepraktyczny i sprawdza się wyłącznie w literaturze romantycznej, a ja jednak jestem całkowicie praktycznym inżynierem, no to wygląda to wszystko tak, jak wygląda:





Punkt Wymiany Poezji: Kielce


I was looking for love in the strangest places

Uriah Heep, July morning


***


Pomysł od razu wydał mi się uroczy. Miał on w sobie coś tajemniczości, miał coś z romantyzmu, a można było nawet uznać go za pewien rodzaj magii. Bo czyż nie jest magią to, kiedy tak zostawiasz kawałek siebie, a w zamian zabierasz kawałek kogoś innego? Ty go nie znasz, a on nie zna ciebie. Wszystko co masz, to tylko ten kawałek papieru, który ten ktoś tam wcześniej powiesił i te kilka zapisanych na nim słów. Czasami masz jeszcze charakter pisma, o ile ten nieznajomy ktoś zdecydował się napisać swój wiersz ręcznie. Ja tak napisałem.


Zanim jednak powiesiłem swój wiersz, zabrałem czyjś. Kim był ten tajemniczy ktoś, kto tam tę swoją kartkę umieścił? Co skłoniło go do tego, żeby ją tam zostawić? – męczyły mnie te pytania. Z wiersza zapisanego na zabranej przeze mnie kartce nie mogłem wywnioskować wiele. Trudno było mi nawet rozczytać znajdujące się na tej kartce słowa. Deszcze rozmyły litery, zresztą sam papier też poddał się działaniu warunków atmosferycznych – kiedy zdejmowałem go ze spinacza, miejsce, w którym był ściśnięty, ukruszyło się. Nie, to nie tak, że ta kartka się rozdarła. Ona się naprawdę ukruszyła. Widać musiała wisieć tam już bardzo, bardzo długo.


A więc ten kruszący się papier, te parę słów zapisane atramentem o jasnoniebieskim, mocno już wyblakłym kolorze i męczące mnie pytania. I ten charakter pisma. Niepokojący. Tajemniczy. Urzekający. Litery wyraźne, z okrągłymi brzuszkami i pięknymi, długimi ogonkami. Pismo piękne, jak w siedemnastowiecznych dokumentach albo w zeszycie do kaligarfii, który prowadziła moja koleżanka Ilona. Bardzo ładny charakter pisma. Bardzo kobiecy. Ten wiersz musiała zostawić tam jakaś kobieta.


W domu ostrożnie rozprostowałem kartkę starając się nie ukruszyć jej jeszcze bardziej i włożyłem ją za okładkę dumy mojej kolekcji, mojego wydania Cierpień młodego Wertera. Wydania niemieckiego, wydania w języku oryginalnym. Wydania z roku 1832, roku śmierci Johanna Wolfganga Goethego. Goethe ist tot, also ist auch die Romantik tot – tak właśnie wygląda świat po roku 1832. A moją życiową ambicją było tę sytuację zmienić.


***


Skwer imienia Stefana Żeromskiego w Kielcach. Szeroka główna aleja prowadząca do okrągłego placu z Pomnikiem Armii Krajowej, tak bardzo przypominającego swoim kształtem słynny rzeszowski Pomnik Czynu Rewolucyjnego – a może to tylko mnie on się z jakiegoś powodu tak właśnie kojarzy? Wzdłuż alei kasztanowce z niedojrzałymi jeszcze kasztanami opatulonymi w te swoje zielone kolczaste skorupki, które zbrązowieją i zaczną pękać dopiero za mniej więcej dwa miesiące. I jeszcze dwie boczne alejki, którymi można obejść cały skwer dookoła. Jeśli spojrzeć na niego od strony katedry, z ulicy Jana Pawła II, wówczas lewa alejka będzie prowadzić do Punktu Wymiany Poezji. Znajduje się on na murze, kilka kroków przed Zakładem Aktywizacji Zawodowej i bezpłatnym szaletem miejskim. Żeby do tego Punktu dotrzeć, należy zejść z alejki pomiędzy dwiema ławkami i pokonać kilka metrów trawnikiem. Ścieżka nie jest w tamtym miejscu wydeptana.


Kilka pierwszych prób zawieszenia mojego wiersza, które podjąłem, nie zakończyło się powodzeniem. Być może to niewielka odległość od bezpłatnego szaletu miejskiego powodowała, że te dwie ławki, między którymi należało skręcić do Punktu Wymiany Poezji, zdawało mi się, że zawsze były okupowane przez dwóch miejscowych pijaczków:

– Kierowniku! Poratowałbyś może? Tak ze dwa złote chociaż? – początkowo pytali kilka razy dziennie, za każdym razem, kiedy tylko przechodziłem przed nimi tą alejką z zamiarem zejścia z niej i przypięcia wiersza pod ramką.

– Nie mam gotówki, kartą płacę – z jakiegoś powodu usprawiedliwiałem się przed nimi. Robiłem to tak długo, że w końcu przestali mnie o te dwa złote pytać.


Męczyłem się. Z jednej strony miałem silną potrzebę zostawienia tego wiersza w Punkcie. Chciałem poczuć tę magię. Więcej! – chciałem być tej magii częścią! Ten wiersz, który miałem zamiar powiesić, miał być moim zaklęciem, a ja już dobrze wiedziałem, jakie osiągnę tym zaklęciem efekty. Z drugiej jednak strony byłem na siebie zły, a nawet byłem sobą rozczarowany. Powodem tego rozczarowania było to, że nie mogłem zrozumieć w jaki sposób tych dwóch pijaczków przeszkadza mi w tym, żeby to moje postanowienie zrealizować. Należało tylko podejść do ramki i tę kartkę po prostu na niej zawiesić. Oni przecież nie mieli problemu z tym, żeby mnie o te dwa złote natarczywie wypytywać.


Męczyłem się, i to męczyłem się coraz bardziej. Doszło nawet do tego, że miałem kłopoty ze spaniem. Pierwsze promienie słońca wyrywały mnie ze snu. Budziłem się zlany potem i za nic w świecie nie mogłem ponownie zasnąć.


***


Wynurzające się zza horyzontu słońce oświetlało Skwer Stefana Żeromskiego od strony ulicy Wesołej. Promienie wędrowały od Placu Wolności wzdłuż ulicy Mickiewicza i rozbijały się na liściach kasztanowców. Kiedy wiatr poruszał liśćmi, niektóre z promieni docierały aż do złotych kul wieńczących katedralną dzwonnicę i kopułę nawy głównej. Światło odbijało się od tych kopuł, a ja miałem wrażenie, jak gdyby te kule były oświetlone od dołu. Jak gdyby światłość miała swoje źródło w ziemi.


Poniedziałkowy poranek był chłodny i wilgotny. Jak na lipiec było nawet bardzo chłodno: kiedy przyspieszyłem kroku podążając w kierunku ramki, z ust zaczęła wydobywać mi się para. Powodem tego mojego przyspieszenia kroku było to, że ławki przed ramką były puste. Nikt na nich nie siedział. Widocznie dla pijaczków było jeszcze zbyt wcześnie. Wykorzystując okazję, powiesiłem więc swój wiersz i rozentuzjazmowany wróciłem do domu. W domu od razu zachciało mi się spać. Położyłem się wtedy do łóżka i zasnąłem jak niemowlę.


***


– Jego nie pytaj, on i tak powie, że ma tylko kartę – powiedział jeden pijaczek do drugiego, wkładając wiele wysiłku w to, żeby upewnić się, że jego szept zostanie przeze mnie usłyszany.

Przez kolejne dwa tygodnie od tego dnia, kiedy powiesiłem na ramce swój wiersz codziennie przechodziłem przez skwer kilkukrotnie, zawsze niby to przypadkiem. Za każdym razem zastawałem ten sam widok: pijaczki siedzące na ławce i kartka wisząca na ramce dokładnie tak, jak ją tam zostawiłem. Za każdym razem byłem tą kartką trochę bardziej rozczarowany, a może nawet czułem się coraz bardziej zawiedziony.

– „No cóż: Kielce nie są miastem poetów” – pomyślałem. – „A jeżeli już nawet w jakimś stopniu są, no to jest to raczej poezja w rodzaju u_ap-bam-beluba-uap-bem-boo_* czy innego jebać mi się chce**. No trudno. Czego ja się w ogóle spodziewałem? Że ktoś mnie tutaj doceni? Przecież oni sobie na mnie w ogóle nie załużyli!” – w taki właśnie sposób próbowałem racjonalizować sobie całą tę przykrą jednak sytuację.


***


Czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko.*** – zgodnie z tym bolesnym credo romantyków, tęsknota serca, niestety, wygrała u mnie z potęgą rozumu. Problemy ze snem wróciły. Znów budziłem się wczesnym świtem, znów pidżama była mokra od potu.


– „Dwa tygodnie to przecież mnóstwo czasu. Powinna była już dawno się pojawić” – myślałem, przewracając się z boku na bok. Obracałem tę myśl w głowie i analizowałem ją na wszystkie możliwe sposoby. Spędziłem z tą myślą tyle czasu, że już dokładnie wiedziałem jak wygląda ta moja Lotta, która kiedyś powiesiła swój wiersz w ramce. Ten wiersz, który ja później zabrałem, który przeczytałem i który doceniłem, bo przecież trzymałem go w najcenniejszym egzemplarzu z mojego obszernego zbioru poezji romantycznej. Ta Lotta, która teraz powinna teraz znaleźć moją na swój wiersz odpowiedź. – „Coś się widocznie musiało stać” – przyszło mi do nagle głowy i, przejęty tą myślą, poderwałem się z łóżka. Ubrawszy się w cokolwiek, popędziłem na skwer. Chciałem coś zrobić. Musiałem coś zrobić. Musiałem coś zrobić żeby ratować moją Lottę. Nie wiedziałem tylko co.


***


Spinacz pod ramką był pusty.

– „A więc jednak! Wystarczyło tylko wykazać się odrobiną cierpliwości!” – uradowałem się.

– Kierowniku! Poratowałbyś może tak ze dwa złote? – dobiegł mnie głos jednego ze znajomej mi już dwójki pijaczków, którzy zmierzali w kierunku swojej ławki. Wyglądali na mocno zaspanych, w dodatku zaspanych snem trudnym po wczorajszym trudnym wieczorze. Być może właśnie dlatego tym razem nie udało im się mnie poznać.

– Mam tylko piątkę – odpowiedziałem.

– Jak dla mnie to może być. Ja tam się wcale na piątkę nie obrażę.


***


Kolejne dwa tygodnie. Dwa tygodnie nerwowego oczekiwania. Dwa tygodnie problemów ze snem. Dwa tygodnie: czternaście dni. Dwa tygodnie: trzysta trzydzieści sześć godzin i niezliczona ilość piątek, którymi musiałem obdarować pijaczków, bo po pierwszym razie jakoś głupio mi było im odmówić.

– Ty to, młody, coś tak wyglądasz mi na jakiegoś przygnębionego – w rozpoczynający trzeci tydzień oczekiwania poniedziałek, po odebraniu swojej piątki, zagaił mnie jeden z nich. – Klapnij se tutaj z nami na chwilę, łyknij se, to, co to by tam nie było, to zaraz ci przejdzie. Zresztą, i tak przydałoby mi się jakieś towarzystwo, bo z niego to na razie żadnego pożytku nie będzie.


Faktycznie: drugi z pijaczków chrapał przewieszony przez oparcie ławki. W taki właśnie sposób rozpoczęła się moja znajomość z Jurkiem i Markiem, bo takie imiona nosili ci dwaj pijaczkowie.


– Aaa! Czyli o kobietę ci się rozchodzi! – skonstatował Jurek, wysłuchawszy mojej historii przerywanej od czasu do czasu co głośniejszymi chrapnięciami Marka.

– Nie tylko że o kobietę, ale też i o poezję. Przede wszystkim o poezję! – bełkotliwie przyznałem się Markowi do mojego pisania wierszy. Przyznałem mu się do czegoś, do czego jeszcze nigdy nikomu się nie przyznałem, bo trochę się tego wstydziłem, a trochę byłem przekonany, że świat nie doceni mojego geniuszu i że wcale na niego nie zasłużył, ale to wino truskawkowe, którym dzielił się ze mną Jurek, proporcjonalnie do odbieranych mi zdolności dykcyjnych dodawało mi odwagi.

– A to nie na jedno wychodzi? – zapytał Jurek i opowiedział mi swoją historię:


– Kiedyś też byłem z kobietą – powiedział – wtedy zresztą i ja pisałem wiersze. No ale z kobietami to już jest tak, że zawsze, ale to zawsze, muszą znaleźć sobie coś, co im będzie przeszkadzać. Tej mojej na przykład przeszkadzało, że gnije mi lewa górna ósemka. Jeden ząb, wyobrażasz to sobie?! Trzydzieści pięć zębów zdrowych! Trzydzieści pięć, no bo jeszcze dziewiątki mi wyrosły, taki jestem wyjątkowy, a tylko jeden chory i to właśnie tego chorego musiała się uczepić! Jakby nie mogła sobie jakiegoś innego wybrać…

– No ale co dalej? – dopytywałem się kiedy Jurek, popadłszy w jakieś przygnębienie, zawiesił się na swoim wspomnieniu.

– A… No dalej to już normalnie – kontynuował pociągnąwszy z butelki solidny łyk dla otrzeźwienia. – Wiesz, młody: złamane serce, człowiek młody, głupi, a jeszcze naczytał się tych romantycznych pierdów od Goethego czy innego Mickiewicza, no to chciał być jak jeden z tych cierpiących bohaterów. Ja na przykład chciałem być jak Werter. Kupiłem sobie biurko, niebieski płaszcz i żółtą kamizelkę i nawet chciałem zrobić pozwolenie na broń, no ale dwa razy egzaminu z Glocka nie zdałem. Ten niezdany egzamin podłamał mnie jeszcze bardziej i długo zastanawiałem się jaki inny rodzaj śmierci sobie wybrać. I tak sobie wymyśliłem wtedy, że skoro nie mogę być jak każdy, no to zrobię tak, jak nikt jeszcze nie zrobił. No i szukałem takiego rodzaju śmierci samobójczej, jakiego żaden z bohaterów romantycznych nie wybrał. No i nie znalazłem nikogo, kto by się utopił. No i wtedy pojechałem do Grudziądza…

– Nad Wisłę?!– zapytałem przejęty zgrozą.

– Nad Wisłę – z kamienną miną odpowiedział Jurek.

– I żyjesz?!

– No, jak widać żyję. Ale miałem kupę szczęścia. Stamtąd podobno mało kto wraca. W zasadzie to nie słyszałem o nikim, kto by stamtąd, znad Wisły, wrócił. Przynajmniej żywy. A mnie się udało. Ale wiesz, to właśnie tam poznałem Marka – Jurek wskazał na wciąż chrapiącego kolegę. – Jego też wtedy zostawiła kobieta. Nie umiał kiełbaski prawidłowo na ognisku upiec, czy coś takiego… Dokładnie to nie pamiętam o co im tam poszło, on zresztą chyba też już nie. No ale on był mądrzejszy ode mnie. Od dawna był już wtedy stoikiem, więc nie bardzo się tym jej odejściem przejął. Tyle, że psa mu wtedy zabrała i pająki, choć ustalenia na wypadek rozwodu mieli inne. No i tego psa i tych pająków to mu jednak szkoda było. Zresztą, pies później wrócił. Pamiętam, jak kiedyś w obozie…

– No ale co dalej? – spytałem, bo Jurek znów zawiesił na wspomnieniu, choć tym razem nie do końca na swoim.

– No to właśnie mówię. Dalej to już było życie jak Rzymie w pierwszym wieku naszej ery. Wiesz, Marek miał jakiś tam swój pomysł na życie, nie to co ja. Marzyło mu się założyć obóz stoicki. No i taki obóz w Grudziądzu założył, i zatrudnił mnie w nim jako swojego przydupasa. I tak sobie w tym obozie przez kilka lat spokojnie czekaliśmy na śmierć, ale w końcu najechali nas epikurejczycy. I, jakby chcieli nam zrobić na złość, wcale na nie zabili, tylko zburzyli nam ten nasz obóz, a na jego miejscu założyli park rozrywki…

– I? – kolejny raz musiałem przywołać Marka do rzeczywistości.

– No i zapytałem Marka „Co dalej?”, kiedy tak patrzyliśmy na tych epikurejczyków, głośno radujących się na ruinach naszego spokojnego niegdyś obozu. Marek powiedział, że w sumie to teraz jest mu już wszystko jedno i, nie mając lepszego pomysłu, wyruszyliśmy wzdłuż Wisły. Szliśmy pod prąd, chcieliśmy dotrzeć do źródeł. Jak filozofowie. W taki właśnie sposób trafiliśmy do Kielc, a kiedy znaleźliśmy w tych Kielcach martwego bociana z wypchanym portfelem pod skrzydłem, no to trochę za bardzo zabalowaliśmy. Widać udzielił się nam ten epikureizm i przepuściliśmy w ten sposób cały ten niespodziewany przypływ gotówki w ciągu jednego wieczora no i w końcu usnęliśmy tutaj, na tym właśnie skwerze. Kiedy się obudziliśmy, zauważyliśmy, że Wisła w nocy po raz kolejny zmieniła swój bieg, a nam już się nie chciało jej wtedy szukać i wówczas stwierdziliśmy, że skoro nie mamy już za czym podążać do źródeł, no to równie dobrze możemy w tych Kielcach zostać. No i tak zostaliśmy i teraz sobie tutaj jesteśmy.


***


Marek obudził się o godzinie jedenastej.

– Głodny się robię – powiedział.

– Według ciebie to można by regulować zegarek – odparł Jurek, po czym zwrócił się do mnie: – Idziemy, młody, na obiad, bo o jedenastej trzydzieści tutaj obok michę dają. Idziesz z nami? – zapytał, kiedy właśnie miałem zamiar ciągnąć go za język w sprawie tego, jak to było u niego z poezją, bo do tej pory opowiedział mi wyłącznie o swojej kobiecie i o tej kobiety w jego życiu następstwach.

– Nie, dzięki. Nie jestem głody. Trochę sobie jeszcze tutaj posiedzę – odmówiłem, ponieważ po tym winie truskawkowym bardzo kręciło mi się w głowie.

– A jakiejś piątki byś może jeszcze nie znalazł? Bo, wiesz, jak będziemy wracać, no to byśmy coś tam jeszcze może kupili. Bo to się właśnie skończyło – powiedział Jurek, po czym pociągnął ostatni, solidy łyk o objętości jednej czwartej litrowej butelki, którą następnie kulturalnie umieścił w koszu przeznaczonym na szkło.


***


Zmieniłem ławkę. Niepewnym krokiem przedostałem się przez trawnik, jeszcze mniej pewnie wspiąłem się na niski murek okalający centralny plac Skweru Stefana Żeromskiego, po czym spełzłem z jego drugiej strony i, z trudem przechodząc przez plac, zająłem miejsce po jego drugiej stronie. Miałem stamtąd doskonały widok na znajdującą się dokładnie naprzeciw mnie wiszącą na murze ramkę.


Pojawiła się nagle. Zatrzymała się na alejce dokładnie naprzeciw mnie. Stanęła pomiędzy ławkami. Nawet na mnie nie spojrzała. Patrzyła prosto w kierunku ramki.

– „Boże! Boże! Żeby tylko to nie była ona!” – pomyślałem i natychmiast przetrzeźwiałem. Przed ramką stała kobieta w wieku co najmniej osiemdziesięciu lat. Była lekko przygarbiona, ledwo powłóczyła nogami, a te resztki siwych włosów, które zostały jej jeszcze na głowie były mocno przetłuszczone i rozrzucone w zupełnym nieładzie. Kiedy zawiał wiatr, dobiegł mnie zapach potu, moczu i lawendy. Mimo zbliżającego się lipcowego południa ubrana była w futro. Futro miało widoczne nawet z tej sporej odległości, która nas dzieliła, dziury – widać lawenda, którą zapewne trzymała w szafie, niewiele jej pomagała. – „Uff…” – odetchnąłem, kiedy okazało się, że staruszka wcale nie spoglądała na Punkt Wymiany Poezji, ale na swojego pinczera, który zdecydował się murek, na którym zawieszona była ramka, oznaczyć jako swój. Na całe szczęście, po załatwieniu przez psa potrzeby, właścicielka oddaliła się zabierając go ze sobą. Nie lubię tych małych szczekających szczurów – był to więc kolejny minus tej mojej, całe szczęście że potencjalnej, Lotty.


Jurek z Markiem długo nie wracali. Siedziałem więc samotnie na ławce przyglądając się kolejnym kobietom przechodzącym obok ramki. Niejednokrotnie serce, to serce, które tak mocno biło mi na myśl o mojej Lotcie, podchodziło mi podczas tych obserwacji do gardła. Działo się tak dlatego, że żadna z kobiet, które tamtego poniedziałku widziałem na skwerze, nawet odrobinę nie przypominała mojej Lotty. Ogarniało mnie przerażenie na samą myśl, że któraś z nich mogłaby moją Lottą choćby spróbować zostać.


Drugą kobietą, która przeszła alejką zaraz po właścicielce pinczera była damulka na szpilkach i w zbyt obcisłej niby-to-skórzanej spódnicy. Na zadartym nosie nosiła ciemne okulary, a na głowie miała fryzurę typu „chcę rozmawiać z kierownikiem”.

– „Z taką babą to byłyby tylko same problemy. Po co mi jakieś wieczne pretensje? Jej to przecież zawsze coś nie będzie pasować” – pomyślałem z ulgą, kiedy minęła ramkę, nawet na nią nie spojrzawszy. Spojrzała za to na panią futrze, kiedy wyprzedzała ją, spiesząc się zapewne na jakieś superważne spotkanie, na którym będzie mogła wcielić w życie swoją przebojowość i okazać swoją niezależność. Na staruszkę z psem spojrzała z pogardą. – „Nie szanuje innych” – pomyślałem i to był kolejny jej minus, który tylko utwierdził mnie w słuszności podjętej właśnie przeze mnie decyzji.


Później przechodziła jeszcze dziewczyna w wieku w sam raz dla mnie, ale zbyt tłusta i w dodatku w legginsach, które bardzo niegustownie opinały jej tłuste jak balerony nogi. Po niej pojawiła jakaś laska wymodelowana i wypindrzona tak, że zastanawiałem się, czy to jeszcze człowiek, czy już reklama jakiejś fuzji branży kosmetologii i medycyny estetycznej z dodatkiem przedsiębiorstw odzieżowych. Zresztą, ile czasu musiała poświęcać każdego ranka na wykonanie takiego makijażu! Czasu, który porządna kobieta powinna wykorzystywać na przygotowanie pożywnego śniadania dla swojego mężczyzny.


Następna przechodziła dziewczyna w nijakich szaroblondowych włosach upiętych w skromny kucyk. Kolor jej włosów doskonale komponował się z szaronijakim kolorem cienkiego rozpinanego swetra, który miała na siebie narzucony.

– „Nie no, taka to też nie. Taka to tylko przy zgaszonym świetle, wyłącznie po bożemu, zawsze pod kołdrą i z koszulą nocną podwiniętą wyłącznie tyle, ile jest to absolutnie konieczne.”


Później pojawiły się jeszcze dwie roześmiane siksy – jedna brunetka z dość przyjemną twarzą, ale z figurą w kształcie gruszki, figurą, która zupełnie mi nie odpowiada, w dodatku ubrana w zieloną koszulkę, a ja bardzo nie lubię zielonego i jej ruda przyjaciółka, całkiem nawet niezła. Ale cóż z tego, że niezła, kiedy, wnioskując ze sposobu w jaki rozmawiała z brunetką, wszystkie nasze prywatne sprawy byłyby natychmiast wynoszone na zewnątrz.


I przeszło tamtego poniedziałku przez skwer Stefana Żeromskiego w Kielcach jeszcze kilka innych kobiet, ale każda z nich miała w sobie coś, co dyskwalifikowało ją jako moją potencjalną partnerkę. Żadna z nich nie mogła być moją Lottą.


Cierpiałem więc. Cierpiałem z każdą odchodzącą spod ramki zmarnowaną szansą, cierpiałem z każdym krokiem tych oddalających się kobiet. Cierpiałem z każdym ich krokiem, z którym razem z nimi oddalała się nasza wspólna szczęśliwa przyszłość, bo żadna z tych oddalających się kobiet nie była taka, jaką być powinna.


***


Na skutek tego cierpienia, jak u każdego prawdziwego romantyka, obudził się we mnie nastrój. Nastrój przygnębienia, a może nawet głębokiej depresji. Nastrój, z którym, jak każdy prawdziwy poeta, umiałem poradzić sobie tylko w jeden sposób. Wyciągnąłem więc zeszyt, który zawsze noszę przy sobie na wypadek nagłego przypływu natchnienia i zapisałem w nim co następuje:


Lotto, moja droga Lotto!

Życie moje – grząskie błoto:

ranek wita ciemną grotą,

puste dni są mi Golgotą,

wieczór jak walka z Gołotą…


Jakże sprostać mam kłopotom?

Jak zamienić ołów w złoto? –

bo kobiety ze ślicznotą

odrzucają mnie głupotą,

ale te z rozumu cnotą

odrzucają mnie brzydotą.


A więc gryzę się zgryzotą,

choć bym zrobił wszystko po to

żeby przestać być sierotą

miłości.


;


Lotto! Moja droga Lotto!

Przyjmij! Przyjmij mnie z ochotą!

Uracz! Uracz mnie pieszczotą!

Ja uraczę ciebie strofą –

tego pragnę! Ale: co to?!


Życia mnie realia zgniotą:

szansa, by cię spotkać Lotto,

mniejsza niż na szóstkę w Lotto.


Po napisaniu przeczytałem ten wiersz jeszcze kilkukrotnie i byłem z niego bardzo zadowolony. Później wyrwałem tę kartkę, na której go zapisałem, ostrożnie złożyłem ją na pół i zawiesiłem pod ramką.


***


– A oto jest i nasz poeta! A my tutaj mamy natchnienie! – wykrzyknął Jurek wyciągając w górę jeszcze nie otwartą butelkę wina truskawkowego, kiedy po obiedzie, w towarzystwie Marka, zmierzał w kierunku ławki, na której pogrążony w smutku czekałem sam nie wiem na co. Być może nawet na nich. Czekałem więc, w dalszym ciągu jednak z jeszcze nie do końca umarłą nadzieją obserwując, czy nagle nie pojawi się pod ramką moja Lotta żeby zabrać ten mój wyraz rozpaczy przelany przeze mnie dla niej przed chwilą na papier.


Jurek z Markiem usiedli na ławce obok mnie.

– Daj, to odbiję – powiedział Marek wyciągając rękę w kierunku wina. – Coś mnie suszy po tym obiedzie. Chyba przesolili.

– Czekaj! – wykrzyknął Jurek cofając rękę, w której dzierżył płynne różowe natchnienie. – Metabolizm się we mnie odzywa. Zaraz wracam, bo to niezdrowo tak spożywać z pełnymi jelitami.


Następnie Jurek wstał i udał się w kierunku pobliskiego bezpłatnego szaletu miejskiego. Drzwi nie zdążyły się jeszcze za nim do końca zamknąć, kiedy otworzyły się ponownie, a w otworze drzwiowym ukazała się jego wściekła twarz.

– Noż k⁎⁎wa! – wykrzyknął. – To miasto schodzi na psy! Nie dość, że cała poezja w tym mieście ogranicza się do uap-bam-beluba-uap-bem-boo czy innego jebać mi się chce, to jeszcze w sraczach nie mają papieru! No i co ja mam teraz uczynić?

– A, ostatnio też tak miałem – spokojnie odezwał się wtedy Marek, którego, jako stoika, nawet takie tragedie nie wzruszały. – Ale trzeba sobie jakoś w życiu radzić. Ja poradziłem sobie w taki sposób, że jakiś kretyn, tutaj na murku, zaraz obok, przypina z jakiegoś powodu jakieś kartki, no to sobie taką kartkę wziąłem. Nawet miękki ten papier i całkiem przyjemny w dotyku, tylko trzeba go najpierw trochę w rękach potarmosić.


***


* – Liroy, Scoobiedoo Ya;

** – Liroy, ...A J⁎⁎ać Mi Się Chce!!!;

*** – Adam Mickiewicz, Romantyczność;


***


#naopowiesci

#zafirewallem


3524 słowa, dwie redakcje i już więcej nie robię; za ewentualne błędy, niezgrabności i nieścisłości przepraszam.


I dziękuję.

@George_Stark No takiego końca to się nie spodziewałem. Różne mi się w trakcie czytania koncepcje rodziły, ale na tę strzelbę na ścianie to nie zwróciłem uwagi, chociaż Szanowny Pan Autor kilka razy ją w kadrze umieścił. Ale to świadczy tylko o tym, że umieścił ją tam po mistrzowsku.


Tak więc uśmiałem się.


I nawet refleksję mam po tej lekturze, a o to chyba chodzi w literaturze (o, nawet się zrymowało). A refleksję mam taką, że teraz nie wiem czy ten cały interes z poezją to przypadkiem nie jest po prostu do d⁎⁎y.

@fonfi A może właśnie to jest ten trud i to powinien być motyw przewodni poezji dzisiejszych czasów. Może to ostatnie pokolenia prawdziwych wierszokletów, którzy nie dostają już tyle atencji co niegdyś i muszą iść pod prąd, aby w tym trwać. Wszak w niedalekiej przyszłości ejaj najprawdopodobniej już całkowicie dobije tę formę i człowiek musiałby pisać "na żywo", aby odbiorca był pewien, że autor faktycznie autorem jest, a nie tylko twarzą dla generowanych krzemowo wypocin.


Poeci szukali nonkonformistycznych kierunków od zawsze, a dziś pisanie wierszy stało się buntem samym w sobie. Nie wiem jak tobie, ale mnie to akurat bardziej zachęca żeby próbować. Bo jest w tym coś buntowniczego i wywrotowego Tak stawiając sprawę, to i mnie naszły chęci żeby coś napisać, jako terminujący juniorwriter w tym umierającym klubie czeladników słowa Jeszcze poezja nie zginęła, póki... ( ͠° ͟ʖ ͡°)

@onpanopticon NIECH ŻYJE BOJÓWKA #zbuntowanipoeciigrafomanikawiarniizafirewallem !!! (dłuższego tagu nie dałem rady wymyślić )

@George_Stark Coś mi w pewnym momencie zaświtało, że z tym może się wiązać zakończenie (nie spojleruję) Aczkolwiek widać, że pisarz doświadczony, bo zgubił mój trop myślowy i tym mocnym przybliżeniem ich postaci zbił całkowicie z pantałyku.


Super się czytało.


Nawiasem, to zabawne, że wiersz który dałeś w środku opowiadania, jest zdecydowanie jednym z fajniejszych jakie ostatnio dane mi było przeczytać. Może dlatego właśnie, że był tylko częścią, że był wpleciony, a nie był zarówno pisany, jak i czytany samotnie.


Kawał dobrego czytadła. Lubię też taką formę "znów zawiesił na wspomnieniu, choć tym razem nie do końca na swoim." użytą w odpowiednim momencie. Oczytanie widać jak na dłoni


Koniec końców tylko dodam, że surowa ta "laurka" dla kieleckich kobiet i ich powabu intelektualno-wizualnego xDD

@fonfi


I nawet refleksję mam po tej lekturze, a o to chyba chodzi w literaturze (o, nawet się zrymowało). A refleksję mam taką, że teraz nie wiem czy ten cały interes z poezją to przypadkiem nie jest po prostu do d⁎⁎y.


Cieszę się, że taka refleksja Pana naszła (proszę pozdrowić żonę). Cały ten tekst miał być taką właśnie konstatacją zupełnego bezsensu tego, co tutaj (ale i przy tych ramkach) robimy. Co nie jest, oczywiście, żadnym argumentem za tym, żeby przestawać to robić.


@onpanopticon


Koniec końców tylko dodam, że surowa ta "laurka" dla kieleckich kobiet i ich powabu intelektualno-wizualnego xDD


Patrz, a zamiar był zupełnie inny! To zawsze jest bardzo ciekawe dowiadywać się, jak bardzo zamiar różni się od odbioru.


EDIT:

A co do wiersza, to dziękuję, choć mocno starałem się żeby był możliwie jak najbardziej mizerny literacko.


***


Dziękuję, chłopacy, za miłe słowa, za refleksje i uwagi, bo to nie tylko cenne na przyszłość, ale i przyjemne tak je sobie przeczytać z raniacza.

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ opowiadanie mi jakoś nie idzie, zajmuję się różnymi innymi pierdołami. W związku z tym, że zrobiłem już wszystko, co miałem do zrobienia i nawet trochę więcej, to z rozpaczy zacząłem w końcu przeglądać Facebooka. I być może była to zła decyzja, bo okazuje się, że rośnie mi konkurencja, całkiem nawet niezła. No a gdyby tam nie zajrzał, to bym się nie konkurencją martwił, no bo bym przecież o niej nie wiedział.


Co wrażliwszych przepraszam za dzisiejszy spam, tym bez Facebooka załączam screen.


#zafirewallem

#punktwymianypoezji

d505ba3a-e993-4929-a52f-c3898a96e053

Zaloguj się aby komentować

Chodzi za mną od jakiegoś czasu myśl z rozmowy z koleżanką @KatieWee, która to rozmowa odbyła się w Grudziądzu, i ta myśl niespodziewanie naszła mnie dzisiaj na spacerze i powstał z niej wiersz. Biały:


***


W naszym stowarzyszeniu poetyckim

nie ma żadnego Poety.


I może właśnie dlatego

jest tutaj tak miło?


***


#zafirewallem

#wolnewiersze

Zaloguj się aby komentować

1087 + 1 = 1088


Tytuł: Malowany ptak

Autor: Jerzy Kosiński

Tłumacz: Tomasz Mirkowicz

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


Świat okazywał się ciasny jak stryszek chłopskiej chaty. Człowiekowi ustawicznie groziło, że albo wpadnie we wnyki zastawione przez tych, którzy go nienawidzą i chcą go gnębić, albo w ramiona tych, którzy go kochają i pragną chronić.


Ja tę książkę przeczytałem w swoim życiu po raz drugi. Pierwszy raz miał miejsce kilkanaście lat temu, byłem wtedy albo w końcówce gimnazjum albo w początkach liceum. Fascynowałem się wówczas zespołem Dżem (ta przypadłość dotknęła też wielu z moich ówczesnych znajomych, a, z tego co mi wiadomo, niektórym z nich po dziś to jeszcze nie przeszło) i właśnie pod wpływem utworu Jak malowany ptak po książkę pana Kosińskiego zdecydowałem się w tamtym czasie sięgnąć. Czy jest to przypadkowa zbieżność tytułów, czy też autor tekstu do utworu zespołu Dżem, pan Dariusz Dusza, inspirował się tą powieścią – ciężko jest mi stwierdzić. Można by znaleźć pewne tropy przemawiające za tą interpretacją, nie jestem jednak pewien, czy nie byłaby to nadinterpretacja. Być może wtedy, dawno już temu, sprawdziłem jak to się tam z tym pisaniem przez pana Duszę odbyło, ale nawet jeśli to wtedy sprawdziłem, to efektów tego sprawdzania nie pamiętam. A dziś tego sprawdzać to już mi się nie chce.


Z tego mojego pierwszego czytania sprzed kilkunastu lat też w zasadzie niewiele pamiętałem. Pamiętałem tylko jedną scenę, scenę stosunku z kozłem (szokującą! – można przeczytać w niemal każdym tekście dotyczącym Malowanego ptaka; drugim obowiązkowym punktem – a więc i ja go tutaj zmieszczę – tekstów traktujących o Malowanym ptaku jest imię występującego w tej książce psa – psa, który wabi się Judasz) i nie pamiętałem już niczego więcej, nawet tego psa Judasza. Zresztą, wydaje mi się, że wówczas tej książki na pewno nie doceniłem, o ile w ogóle udało mi się ją wtedy zrozumieć.


***


Tym razem po Malowanego ptaka sięgnąłem również poruszając się po tropie. Trop prowadzący do tej książki wskazał mi w swoim bardzo dobrym (a narracyjnie fantastycznym) Good night, Dżerzi pan Janusz Głowacki (dzięki za podsunięcie, kolego @fonfi , proszę pozdrowić żonę!). Bo faktycznie, postać autora książki, pana Jerzego Kosińskiego, tak barwnie w tym Good night, Dżerzi odmalowana, jest postacią kontrowersyjną. Tak samo jak kontrowersyjny jest sam Malowany ptak. Kontrowersje te dotyczyły tak domniemanego nieautorstwa tej powieści przez człowieka, którego nazwisko można przeczytać na jej okładce, jak i zmiany jej odbioru po skandalu, który wybuchł w momencie, kiedy okazało się, że nie jest ona aż tak bardzo autobiograficzna, jak pan Kosiński chciał, żeby była odbierana. Tych kontrowersji zresztą było tam znacznie więcej, a jeśli ktoś jest nimi zainteresowany, to odsyłam do wspomnianego wcześniej Good night, Dżerzi.


Zostawiając jednak kontrowersje na boku, a zajmując się już Malowanym ptakiem, to po pierwsze muszę napisać, że jest ona napisana cudownie, przede wszystkim jeśli chodzi o prowadzenie narracji. Płynąłem przez ten tekst zachwycając się jego budową, stylem, rytmem (a nawet melodią!) czy porównaniami stosowanymi przez autora (czytałem polski przekład, autorstwa pana Tomasza Mirkowicza, więc, przynajmniej w kwestii tych pierwszych trzech – a z melodią to nawet czterech – spraw, nie mniejsze ukłony w jego kierunku). Urzekła mnie zdolność obserwacji autora (ktokolwiek nim nie był) i użycia szczegółu w prezentacji postaw bohaterów (to, co tak ogromne wrażenie zrobiło na mnie u pana Kafki) i w tej sprawie posłużę się cytatem: Wreszcie zjawiła się kierowniczka, przywitała nas i wzięła od Jurija moje akta. Podpisała jakiś dokument, oddała Jurijowi i położyła mi dłoń na ramieniu. Strząsnąłem ją zdecydowanie. Epolety munduru to nie nie miejsce, gdzie kobieta może kłaść rękę. Bardzo podobała mi się płynność przemiany głównego bohatera, jego dostosowywanie się do sytuacji, wyciąganie wniosków z tego, co działo się dookoła niego (często wniosków moim zdaniem błędnych i naiwnych, ale tak dobrze uzasadnionych spojrzeniem postaci, że była ta postać absolutnie spójna i bardzo konsekwentnie prowadzona). Patrząc też na książkę jako całość, rozumiem (a nawet doceniam) jednowymiarowość pojawiających się w niej bohaterów drugoplanowych – moim zdaniem było to potrzebne do przedstawiania świata w taki sposób, w jaki autor (ktokolwiek nim nie był) chciał ten świat przedstawić.


I właśnie: świat przedstawiony. To kolejny zarzut (czy kontrowersja) jaki zdarza się, że jest ku Malowanemu ptakowi kierowany. Ja się z nim nie zgadzam. To znaczy, owszem, świat (z tego, co wiem), nawet w czasie II wojny światowej nie był miejscem aż tak okropnym i nieprzyjaznym, jakim przedstawił go autor (ktokolwiek nim nie był). Z drugiej jednak strony, żeby pokazać to, co w książce zostało pokazane (albo to, co ja w niej znalazłem) to, wydaje mi się, nie można było postąpić inaczej niż przedstawić ten świat właśnie w taki sposób, czyli przy użyciu hiperboli – to przecież wspaniały, jeśli umiejętnie zastosowany, środek literacki. A Malowanym ptaku hiperbola uważam, że została zastosowana świetnie. W ogóle ten świat z Malowanego świata, świat wsi brudnej, ciemniej, złej, głupiej i zepsutej wspaniale kontrastował mi ze światem w ostatnio przeze mnie (trochę z przymusu) przeczytanych Oberkach do końca świata pana Wita Szostaka. Tam również występowała wieś, również była ona ciemna i głupia, ale u pana Szostaka miało to swój urok. U pana Kosińskiego (czy kto tam tę książkę napisał) wręcz przeciwnie. Oba te przedstawienia wydają mi się dość dalekie od prawdy, prawda, jak to ma w zwyczaju, pewnie leży gdzieś po środku, jednak mnie to drugie przedstawienie literacko podobało się dużo bardziej.

e23177bc-8201-4bbb-bd78-43d689713344

Czytałem również w okresie gimnazjalnym i również pod wpływem utworu Dżemu. Bardzo mi się wtedy spodobała. Napisałem nawet jakąś pracę na polaka o niej, pani polonistka była pamiętam bardzo zaskoczona i dostałem piękną szóstkę XD ciekawe co tam napisałem bo nie pamiętam 😛

Zaloguj się aby komentować

A spośród wszystkich grudziądzkich znaków

dzisiaj opowiem Wam


***


O flisaku


Tam wieża zdobi zamkowe wzgórze,

tam burdel ormiański wnet otwierają,

tam we Francuzie lody podają

i mnóstwo innych tam wynaturzeń.


Tam woda ciała umarłe głaszcze,

w Wiśle wzdychają tam różne licha:

piranie, rekiny, mątwy, meduzy –

co to za miasto? Nawet nie pytaj!


Ci, co pytali, dawno zginęli.

Mówicie, że was to nie dotyka?

A więc słuchajcie, wy: odważniejsi!


Ci, którzy pod wodą znikacie:

gdybyście chwytać się chcieli gałęzi,

to flisak wiosłem przyłoży wam w ryja.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Kolega @onpanopticon napisał wczoraj , że należy celebrować zdejmowanie zasłon. Chciałem spróbować, bo być może ma rację, ale niestety – w oknach mam roletki. Wobec powyższego postanowiłem sprawić sobie przyjemność na inny z dostępnych mi sposobów, który to sposób docenia się ponoć dopiero w życiu dorosłego człowieka:


***


Zmieniłem gąbkę


Zmieniłem gąbkę na nową w zlewie!

I dumny teraz czuję się z siebie,

bo w pewnym wieku to jest już dość

ażeby z życia poczuć radość:


bo nowej gąbki sztywna struktura…

no bo jest cała, a w starej dziura…

bo teraz nic już nie barwi mi wody

wczorajszym sosem pomidorowym.


Lecz, ciesząc się gąbką nieużywaną,

olśnienia doznałem patrząc tak na nią,

że – jeśli użyję jej w końcu do mycia –

będzie to koniec beztroski jej życia.


Ech! – mimo mojego ulitowania:

naczynia mam przecież do pozmywania!

A choćbym się nie wiem jak starał,

to nowa gąbka też stanie się stara:


sosem nasiąkną jej czyste pory,

później zaś spocznie na dnie komory

zlewowej – może do cna wyżęta?


Czy gąbka będzie wówczas pamiętać

ile radości sprawiła mi ona

zanim została rozdziewiczona?


***


#zafirewallem

#wolnewiersze – a taki tag sobie tutaj wpiszę, mając na uwadze naszą dzisiejszą dyskusję „co dalej?” ; zachęcam w ten sposób (a przynajmniej staram się zachęcić) do publikacji własnych wytworów niezwiązanych z naszymi zabawami – opatrzone takim tagiem, będą później łatwiejsze do znalezienia.

275219c2-20e1-4251-955f-06b9c8e4c4ad

@splash545 No ja nie wnikam w to jakie kto ma preferencje. U mnie jest jak w tym przysłowiu: żeby życie miało smaczek, raz krzesełko, raz zmywaczek.

@moderacja_sie_nie_myje3 dobra niech będzie zlew ale jakie wymiary?


A wsumie jaka różnica jest miedzy umywalką A zlewem?

Powiem ci, że to serio działa Proste i banalne rzeczy, ale każdy je ma i się może nawet z gąbką identyfikować, a co dopiero z czynnościami. Dodatkowo jak zawsze ładnie ubrane w poetycki płaszczyk i jest lepsze niż się spodziewałem


Sam muszę spróbować, tylko żeby jeszcze mi się tak łatwo to w słowa składało jak Tobie Ale fajne. Tomik taki wydać, "Dziękczynność prozaiczności".

Zaloguj się aby komentować

Dziś jest dziesiąty. A że, jak niektórym z Was wiadomo, poszedłem niedawno do pracy i jest to od jakiegoś czasu pierwszy dziesiąty, który nie tylko został przeze mnie zauważony, ale z którego wręcz się ucieszyłem, no to – stosując się do zasady pani Marilyn Monroe (Pieniądze nie dają szczęścia, dają je dopiero zakupy) – postanowiłem nabyć sobie artykuł pierwszej potrzeby (choć kupiłem używany):


***


Kupiłem krzesło


Kupiłem krzesło. Bo stać mnie na nie.

Bo takie miałem pleców bolanie,

że nawet moje liczne już roki

nie wytłumaczą – taki ból srogi!


Kupiłem krzesło. Kupiłem sobie.

Siedzę na krześle i wiersz sobie robię.

I tak na krześle wygodnie siedzę

i wierszem próbuję wyrazić siebie.


Kupiłem krzesło. I mam uciechę.

I wieczór szary witam z uśmiechem,

bo zadość dałem mojej tęsknocie

i plecom moim powód do pociech.


Kupiłem krzesło. Krzesło ma atut.

Bo nie dostanę od niego stygmatów:

nie odparzę dupska i nie będzie dramy –

krzesło poddupnik ma wentylowany!


Kupiłem krzesło. Aż żem się wzruszył.

I wiersz mi o nim udało się uszyć,

i może to krzesło życie mi zmieni

i zacznę pisać zamiast się lenić?


***


#nasonety

#zafirewallem


EDIT:


A na zakupy tak mnie coś zbiera

że jutro idę po air fryera!

470be9e1-c783-4a66-931d-f4b40c9b7e37

@George_Stark żeby o mnie ktoś kiedyś tak myślał jak ty o... krześle


A poważnie mówiąc, to bardzo mi się spodobała cała idea. Taki dziękczynny wiersz, niby o codzienności, o prozaiczności, a jednak z celebracją i poświęceniem uwagi (obie te rzeczy lubię). Tutaj jest osadzony też rzecz jasna w jakimś kontekście, ale nie zawsze musi być.


W sumie fajnie jakby to był jakiś częstszy motyw na Kawiarni, zwłaszcza u ciebie, boś tu na pewno najpłodniejszy wierszokleta Zwrócenie uwagi na coś (rzecz, moment) z pozoru błahego i upamiętnienie tego. Bo właśnie, z pozoru. Ciekawy sposób na odarcie tego z tej zasłony.

Na krześle George swoim zadem zasiędzie

Jak kura nioska w kurniku na grzędzie,

I zaraz po tym jak skończy kotleta,

To niczym kura zniesie... soneta.

@fonfi


Takie uroki małego metrażu.

Znam nawet kilka większych garażów

niż tu, gdzie siedzę na krześle na dupie.

Ale za miesiąc i tak biurko kupię!

Zaloguj się aby komentować

Dosłowność szekspirowskiego być albo nie być? – oto jest pytanie została już w sztuce wykorzystana do porzygu. W związku z powyższym, chcąc uniknąć odruchu wymiotnego, postanowiłem nie inspirować się tym cytatem wprost. Zamiast tego zdecydowałem się na jego parafrazę:


***


O kryzysie męskości


Stanie czy nie stanie? – oto jest pytanie!

Więc słuchajcie, drogie panie,

o wstydliwym tym kłopocie,

wiotczejącym z każdym rokiem:


– bo by trzeba jadać zdrowiej,

– stres odpędzać, nie sen z powiek…

Ech – ogólną stawiam tezę:

że by trzeba dbać o siebie.


I wówczas by można cieszyć się grzechem,

i może nawet byłoby w dechę

jak zwierz być dzikim (ale nie jeleń!) –

może to prawda, że w zdrowym ciele…?


Lecz z drugiej strony – weź, najpierw pracuj,

później po nocach z żoną pajacuj

po całym dniu ciężkim! Jeju! O rany!

To ja już wolę być rano wyspanym.


Więc na kanapie lepsze bezruchy:

ot: telewizor, piwo, kapciuchy.

I te marzenia, że coś się zmieni:

może sąsiadka mnie chociaż doceni?


***


#nasonety

#zafirewallem


Sorry, @splash545. Ale to już chyba ostatni.

Zaloguj się aby komentować

Ostatnio wraz z kolegą @fonfi wspólnie oddaliśmy się pewnej aktywności, choć, że tak to ujmę, każdy z nas zrobił to na własną rękę (choć dłoń pomocną ku sobie wyciągnęliśmy). Dla kolegi był to pierwszy raz, ja w tych sprawach miałem już większe doświadczenie, bez sukcesów jednak nijakich. Rzecz, jak większość rzeczy w moim życiu (nie wiem jak to wygląda u kolegi, więc głosu nie zabieram) zakończyła się porażką. Trudno. Zresztą: można było się tej porażki spodziewać, o czym (oraz o przyczynach zarówno tego spodziewania się, jak i o przyczynach samej porażki) mówi wytwór poniższy:


***


O konkursach literackich

(i o komisjach w tychże konkursach, które to na literaturze nie znają się wcale)


Uświadom sobie, mój drogi Panie

zanim na konkurs zaczniesz pisanie,

zanim podejmiesz ku temu kroki,

że tam zapadły z góry wyroki.


Więc, jeśli piszesz – to raczej sobie.

Prędzej czy później i tak się dowiesz,

że wśród zwycięzców nie będzie Ciebie.

Dlaczego tak to jest? No, kurde – nie wiem.


Pustym opowieść wybrzmiała echem,

choć, moim zdaniem, to była w dechę!

Więc złość mnie bierze, że ja pierdzielę!

I złościł się będę całą niedzielę


na tych z komisji sprzedajnych psubratów.

Co z nimi zrobić? Oddać ich katu?

Czy uznać, że „to zwykłe dzbany”?

Kolego @fonfi! Jaki plan mamy?


Czy połamiemy im kręgosłupy?

Może wzniecimy jakieś rozruchy?

Chociaż w konkursach nic to nie zmieni.


A żona i dzieci? Czy pozdrowieni?


***


A tak naprawdę to wytwór powyższy (choć rzeczywiście oparty na faktach) powstał dlatego, że po przeczytaniu tego komentarza przyszedł mi do głowy ostatni wers. Później było już z górki. Wystarczyło tylko dopisać poprzedzające go dziewiętnaście pozostałych.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Gdy ciśnie po co czekać na swą do WC kolej

zrób do pieluchy, a po ścianie kaszką polej

ojciec z nieprzespania wygląda jakby miał kaca

a ja na przemian drę się, to cieszy się moja glaca

Zaloguj się aby komentować

Byłem pod prysznicem! – że się tak pochwalę. A ponieważ przez internet nie da się mnie powąchać to, żeby udowodnić, że naprawdę się umyłem, zamieszczam to, co pod tym prysznicem przyszło mi do głowy ( @splash545 ! – uważaj co piszesz w komentarzach!):


***


O spalaniu

albo może nawet i o wypaleniu bardziej


To, co my znamy jako spalanie,

poważna nauka zwie utlenianiem.

Więc, kiedy sobie ognia zażyczysz,

to ze wściekłości płoną chemicy.


No bo dla ciebie – po prostu ogień,

a taki chemik? – wyobraź sobie:

doktorat robił? – dokładnie nie wiem,

lecz nad zjawiskiem spędził lat siedem.


Zbywał promotor chemika śmiechem,

chemik spirytus pił na pociechę

zamiast go spalać. Miał go niewiele –

no bo był biedny, jak mysz w kościele.


I, mimo swoich dla nauki zasług,

miast grantów, stosy miał tylko gratów,

i chodził tak, coraz bardziej pijany,

bo co to za chemik niewypromowany?


Aż w końcu dość już miał tej posuchy,

do jakiejś murarzy najął się grupy,

bo – jak to polscy młodzi uczeni –

również chemicy są wypaleni.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

No dobrze. Zgodnie z życzeniem organizatora postaram się powściągnąć trochę wenę i być może ograniczyć tylko do jednego wytworu. Tego, który poniżej:


***


Spotkanie w Grudziądzu – jak być mogło, choć było jednak inaczej


Szaletów brak. A ciśnie sranie –

takie to było z Grudziądzem spotkanie

Jerzego, co świat zwiedziwszy szeroki,

nad Wisłę trafił. I patrzy: krzoki.


I tak w tych krzokach chciał ulżyć sobie:

kucnął przy dębie czy innej brzozie

i pozbył się tego, co ongiś chlebem

pod dębem, brzozą czy innym drzewem.


Lecz Jerzy, natury pędzony pośpiechem

spotkał się tam, nad Wisłą, z pechem,

bo tego, co miał w jelitach tak wiele,

to trochę zostało na jego ciele.


– „Nie wciągnę teraz na d⁎⁎ę gaciów” –

pomyślał Jerzy. I tu się naciął,

bo tyłek jego – wprost: obesrany –

chciał, by przez Wisłę był opłukany.


A Wisła to przecież straszydła i duchy!

i mają – jak Jerzy – też puste brzuchy,

i Jerzy został tam w wodzie z niemi

i z Wisły straszy wierszami swemi.


***


Choć, przyznam, wiersz ten jest nieco inspirowany rzeczywistością, bo faktycznie, zaraz po przyjeździe do Grudziądza wysikałem się w krzokach nad Wisłą.


#nasonety

#zafirewallem

#diriposta

@George_Stark a co do tego powściągania weny, to wcale nie miałem zamiaru zastosować tam techniki odwróconej psychologii. ( ͡~ ͜ʖ ͡°)

@George_Stark dobrze, że mnie takie rzeczy nie ruszają bo właśnie jem kolację. Ale co się uśmiałem to moje. 🤣 A, no i żona każe pozdrowić.

Zaloguj się aby komentować

Drodzy Kochani! – jest mi niezmiernie miło.


Jest mi niezmiernie miło z tego powodu, że, kiedy już skończę pisać to podsumowanie, będę mógł się z rozkoszą oddać słodkiemu nieróbstwu weekendowemu. Ale jest mi również bardzo miło z tego powodu, że tak licznie odpowiedzieliście na mój apel i w tej jeszcze przez chwilę aktualnej (na moment kiedy piszę te słowa, bo na moment, kiedy będziecie je czytali, to już jednak nie) LXXXII edycji zabawy #nasonety obrodziło nam wierszami, choć nie były to sonety.


Cieszę się, że się popisaliście i że napisaliście, a teraz ja jeszcze trochę popiszę i wypiszę, że:


– że wiersze nasze układaliśmy bazując na utworze pana Juliana Tuwima o tytule Do Marii Pawlikowskiej ;

– że wyrwałem się pierwszy i ramach Cyklu Grudziądzkiego napisałem wytwór O toposach (czy innych archetypach) czyli: Co łączy starożytną Grecję z województwem Kujawsko-Pomorskim? ;

– że jeden wytwór było mi mało, to zaraz napisałem drugi; Chyba ;

– że @splash545 napisał fantastyczny wytwór o tytule SUFO , że aż zacząłem się przez chwilę zastanawiać „co by było gdyby...” (ale zaraz mi przeszło);

– że znowu ja stworzyłem Doktora Frankensteina-Dolittle ;

– że później przejąłem się losem krów i napisałem Kotlet w cebuli i w grzybach ;

– że później zaapelowałem do Waszego poczucia obowiązku i napisałem O obowiązkach, ale krótko , co przyniosło efekt, który serce me raduje;

– że @RogerThat zrobił co mógł, a okazało się, że może całkiem sporo (aż uwierzyłem w ryby z uszami) i napisał że Jes jak jes ;

– że @Dziwen pięknie ujął w swoim wytworze WYPALONY w słowa to, jak często zdarza mi się czuć (Cholerna mapa z wymazaną legendą);

– że @fonfi zachwycił mnie nie tylko zgrabnością wiersza Lubieżne atrakcje (ze szczególnym uwzględnieniem zachwytu nad zgrabnością strofy pierwszej), to jeszcze poruszył motyw mi literacko bliski w sposób również mi literacko bliski;

– że @onpanopticon w swoim wytworze Praca nad sobą posłużył się wizjami, którym ja bym się chętnie posługiwał, gdybym tylko umiał (W porannym mleku sufitu);

– że @sireplama , który wniósł Sprzeciw! , wierzy, że „jeszcze Kawiarenka nie zginęła” (szkoda tylko, że to „jeszcze” zakłada… – ja bym tam wolał wyrażenie z rodzaju „nie zginie”, czy coś takiego );

– że @adamszuba złowił węża zamiast bolenia, co pewnie go boli (a jeśli nie jego, to tego złowionego węża), stąd właśnie – wydaje mi się – napisał Boleń ;

– że ostatnim wierszem tej edycji jest wytwór, który napisał @fonfi , Oda do pracy – dobrze, że nie „pora”.


13 wierszy! Średnio to prawie dwa dziennie! Super!


***


Obiecałem tydzień temu, że zwycięzcę wskażę bardzo subiektywnie, i tak właśnie robię: zwycięzcą LXXXII edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem zostaje @splash545. Przepraszam.


Obiecałem też, że werdykt uzasadnię i też tak właśnie robię: co prawda obiecałem, że wybiorę wytwór, który najbardziej będzie kojarzył mi się z pracą, a ten zwycięski nie bardzo mi się kojarzy, bo ja jednak pracę mam inną i wrażenia z nią związane są równie odmienne, ale – może trochę z zazdrości, a trochę ku pokrzepieniu serc pracowniczych – postanowiłem docenić to, że inni mają dobrze i w związku z tym, tym, którzy mają tak dobrze dołożyć trochę obowiązków.


***


To tyle w #podsumowanienasonety . Dziękuję za tę edycję, czekam na kolejną.

wiersze nasze układaliśmy bazując na utworze pana Juliana Tuwima o tytule Do Marii Pawlikowskiej


@George_Stark Ooooooo...


szkoda tylko, że to „jeszcze” zakłada…


Jeszcze tu jesteśmy, a póki jesteśmy to ma się dobrze!

@sireplama No w Twoim coś mi właśnie nie pasowało. Ale, że otagowałeś #nasonety, a do zasad podchodzimy, jak podchodzimy, to uznałem, że zaliczę jako konkursowy.

Panie @splash545 gratuluję i oczywiście współczuję. Ewidentnie groźba użycia glauberytu podziałała na Georga.


@George_Stark dziękujemy za kolejną edycję a w szczególności za rozruszanie kawiarenkowiczów 😅


A pozostałym uczestnikom gratuluję wyśmienitych wytworów. Z każdą kolejną edycją mam coraz większą radochę z pisania razem z Wami.

Zaloguj się aby komentować

Wytwór poniższy nie ma na celu wzbudzania w nikim poczucia winy, a jedynie zachętę do podjęcia aktywności. Również przez tych, którzy w wytworze (wyłącznie ze względów rytmiczno-rymowo-metrycznych!) nie zostali wymienieni. No, oprócz Splasza, bo on akurat napisał.


EDIT: Ale jakby chciał napisać jeszcze jeden, to nie mam nic przeciwko. KONIEC EDITA


Za odzew zaś z góry dziękuję.


***


O obowiązkach, ale krótko


Był z nami Mongoł i Dziwna Sowa.

I Łoś też bywał, i Smok z legendów.

Ptaszyna była! – pisała o rybach!

Ech! – byli z nami. Ale czy będą?


Bo choćbym nie wiem jak się wytężał

i żył z poezji (o chlebie i wodzie),

to nie udźwignę – taki to ciężar:

wiersze mam pisać samemu sobie?


Toż skończyć można w toniach wiślanych! –

takie już w głowie mam desperacje!

I tak spoglądam ku naczyniom szklanym,

bo nam z kawiarni robi się skansen.


I tęsknię do waszych sonetów śmiechowych,

a i zachęcam żeby rym dźwigać,

bo takie pytanie przychodzi do głowy:

jest się poetą? Czy się nim bywa?


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

No to jeszcze jeden proszę, skoro już się z łóżka podniosłem i siadłem do komputera, a później idę się zająć czymś pożytecznym. A przynajmniej pójść spróbuję.


***


Kotlet w cebuli i w grzybach


– „Proszę państwa: oto krowa.

Nam, w wyniku referendum,

wyszło, że samica ta wołowa

spędzi semestr na stypendium.”


Na to byk ze złości stężał:

„ – Że jak Teksas takiej krowie?!

Kowboj będzie ją ujeżdżał?!;

To nie wyjdzie jej na zdrowie!”


Zaś krowa się cieszy – to jednak Stany!

A takie stypendium? – to jak wakacje!

I redneck się marzy jej nieokrzesany,

i różne inne atrakcje.


I tyle było historii krowy,

bo – jak to z krowami bywa –

skończyła jako kotlet wołowy.

Kotlet w cebuli i w grzybach.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry Państwu! Prowadzący edycję zadał nie dość że tekst bardzo ładny (no bo pana Tuwima), to jeszcze na dodatek łatwy i przyjemny do układania wytworów di risposta. W związku z tym mnie pisze się niemal samo (i to dość sporo), do czego (pisania) również i Państwa zachęcam.


No a wytwór poniższy inspirowany jest trochę historią doktora Frankensteina, która jednak nie bardzo pamiętam jak się skończyła, choć, na podstawie własnych doświadczeń z literaturą zakładam, że skończyła się nie za dobrze. Przynajmniej dla rzeczonego doktora:


***


Doktor Frankenstein-Dolittle


W zasadzie to był to zwykły konował,

taki tam lekarz – z trzeciego rzędu;

a nikt nie wiedział, że nocą klonował

kundle bezdomne. Z ichże psich swędów.


Do najpodlejszych dzielnic zajeżdżał,

co domem były tychże psów sforze,

i się przyglądał tym psom zza węgła

i plan układał – plan, że mój Boże!


Motyw to choćby z filmów nam znany,

że ład natury ma swoje racje

i lekarz-geniusz na śmierć skazany

stanowić będzie dla psów kolację:


gdy sukces odniósł już naukowy

kiedy głód Nobla się w nim odzywał,

ten jego sukces – cerber trzygłowy

na śmierć go właśnie zagryzał.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry Państwu! Kolejny wiersz przyniesłem, wiersz z rodzaju wierszy porannych, to znaczy takich, z którymi czasami się budzę i one już są – chcą być napisane i wystarczy je tylko lekko doszlifować. Wiersz ten jest o tym, o czym napisano już wiele innych wierszy (jak choćby ten pana Tadeusza Różewicza , który tak bardzo mi się podoba – wiersz, nie pan Różewicz), jak również eksploatowano go w prozie (jak choćby ta myśl pana Charlesa Bukowskiego, którą zapisał w powieści Kobiety: „Na tym polega problem z piciem. Gdy wydarzy się coś złego, pijesz, żeby zapomnieć. Kiedy zdarzy się coś dobrego, pijesz, żeby to uczcić. A jeśli nie wydarzy się nic szczególnego, pijesz po to, żeby coś się działo.”). Wiersz napisany trochę na podstawie własnych doświadczeń, doświadczeń co prawda z przeszłości (i to dość odległej), ale jednak własnych. Bo, jak to w tekście Sznurek , napisał pan Piotr Bukartyk: „dzisiaj tego już nie robię, ale lubię powspominać sobie”. No i faktycznie, lubię powspominać sobie, a wspominam jednakowo blaski i cienie opisanego tematu i na podstawie tych wspomnień dochodzę do wniosku, że lepiej jest się jednak budzić z wierszem niż z bólem w głowie. A więc – proszę bardzo:


***


Chyba


A kiedy rano boli cię głowa

to skutek twoich wczorajszych błędów;

to jakby zawał tysiąca pował,

bo łeb pulsuje od skroni do zębów.


Bo flaszka pękła nim żeś się obejrzał

a była to (chyba) czysta na lodzie,

i w denku drugiej wnet żeś się przejrzał,

a później to żeś już przestał rachować.


A mimo skutków, tak dobrze ci znanych,

za tydzień tę samą odstawisz akcję:

w piątek znów będziesz szczęśliwy – pijany.

Sobota? Słuszną przydzieli ci rację


przeróżnych proszków od bólu głowy,

z ogórków kiszonych wodę ci wyda,

a łeb bolący pomysł nie-nowy

podsunie: „Więcej nie piję. Chyba.”


***


#nasonety

#zafirewallem

„Więcej nie piję. Chyba.”

Takie proste, a tak trafne i prawdziwe.


A co do słów Bukowskiego

A jeśli nie wydarzy się nic szczególnego, pijesz po to, żeby coś się działo.

to naszła mnie pewna refleksja, która już chodzi za mną od pewnego czasu. Otóż, wychodząc z nałogów, doszedłem do wniosku, że uciekałem w nie przed własnymi stanami emocjonalnymi i to prawda. Lecz ostatnio uświadomiłem sobie, że różnego rodzaju traumy i lęki były małą częścią tychże stanów, natomiast ich lwią częścią było po prostu uczucie nudy i pustki z nią związanej, a zastosowanie używki jest najprostszym i nagłupszym sposobem na jej zabicie.

@splash545


natomiast ich lwią częścią było po prostu uczucie nudy i pustki z nią związanej, a zastosowanie używki jest najprostszym i nagłupszym sposobem na jej zabicie


Zgadzam się, że nałogi to ucieczka i głuszenie. Natomiast sposoby potrafię wyobrazić sobie głupsze: jakieś destrukcyjne związki albo oddanie się całkowicie pracy w taki sposób, że nie dość, że wykańcza się w niej siebie, to jeszcze i innych.

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ dziś zdrzemnąłem się popołudniem i nie mam jeszcze ochoty na szaleństwa piątkowej nocy w postaci wystawiania lewej nogi spod kołdry, to zaszalałem sobie pisząc kolejną odsłonę Cyklu Grudziądzkiego, proszę bardzo:


***


O toposach (czy innych archetypach)

czyli: Co łączy starożytną Grecję z województwem Kujawsko-Pomorskim?


Patrz go, cwaniaka! W rzece się schował!

I myślał, że grotów uniknie zębów,

kiedy tak w Wiśle będzie nurkował!

Ale spod wody wystawał piętą.


I Narcyz kiedyś w Wiśle się przejrzał,

i z przerażeniem przyglądał się sobie,

bo zajrzał do swego mrocznego wnętrza

skrytego w ciele o wielkiej urodzie.


I było wielu: znanych, nieznanych,

którzy przejazdem lub na wakacje

tam, na grudziądzkich błoniach wiślanych

życia skończyli fabułę i akcję.


Bo Wisła wszystkim uderza do głowy –

przestroga to jak najbardziej prawdziwa,

że tam, w Grudziądzu, pochłonie cię woda.

I będzie z ciebie topielec lub strzyga.


***


Dziękuję.


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

#nasonety to zabawa bardzo miła i przyjemna. Chyba, że zdarzy mi się ją wygrać, no to wtedy mniej. W każdym razie tym oto wpisem uroczyście otwieram już (ależ ten czas leci, kiedy się wierszydła kleci!) LXXXII edycję zabawy #nasonety , czyli zabawy miłej i przyjemnej (choć czasami mniej), wspomnianej w poprzednim zdaniu.


Ponieważ ostatnio wymieniliśmy w naszej wspaniałej kawiarni #zafirewallem kilka zdań o pani Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej (a nawet o jej twórczości!), w tym tygodniu weźmiemy na warsztat (albo na tapet; lub, jeśli ktoś woli na tapetę, to też można) wiersz pana Juliana Tuwima. Ale wiersz o tejże wspomnianej autorce właśnie:


***


Julian Tuwim

Do Marii Pawlikowskiej


O, staroświecka młoda pani z Krakowa!

Strzeż się ! Biskup pieni się i krzyczy: horrendum!

Na łąkę wychodzisz nocą po kwitnące słowa,

Tajne czynisz praktyki, aby pachniały ambrą i lawendą.


Czy to prawda, że warzysz wrotycz i nasięźrzał

W księżycowej, źródłosłowej wodzie?

Już w to pono synod krakowski wejrzał

I wieść gruchnęła w narodzie.


W fiołkowych olejkach i w różanych

Warzysz słowa-hiacynty i słowa-akacje,

W jakim to grimoirze, w jakich księgach zakazanych

Wyczytałaś owe inkantacje?


Co tak szepczesz słodko w wierszach kolorowych,

Że się lud bogobojny wzdryga?

Ach, na stos cię weźmie mistrz ogniowy,

Quia es venefica et striga!


Ćmy czartowskie, powiernice twoje,

Znoszą miód, kwiatom wyczarowany,

A potem barwią się, szumią, pachną trujące miłosne napoje

W wierszach, jak w retortach szklanych.


***


Ładny, prawda? Tylko: ci poeci to byli jednak albo złośliwcy, albo lekkoduchy, ponieważ pisali te swoje wiersze w układzie rymów ABAB (na pewno mi na złość!) i teraz trudno zrobić z tego zgrabne czternaście wersów, które by się ładnie rymowały. W związku z tym, znów: albo dwanaście (końcówki pogrubione) albo szesnaście: (końcówki pogrubione oraz końców pogrubione i pochylone) wersów bierze udział w konkursie.


Zasady natomiast są takie, że piszemy przez tydzień, to jest do przyszłego piątku, 04.07.2025 do godziny, o której wrzucę podsumowanie, ale nie wiem o której to będzie nawet w przybliżeniu.


Zwycięzcę wyłonię natomiast bardzo subiektywnie, bo – w związku z tym, że popełniłem ostatnio błąd taktyczny i poszedłem do pracy – wygra osoba która napisze wiersz o pracy. Jeśli takich osób będzie więcej niż jedna, wówczas wygra ta, która (w mojej ocenie) napisze o pracy bardziej (nie mam pojęcia co się pod tym kryterium kryje, za tydzień będę się nad tym zastanawiał). Jeśli natomiast nikt nie napisze o pracy, to i tak wygra ta osoba, która (w mojej ocenie) napisze o pracy bardziej. Innymi słowy: wygra ten, który (w mojej ocenie) napisze o pracy najbardziej. Werdykt postaram się uzasadnić.


Dziękuję za wypowiedź, zapraszam do zabawy, proszę się bawić dobrze.


#diproposta

Zaloguj się aby komentować

Pamiętacie ten fantastyczny film? Mnie się właśnie przypomniał, więc napisałem:


***


Kostka przeznaczenia


Ten film wspaniały z tym Jackiem Blackiem!

Ja byłem wtedy młodym chłopakiem,

któremu diabeł filmowy rzekł: – Odnajdź

tę kostkę! – U diabła zawsze posługa groźna,


więc moja dusza się wtedy zlękła,

że trafi do siódmego kręgu piekła;

że ją głupota sprzedała Złemu.

Ale znalazłem kostkę. Na Temu.


Pan Chińczyk jednak fuszerę odwalił,

gdy grać zacząłem – gryf się zapalił,

a z pudła gitary lakier mi spływał.


Diabła zaś kara była dotkliwa:

za to, że misja skończyła się klęską,

to mnie pokarał muzyką anielską.


***


#nasonety

#zafirewallem