Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 783wpisów
  • 3881komentarzy

Nowa myszka


Palcem ją gładzę, guzik naciskam

(starej się przy tym zdarzało piskać) –

no sprawia radość mi nowa myszka!


Dalej naciskam: mocniej i mocniej,

no bo buzują we mnie emocje

(radość przeżywam zaś wielokrotnie).


Przez kilka godzin tak gładzę po niej

(czasem od tego bolą mnie dłonie),

a kiedy wreszcie nadchodzi koniec –


no, nie ukrywam – jestem zmęczony.

Zostawiam myszkę, wracam do żony

(znowu przemilczam obiad za słony).


Zaś nocą, gdy się pod kołdrę schowam

(z żoną od dawna pozycja plecowa),

myśli ku myszce kieruje głowa.


I tak zasypiam, z uśmiecham szerokim,

bo na gładzenie znów mam widoki

dnia kolejnego…


- - - - - - - - - - - - Ej! Hola, zboki:

żeby skojarzeń tok utemperować,

dodam, że mysz to komputerowa!


(A na dodatek bezprzewodowa!)


***


No historia, która stoi za tym wytworem powyższym jest taka, że naprawdę kupiłem sobie nową myszkę (bezprzewodową!). I naprawdę przyjemnie mi się ją naciska – ma jakieś takie bardzo miękkie guziki.


***


#wolnewiersze

#zafirewallem

48df2ca6-6f69-44b0-99cf-62a099353cde

@moll Już dodałem zdjęcie. Taka zwykła, z Actiona, #czarnamyszkadlaanonka. Ale działa bardzo przyjemnie.


A w ogóle, to czy ten wiersz dostanie aprobatę Chwastów polskich?

Zaloguj się aby komentować

Ech. Się człowiek chciał wziąć za poezję, bo niby poezja to wolność, a tu mu w związku z całą tą wolnością obowiązki na głowę spadają. No trudno:


temat: lobotomia,

rymy: wypina - prześcieradło - Stalina -wypadło.


Proszę się dobrze bawić, niekoniecznie grzecznie!


#naczteryrymy

#zafirewallem

Nie wbiłem mu w głowę bo d⁎⁎ę wypina

Szpikulec nią wessał i prześcieradło

Spoglądam błagalnie na portret Stalina

Modlę się by ostrze przez ucho wypadło

53669d09-39db-4555-9c5e-126d4dbd20e1

Już pielęgniarka kroplówkę wypina

I na łóżki kładzie nowe prześcieradło

Załatwił mnie ten lekarz jak Beria Stalina

I dziurawym mózgiem myśleć mi wypadło.

Zaloguj się aby komentować

Ja wiem, że w starożytnym Rzymie to było zupełnie inaczej niż tutaj napisałem. Ja wiem też, że próba przyłożenia naszej percepcji do zrozumienia perspektywy ludzi, którzy żyli nawet niekoniecznie aż dwa tysiące, ale nawet te trzydzieści lat temu zalatuje grubą naiwnością. No ale: to jest poezja, więc chyba mi wolno?


***


O bohaterze


Wyruszył razem z Markiem Krassusem,

wyruszył nastawion bardzo bojowo,

wyruszył z pełną nadziei głową.

Wyruszył walczyć ze Spartakusem.


Myślał: łupami się z wojny objuczę,

myślał: chwałą okryję się wielowiekową,

myślał: kobietom będzie czym imponować.

Myślał: pożyję sobie, kiedy już wrócę.


W szyku stał twardo, nie składał broni

i niejednego swym mieczem sięgał,

aż go sięgnęła Morty potęga


i gdy dosiedli po bitwie koni,

on został martwy pośród piwonii.

Jak się nazywał? Nikt nie pamięta.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Po tych marihuanowych wyobrażeniach z wytworu poprzedniego zapragnąłem napisać o czymś, co było mi kiedyś zdecydowanie bliższe niż rzeczona wcześniej marihuana i wcale nie chodzi mi tutaj o żonę. Proszę bardzo (rygor sonetowy złamałem, można dyskwalifikować):


***


Z okrzykiem radosnym


– „No weź, nie przesadzaj: to tylko maluszek!

Rzec by można niemal: bezalkoholowo.

A więc nie wyskakuj mi tutaj z odmową –

to jak kot napłakał, to jak czapka gruszek.”




Bym rano poleżał, a tu wstawać muszę

i przeklinam wczoraj: – „Ty cholerna zgodo!”,

i przeklinam siebie: – „Ty boląca głowo!”.

I w kierunku kumpli też puszczam wianuszek:


no bo to przecież nie ja, a oni…

no bo tak sam z siebie, no to bym nie sięgał…

no bo małżonka zbyt głośno mi gęga…


…więc znów ruszam w miasto, wolny już od żony,

i choćbym się nie wiem jak tam, na mieście bronił,

no to któryś z kumpli do baru zagoni

z okrzykiem radosnym:– „No pij i nie stękaj!”


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Jakiś czas temu, zupełnie znienacka, uświadomiłem sobie, że nigdy w swoim życiu nie paliłem marihuany. Kiedy nie było można (choć były okazje), to trochę się bałem. Później, kiedy już mogłem (i też były okazje), to jakoś wcale nie czułem takiej potrzeby. Niemniej: roślina ta (z której między innymi można zrobić Sznurek; z tekstu tego wspaniałego utworu zaczerpnąłem zresztą tytuł wytworu swojego, który to tytuł stanowi parafrazę słów napisanych przez pana Piotra Bukartyka) zdaje się inspirować autorów wszelakich, czego świadectwo można znaleźć chociażby w kapitalnym utworze Psychoza monumentalnej moim zdaniem formacji Kaliber 44.


No i ja też zapragnąłem spróbować (coś takiego napisać):


***


Przecież ja tego nie robię (ale lubię wyobrażać sobie)


Kiedyś, w podstawówce, kumpel przyszedł z suszem.

Nagle się zrobiło wokół kolorowo,

nagle świat objawił mi się na różowo,

gdy w płuca wciągnąłem pierwszy suszu buszek.


Wyszedł z szafy nagle, wyszedł niby duszek.

Wyszedł prosto na mnie, więc: „Ahoj, Przygodo!”

I ja wtedy z szafy (a miałem wnękową),

wzorem pana Tella, wyciągnąłem kuszę.


I dawaj! – safari! Wśród różowych słoni!

Miast traperów: klapki, kapelusz-dżokejka.

Świetnie się bawiłem, lecz nagle, cholerka:


kumpel się ulotnił, mnie słoń zaczął gonić –

a ja? Kusza-wieszak? Jak mam się tym bronić?

Słoń mnie chwycił trąbą…

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - … a to był mój rękaw.


***


#nasonety

#zafirewallem


***


Swoją drogą, to pan Piotr Bukartyk, w książce Bukartyk. Fatalny przykład dla młodzieży (książce z facetem ze śrubą w d⁎⁎ie na okładce, jak sam pan Bukartyk o tej swojej autobiografii raczył był powiedzieć) przyznaje, że Joka (ten, który nawija w Psychozie) kiedyś przy jakiejś okazji go suszem częstował. Nie zdradza jednak, czy na tę propozycję się zgodził. (Tak mi się ta anegdota jakoś sama przypomniała, kiedy zobaczyłem jakie dwa – pozornie różne – utwory muzyczne we wstępie do tego wytworu swojego tam ze sobą mi się zestawiły.)

@Sweet_acc_pr0sa Ale mnie absolutnie nie jest z tego powodu smutno ani przykro. Nie trzeba mnie pocieszać. Stwierdzam po prostu fakt. Dość jednak, w moim przypadku, wydaje mi się, że zaskakujący. A przynajmniej zaskakujący mnie samego.

Zaloguj się aby komentować

No i znów: miałem zabrać się za coś innego, ale zabrałem się za czytanie wątku kolegi @Olmec i w tymże wątku moją uwagę bardzo mocno przykuły wypowiedzi kolegów @eloyard, @NiebieskiSzpadelNihilizmu i @Mikel , a w związku z tym czytaniem ich wypowiedzi pojawiły się u mnie miliony skojarzeń, wspomnień, przemyśleń, refleksji i obserwacji własnych. Z jednej strony to smutne, że świat wygląda tak, jak wygląda i – niestety – trzeba umieć się poruszać w świecie takim, jakim ten świat jest. Z drugiej jednak strony to bardzo budujące, że ze swoimi przemyśleniami, obserwacjami czy ze swoim czuciem tego świata nie jest się całkowicie osamotnionym i że gdzieś tam są jeszcze ludzie, którzy widzą to wszystko podobnie, a przynajmniej taki mi się wydaje, że to widzą.


Oprócz tych milionów skojarzeń, wspomnień, przemyśleń, refleksji i obserwacji związanych z własnym postrzeganiem świata, pojawiły się, jak to zwykle u mnie, również i skojarzenia literacko-muzyczne. Podzielę się jednym, a fragment ten pochodzi z utworu Idź swoją drogą, którego we wspaniałym wykonaniu zespołu Raz Dwa Trzy można posłuchać na przykład tutaj, a do którego tekst jest wykonanym przez pana Wojciecha Młynarskiego tłumaczeniem fantastycznego tekstu fantastycznej piosenki My Way pana Franka Sinatry:


bo przecież jest niejeden szlak

gdzie trudniej iść, lecz idąc tak

nie musisz brnąć w pochlebstwa dym

i karku giąć przed byle kim





No i to niemal wszystko, co chciałem tutaj tytułem wstępu. Bo jeszcze tylko jedna rzecz – zastanawiam się mianowicie, czy odzywające się ciągle z tyłu głowy te wciąż jeszcze w jakiś tam sposób żywe młodzieńcze ideały nie są przypadkiem objawem jakiegoś tam nietypowego wariantu kryzysu wieku średniego.


Jakby tam jednak nie było, zapraszam do wytworu:


***


Bunt młodzieńca


Ach, wstrzymam Ziemię i Słońce poruszę!

Wisłę gałęzią zawrócę sosnową!

Bo choćbym miał koło wymyślić na nowo,

to ja chcę więcej niż pełny brzuszek.


Bo są uczucia, których nie zgłuszę,

bo chcę by coś moje znaczyło słowo,

bo jednak znaczy coś „honorowo”,

bo skąd w ogóle bierze się „muszę”?


Bo co to za życie, że tylko gonić?

W imię wygody przed kimś tam klękać?

A później? Nad swoją niedolą stękać?


Ja tak żyć nie chcę, jak żyją oni,

fakt: bywa trudno, lecz nie składam broni –

na karku trzydziecha, a bunt młodzieńca.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Dobrze, ostatni (przynajmniej na dziś) no bo trzeba iść zająć się zajęciami:


***


Apel


…i broń mnie, ocal ode pokuszeń –

zgrzeszyłem myślą, uczynkiem, mową.

A chciałem, chciałem kiedyś być z Tobą

i właśnie Tobie zawierzyć swą duszę.


Ale co widzę, gdzie się nie ruszę?

Ci, którzy głoszą nam Twoje Słowo

nie zachowują się raczej wzorowo.

Jak faryzeusze – rzucę passusem.


Do Ciebie nic nie mam, mam raczej do nich –

na płacz mnie zbiera, zgrzyta mi szczęka

bo brzmią jak cymbał, jak miedź co brzęka,


więc może poślij już Jeźdźców do koni?

Śmiem wątpić, czy świat się uda obronić

gdy widzę, kto tam przed Tobą klęka.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Tytuł wiersza poprzedniego skojarzył mi się z pochodzącym z języka angielskiego skrótowcem MILF (Man, I Love Fishing – jakby ktoś nie widział), ale nie o rybach będzie, choć ponoć zapach podobny (nie wiem – tak słyszałem, ja tam powonienie mam raczej słabe i właśnie tak się z tej swojej niewiedzy będę tłumaczył).


A skoro skrótowiec pochodzi z języka angielskiego, no to cały wytwór poniższy ułożył mi się również na dwóch angielskich słowach, często mylonych ze sobą, bo w języku polskim takiego rozróżnienia nie ma. Chodzi mianowicie o zwrot have to, który oznacza przymus zewnętrzny i must, które też oznacza przymus, ale wynikający z własnej potrzeby (takie silniejsze would like to). I właśnie o tym drugim przymusie jest wiersz poniższy.


Tak na marginesie: have to to byłoby chyba wówczas, gdyby opisywana Natalia była podmiotu lirycznego żoną?


***


NIMF

(Natalia I Must Fuck)


No i co z tego, że trochę ma tuszę?

Że twarz tak jakby ma gargulcową?

Że w Gaussa rozkładzie jest przed połową

w sprawie rozumu, wzrostu, cycuszek?


Nocami sobie o niej świntuszę

(aż prania robię trzy tygodniowo),

bowiem wybrałem trochę pechowo,

ale Natalię przeleć muszę!


I chciałbym teraz po nią zadzwonić,

a później chciałbym razem z nią stękać.

Ech – twardy jestem niczym osęka:

pre rigor mortis – to znak agonii.


Natalii nie ma – jest jej synonim.

Natalii nie ma. Jest tylko ręka.


***


#nasonety

#zafirewallem

#diriposta

@George_Stark Ja nie wiem jakie Ty masz słowniki języka angielskiego, ale ja znam zupełnie inne rozwinięcie MILF. Albo po prostu za dużo internetów się naoglądałem. W każdym razie próbuję powiedzieć, że mi się podoba. Tak obleśnie mi się podoba. Żonie też - chociaż się skrzywiła i pozdrawia.

Zaloguj się aby komentować

Grudziądz, jak wiadomo, jest miastem nowoczesnym, a czasami nawet i postępowym. Wobec powyższego, nie mogło w ramach cyklu Sonetów Grudziądzkich zabraknąć wiersza postępowego, wiersza zaangażowanego, wiersza walczącego o równouprawnienie. Bo, w dobie walki o feminatywy, należy zwrócić uwagę na to, że i mężczyźni mają jakieś tam swoje prawa, w tym również i prawo do maskulinatywów:


***


Nimf


Nimf – grudziądzki wodny duszek

z cerą, cóż: cokolwiek płową,

ale z dużą wodo-głową,

z ciała ci zabierze duszę.


Nie, że jakieś tam katusze –

ot, przytrzyma cię pod wodą

aż narodzisz się na nowo,

aż zostaniesz jego druhem.


Zamieszkasz wówczas w wiślanej toni,

wieczność ci będzie niczym chwileńka

i czuł nie będziesz, nie będziesz się lękał,


i za żywymi ty będziesz gonił,

i sprawiał, że dzwon będzie im dzwonił,

ty – nowy duch Wisły, ty – nimfi bękart.


***


#nasonety

#zafirewallem

#diriposta – dla formalności, bo legalista edycję prowadzi i być może będzie się czepiał (proszę pozdrowić żonę)

@George_Stark już sam „nimf” budzi zachwyt, ale „nimf bękart” jest po rostu piękne. Albo raczej piękny. 😁

Zaloguj się aby komentować

Tak że, proszę Państwa, kończymy ten bal. Przez tydzień tańczyliśmy wierszem rymowanym poleczkę, do której zaprosił nas pan Andrzej Rosiewicz, więc teraz, wzorem porządnych bali, w naszej porządnej spelunie #zafirewallem czas na białe tango! Czyli, wierszem białym:


Panie proszą panów.

Nie ma pań?

No szkoda.

Ale trudno.

Wobec tego

przechodzimy

do podsumowania.


***


A więc #podsumowanienasonety w LXXXVI tego konkursu wydaniu.


Rymowali:

@George_Stark , który zabłysnął swoją łaciną (albo umiejętnością obsługi translatora – kto wie?) i napisał że Cavere flumen ;

@splash545 , który wrzucił kotka tak ładnego, że zastanawiam się, czy ładniejszy jest kotek czy jego wiersz bez tytułu tylko po to, żeby na koniec uznać, że są one komplementarne;

@RogerThat , który pięknie odpalił się powątpiewając w kryzysy, a szczególnie w Kryzys demograficzny? ;

@George_Stark , który przypomniał sobie o polskim bohaterze narodowym mongolskiego pochodzenia i napisał Gwiazdę ułanbatorską ;

@George_Stark , który , podchwyciszy pomysł kolegi @RogerThat również o jakimś kryzysie zapragnął napisać, więc napisał o Kryzysie męskości, no bo czemu by nie?;

@RogerThat , który nie przechodzi kryzysu, a przynajmniej nie przechodzi kryzysu twórczego, tylko pielęgnuje sobie Roślinki;

@fonfi , który sugeruje rzeczy, które się w głowie nie mieszczą (ale mieszczą się w dłoni) i w związku z tym napisał wiersz Kajaczek ;

@fonfi , który nie pozwoliłby sobie przecież na zaniedbanie legalizmu (jak liczysz, kolego, trzynaście sylab na dziesięciu palcach, co?) i napisał formalnie poprawny sonet Rusałka ;

oraz @RogerThat , który chyba jednak przechodzi kryzys tytularny, bo trzeci wiersz zatytułował Numer 3 (trzeci) (ale przynajmniej wiadomo, że do trzech liczyć potrafi, co w naszej kawiarni bywa wyczynem nie lada!).


***


Ja również przechodzę kryzys, kryzys czasowy, bez zbędnych więc wstępów, od razu przechodzę do rzeczy:

zwycięzcą LXXXVI edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem zostaje kolega @splash545 ! Jest to drugie zwycięstwo z rzędu Kolegi-Zwycięzcy co się nam chyba jeszcze nigdy do tej pory nie zdarzyło, więc Koledze należą się podwójne gratulacje: gratuluję i gratuluję!


Nagrodę jednak zdobywa kolega @fonfi i to właśnie on (za te sugestie parszywe, kalumnie oburzające) za karę poprowadzi edycję kolejną.


***


Dziękuję bardzo. Za różne rzeczy.


Do zobaczenia w najbliższej edycji kolejnej i (mam nadzieję) następnych kolejnych po niej następujących!

@George_Stark Wspaniała to była edycja, nie zapomnę jej nigdy.

Panu @splash545 gratuluję kolejnego zwycięstwa, Panu @RogerThat wspaniałych sonetów a Panu @George_Stark domknięcia kolejnej edycji z całkiem okazałą liczbą wytworów.

A sobie współczuję.

No bo jak tu sobie nie współczuć, skoro nie dość, że nie wygrałem, to jeszcze w organizację kolejnej zostałem wrobiony, którą to organizację nagrodą dla niepoznaki Kolega nazwał.

@fonfi przyznać trzeba, że @George_Stark skubany zrobił to cwanie. Wyczekał do napisów końcowych, a potem do sceny po napisach. Nieźle

Zaloguj się aby komentować

Miałem nawet jakiś wstęp do tego wierszydła napisać, ale nie bardzo mam na niego pomysł. Niech więc wiersz będzie nagi, tak jak Adam w Raju, a te dwa zdania proszę potraktować jako listek figowy:


***


Kryzys męskości


On nie był jak te wszystkie pizdeczki,

co tyle czują, a głównie strach,

jak miękkie faje, śniegu płateczki,

on typem takiego był faceta


co to ich dzisiaj ze świecą szukać –

wszystkiemu umiał poradzić sam:

drwa umiał rąbać, silniki składać

i męskich w ogóle trzymać się ram.


Zaś przede wszystkim nie łamać się:

“chłopaki nie płaczą” – dobrze to wie,

bo kodeks męski na pamięć zna.


A gdy stopami dotykał dna,

nie przyznał się przecież, że jest w potrzebie.

Jak męski facet – skończył na drzewie.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark Bardzo ważny dla mnie temat i bardzo się cieszę, że poruszony w formie wiersza. Męska wrażliwość to nie słabość. To właśnie największa siła prawdziwego faceta, że nie wstydzi się okazać słabości, czy uronić łzy. Bo ma w d⁎⁎ie opinię pozerskiej części tych "męskich", co właśnie koniec końców na drzewach wiszą, albo kończą w rynsztokach.

Zaloguj się aby komentować

Oczywiście, że miałem napisać coś innego i oczywiście, że nie miał być to wiersz. No ale jak już wiersz wyszedł mi spod palcy, to niechże i dalej idzie, do ludzi.


Pojawienie się na niebie poruszającej się gwiazdy zawsze coś zwiastuje. A już kiedy gwiazda nie tylko się porusza, ale nadciąga ze wschodu, to zwiastować musi coś naprawdę wyjątkowego. Tak było kiedyś nad Betlejem, było tak też i sporo później nad Moskwą:


***


Gwiazda ułanbatorska


Od Związku żadnej nie było ucieczki,

nie kochać Związku nie dało się dać,

bo Związek był silny, Związek Radziecki,

pod wodzą Wodza, to jest Stalina.


I tak świeciła czerwona gwiazdeczka,

a bratnie narody lizały się z ran,

nad biedą swoją paliłby świeczki –

tyle, że świeczek też było brak.


I coraz to gorzej robiło wciąż się

w tym robotniczo-chłopskim świecie,

i życie było ciągłym mozołem.


Aż w końcu Wiesiek, zwany Mongołem,

jak szara gwiazda się zjawił na niebie

i Stalin wtedy zrobił pod siebie.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Będzie po stoicku, a przynajmniej od tej stoickości mi toto co poniżej wyszło. Bo niby memento mori, ale, tak z drugiej strony, to jednak fajnie jest żyć. A, żeby żyć, czasami należy uważać. Szczególnie zaś należy uważać w Grudziądzu:


***


Cavere flumen


Zaczyna się w górach od byle tam rzeczki,

co suchą stopą przekroczyć się da,

by dalej – w miarę do morza ucieczki –

objętość wody toczonej przybrać.


W Grudziądzu fest-rzeka, nie żadna już rzeczka:

się chowa Tamiza, Loara czy San;

i tylko opuszków palców czubeczki

od czasu do czasu migają gdzieś tam


w tej już-nie-za-czystej wodzie,

gdzie liczne zwłoki leżą na dnie

tak jak kotwice lub zbyt ciężkie boje…


Ty się nie boisz? Bo ja się boję,

bo niejednego Wisła pogrzebie,

a może kiedyś pochłonie i ciebie?


***


#nasonety

#zafirewallem

@fonfi Nie mam pojęcia czy "piosenka harcerska" to jest komplement czy nie. Szczególnie, kiedy przypominam sobie, jak te piosenki harcerskie były wykonywane.

@George_Stark

 Szczególnie, kiedy przypominam sobie, jak te piosenki harcerskie były wykonywane

Też mam problem żeby sobie to przypomnieć. I niekoniecznie wiek tutaj może być problemem. Ale tak - to miał być komplement.

Zaloguj się aby komentować

Sam się wkopałem, no ale trudno.


Jako zwycięzca zastępczy (wyrób zwycięzcopodobny?) mam zaszczyt otworzyć (i obowiązek zamknąć, ale to dopiero za niecały tydzień, bo zamknę w piątek) LXXXVI edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem !


Ponieważ Koleżnaka-Organizatorka edycji poprzedniej, która obarczyła mnie tym zaszczytem (i obowiązkiem, ale to dopiero za niecały tydzień), nakazała mi przejąć pałeczkę , no to wpisałem w wyszukiwarkę hasło „sonet pałeczka”. Będziemy się bawić pierwszym rymowanym tekstem, który pod tą frazą znalazłem, a będzie to tekst do piosenki pana Andrzeja Rosiewicza o jakże wdzięcznym tytule Poleczka-pałeczka. Zamieszczam tylko fragment, do którego nasze wytwory będziemy układać, podzieliłem go nawet na strofy sonetowe, żeby mi tu jacyś legaliści marudzić nie zaczęli. Gdyby ktoś jednak potrzebował tego tekstu w całości, to można ją sobie łatwo znaleźć w Internecie albo też wysłuchać jej tutaj (polecam!).


Andrzej Rosiewicz

Poleczka-pałeczka (fragment)


Zapraszamy do poleczki,

zapraszamy na trzy-dwa.

Zapraszamy do bajeczki,

bajki, która prawdę zna.


Już zaczyna się poleczka,

zapraszamy wszystkich w tan.

Kto posłuchać chce bajeczki?

Może Pani, może Pan?


W Milicji nie jest źle,

w Milicji, nie nie nie.

To życie dość wesołe,


za życia być aniołem.

Tu na niebieskim chlebie,

tu żyje się jak w niebie.


***


Ci, którzy piszą, zasady znają. Jeśli ktoś miałby ochotę dołączyć (zapraszam!), a zasad nie zna, to proszę albo o nie zapytać, albo je sobie wymyślić i do tych wymyślonych zasad napisać jakiś wiersz – tak też będzie dobrze.


Kończymy, jak to tam wyżej wspomniałem, pierwszego sierpnia, jakoś pewnie wieczorem. Chyba, że zwolnią mnie z roboty, no to wtedy zakończę o jakiejś wcześniejszej godzinie, bo pewnie nie będę miał co robić.





Proszę się dobrze bawić i płodzić, płodzić wiersze! Bo ponoć mamy kryzys. Nie tylko demograficzny.

Zaloguj się aby komentować

Inspiracją do wytworu poniższego rzeczywiście jest sytuacja, kiedy dostałem wiadomość, że Ozzy nie żyje. Rozmowa, jaka została w wierszu przedstawiona również miała miejsce naprawdę, a na dodatek wyglądała mniej więcej tak, jak to zostało tutaj zapisane. Bardzo mocno uderzyły mnie w tej rozmowie słowa, że „Trochę dziwnie żyć w świecie bez Ozzyego. Bo zawsze był.” I tak siedziało mi w głowie to ogromnie trafne spostrzeżenie, siedziało tak mocno, że aż musiałem dać mu ujście. No to daję:


***


When the lights go down

it's just an empty stage.

Okay.


Ozzy Osbourne, Ordinary man





God is dead


Aż drży podłoga, mnie na ciary zbiera

od niskich tonów basu Butlera

i przed ciarami nie umiem się bronić,

kiedy z gitarą wchodzi Iommy.


Później już rozkosz się w pełni rozlewa,

gdy Ty się zjawiasz, żeby zaśpiewać:

mój uśmiech – dosłownie: od ucha do ucha,

kiedy okazję mam Cię posłuchać;

na przedramionach ten dziwny sztorc włosów

kiedy Twój wokal dochodzi do głosu…





… a później wiadomość:

„Ozzy zmarł”.


Nie wierzę.

I pytam: „Żartujesz?”

(Bo zawsze tak się pyta,

choć nigdy się tak nie żartuje.)


I zastanawiam się:

Is God really dead?





Byłeś.

Grałeś niedawno, dwa tygodnie temu.

Mnie tam nie było, dziś myślę: „Czemu?”


Byłeś.

Przy pierwszych winach,

pierwszych dziewczynach,

bo Ty już byłeś,

gdy byliśmy młodzi.


Zawsze byłeś, Ozzy.


***


W tym miejscu chciałem jeszcze bardzo przeprosić pana Billa Warda, pierwszego perkusistę Black Sabbath za to, że go w wierszu nie wymieniłem. Ale tak to już jest na tym parszywym świecie, że, tak jak The Beatles to John Lennon, Paul McCartney, Ringo Starr i „Ten Czwarty”, tak jak załoga Apollo 11 to Neil Armstrong, Buzz Aldrin i „Ten Trzeci”, tak właśnie w mojej głowie wygląda pierwszy skład pierwszego zespołu Ozzyego Osbourne’a, bo nazwisko pana Warda musiałem sobie w Wikipedii sprawdzić.


No a tytuł wiersza jest inspirowany tytułem jednej z wielu moich ulubionych piosenek zespołu Black Sabbath .


***


#wolnewiersze

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Przypomniało mi się, że miałem napisać wiersz o air fryerze, no bo rzeczywiście go kupiłem. Oto więc, wzbijając się na wyżyny sztuki, prezentuję wiersz biały (choć air fryer czarny):


***


Kupiłem air fryera

i moje życie

stało się

jeszcze bardziej leniwe.


***


I z taką myślą radosno-optymistyczną z niecierpliwością oczekuję na zakończenie zabawy sonetowej, bo mam straszną ochotę sobie kogoś po obiedzie utopić.


#wolnewiersze

#zafirewallem

Kupiłem air fryera

i moje życie

stało się

jeszcze bardziej leniwe.

To wyobraź sobie jak rozleniwieni są posiadacze dużych erfrajerów (piekarników) jak np. @AdelbertVonBimberstein

Zaloguj się aby komentować

– „Cóż to by była za edycja, w której ostentacyjnie nie zlekceważyłbym zasad? Toż to nie po chrześcijańsku!” – pomyślałem sobie, no i zasadę dotyczącą tematu w wytworze poniższym postanowiłem całkowicie zignorować:


***


O bezsenności


Czas tak ci wtedy powoli płynie:

– „By Morfeusza kiła trafiła!” –

myślisz, niemal dostając świra

po trzeciej bezsennej w łóżku godzinie.


Owce zliczyłeś już w całej gminie,

na wylot deseń poznałeś firan,

setny wulgarny rzuciłeś wyraz,

no i łyknąłeś melatoninę.


Lecz leżysz i martwisz się snu obsuwą,

i to zmartwienie sen spędza ci z powiek,

a więc w rozpaczy modlisz się: – Boże…


Aż w końcu, gdzieś między trzecią a drugą,

gdy sen już dreptał ci po powiekach

to pies sąsiada – no wziął i zaszczekał.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark


Lecz leżysz i martwisz się snu obsuwą,

i to zmartwienie sen spędza ci z powiek,

a więc w rozpaczy modlisz się: – Boże…


No majstersztyk. Jakbym czytała o swoich bezsennych nocach.

Zaloguj się aby komentować

To będzie truizm, ale obserwacja ludzi bywa fascynująca, a rzeczywistość potrafi napisać takie scenariusze, których chyba nie dałoby się wymyślić, a przynajmniej ja bym nie potrafił. Koleżanka-Organizatorka @Wrzoo zażyczyła sobie, żeby w tej edycji zabawy #nasonety zawrzeć w swoich wytworach motyw śmierci. Zwykle takie życzenia (z większą bądź mniejszą premedytacją) olewam, ale nie tym razem. Tym razem życzenie otworzyło mi w głowie kilka klapek, a to, co spod tych klapek mi się powysypywało, niepokoiło na tyle, że trzeba było jakoś to w sobie uporządkować. W taki właśnie powstał wytwór poniższy, z którego zamierzam się trochę wytłumaczyć.


Mam koleżankę. A raczej miałem, bo od bardzo dawna już się nie widzieliśmy i nie rozmawialiśmy ze sobą i pewnie oboje zmieniliśmy się przez ten czas na tyle, że spotkanie, gdyby do niego doszło dziś, mogłoby okazać się cokolwiek niezręczne. Koleżance tej, już ponad dziesięć lat temu, zmarł partner. Zmarł we śnie, nie wiadomo dlaczego, sekcja zwłok nie wykazała przyczyny. Po prostu rano się nie obudził. Koleżanka przeżyła żałobę, a później zaczęła żyć dalej, znalazła sobie między innymi nowego partnera. Ostatnio mignął mi gdzieś jej wpis z okazji tej smutnej rocznicy, w którym napisała, że być może kocha dwie osoby jednocześnie. Cieszę się, że udało się jej sobie z tym wszystkim poradzić i że wydaje się być szczęśliwą (mam nadzieję, że rzeczywiście jest), a wspomnienie tej koleżanki i jej wpisu to pierwszy z przyczynków do powstania tego co poniżej.


Kolejne przyczynki są już czysto literackie. Pierwszym z nich (a drugim w ogóle) jest chyba mój ukochany wiersz, wiersz pana Stanisława Barańczaka *** / Jeżeli porcelana, to wyłącznie taka . Wiersz, którego moje rozumienie, wraz z moją stopniową zmianą podejścia do świata, bardzo się zmieniło i uważam, że to moje obecne rozumienie go nadaje mu jeszcze większego sensu i prawdziwości. I może to właśnie dlatego podoba mi się on coraz to bardziej i bardziej – czyż odbiorca nie ma prawa ugniatać sobie utworu (szczególnie poetyckiego) tak, jak mu to akurat pasuje? Drugim z kolei utworem, też w temacie, który zadość daje życzeniu Koleżanki-Organizatorki i z którego ukradłem motyw zawarty tak w tytule mojego wiersza, jak i w jednym z jego wersów, jest tekst autorstwa pana Romana Kostrzewskiego, tekst do piosenki Łza dla cieniów minionych , którą to piosenkę pan Kostrzewski wykonywał wraz z zespołem Kat.


Ech. Dłuższy mi ten wstęp wyszedł niż sam wiersz. Może dziś nie mam dnia poety, ale dzień eseisty albo innego felietonisty?


***


Okręt twój płynie dalej


Co wieczór o tej samej godzinie,

kiedy zmęczona już się położyła,

kiedy bezpiecznie się kołdrą okryła,

ty przychodziłeś. Żeby być przy niej.


Mówiłeś jej wtedy, że wszystko minie –

tak jej mówiłeś, gdy się martwiła.

Minęło –dziś już jej nie ma, bo dziś już: była.

A okręt twój? Cóż – dalej płynie.


Wspomnij ją czasem, rano się budząc;

tę pamięć o was pielęgnuj w sobie,

tylko nie cumuj przy tym jej grobie.


Płyń! – być może ku nowym cudom? –

po łez przypływie gdy opadnie rzeka,

podnieś kotwicę! Płyń i nie zwlekaj!


***


Ponieważ dużo pisałem o tym spełnianiu życzenia Koleżanki-Organizatorki, podrzucę jeszcze jeden utwór, który mi się z tematem skojarzył, a który ogromnie mi się podoba, choć to, co autor chciał (tak mi się wydaje) w tekście zawrzeć zrozumiałem dopiero przy którymś kolejnym przesłuchaniu (no i nie odnajduję w nim inspiracji do wytworu swojego, chyba że to jakaś inspiracja bardzo mocno podświadoma). Ale tak piosenka, jak i jej tekst uważam za wyjątkowo piękne, wobec czego chciałem się z Państwem utworem Nad wyraz w wykonaniu pana Marka Dyjaka podzielić.


***


EDIT: Oj, nieładnie się zachowałem wspominając autora słów do jednego utworu, a do drugiego nie. Ten piękny tekst do piosenki Nad wyraz napisał pan Jan Kondrak, z którego twórczością mam ogromną ochotę się szerzej zapoznać.


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark przepiękny, wzruszający sonet i równie wzruszająca geneza. 💛

Z wierszem Barańczaka mam tak, że wracam do niego co kilka lat, i za każdym razem odbieram go inaczej. Trochę jak horoskop, który sto różnych osób inaczej interpretuje pod swoje życie.

Zaloguj się aby komentować

Ście się dzisiaj rozpisali, aż miło! Mam zamiar czytać za chwilę, najpierw jednak obowiązki:


***


Czas jak rzeka


Ta rzeka Wisła, co przez Grudziądz płynie,

(choć jeszcze wczoraj inaczej się wiła),

ta mokra trumna, wodna mogiła –

niejeden w niej zginął. I niejeden zginie.


Opowiem dzisiaj o pewnej dziewczynie,

co się wiślanej wody napiła:

tak piła i piła, aż się utopiła.

A przecież będą i jej następczynie.


Bo czas, jak rzeka, też płynie długo –

ujście znajduje w morzu, nie w grobie.

Morze to wieczność, Grudziądz – jej probierz.


Z tąże grudziądzką więc śmierci żeglugą

będziesz przemierzał wieczność po wiekach:

Grudziądz jak kurant, a czas jak rzeka.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark Piła, więc zginie, w wiślanej botulinie. Ostatnio próbowałem napisać wiersz o topielicy i jedynie mi się taka idea rymu ostała i tu ja zostawię, bo pięknie napisałeś wiersza resztę za mnie choć ja nie i Wiśle, a o Warcie.

@onpanopticon


Ja mam dziś jakiś nastrój zbyt dobry i mi pierdoły do głowy przychodzą, więc chyba lepiej pójdę już spać:


Męczyło zaparcie,

więc kąpiel w Warcie

lekarz zalecił

z ze Śremu Marcie.


Marta uparta:

– Żadna tam Warta!;

Xennę kupiła,

liczyła na farta.


Xenna nie warta

ni piasku ziarnka:

– Ech, głupia Marto,

teraz umarta.

@George_Stark

Składnikiem Xenny są liście senesu,

powinna Marta nie zejść z sedesu,

więc może podczas tego rwetesu,

w aptece pomyłka zaszła ze stresu.


a starczyło wypić kawę z ekspresu...

po cóż od razu spacer do Hadesu.

@splash545 Niedługo będzie tych sonetów więcej niż mieszkańców Grudziądza. Szczególnie, że tych pierwszych przybywa, a ci drudzy ciągle się topią.

Zaloguj się aby komentować

Ech. Tutaj powinno nastąpić moje standardowe starcze narzekanie na brak czasu, ale może tym razem je sobie darujemy – ważne, że opowiadanie udało się skończyć. I to jeszcze na dodatek w terminie!


Prawdą jest to, że na kieleckim Punkcie Wymiany Poezji nie ma zbyt dużego ruchu. Prawdą jest to, że punkt ten zlokalizowany jest na Skwerze Stefana Żeromskiego i że skwer ten znajduje się obok kieleckiej katedry. Prawdą jest, że na tym skwerze jest bezpłatny szalet miejski i prawdą jest też to, że na tym skwerze chętnie przesiadują pijaczki. Prawdą jest to, że kiedy czasami przy okazji tamtędy przechodzę, no to do Punktu zaglądam. Prawdą jest też w tym opowiadaniu kilka innych rzeczy, rzeczy, które dotyczą głównie prozy życia. Resztę opowieści ubarwiłem, zaprzęgając do tego cały dostępny mi romantyzm, ale że nie ma go zbyt wiele, bo przecież romantyzm jest zupełnie niepraktyczny i sprawdza się wyłącznie w literaturze romantycznej, a ja jednak jestem całkowicie praktycznym inżynierem, no to wygląda to wszystko tak, jak wygląda:





Punkt Wymiany Poezji: Kielce


I was looking for love in the strangest places

Uriah Heep, July morning


***


Pomysł od razu wydał mi się uroczy. Miał on w sobie coś tajemniczości, miał coś z romantyzmu, a można było nawet uznać go za pewien rodzaj magii. Bo czyż nie jest magią to, kiedy tak zostawiasz kawałek siebie, a w zamian zabierasz kawałek kogoś innego? Ty go nie znasz, a on nie zna ciebie. Wszystko co masz, to tylko ten kawałek papieru, który ten ktoś tam wcześniej powiesił i te kilka zapisanych na nim słów. Czasami masz jeszcze charakter pisma, o ile ten nieznajomy ktoś zdecydował się napisać swój wiersz ręcznie. Ja tak napisałem.


Zanim jednak powiesiłem swój wiersz, zabrałem czyjś. Kim był ten tajemniczy ktoś, kto tam tę swoją kartkę umieścił? Co skłoniło go do tego, żeby ją tam zostawić? – męczyły mnie te pytania. Z wiersza zapisanego na zabranej przeze mnie kartce nie mogłem wywnioskować wiele. Trudno było mi nawet rozczytać znajdujące się na tej kartce słowa. Deszcze rozmyły litery, zresztą sam papier też poddał się działaniu warunków atmosferycznych – kiedy zdejmowałem go ze spinacza, miejsce, w którym był ściśnięty, ukruszyło się. Nie, to nie tak, że ta kartka się rozdarła. Ona się naprawdę ukruszyła. Widać musiała wisieć tam już bardzo, bardzo długo.


A więc ten kruszący się papier, te parę słów zapisane atramentem o jasnoniebieskim, mocno już wyblakłym kolorze i męczące mnie pytania. I ten charakter pisma. Niepokojący. Tajemniczy. Urzekający. Litery wyraźne, z okrągłymi brzuszkami i pięknymi, długimi ogonkami. Pismo piękne, jak w siedemnastowiecznych dokumentach albo w zeszycie do kaligarfii, który prowadziła moja koleżanka Ilona. Bardzo ładny charakter pisma. Bardzo kobiecy. Ten wiersz musiała zostawić tam jakaś kobieta.


W domu ostrożnie rozprostowałem kartkę starając się nie ukruszyć jej jeszcze bardziej i włożyłem ją za okładkę dumy mojej kolekcji, mojego wydania Cierpień młodego Wertera. Wydania niemieckiego, wydania w języku oryginalnym. Wydania z roku 1832, roku śmierci Johanna Wolfganga Goethego. Goethe ist tot, also ist auch die Romantik tot – tak właśnie wygląda świat po roku 1832. A moją życiową ambicją było tę sytuację zmienić.


***


Skwer imienia Stefana Żeromskiego w Kielcach. Szeroka główna aleja prowadząca do okrągłego placu z Pomnikiem Armii Krajowej, tak bardzo przypominającego swoim kształtem słynny rzeszowski Pomnik Czynu Rewolucyjnego – a może to tylko mnie on się z jakiegoś powodu tak właśnie kojarzy? Wzdłuż alei kasztanowce z niedojrzałymi jeszcze kasztanami opatulonymi w te swoje zielone kolczaste skorupki, które zbrązowieją i zaczną pękać dopiero za mniej więcej dwa miesiące. I jeszcze dwie boczne alejki, którymi można obejść cały skwer dookoła. Jeśli spojrzeć na niego od strony katedry, z ulicy Jana Pawła II, wówczas lewa alejka będzie prowadzić do Punktu Wymiany Poezji. Znajduje się on na murze, kilka kroków przed Zakładem Aktywizacji Zawodowej i bezpłatnym szaletem miejskim. Żeby do tego Punktu dotrzeć, należy zejść z alejki pomiędzy dwiema ławkami i pokonać kilka metrów trawnikiem. Ścieżka nie jest w tamtym miejscu wydeptana.


Kilka pierwszych prób zawieszenia mojego wiersza, które podjąłem, nie zakończyło się powodzeniem. Być może to niewielka odległość od bezpłatnego szaletu miejskiego powodowała, że te dwie ławki, między którymi należało skręcić do Punktu Wymiany Poezji, zdawało mi się, że zawsze były okupowane przez dwóch miejscowych pijaczków:

– Kierowniku! Poratowałbyś może? Tak ze dwa złote chociaż? – początkowo pytali kilka razy dziennie, za każdym razem, kiedy tylko przechodziłem przed nimi tą alejką z zamiarem zejścia z niej i przypięcia wiersza pod ramką.

– Nie mam gotówki, kartą płacę – z jakiegoś powodu usprawiedliwiałem się przed nimi. Robiłem to tak długo, że w końcu przestali mnie o te dwa złote pytać.


Męczyłem się. Z jednej strony miałem silną potrzebę zostawienia tego wiersza w Punkcie. Chciałem poczuć tę magię. Więcej! – chciałem być tej magii częścią! Ten wiersz, który miałem zamiar powiesić, miał być moim zaklęciem, a ja już dobrze wiedziałem, jakie osiągnę tym zaklęciem efekty. Z drugiej jednak strony byłem na siebie zły, a nawet byłem sobą rozczarowany. Powodem tego rozczarowania było to, że nie mogłem zrozumieć w jaki sposób tych dwóch pijaczków przeszkadza mi w tym, żeby to moje postanowienie zrealizować. Należało tylko podejść do ramki i tę kartkę po prostu na niej zawiesić. Oni przecież nie mieli problemu z tym, żeby mnie o te dwa złote natarczywie wypytywać.


Męczyłem się, i to męczyłem się coraz bardziej. Doszło nawet do tego, że miałem kłopoty ze spaniem. Pierwsze promienie słońca wyrywały mnie ze snu. Budziłem się zlany potem i za nic w świecie nie mogłem ponownie zasnąć.


***


Wynurzające się zza horyzontu słońce oświetlało Skwer Stefana Żeromskiego od strony ulicy Wesołej. Promienie wędrowały od Placu Wolności wzdłuż ulicy Mickiewicza i rozbijały się na liściach kasztanowców. Kiedy wiatr poruszał liśćmi, niektóre z promieni docierały aż do złotych kul wieńczących katedralną dzwonnicę i kopułę nawy głównej. Światło odbijało się od tych kopuł, a ja miałem wrażenie, jak gdyby te kule były oświetlone od dołu. Jak gdyby światłość miała swoje źródło w ziemi.


Poniedziałkowy poranek był chłodny i wilgotny. Jak na lipiec było nawet bardzo chłodno: kiedy przyspieszyłem kroku podążając w kierunku ramki, z ust zaczęła wydobywać mi się para. Powodem tego mojego przyspieszenia kroku było to, że ławki przed ramką były puste. Nikt na nich nie siedział. Widocznie dla pijaczków było jeszcze zbyt wcześnie. Wykorzystując okazję, powiesiłem więc swój wiersz i rozentuzjazmowany wróciłem do domu. W domu od razu zachciało mi się spać. Położyłem się wtedy do łóżka i zasnąłem jak niemowlę.


***


– Jego nie pytaj, on i tak powie, że ma tylko kartę – powiedział jeden pijaczek do drugiego, wkładając wiele wysiłku w to, żeby upewnić się, że jego szept zostanie przeze mnie usłyszany.

Przez kolejne dwa tygodnie od tego dnia, kiedy powiesiłem na ramce swój wiersz codziennie przechodziłem przez skwer kilkukrotnie, zawsze niby to przypadkiem. Za każdym razem zastawałem ten sam widok: pijaczki siedzące na ławce i kartka wisząca na ramce dokładnie tak, jak ją tam zostawiłem. Za każdym razem byłem tą kartką trochę bardziej rozczarowany, a może nawet czułem się coraz bardziej zawiedziony.

– „No cóż: Kielce nie są miastem poetów” – pomyślałem. – „A jeżeli już nawet w jakimś stopniu są, no to jest to raczej poezja w rodzaju u_ap-bam-beluba-uap-bem-boo_* czy innego jebać mi się chce**. No trudno. Czego ja się w ogóle spodziewałem? Że ktoś mnie tutaj doceni? Przecież oni sobie na mnie w ogóle nie załużyli!” – w taki właśnie sposób próbowałem racjonalizować sobie całą tę przykrą jednak sytuację.


***


Czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko.*** – zgodnie z tym bolesnym credo romantyków, tęsknota serca, niestety, wygrała u mnie z potęgą rozumu. Problemy ze snem wróciły. Znów budziłem się wczesnym świtem, znów pidżama była mokra od potu.


– „Dwa tygodnie to przecież mnóstwo czasu. Powinna była już dawno się pojawić” – myślałem, przewracając się z boku na bok. Obracałem tę myśl w głowie i analizowałem ją na wszystkie możliwe sposoby. Spędziłem z tą myślą tyle czasu, że już dokładnie wiedziałem jak wygląda ta moja Lotta, która kiedyś powiesiła swój wiersz w ramce. Ten wiersz, który ja później zabrałem, który przeczytałem i który doceniłem, bo przecież trzymałem go w najcenniejszym egzemplarzu z mojego obszernego zbioru poezji romantycznej. Ta Lotta, która teraz powinna teraz znaleźć moją na swój wiersz odpowiedź. – „Coś się widocznie musiało stać” – przyszło mi do nagle głowy i, przejęty tą myślą, poderwałem się z łóżka. Ubrawszy się w cokolwiek, popędziłem na skwer. Chciałem coś zrobić. Musiałem coś zrobić. Musiałem coś zrobić żeby ratować moją Lottę. Nie wiedziałem tylko co.


***


Spinacz pod ramką był pusty.

– „A więc jednak! Wystarczyło tylko wykazać się odrobiną cierpliwości!” – uradowałem się.

– Kierowniku! Poratowałbyś może tak ze dwa złote? – dobiegł mnie głos jednego ze znajomej mi już dwójki pijaczków, którzy zmierzali w kierunku swojej ławki. Wyglądali na mocno zaspanych, w dodatku zaspanych snem trudnym po wczorajszym trudnym wieczorze. Być może właśnie dlatego tym razem nie udało im się mnie poznać.

– Mam tylko piątkę – odpowiedziałem.

– Jak dla mnie to może być. Ja tam się wcale na piątkę nie obrażę.


***


Kolejne dwa tygodnie. Dwa tygodnie nerwowego oczekiwania. Dwa tygodnie problemów ze snem. Dwa tygodnie: czternaście dni. Dwa tygodnie: trzysta trzydzieści sześć godzin i niezliczona ilość piątek, którymi musiałem obdarować pijaczków, bo po pierwszym razie jakoś głupio mi było im odmówić.

– Ty to, młody, coś tak wyglądasz mi na jakiegoś przygnębionego – w rozpoczynający trzeci tydzień oczekiwania poniedziałek, po odebraniu swojej piątki, zagaił mnie jeden z nich. – Klapnij se tutaj z nami na chwilę, łyknij se, to, co to by tam nie było, to zaraz ci przejdzie. Zresztą, i tak przydałoby mi się jakieś towarzystwo, bo z niego to na razie żadnego pożytku nie będzie.


Faktycznie: drugi z pijaczków chrapał przewieszony przez oparcie ławki. W taki właśnie sposób rozpoczęła się moja znajomość z Jurkiem i Markiem, bo takie imiona nosili ci dwaj pijaczkowie.


– Aaa! Czyli o kobietę ci się rozchodzi! – skonstatował Jurek, wysłuchawszy mojej historii przerywanej od czasu do czasu co głośniejszymi chrapnięciami Marka.

– Nie tylko że o kobietę, ale też i o poezję. Przede wszystkim o poezję! – bełkotliwie przyznałem się Markowi do mojego pisania wierszy. Przyznałem mu się do czegoś, do czego jeszcze nigdy nikomu się nie przyznałem, bo trochę się tego wstydziłem, a trochę byłem przekonany, że świat nie doceni mojego geniuszu i że wcale na niego nie zasłużył, ale to wino truskawkowe, którym dzielił się ze mną Jurek, proporcjonalnie do odbieranych mi zdolności dykcyjnych dodawało mi odwagi.

– A to nie na jedno wychodzi? – zapytał Jurek i opowiedział mi swoją historię:


– Kiedyś też byłem z kobietą – powiedział – wtedy zresztą i ja pisałem wiersze. No ale z kobietami to już jest tak, że zawsze, ale to zawsze, muszą znaleźć sobie coś, co im będzie przeszkadzać. Tej mojej na przykład przeszkadzało, że gnije mi lewa górna ósemka. Jeden ząb, wyobrażasz to sobie?! Trzydzieści pięć zębów zdrowych! Trzydzieści pięć, no bo jeszcze dziewiątki mi wyrosły, taki jestem wyjątkowy, a tylko jeden chory i to właśnie tego chorego musiała się uczepić! Jakby nie mogła sobie jakiegoś innego wybrać…

– No ale co dalej? – dopytywałem się kiedy Jurek, popadłszy w jakieś przygnębienie, zawiesił się na swoim wspomnieniu.

– A… No dalej to już normalnie – kontynuował pociągnąwszy z butelki solidny łyk dla otrzeźwienia. – Wiesz, młody: złamane serce, człowiek młody, głupi, a jeszcze naczytał się tych romantycznych pierdów od Goethego czy innego Mickiewicza, no to chciał być jak jeden z tych cierpiących bohaterów. Ja na przykład chciałem być jak Werter. Kupiłem sobie biurko, niebieski płaszcz i żółtą kamizelkę i nawet chciałem zrobić pozwolenie na broń, no ale dwa razy egzaminu z Glocka nie zdałem. Ten niezdany egzamin podłamał mnie jeszcze bardziej i długo zastanawiałem się jaki inny rodzaj śmierci sobie wybrać. I tak sobie wymyśliłem wtedy, że skoro nie mogę być jak każdy, no to zrobię tak, jak nikt jeszcze nie zrobił. No i szukałem takiego rodzaju śmierci samobójczej, jakiego żaden z bohaterów romantycznych nie wybrał. No i nie znalazłem nikogo, kto by się utopił. No i wtedy pojechałem do Grudziądza…

– Nad Wisłę?!– zapytałem przejęty zgrozą.

– Nad Wisłę – z kamienną miną odpowiedział Jurek.

– I żyjesz?!

– No, jak widać żyję. Ale miałem kupę szczęścia. Stamtąd podobno mało kto wraca. W zasadzie to nie słyszałem o nikim, kto by stamtąd, znad Wisły, wrócił. Przynajmniej żywy. A mnie się udało. Ale wiesz, to właśnie tam poznałem Marka – Jurek wskazał na wciąż chrapiącego kolegę. – Jego też wtedy zostawiła kobieta. Nie umiał kiełbaski prawidłowo na ognisku upiec, czy coś takiego… Dokładnie to nie pamiętam o co im tam poszło, on zresztą chyba też już nie. No ale on był mądrzejszy ode mnie. Od dawna był już wtedy stoikiem, więc nie bardzo się tym jej odejściem przejął. Tyle, że psa mu wtedy zabrała i pająki, choć ustalenia na wypadek rozwodu mieli inne. No i tego psa i tych pająków to mu jednak szkoda było. Zresztą, pies później wrócił. Pamiętam, jak kiedyś w obozie…

– No ale co dalej? – spytałem, bo Jurek znów zawiesił na wspomnieniu, choć tym razem nie do końca na swoim.

– No to właśnie mówię. Dalej to już było życie jak Rzymie w pierwszym wieku naszej ery. Wiesz, Marek miał jakiś tam swój pomysł na życie, nie to co ja. Marzyło mu się założyć obóz stoicki. No i taki obóz w Grudziądzu założył, i zatrudnił mnie w nim jako swojego przydupasa. I tak sobie w tym obozie przez kilka lat spokojnie czekaliśmy na śmierć, ale w końcu najechali nas epikurejczycy. I, jakby chcieli nam zrobić na złość, wcale na nie zabili, tylko zburzyli nam ten nasz obóz, a na jego miejscu założyli park rozrywki…

– I? – kolejny raz musiałem przywołać Marka do rzeczywistości.

– No i zapytałem Marka „Co dalej?”, kiedy tak patrzyliśmy na tych epikurejczyków, głośno radujących się na ruinach naszego spokojnego niegdyś obozu. Marek powiedział, że w sumie to teraz jest mu już wszystko jedno i, nie mając lepszego pomysłu, wyruszyliśmy wzdłuż Wisły. Szliśmy pod prąd, chcieliśmy dotrzeć do źródeł. Jak filozofowie. W taki właśnie sposób trafiliśmy do Kielc, a kiedy znaleźliśmy w tych Kielcach martwego bociana z wypchanym portfelem pod skrzydłem, no to trochę za bardzo zabalowaliśmy. Widać udzielił się nam ten epikureizm i przepuściliśmy w ten sposób cały ten niespodziewany przypływ gotówki w ciągu jednego wieczora no i w końcu usnęliśmy tutaj, na tym właśnie skwerze. Kiedy się obudziliśmy, zauważyliśmy, że Wisła w nocy po raz kolejny zmieniła swój bieg, a nam już się nie chciało jej wtedy szukać i wówczas stwierdziliśmy, że skoro nie mamy już za czym podążać do źródeł, no to równie dobrze możemy w tych Kielcach zostać. No i tak zostaliśmy i teraz sobie tutaj jesteśmy.


***


Marek obudził się o godzinie jedenastej.

– Głodny się robię – powiedział.

– Według ciebie to można by regulować zegarek – odparł Jurek, po czym zwrócił się do mnie: – Idziemy, młody, na obiad, bo o jedenastej trzydzieści tutaj obok michę dają. Idziesz z nami? – zapytał, kiedy właśnie miałem zamiar ciągnąć go za język w sprawie tego, jak to było u niego z poezją, bo do tej pory opowiedział mi wyłącznie o swojej kobiecie i o tej kobiety w jego życiu następstwach.

– Nie, dzięki. Nie jestem głody. Trochę sobie jeszcze tutaj posiedzę – odmówiłem, ponieważ po tym winie truskawkowym bardzo kręciło mi się w głowie.

– A jakiejś piątki byś może jeszcze nie znalazł? Bo, wiesz, jak będziemy wracać, no to byśmy coś tam jeszcze może kupili. Bo to się właśnie skończyło – powiedział Jurek, po czym pociągnął ostatni, solidy łyk o objętości jednej czwartej litrowej butelki, którą następnie kulturalnie umieścił w koszu przeznaczonym na szkło.


***


Zmieniłem ławkę. Niepewnym krokiem przedostałem się przez trawnik, jeszcze mniej pewnie wspiąłem się na niski murek okalający centralny plac Skweru Stefana Żeromskiego, po czym spełzłem z jego drugiej strony i, z trudem przechodząc przez plac, zająłem miejsce po jego drugiej stronie. Miałem stamtąd doskonały widok na znajdującą się dokładnie naprzeciw mnie wiszącą na murze ramkę.


Pojawiła się nagle. Zatrzymała się na alejce dokładnie naprzeciw mnie. Stanęła pomiędzy ławkami. Nawet na mnie nie spojrzała. Patrzyła prosto w kierunku ramki.

– „Boże! Boże! Żeby tylko to nie była ona!” – pomyślałem i natychmiast przetrzeźwiałem. Przed ramką stała kobieta w wieku co najmniej osiemdziesięciu lat. Była lekko przygarbiona, ledwo powłóczyła nogami, a te resztki siwych włosów, które zostały jej jeszcze na głowie były mocno przetłuszczone i rozrzucone w zupełnym nieładzie. Kiedy zawiał wiatr, dobiegł mnie zapach potu, moczu i lawendy. Mimo zbliżającego się lipcowego południa ubrana była w futro. Futro miało widoczne nawet z tej sporej odległości, która nas dzieliła, dziury – widać lawenda, którą zapewne trzymała w szafie, niewiele jej pomagała. – „Uff…” – odetchnąłem, kiedy okazało się, że staruszka wcale nie spoglądała na Punkt Wymiany Poezji, ale na swojego pinczera, który zdecydował się murek, na którym zawieszona była ramka, oznaczyć jako swój. Na całe szczęście, po załatwieniu przez psa potrzeby, właścicielka oddaliła się zabierając go ze sobą. Nie lubię tych małych szczekających szczurów – był to więc kolejny minus tej mojej, całe szczęście że potencjalnej, Lotty.


Jurek z Markiem długo nie wracali. Siedziałem więc samotnie na ławce przyglądając się kolejnym kobietom przechodzącym obok ramki. Niejednokrotnie serce, to serce, które tak mocno biło mi na myśl o mojej Lotcie, podchodziło mi podczas tych obserwacji do gardła. Działo się tak dlatego, że żadna z kobiet, które tamtego poniedziałku widziałem na skwerze, nawet odrobinę nie przypominała mojej Lotty. Ogarniało mnie przerażenie na samą myśl, że któraś z nich mogłaby moją Lottą choćby spróbować zostać.


Drugą kobietą, która przeszła alejką zaraz po właścicielce pinczera była damulka na szpilkach i w zbyt obcisłej niby-to-skórzanej spódnicy. Na zadartym nosie nosiła ciemne okulary, a na głowie miała fryzurę typu „chcę rozmawiać z kierownikiem”.

– „Z taką babą to byłyby tylko same problemy. Po co mi jakieś wieczne pretensje? Jej to przecież zawsze coś nie będzie pasować” – pomyślałem z ulgą, kiedy minęła ramkę, nawet na nią nie spojrzawszy. Spojrzała za to na panią futrze, kiedy wyprzedzała ją, spiesząc się zapewne na jakieś superważne spotkanie, na którym będzie mogła wcielić w życie swoją przebojowość i okazać swoją niezależność. Na staruszkę z psem spojrzała z pogardą. – „Nie szanuje innych” – pomyślałem i to był kolejny jej minus, który tylko utwierdził mnie w słuszności podjętej właśnie przeze mnie decyzji.


Później przechodziła jeszcze dziewczyna w wieku w sam raz dla mnie, ale zbyt tłusta i w dodatku w legginsach, które bardzo niegustownie opinały jej tłuste jak balerony nogi. Po niej pojawiła jakaś laska wymodelowana i wypindrzona tak, że zastanawiałem się, czy to jeszcze człowiek, czy już reklama jakiejś fuzji branży kosmetologii i medycyny estetycznej z dodatkiem przedsiębiorstw odzieżowych. Zresztą, ile czasu musiała poświęcać każdego ranka na wykonanie takiego makijażu! Czasu, który porządna kobieta powinna wykorzystywać na przygotowanie pożywnego śniadania dla swojego mężczyzny.


Następna przechodziła dziewczyna w nijakich szaroblondowych włosach upiętych w skromny kucyk. Kolor jej włosów doskonale komponował się z szaronijakim kolorem cienkiego rozpinanego swetra, który miała na siebie narzucony.

– „Nie no, taka to też nie. Taka to tylko przy zgaszonym świetle, wyłącznie po bożemu, zawsze pod kołdrą i z koszulą nocną podwiniętą wyłącznie tyle, ile jest to absolutnie konieczne.”


Później pojawiły się jeszcze dwie roześmiane siksy – jedna brunetka z dość przyjemną twarzą, ale z figurą w kształcie gruszki, figurą, która zupełnie mi nie odpowiada, w dodatku ubrana w zieloną koszulkę, a ja bardzo nie lubię zielonego i jej ruda przyjaciółka, całkiem nawet niezła. Ale cóż z tego, że niezła, kiedy, wnioskując ze sposobu w jaki rozmawiała z brunetką, wszystkie nasze prywatne sprawy byłyby natychmiast wynoszone na zewnątrz.


I przeszło tamtego poniedziałku przez skwer Stefana Żeromskiego w Kielcach jeszcze kilka innych kobiet, ale każda z nich miała w sobie coś, co dyskwalifikowało ją jako moją potencjalną partnerkę. Żadna z nich nie mogła być moją Lottą.


Cierpiałem więc. Cierpiałem z każdą odchodzącą spod ramki zmarnowaną szansą, cierpiałem z każdym krokiem tych oddalających się kobiet. Cierpiałem z każdym ich krokiem, z którym razem z nimi oddalała się nasza wspólna szczęśliwa przyszłość, bo żadna z tych oddalających się kobiet nie była taka, jaką być powinna.


***


Na skutek tego cierpienia, jak u każdego prawdziwego romantyka, obudził się we mnie nastrój. Nastrój przygnębienia, a może nawet głębokiej depresji. Nastrój, z którym, jak każdy prawdziwy poeta, umiałem poradzić sobie tylko w jeden sposób. Wyciągnąłem więc zeszyt, który zawsze noszę przy sobie na wypadek nagłego przypływu natchnienia i zapisałem w nim co następuje:


Lotto, moja droga Lotto!

Życie moje – grząskie błoto:

ranek wita ciemną grotą,

puste dni są mi Golgotą,

wieczór jak walka z Gołotą…


Jakże sprostać mam kłopotom?

Jak zamienić ołów w złoto? –

bo kobiety ze ślicznotą

odrzucają mnie głupotą,

ale te z rozumu cnotą

odrzucają mnie brzydotą.


A więc gryzę się zgryzotą,

choć bym zrobił wszystko po to

żeby przestać być sierotą

miłości.


;


Lotto! Moja droga Lotto!

Przyjmij! Przyjmij mnie z ochotą!

Uracz! Uracz mnie pieszczotą!

Ja uraczę ciebie strofą –

tego pragnę! Ale: co to?!


Życia mnie realia zgniotą:

szansa, by cię spotkać Lotto,

mniejsza niż na szóstkę w Lotto.


Po napisaniu przeczytałem ten wiersz jeszcze kilkukrotnie i byłem z niego bardzo zadowolony. Później wyrwałem tę kartkę, na której go zapisałem, ostrożnie złożyłem ją na pół i zawiesiłem pod ramką.


***


– A oto jest i nasz poeta! A my tutaj mamy natchnienie! – wykrzyknął Jurek wyciągając w górę jeszcze nie otwartą butelkę wina truskawkowego, kiedy po obiedzie, w towarzystwie Marka, zmierzał w kierunku ławki, na której pogrążony w smutku czekałem sam nie wiem na co. Być może nawet na nich. Czekałem więc, w dalszym ciągu jednak z jeszcze nie do końca umarłą nadzieją obserwując, czy nagle nie pojawi się pod ramką moja Lotta żeby zabrać ten mój wyraz rozpaczy przelany przeze mnie dla niej przed chwilą na papier.


Jurek z Markiem usiedli na ławce obok mnie.

– Daj, to odbiję – powiedział Marek wyciągając rękę w kierunku wina. – Coś mnie suszy po tym obiedzie. Chyba przesolili.

– Czekaj! – wykrzyknął Jurek cofając rękę, w której dzierżył płynne różowe natchnienie. – Metabolizm się we mnie odzywa. Zaraz wracam, bo to niezdrowo tak spożywać z pełnymi jelitami.


Następnie Jurek wstał i udał się w kierunku pobliskiego bezpłatnego szaletu miejskiego. Drzwi nie zdążyły się jeszcze za nim do końca zamknąć, kiedy otworzyły się ponownie, a w otworze drzwiowym ukazała się jego wściekła twarz.

– Noż k⁎⁎wa! – wykrzyknął. – To miasto schodzi na psy! Nie dość, że cała poezja w tym mieście ogranicza się do uap-bam-beluba-uap-bem-boo czy innego jebać mi się chce, to jeszcze w sraczach nie mają papieru! No i co ja mam teraz uczynić?

– A, ostatnio też tak miałem – spokojnie odezwał się wtedy Marek, którego, jako stoika, nawet takie tragedie nie wzruszały. – Ale trzeba sobie jakoś w życiu radzić. Ja poradziłem sobie w taki sposób, że jakiś kretyn, tutaj na murku, zaraz obok, przypina z jakiegoś powodu jakieś kartki, no to sobie taką kartkę wziąłem. Nawet miękki ten papier i całkiem przyjemny w dotyku, tylko trzeba go najpierw trochę w rękach potarmosić.


***


* – Liroy, Scoobiedoo Ya;

** – Liroy, ...A J⁎⁎ać Mi Się Chce!!!;

*** – Adam Mickiewicz, Romantyczność;


***


#naopowiesci

#zafirewallem


3524 słowa, dwie redakcje i już więcej nie robię; za ewentualne błędy, niezgrabności i nieścisłości przepraszam.


I dziękuję.

@George_Stark No takiego końca to się nie spodziewałem. Różne mi się w trakcie czytania koncepcje rodziły, ale na tę strzelbę na ścianie to nie zwróciłem uwagi, chociaż Szanowny Pan Autor kilka razy ją w kadrze umieścił. Ale to świadczy tylko o tym, że umieścił ją tam po mistrzowsku.


Tak więc uśmiałem się.


I nawet refleksję mam po tej lekturze, a o to chyba chodzi w literaturze (o, nawet się zrymowało). A refleksję mam taką, że teraz nie wiem czy ten cały interes z poezją to przypadkiem nie jest po prostu do d⁎⁎y.

@fonfi A może właśnie to jest ten trud i to powinien być motyw przewodni poezji dzisiejszych czasów. Może to ostatnie pokolenia prawdziwych wierszokletów, którzy nie dostają już tyle atencji co niegdyś i muszą iść pod prąd, aby w tym trwać. Wszak w niedalekiej przyszłości ejaj najprawdopodobniej już całkowicie dobije tę formę i człowiek musiałby pisać "na żywo", aby odbiorca był pewien, że autor faktycznie autorem jest, a nie tylko twarzą dla generowanych krzemowo wypocin.


Poeci szukali nonkonformistycznych kierunków od zawsze, a dziś pisanie wierszy stało się buntem samym w sobie. Nie wiem jak tobie, ale mnie to akurat bardziej zachęca żeby próbować. Bo jest w tym coś buntowniczego i wywrotowego Tak stawiając sprawę, to i mnie naszły chęci żeby coś napisać, jako terminujący juniorwriter w tym umierającym klubie czeladników słowa Jeszcze poezja nie zginęła, póki... ( ͠° ͟ʖ ͡°)

@onpanopticon NIECH ŻYJE BOJÓWKA #zbuntowanipoeciigrafomanikawiarniizafirewallem !!! (dłuższego tagu nie dałem rady wymyślić )

@George_Stark Coś mi w pewnym momencie zaświtało, że z tym może się wiązać zakończenie (nie spojleruję) Aczkolwiek widać, że pisarz doświadczony, bo zgubił mój trop myślowy i tym mocnym przybliżeniem ich postaci zbił całkowicie z pantałyku.


Super się czytało.


Nawiasem, to zabawne, że wiersz który dałeś w środku opowiadania, jest zdecydowanie jednym z fajniejszych jakie ostatnio dane mi było przeczytać. Może dlatego właśnie, że był tylko częścią, że był wpleciony, a nie był zarówno pisany, jak i czytany samotnie.


Kawał dobrego czytadła. Lubię też taką formę "znów zawiesił na wspomnieniu, choć tym razem nie do końca na swoim." użytą w odpowiednim momencie. Oczytanie widać jak na dłoni


Koniec końców tylko dodam, że surowa ta "laurka" dla kieleckich kobiet i ich powabu intelektualno-wizualnego xDD

@onpanopticon

surowa ta "laurka" dla kieleckich kobiet i ich powabu intelektualno-wizualnego

O jak ładnie to ująłeś xD

@fonfi


I nawet refleksję mam po tej lekturze, a o to chyba chodzi w literaturze (o, nawet się zrymowało). A refleksję mam taką, że teraz nie wiem czy ten cały interes z poezją to przypadkiem nie jest po prostu do d⁎⁎y.


Cieszę się, że taka refleksja Pana naszła (proszę pozdrowić żonę). Cały ten tekst miał być taką właśnie konstatacją zupełnego bezsensu tego, co tutaj (ale i przy tych ramkach) robimy. Co nie jest, oczywiście, żadnym argumentem za tym, żeby przestawać to robić.


@onpanopticon


Koniec końców tylko dodam, że surowa ta "laurka" dla kieleckich kobiet i ich powabu intelektualno-wizualnego xDD


Patrz, a zamiar był zupełnie inny! To zawsze jest bardzo ciekawe dowiadywać się, jak bardzo zamiar różni się od odbioru.


EDIT:

A co do wiersza, to dziękuję, choć mocno starałem się żeby był możliwie jak najbardziej mizerny literacko.


***


Dziękuję, chłopacy, za miłe słowa, za refleksje i uwagi, bo to nie tylko cenne na przyszłość, ale i przyjemne tak je sobie przeczytać z raniacza.

@George_Stark Możliwe, że właśnie te starania, aby wyszedł mizerny lieracko, sprawiły że wyszedł taki nienachalny i zwiewny


Ciężko takie coś określić, ale nieraz właśnie jak tej pretensjonalności słownej jest mniej, jak nie ma aż tak wielkiej uwagi poświęconej, to wyjdzie przyjemniej. Może i nie jest pisarsko wybitny, ale dla mnie ma w sobie taką iskrę, takie po prostu "coś", "odpowiedniość"

Zaloguj się aby komentować