Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 746wpisy
  • 3812komentarzy

No jak ping-pong, to niech będzie ping-pong. Skoro dostałem piłeczkę od kolegi @fonfi, to wypadałoby ją odbić. Więc odbijam:


***


Proszę ja Ciebie


Kiedyś napisał, że się nań żona

spode łba patrzy, gdy pisać zaczyna,

gdy licząc sylaby palce wygina

w noc późną czasem – przy rozsuniętych okna zasłonach.


Pomimo tego: on tonie w rymach,

nawet gdy szkoła maturą majona,

gdy dziecku stresy pomaga pokonać,

to coś tam skrobnie. I poziom trzyma.


I za to właśnie należą się brawa,

bo w życiu (a życie to całkiem poważna sprawa)

dobrze jest mieć coś tak dla siebie.


Dziękuję, kolego, za rymy Twoje

i w naszej lidze (przyznajmy: oldboje)

na więcej liczę. Proszę ja Ciebie.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark Ale ta "szkoła maturą majona" no to po prostu piękna jest. W ogóle całość jest wspaniała, ale skąd ty wiesz, że ja na palcach zgłoski liczę??

Zaloguj się aby komentować

Z obawy przed tym, że w przeciwnym wypadku mógłbym kiedyś skończyć w Wiśle, postanowiłem spełnić zachciankę naszego kolegi-organizatora i zastosować się do zaproponowanych przez niego zasad. Nie byłbym jednak sobą, gdybym tych zasad nie wykorzystał przeciwko niemu:


***


Żeby się bawić naprawdę dobrze, należy zawsze pamiętać o zabezpieczeniu


Kiedy @moll do mnie ścinę wykona,

to cóż mam zrobić? – też będę ścinał.

A że jest ze mnie gracz-świnia

to piłka nasza, poezją natchniona,

niech nad Grudziądzem się znów zatrzyma.


Edycja ta sprytnie jest wymyślona,

choć w żaden sposób nie zabezpieczona,

że w tego, co był już, nie można znów ścinać.


Więc chciałem Splasza, naszego owada,

wywołać: niechże do biurka siada

niech coś pomyśli, podrapie się w ciemię,

i znów hurtowni otworzy podwoje!


I tylko jednej rzeczy się boję:

że tak ścinając, ścinam do siebie.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Miało być na kolejną edycję, ale pomysł koleżanki @moll okazał się na tyle niepokojący twórczo, że nie mogłem się powstrzymać. W ten oto sposób wątek wizyty Cthuluhu w Grudziądzu zakończył się równie szybko, jak się zaczął, no ale trudno. W kolejnej edycji będę kombinował coś innego.


***


Wypróżnienie potwora


Długo ściśnięta żołądka błona

się od śniadania boleśnie napina,

perystaltyka działać zaczyna,

ścianka zwieracza już podrażniona.


Wolno, wolniutko – niemalże jak ślimak

moc trzewi została tam uwolniona,

niejeden w Grudziądzu od tego skonał,

niejedno ciało nurt Wisły otrzymał.


Zaś Cthulhu długo nie mógł był siadać,

znowu się w tonie Wisły zapada –

potworne było to wypróżnienie!


Coś trzeba było zrobić z tym gnojem:

budowniczowie mozołem swojem

tam Wieżą Klimek zwieńczyli wzniesienie.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark Jak żadne wydawnictwo w tym kraju się na cyklu Grudziądzkim nie pozna, to ja się tutaj zobowiązuję wydać "Sonety Grudziąckie" we własnym zakresie!

Zaloguj się aby komentować

Po pierwsze, to piękne zasady nam kolega-organizator wymyślił! – gratuluję inwencji.


Po drugie to, jak to nasz kolega-mędrzec kiedyś napisał (i tylko przypadek sprawia, że kolega-organizator i kolega-mędrzec to ta sama osoba), a ja zapamiętałem: ty masz prawo wymyślić sobie zasady, a my mamy prawo mieć je w dupie, to do mądrości się zastosowałem i piłeczki posłanej mi zgodnie z zasadami tej edycji w tym wierszu nie odbijam, no bo wiersz te jest kolejną odsłoną Cyklu Grudziądzkiego.


Obiecałem Państwu Cthulhu, no to niech będzie o Cthulhu. Jest to jednak nasz Cthulhu: polski, biało-czerwony, jak Wisła zanieczyszczona zanieczyszczeniami azotowymi i olejem opałowym. A skoro jest to Cthulhu nasz, polski, no to jak Polak: głodny, to zły (i mądry po szkodzie, i tak dalej). No i dumny jestem z siebie, że udało mi się w ostatnim wersie połączyć to wszystko z motywem przewodnim naszej Kawiarni, który, z jakiegoś zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu, dawno się w mojej twórczości nie pojawił.


Proszę bardzo:


***


Przebudzenie potwora


Jak ośmiornica – acz podkurwiona,

albo Lewiatan, który w głębinach

głowy szczękami ludziom ucina.

Może zły jeszcze – trochę jak żona.


Przez wieki kimał, lecz już nie kima.

Głodny – skurczona żołądka błona,

śniadania jakiegoś by sobie dokonał:

z Wisły wypełzła wodna gadzina.


Prześledźmy jego trasę po śladach:

przez Grudziądz pełznąc, ludzi tam zjadał,

a w jego żołądku był chyba tasiemiec,


bo na przystawkę zjadł dwudziestu troje:

– Oj, Cthulhu! – chory jest z ciebie pojeb

i teraz będziesz miał zatwardzenie.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Chciał zrobić zupę z kawałka drutu

Kunszt doskonalił w czeluści kambuza

Lecz w d⁎⁎ie mu tkwiły kawałeczki śrutu

I tam też ukryta różowa meduza ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Tragiczna pomyłka kucharza krótkowidza


Bosman wziął raz pęki drutu,

Poszedł z nimi do kambuza.

Dostał zaraz paczką śrutu

Bo był jak meduza.


Hej ha, kolejkę nalej...

Po sztormie maszt się trzyma na kawałku drutu

Ster nam urwało i woda się leje do kambuza

Na dno poszedł ładunek stalowego śrutu

A kapitan w łeb dostał i mózg ma jak meduza.

Zaloguj się aby komentować

A, niech będzie jeszcze jeden, skoro już mam dziś dzień podkradania cudzych pomysłów:


***


Akomodacja oka


Tak jak ulotki chcę łapać chwile:

piękne jak biust Baśki, pod żaglami statki,

ulotne jak w kinie ruchome obrazki;

i myślę, że więcej już się nie pomylę,

że nie ulecą mi już piękne chwile,

że nie wykażę się ócz niedostatkiem

by nie przeoczyć chwil choć przypadkiem.


A niechby tam sobie cokolwiek mówili:

że szaro, że smutno, że źle, że ciężko;

ja szkło różowe przed oko swe wstawię

i choć na chwilę, lecz dojrzę gdzieś piękno,

bo akomodacją wszystko naprawię –

kiedy czas zły i smutny się dłuży i dłuży

szukanie piękna mnie jakoś nie nuży.


***


#nasonety , choć to przecież nie sonet

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Tytuł ukradziony od pana Wellsa, motyw od pana Lovecrafta: napisane – więc fajrant, pora na CS-a.


No, jeszcze motyw wędrówki suchą stopą po dnie, ukradziony z biblii (czyli świętokradztwo!), który – wydaje mi się – jak najbardziej pasuje do obecnej sytuacji hydrologicznej w Polsce. A może i nie tylko hydrologicznej? Choć żadnego kandydata na naszego biało-czerwonego, polskiego Mojżesza niestety nie widzę, tak jak i nie słyszałem też o żadnej nowej Ziemi Obiecanej, no bo sprawa Madagaskaru dawno już chyba została zamknięta:


***


Śpiący się budzi


Ekologowie stanęli w sile:

„Że w Wiśle łachy, że jakieś piaski,

że zagrożony gatunek rzadki,

że pewnie zniknie zaraz. Za chwilę”.


Więc do asfaltu się przykleili,

gdy brakło miejsca – jeszcze do ławki;

a nic im drzewa czy jakieś kwiatki –

na wodnym stworzeniu swe siły skupili.


A Grudziądz nękany był suchą udręką,

spacery po dnie – jak w Żydów wyprawie,

i było w Grudziądzu naprawdę cienko


bo bez topielca rok był już prawie,

więc Grudziądz powoli zaczął się nudzić

i właśnie wtedy Cthulhu się zbudził.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Czasami (często nawet) mam tak, że budzę się z jakimś pomysłem. Tak było też i dziś, więc – choć miałem zupełnie inne plany – musiałem usiąść i to, co poniżej zamieszczam, napisać, bo takie pomysły zwykle nie dają mi spokoju. Pomysł dzisiejszy nie różnił się pod tym względem od innych pomysłów tego typu i też nie dawał mi spokoju, więc zupełnie nie mogłem się skupić na tej niezwykle ważnej sprawie, jaką niewątpliwie jest podbijanie świata – na dzisiaj miałem bowiem zaplanowaną grę w Cywilizację.


Miłej lektury!


===


Wanda


Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, żyła sobie pewna Wanda co Niemca nie chciała. To jej niechcenie Niemca nie ma w tej historii żadnego znaczenia, ale wspomnieć o nim warto, choćby ze względów patriotycznych.


Ponieważ jedno „dawno” wynosi lat sześćdziesiąt i cztery (w odróżnieniu od „bardzo dawno”, które to wynosi lat osiemdziesiąt i dwa – musi więc, że jednostki te genezę swoją mają w imperialnym systemie miar i wag), rzecz ta miała miejsce w roku pańskim tysiąc osiemset dziewięćdziesiąt i trzy. Ponieważ wspomnianymi siedmioma górami są: Narodnaja w górach Ural, Biełucha w górach Ałtaj, Mount Elbert w Górach Skalistych, Black Elk Peak w górach Black Hills, Mount Mitchell w Apallachach, Grand Ballon w Wogezach i Brocken w górach Harz, a morzami Morze Czarne, Morze Kaspijskie (które w rzeczywistości jest jeziorem, ale częściej nazywane jest jednak morzem), jezioro Bajkał (które, jak sama nazwa wskazuje, tak jak Morze Kaspijskie, również jest jeziorem, choć też czasami, zdecydowanie jednak rzadziej niż Jezioro Kaspijskie, bywa nazywane właśnie morzem), Morze Japońskie, Morze Ochockie, Morze Beringa i Ocean Atlantycki, którzy też jest morzem, tylko że jest morzem ogromnym, a Ziemia – wbrew twierdzeniom niektórych – jest jednak kulista, to działo się to wszystko w okolicach Grudziądza.


Grudziądz, na który mówiono wówczas Graudenz, i jego okolice znajdowały się wtedy pod zaborem pruskim, stąd też obecność w życiu Wandy Niemca – i to w dodatku niejednego! – żadnego jednak z tych Niemców Wanda nie chciała. Każdego z nich przepędzała na cztery wiatry, co, jakżeśmy już powiedzieli, nie ma jednak dla tej historii żadnego znaczenia. Nie ma dla tej historii żadnego znaczenia, że Wanda nie chciała żadnego Niemca, a nie ma to znaczenia dlatego, że Wanda w ogóle żadnego chłopa nie chciała, przy czym mamy tutaj na myśli jedną z dwóch tylko istniejących ówcześnie płci, a nie istniejącą wówczas formalnie – a do dziś również i w praktyce – klasę społeczną. A zalecały się do niej chłopy, oj zalecały! Zalecali się do Wandy Niemcy, zalecali się Polacy, a wśród tych Polaków szczególnie zalecał się do Wandy pewien Bolesław, gorący polski patriota.


Bolesław nie znosił wszystkiego co było niepolskie. Nie znosił tego, co pochodziło z Prus, nie znosił tego, co pochodziło z Austrii i nie znosił tego, co pochodziło z Rosji. Tego ostatniego, tego co pochodziło z Rosji, Bolesław nie znosił szczególnie, a nie znosił tego szczególnie z tego względu, że wytwory tej kultury – z braku lepszego słowa, użyjmy tego, choć w cudzysłowie, i to jeszcze pogrubionym – dotykały go osobiście.

– To nie jest żadne otczestwo! – wściekał się Bolesław. – Nie nazywacie mnie przecież na moskalską modłę Bolesław Bolesławowicz! Nazwisko rzeczywiście mam po ojcu, ale nie jest to nazwisko patronimiczne! Jeśli już, to nazwałbym je raczej patromimicznym!

Bo faktycznie, Bolesław nosił nazwisko po ojcu. Ojciec Bolesława miał problemy ortodontyczne, miał mocno zdeformowaną żuchwę i – nie wiedzieć czemu – to nie tego ojca z krzywą szczęką i wynikającą z tego dziwną mimiką, ale jego całkiem symetrycznego syna nazywano od tej ojcowskiej przypadłości Krzywoustym.


Bolesława, który mocno się do Wandy zalecał, Wanda – jak też żeśmy już to wcześniej powiedzieli – również nie chciała. Wanda nie chciała Bolesława, tak jak i nie chciała żadnego innego chłopa, ponieważ Wanda była feministką.

– Jestem feministką, więc obowiązki mam feministyczne! – powtarzała Wanda i te swoje feministyczne obowiązki wypełniała z najwyższą gorliwością.

Miała więc Wanda kota, nie nosiła biustonosza, a wieczory spędzała z butelką wina oglądając przy tym piciu wina gwiazdy, ponieważ nie było wtedy jeszcze Netflixa.


Nawet jednak gdyby Netflix już wtedy był, Wanda miałaby pewne problemy z tym, żeby móc sobie wygodnie oglądać na nim seriale. Wanda nie miała bowiem swojego domu, a mieć swój kawałek ziemi było dla Wandy największym marzeniem. Ileż to razy przy pochmurnej pogodzie, kiedy nie było widać gwiazd, Wanda, lekko już pijana po opróżnieniu butelki wina, zakradała się w okolice chat i zaglądała do nich przez okna! Jak Wanda marzyła wtedy o swoim własnym łóżku na którym mogłaby spać i o własnym piecu, na którym mógłby spać jej kot, nie mówiąc już o własnej piwniczce do trzymania własnego wina!

Wanda, zaglądając do tych chat przez okna, widziała jednak mieszkających tam ojców rodzin – chłopów, którzy spędzali wieczory pijąc wódkę prosto z wiader, w których to wiadrach kupowali ją u miejscowego karczmarza w karczmie należącej do ich pana, co stanowiło podstawę obiegu waluty w miejscowej podgrudziądzkiej społeczności. Obieg waluty, cały ten genialny system finansowy, zaplanowany był z iście pruską precyzją, choć stosowany nie tylko w zaborze pruskim: chłopi należeli do pana, zarabiali u pana, wydawali u pana, a wiadra na wódkę były opakowaniami zwrotnymi i pobierano za nie kaucję – nie ze względów ekologicznych, ale ze względów ekonomicznych właśnie.

Widok chłopów pijących wódkę prosto z wiader napawał Wandę obrzydzeniem:

– „Co ze szkła, to jednak ze szkła” – myślała wtedy Wanda.


Wanda jednak nie robiła nic w kierunku tego, żeby to swoje marzenie o własnym miejscu na ziemi zrealizować. Wanda była realistką. Wiedziała, że samotna kobieta nie ma co liczyć na to, że będzie miała swój dom, a myśl o małżeństwie, choć nieraz powstawała jej w głowie, przyprawiała ją o odruch wymiotny. Wanda tę myśl od siebie odpędzała, bo Wanda nie chciała wymiotować, bo szkoda byłoby jej tego wina, które wcześniej wypiła, a wino przecież swoje kosztowało, więc Wanda o małżeństwie starała się nie myśleć wcale.

Wanda piła więc wino, zaglądała do chat przez okna i utwierdzała się w słuszności swoich poglądów. Rosła w niej coraz większa gorycz, tak jak i jej wątroba stawała się coraz bardziej pomarszczona.

Wanda chodziła coraz częściej coraz bardziej pijana po tych wszystkich wsiach w okolicach Grudziądza i – nie mogąc znieść widoku chłopów i ich rodzin, szczęśliwych szczęściem takim, jakim im dane było się cieszyć – pomstowała na każdego, kto tylko pojawił się w zasięgu jej wzroku.

– Oby ci deszcz do wiadra napadał i wódkę ci rozcieńczył! Oby dzieciom twoim d⁎⁎a na czole wyrosła! – krzyczała Wanda do przypadkowych często osób.

W tamtym czasie nikt, żaden nawet ze znanych przecież z niewybrednego gustu Niemców, już się do Wandy nie zalecał.


Nie do takich rzeczy człowiek potrafi się jednak przyzwyczaić. Lokalna społeczność szybko przeszła więc nad zachowaniem Wandy do porządku dziennego. Traktowano ją jak element miejscowego folkloru, tak jak trupi jad w Wiśle.

– Ot, niegroźna wariatka – mówiono tylko i szybko wracano do swoich własnych obowiązków.


Jak to zwykle w życiu bywa, wszystkiemu winien był przypadek, zwany przez niektórych zbiegiem okoliczności. Poprzedni karczmarz, stary Żyd, imieniem Moczu, umarł. Na jego miejsce pan sprowadził nowego, a nowy karczmarz był człowiekiem, który swoją chytrością wyróżniał się nawet wśród swoich pobratymców. Pan zdecydował, że Moczu na karczmie zarabiał zbyt wiele, a oddawał zbyt mało, dlatego rozliczenia z jego następcą postanowił prowadzić w sposób korzystniejszy dla siebie, bo przecież mu się w końcu za jego trud należało. Nowy karczmarz przystał na te niekorzystne warunki, ponieważ był chytry, a ponieważ był chytry, miał już swój sprytny plan.


Tamtego wieczoru, kiedy nastąpiła zmiana karczmarza, Wanda usilnie próbowała nie myśleć o małżeństwie. Od tego niemyślenia tak się jej jakoś przykro zrobiło, że gorąco zapragnęła zakraść się pod jakąś chatę, zajrzeć do jej wnętrza przez okno i utwierdzić się w przekonaniu co do słuszności swoich życiowych decyzji obserwując to miałkie i pozbawione sensu życie rodzinne.

Wanda zakradła się więc pod chatę Bartosza i obserwowała co robi Bartosz i co robi rodzina Bartosza. Rodzina Bartosza nie robiła nic, a Bartosz przystępował właśnie do picia wódki prosto z wiadra, czego zresztą Wanda się po Bartoszu spodziewała, choć nie miała nawet pojęcia, że Bartosz ma na imię Bartosz.


Cały dzień poprzedzający tamten wieczór, którego to wieczoru Wanda zakradła się pod chatę Bartosza był dla Wandy dobrym dniem. Wykorzystując zamieszania powstałe w wyniku przybycia nowego karczmarza, Wandzie udało się podprowadzić z karczmianej spiżarni nie jedną, jak to miała w zwyczaju, ale dwie butelki wina. Pierwszą zdążyła wypić już wcześniej, drugą rozsądnie zachowała na podokienny seans.

Bartosz tymczasem przystąpił do spożycia. Pociągnął z wiadra pierwszy łyk wódki, łyk tak ogromy, że można było wręcz nazwać ten łyk grzdulem. Po tym grzdulu Bartosz skrzywił się nieco, ale skrzywił się inaczej, niż zwykle krzywili się chłopi po wódce.

– „Czyżby nabrał jakiejś ogłady?” – zastanawiała się Wanda przystawiając usta do szyjki butelki i pociągając potężny grzdul wina, większy nawet niż grzdul Bartosza.


Później Bartosz wstał od stołu, złapał się za brzuch i wybiegł z chaty. Wanda wycofała się spod okna w cień, tak żeby Bartosz nie mógł widzieć jej, ale żeby ona mogła widzieć Bartosza, bo domyślała się po co zaciskający uda Bartosz wybiega z chaty, a nieczęsty widok tego, co chłop chowa w portkach, był dla Wandy o tyle obrzydliwy, co i fascynujący – tak już niestety działa ludzka natura.

Sama jednak czynność, którą Bartosz, przykucnąwszy, wykonywał, nie była dla Wadny w ogóle pociągająca. Była dla niej wręcz nieapetyczna, dlatego Wanda, nacieszywszy wzrok przez tę krótką chwilę pomiędzy ściągnięciem przez Bartosza portek a przykucnięciem, ponownie spojrzała w stronę okna. Do Wandy dobiegł co prawda zapach i bulgotanie towarzyszące czynności wykonywanej przez Bartosza, ale na to już nic nie potrafiła poradzić.


W chacie tymczasem Bartosz, najstarszy syn Bartosza, choć dość jeszcze młody, skorzystawszy z chwilowej nieobecności ojca, zaopiekował się pozostawionym przez ojca wiadrem. Młodemu chłopcu niewiele było potrzeba – pociągnął szybko dwa tylko solidne grzdule i jakoś udało mu się dotrzeć do łóżka, choć na miękkich jednak nogach.


Co działo się później – Wanda nie bardzo potrafiła powiedzieć. Pamiętała, że Bartosz wrócił do chaty, pamiętała, że to drugie wino jakoś tak za szybko się jej skończyło, a później nie pamiętała już zupełnie nic.


Rano obudziły Wandę nie tyle zimno i rosa, która ją pokryła, ale obudziły ją krzyki:

– Mówiłem, że to czarownica? – krzyczał ktoś. – Mówiłem, że uroki rzuca? Nie przeklinała nas przecież? Nie mówiła „bodaj by wam się wódka rozcieńczyła”? Nie mówiła? Mówiła? Mówiła – nie mówiłem? I jeszcze na dziecka klątwę mi rzuciła! Chory teraz, biedny, głowa go boli i co chwilę w krzaki musi latać! I kto teraz będzie ze mną w polu robił?!


Chłopi uznali więc Wandę za czarownicę i powiesili ją na ładnej, smukłej brzozie. Ciało Wandy wisiało na tej brzozie przez kilka dni, a jedną żywą istotą, która się marwą Wandą zainteresowała, był jej kot. Kot ten, gdyby był psem, być może warowałby pod ciałem swojej pani, ale ponieważ kot był kotem to, kiedy zrobił się głodny, wspiął się na brzozę, przeskoczył na ramię wiszącej na nim Wandy i rozpoczął swoją ucztę podgryzając ją, a zaczął od okolic szyi.


Po kilku dniach chłopi zauważyli tę kocią ucztę i zatłukli kota widłami, wydało im się bowiem złym omenem to, że kot pożywiał się ciałem swojej zmarłej pani, w dodatku jeszcze czarownicy. Uważali, że mogłoby to sprowadzić na nich jakieś nieszczęście, choć żaden z nich nie potrafił wyjaśnić właściwie dlaczego ta kocia uczta miałaby zwiastować coś niedobrego. Uznali jednak, że strzeżonego Pan Bóg i strzeże i na podstawie tego właśnie wniosku, tak na wszelki wypadek, tego osieroconego kota zatłukli. Z tego samego powodu zdjęli też z brzozy ciało Wandy i oddali je ziemi. Pochowali ją za płotem cmentarza, bo czarownicy nie godzi się przecież chować w poświęconym gruncie. Tam to właśnie, pod tym płotem cmentarza, w roku pańskim tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym i trzecim Wanda znalazła swoje miejsce.


***


Zapomnieliśmy domknąć powyżej niektóre wątki, wątki dotyczące zalotników, którzy się do Wandy zalecali wtedy, kiedy jeszcze nie do końca zwariowała. Jeśli chodzi o tych wszystkich Niemców, których Wanda nie chciała, to w roku tysiąc dziewięćset osiemnastym opuścili oni (dobrowolnie lub pod mniejszym bądź większym przymusem) granice nowo powstałej II RP. Bolesław zaś – nie wiadomo czy z rozpaczy po odrzuceniu go przez Wandę, czy też z powodu tego, że wyśmiewano się z jego gorącego patriotyzmu – jeszcze za życia Wandy utopił się w Wiśle.


Nowego karczmarza z kolei wkrótce potem również powieszono, tak jak i powieszono wcześniej Wandę, choć nowego karczmarza powieszono za to, że rozcieńczał wódkę wodą z Wisły, co powodowało u chłopów zatrucia pokarmowe. Co zrobiono z jego ciałem? – nic nam w tym temacie nie wiadomo.


***


KONIEC


===


#naopowiesci

#zafirewallem


1953 słowa.


Dziękuję za uwagę.

Zaloguj się aby komentować

Moja kolej, na to wychodzi.


Rymy: maruda - wóda - obłuda - cuda;

temat: mistrzostwa świata dekarzy (dekowników też dopuszczam).


#naczteryrymy

#zafirewallem


Proszę dobrze się bawić, chyba że ktoś już dobrze się bawi gdzieś w plenerze, to dzisiejszą nieobecność łaskawie wybaczę.

To niszczyciel dobrej zabawy, pan maruda

robi się nieznośny gdy wjedzie w niego wóda

pogromca dziecięcych marzeń, chodząca obłuda

za to co roku wygrywa dekarskie zawody, no cuda!

Zaloguj się aby komentować

769 + 1 = 770


Tytuł: Null

Autor: Szczepan Twardoch

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 9/10


#bookmeter


Łodzi nie będzie? – pyta, choć zna odpowiedź.

Tutaj często zadaje się pytania, na które zna się odpowiedź.


Nuda i ciągłe poczucie zagrożenia. Tak właśnie po zakończeniu lektury wyobrażam sobie te dni, które bohaterowie Nulla spędzili po złej stronie naszego ojca Dniestru. Nuda i ciągłe poczucie zagrożenia, a w ich efekcie obojętność, no bo ile w końcu człowiek może wytrzymać? Choć ta obojętność przestaje być obojętna kiedy zagrożenie przestaje być tylko zagrożeniem, a zaczyna być pewnością – i to jest bardzo obrazowo w tej książce pokazane, ale nie napiszę w którym miejscu, bo takich rzeczy pisać przecież nie wypada. Ta pewność jest jednak też obecna w jakimś stopniu jeszcze wcześniej, jest obecna wtedy, kiedy do człowieka dociera, że wojna się nie kończy. Kiedy człowiek na koniec wojny nie czeka, bo wie, że po wojnie nie ma już życia. Że wojna i to poprzednie życie, życie przed wojną to są dwa różne światy i te światy nie mogą ze sobą współistnieć (to też cytat z książki, ale piszę go w pamięci, więc może nie być dosłownie), a z kolei po wojnie nie ma już powrotu do życia sprzed wojny. Ta druga pewność nie jest jednak tak do końca pewna, bo istnieje obok niej jakaś nadzieja albo cień tej nadziei. Nadzieja, która objawia się nie tyle w myśleniu, co w zachowaniu. Ta nadzieja nie wydaje się być efektem świadomości, wydaje się być raczej efektem instynktu.


Bohaterem Nulla jest Koń. Człowiek o pseudonimie (pozywnyj – tak określa to w książce autor, ale o języku za chwilę) Koń, bo ta książka to nie jest kolejna inkarnacja Łyska z pokładu Idy. Koń jest ochotnikiem w ukraińskiej armii. Koń jest Polakiem, choć dziadka miał Ukraińca, to jednak jest Polakiem. W życiu Konia coś się stało i właśnie dlatego Koń, który początkowo zajmował się zaopatrzeniem ukraińskiej armii, w końcu do tej ukraińskiej armii dołączył. Nie do końca wiem, co się w tym życiu Konia stało, autor mi tego nie powiedział, ale poczytuję to za plus tej książki, a uważam tak z dwóch powodów: po pierwsze Null to książka o wojnie, a nie o Koniu (o tym też za chwilę), a po drugie autor, pan Twardoch, twierdzi, że zadaniem literatury nie jest dawanie odpowiedzi, ale stawianie pytań. Ja się z tym twierdzeniem w zupełności zgadzam i, choć pytanie dlaczego Koń, który na wojnę iść nie musiał, na wojnę poszedł, męczy mnie, to właśnie w taki sposób lubię być męczony.


Koń jest tym bohaterem Nulla, za którym podąża narracja (bohaterem głównym? – ja raczej nazwałbym go bohaterem prowadzącym), bo w Nullu bohaterów jest więcej. Pan Twardoch w tej książce wykorzystał zabieg podobny do tego, jaki wykorzystał w Królestwie i zabieg ten sprawił, że Królestwo było dla mnie książką ciekawszą nawet niż Król (choć Króla też cenię bardzo wysoko). Podobnie jak w Królestwie, w Nullu cała akcja rozgrywa się w bardzo krótkim czasie – jest to tylko jedna noc. Autor, opisując wydarzenia tej jednej nocy, skupił się bardzo mocno na tych, którzy w tych wydarzeniach brali udział albo byli z nimi w jakiś sposób powiązani. W ten właśnie sposób poznajemy między innymi Szczura, Lamparta, Małpę czy Zujkę. Każde z nich ma w tej wojnie jakąś swoją rolę, każde ma jakąś swoją motywację żeby w tej wojnie uczestniczyć i każde z nich jakoś na tę wojnę reaguje. Więc może nie jest to, jak napisałem wcześniej, książka o wojnie, ale książka o ludziach? O ludziach na wojnie? O wpływie wojny na ludzi? – ot, kolejne pytania, na które nie umiem odpowiedzieć.


Nie ukrywam, że pan Twardoch jest jednym z tych współczesnych autorów, których twórczość jest mi po pierwsze bliska, a po drugie robi na mnie ogromne wrażenie. Tak kwestiami podejmowanej tematyki, tak obserwacjami przemycanymi w tekstach pod postacią dygresji czy wreszcie stroną techniczną jego uprawiania literatury – czy to konstrukcją samej powieści , ale też jej bohaterów, jak i językiem czy tym nieuchwytnym „czymś”, co sprawia, że jedna technicznie dobrze napisana książka podoba mi się bardziej, a inna technicznie napisana książka podoba mi się mniej. O konstrukcji już było, teraz do języka.


Przed przeczytaniem Nulla wysłuchałem kilku rozmów z panem Twardochem nagranych już po wydaniu tej książki. Pamiętam z tych wywiadów jego wspomnienia z wyjazdów do Donbasu, w których to wspomnieniach mówił między innymi o tym potwornym wolapiku, którym posługiwał się w rozmowach z żołnierzami. W kwestii języka literackiego mam do pana Twardocha pełne zaufanie i dlatego wierzę, że ten niewygodny język powieści jest czymś, co w literaturze może najbliżej oddać to, jak tam się rozmawia. Wcale się nie dziwię, że w książce co chwila pada fraza na chuj, wcale się nie dziwię, że język tej książki to nie jest podręcznikowa (w kwestii leksykalnej) polszczyzna i to też uważam za plus tej książki. Ten język wywołał we mnie wrażenia, niekoniecznie przyjemne, no ale nie wydaje mi się, żeby ta książka miała być w jakikolwiek sposób przyjemna. Wydaje mi się nawet, że gdyby była przyjemna, nie mogłaby być prawdziwa. A – to kolejna rzecz, którą z tych wywiadów zapamiętałem – Null początkowo miał być esejem, który opisywał wyjazdy pana Twardocha w okolice frontu, gdzie dostarczał pomoc dla SZU. Autor twierdzi jednak, że takiego eseju napisać nie potrafił, zajął się więc pisaniem tego, co pisać potrafi, czyli pisaniem powieści. Jednocześnie stwierdził, że doszedł do wniosku, że fikcja może być bliżej prawdy niż reportaż, które to stwierdzenie – być może paradoksalne – wydaje mi się, że rozumiem i z którym również się zgadzam. Przynajmniej w takim sensie, w jakim je rozumiem.


Wysłuchawszy wcześniej tych wywiadów mam wrażenie, że w tej książce jest dużo autora, szczególnie dużo wydaje mi się go w postaci Konia. Bo Koń, tak jak pan Twardoch, zajmował się początkowo dostarczaniem zaopatrzenia (uderzające jest to, że, przynajmniej po stronie Ukrainy, ta wojna jest wojną „ludową” i wojną „składkową”), pan Twardoch, tak jak Koń, też dostał propozycję dołączenia jako ochotnik do wojny (z tej propozycji nie skorzystał, inaczej niż Koń), a w krwi Konia można znaleźć domieszkę krwi scytyjskiej, co z kolei znów prowadzi do autora, bo i autor, jak twierdzi w jednym z felietonów zebranych w książce Jak nie zostałem poetą, również jest po części Scytą. Mimo to jednak, na podstawie mojego obrazu pana Twardocha, nie uważam, żeby Koń był jego alter ego. Jeśli już, to bardziej doszukiwałbym się tutaj parte-parole, a i to nie w jakiejś konkretnej postaci, ale w całej książce, choć nie wiem czy w tym przypadku użycie tego terminu jest semantycznie uzasadnione. Czy to źle? Mnie nie przeszkadza, a nawet mi się podoba.


Ta książka, jak większość powieści pana Twardocha, dla mnie była bardzo immersyjna, a bardzo tę immeryjność lubię. „Byłem tam” – mogę pomyśleć teraz, już po zakończeniu lektury, ciesząc się jednakowoż, że byłem tam w taki właśnie sposób, i że nie musiałem tam być fizycznie. Ta książka jest dla mnie bardzo immersyjna, ale immersją (albo wrażeniami z tej immersji) inną niż przy lekturze książek pana Remarqe’a. Najbliżej tych wrażeń jest chyba Internat pana Serhija Żadana. Język, obojętność (nie pod postacią braku emocji, ale tych emocji przytępienia, tak przynajmniej ja to odczytuję), czas mierzony pojemnością baterii drona – to wszystko sprawiło, że pewnie długo mojej wizyty na nullu nie zapomnę.


***


Jeszcze trochę prywaty, bo książka obudziła we mnie trochę wspomnień, którymi mam potrzebę się podzielić, bo mnie gryzą, tak samo zresztą jak i gryzie mnie ten Null, choć skończyłem już go przecież czytać. Z tego zresztą powodu też cały ten wpis, mimo mojego postanowienia, że na razie od pisania o książkach przydałaby mi się jednak przerwa. O Nullu już dalej raczej nie będzie, więc jeśli kogoś ta prywata nie interesuje, można skończyć czytać tutaj.


Nigdy nie byłem na Ukrainie. Nie byłem na Ukrainie ani przed rokiem 2014, ani przed rokiem 2022, ani tym bardziej po 24 lutego 2022. Po 24 lutego 2022 chyba bym się o siebie bał. Byłem jednak w roku 2022 na polsko-ukraińskim przejściu granicznym, a pojechałem tam z Polską Akcją Humanitarną żeby pomagać tym, którzy przed tą wojną uciekali. Nasza pomoc polegała na wydawaniu posiłków i wskazywaniu gdzie można udać się po pomoc dalej, kiedy jest już się w bezpiecznym miejscu. Czasem ta pomoc polegała też na tym żeby kogoś po prostu wysłuchać. Czekaliśmy tam na przyjeżdżające samochody i autokary, na pasażerów tych samochodów i autokarów, ale pewnego dnia ruch ustał. Mieliśmy też słodycze i zabawki, które rozdawaliśmy dzieciom. Wyjęliśmy z tych zabawek talię Uno i, żeby czas szybciej mijał, zaczęliśmy grać w karty.


Graliśmy więc wtedy w karty, a pięćdziesiąt kilometrów dalej, o czym dowiedzieliśmy się dopiero później – pięćdziesiąt kilometrów, czyli całkiem niedaleko: można dojechać na rowerze, dałoby się nawet dojść piechotą i to w ciągu jednego dnia – pięćdziesiąt kilometrów dalej spadały bomby, na chuj. Te bomby spadały wtedy na tunel kolejowy – były uderzeniem w logistykę. Te bomby nie spadały ani na miasta, ani na bazy wojskowe, ich celem nie było zabijanie, a przynajmniej to zabijanie nie było ich celem bezpośrednim. Bomby na ludzi spadały poprzedniego dnia albo miały spaść następnego – z mojego punktu widzenia nie było żadnej różnicy. Może z punktu widzenia tych, na których te bomby spadały albo dopiero miały spaść jakaś różnica była? Może ten jeden dzień mniej lub więcej miał dla nich jakieś znaczenie?


Z mojego punktu widzenia nie było żadnej różnicy, bo z mojego punktu widzenia te bomby w ogóle nie powinny były spadać – to poczucie wynikało z powodów racjonalnych, ale także dlatego z mojego punktu widzenia nie było żadnej różnicy, bo wiedziałem, że te bomby nie spadną na mnie – to był powód emocjonalny. Dziwne było to uczucie, kiedy później, gdy już wróciliśmy ze swojej zmiany, dowiedzieliśmy się o tym bombardowaniu. Wydało mi się to wtedy tak niepojęte, że my możemy sobie siedzieć i grać w karty, a pięćdziesiąt kilometrów dalej – całkiem więc niedaleko – spadają bomby. Nie tylko wydało mi się to niepojęte, nie tylko nie potrafiłem tego zrozumieć, ale też wydało mi się to wtedy zupełnie nierealne. Wiedziałem, że to jest fakt, byłem świadom, że coś takiego miało miejsce, ale mimo wszystko nie potrafiłem w to uwierzyć.


W czasie tamtego pobytu poznałem Ericka, Amerykanina – fantastyczny gość, taki rzadko trafiający się ktoś, z kim rozmawia się pierwszy raz w życiu, a czuje się, jakby się go znało od zawsze (w ogóle wielu Amerykanów tam na tę granicę przyjechało, co całkiem mnie wtedy zdziwiło). Z Erickiem rozmawialiśmy więc na mnóstwo tematów, a jednym z tych tematów była literatura (w końcu to ja z nim rozmawiałem). Okazało się, że jedną z jego ulubionych książek, tak jak i moich, jest Rzeźnia numer 5 pana Kurta Vonneguta. Erick zgodził się z moim wrażeniem, że książka, choć kapitalna, to lepiej byłoby, żeby nigdy nie powstała. Żeby nie miała po co powstawać. Żeby nie miała powstawać dlaczego. Żeby nie miała podstaw do tego, żeby w ogóle powstać.


Rzeźnia numer 5 to książka stricte antywojenna, Null, tak jak ja go rozumiem, nie jest książką antywojenną wprost, a tylko rodzajem literackiej relacji z wojny. I choć Null zrobił na mnie ogromne wrażenie, to wolałbym go nigdy nie przeczytać, a nie przeczytać wolałbym go dlatego, że wolałbym żeby nigdy nie powstał, bo nie miałaby powstać na podstawie czego. Ale – tak jak wolałbym żeby nie było dzisiaj problemu czy Ukraina powinna wracać do swoich granic z roku 2014 dlatego, że te granice w ogóle nie powinny zostać wtedy naruszone – ja mogę sobie woleć, a rzeczywistość na to moje „wolenie” wydaje się być całkowicie niewzruszona. To tak, jak we wstępie do Rzeźni numer 5 pisał pan Vonnegut, bo skoro już tę książkę przywołałem, to teraz pozwolę sobie ją jeszcze zacytować:


Czy to jest książka antywojenna?

Tak – odpowiedziałem. – Chyba tak.

Czy wiesz, co mówię facetom, którzy piszą książki przeciwko wojnie?

Nie. Ciekawe co im mówisz.

Mówię: Dlaczego nie piszesz książek przeciwko lodowcom?

Chodziło mu oczywiście o to, że wojny będą zawsze i że z równym powodzeniem można próbować powstrzymywać lodowce. Ja również jestem tego zdania.


EDIT: O, zapomniałem napisać, w kwestii języka, że narracja jest prowadzona w drugiej osobie, co ma wpływ na odbiór Konia przez czytelnika, a przynajmniej miało wpływ na odbiór Konia przeze mnie.

f9ee3cd1-9f96-421b-94e6-6f219b3ce3c9

Poprawka: „Naszego ojca Dniepru”.

A co do tego, co napisałeś powyżej, to pełna zgoda.

Chociaż przyznaję, że na „Wiecznym Grunwaldzie” poległem.

@Czarmiel To żem się popisał!


Masz oczywiście rację, dziękuję, ale na edycje już za późno. Tak to jest jak piszący chce zabłysnąć, a nie stać go na redaktora.


Chociaż, z drugiej strony, to mówią, że ojciec zawsze jest niepewny.


A co do Wiecznego Grunwaldu, to ja skończyłem, bardzo mi się podobał, zresztą z tej książki pochodzi postać, która mocno siedzi mi w głowie: jakiś żołdak, który nocą wychodził pijany w syberyjską noc, strzelał z karabinu w niebo i krzyczał "Kocham cię, ty kurwo". On się pojawia tylko na jednej stronie, o ile dobrze pamiętam, ale jaka za czymś takim musi stać historia!


No i mnie od pana Twardocha to został chyba tylko Obłęd rotmistrza von Egern.

Zaloguj się aby komentować

No i tak to było, że faraonów chowano z kotami i skarbami, a Hindusi palili na stosach razem ze zmarłymi mężami ich całkiem jeszcze żywe żony. Tak to jest, że do grobu wkłada się zmarłemu czasami a to różaniec, a to co innego co tam za życia zmarły lubił albo czego po śmierci mógłby ewentualnie potrzebować. Na nagrobkach stawia się albo graweruje krzyże, gwiazdy Dawida albo półksiężyce – obyczajów związanych ze śmiercią jest mnóstwo. A jak to jest w Grudziądzu? Rozpatrzmy ten problem na przykładzie Bartosza:


***


O symbolach pogrzebowych


Chłodno, szarawo, rosa – bo rano,

topiki się nawet jeszcze nie pławią.

I właśnie wtedy grudziądzką plażą

utopce, krakeny i hydry łażą.


Na niebie tymczasem pojawił się jastrząb,

sokolim wzrokiem spoglądał za strawą,

znad Wisły jednak wycofał się żwawo

dostrzegłszy spacer tejże potworii.


A chłopca jednego mocno przyparło:

– „Chusteczek nie mam, lecz znajdę liść” –

pomyślał i w krzaki umyślił był iść.

Tak życie swoje zakończył Bartosz.


I wyłowili Bartosza ciało,

i było nad grobem Bartosza łzawo,

i ściany grobu betonem wsparto,

i kiedy czekali dla niego na dzwon,

to postawili na grobie mu wiadro.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Dziś Święto Pracy, no to czas zabrać się do pracy!


Z jednej strony szkoda, że wytworów pojawia się mało. Z drugiej jednak, kiedy przychodzi do posumowania, a szczególnie kiedy to podsumowanie muszę zrobić ja, no to fajnie – bo łatwo, a i pisania nie ma za wiele.


W tej edycji udział wzięło uczestników dwóch, a wierszy napisali pięć. Oto i rzeczone wiersze:


Upiór autorstwa kolegi @George_Stark ;

Zwierzyniec autorstwa kolegi @splash545;

Festiwal Żenady autorstwa kolegi @George_Stark;

Lenistwo aniołów autorstwa kolegi @George_Stark;

Zasady albo Wychowanie autorstwa kolegi @George_Stark.


***


Zapobiegliwy Organizator uchylił tydzień temu zasadę lex retro non agit, czym otworzył sobie furtkę do tego, ażeby włączyć do konkursu również i wiersze opublikowane pomiędzy edycjami, jak to zrobił kolega @bojowonastawionaowca, autor sonetu bez tytułu, ale za to ładnego.


Organizator jednak z tej otwartej furtki postanowił nie korzystać, a kolegę-autora zawołał tylko po to, żeby go trochę nastraszyć.


Wobec powyższego organizator nie ma innego wyjścia, jak przyznać zwycięstwo koledze @splash545. Zwycięstwo w pełni zasłużone, za którego przyznanie jednak Organizator kolegę przeprasza.


Organizator nie wytłuszcza zdania ogłaszającego zwycięzcę, ażeby to zdanie ogłaszające (które jest szczególną odmianą zdania oznajmującego) nie za bardzo rzucało się w oczy, bo wtedy nastraszony mógłby je zbyt wcześnie zauważyć i nie zostać wystarczająco nastraszonym.


Organizator dostrzegł również opublikowany w czasie trwania tej LXXIV edycji wiersz kolegi @pingWIN pod tytułem Teraz, ale – ponieważ kolega jasno zaznaczył, że nie chce być wciągany, Organizator tym razem postanowić nie być złośliwym i kolegi nie wciągnął.


***


To tyle w LXXIV edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem. Do zobaczenia w kolejnej – ze mną na pewno!


#podsumowanienasonety

@fonfi O kurde! Ja serio myślałem, że dziś jest piątek! I nawet czekałem do później niż zwykle, z myślą, że może coś jeszcze napiszesz na ostatnią chwilę. No a później pomyślałem, że już pewnie przy grillu siedzisz, no to edycję zakończyłem. Bo myślałem, że jest piątek!


No a zrobić, to dodać poza konkursem. W sprawie zwycięstwa możesz się ze Splaszem dogadać, ja nie będę miał nic przeciwko, o ile nie przyznacie go mnie.

@George_Stark To ja widzę, że chill na poważnie, jak pierwszego już dnia rachubę czasu Pan stracił. A ja się tak dzisiaj, proszę Pana, na łonie natury inspirowałem, tą dźwięczącą ciszą uszy radowałem, tak tymi widoczkami oczęta swe napawałem - wszystko po to, żeby zaraz po powrocie... zasnąć. No ale skoro jednak już wstałem, to pewnie coś sobie i tak spróbuję napisać

Zaloguj się aby komentować

Nawet mi to na rękę, że kolega @splash545 dzisiaj nawalił, bo mam super zadanie:


temat: deszcz

rymy: ptaszek - pogoda - daszek - swoboda.


Proszę się bawić bardzo dobrze, a koleżankę @UmytaPacha proszę o ciszę. Przynajmniej chwilową.


#naczteryrymy

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Cień czający się na pograniczu jawy i snu


Podłoga – bo Jerzy uświadomił sobie, że leży na podłodze – była twarda i zimna. Plecy bolały go jeszcze bardziej niż zwykle, na dodatek czuł jakieś dziwne kłucie w nerkach. Pewnie od tego zimna – cholera wie, jak długo już tam leżał. Bolała go też głowa, a w ustach miał tak sucho, jakby trociny zagryzał wapnem. Żadna jednak z tych rzeczy nie była powodem tego, że Jerzy był przerażony.


Jerzy był przerażony ponieważ po obudzeniu się nie mógł otworzyć oczu.


***


Już od jakiegoś czasu Jerzy miał kłopoty ze snem. Wszystko zaczęło się jakoś mniej więcej wtedy, kiedy Pacha zmieniła swoją różową hybrydową Toyotę Yaris na zielonego Nissana Leafa. Samo to nie było niepokojące – ot kolejna fanaberia Pachy, na którą Jerzy nie zwrócił większej uwagi, tak i nie zwracał większej uwagi na wszystkie inne jej fanaberie tak długo, dopóki miska była nieustająco pełna, a kuweta regularnie czyszczona. Miska jednak coraz częściej była pusta. Jerzy trącał ją pyszczkiem powodując donośne brzęczenie, a Pacha mówiła wtedy „Oj, przepraszam Jerzy – zapomniałam. Tyle mam na głowie”. Z kuwetą sprawa miała się podobnie, choć jednak odwrotnie – to znaczy, że kuweta również był zaniedbana, bo była pełna i to nie tylko żwirku. „Oj, przepraszam Jerzy – zapomniałam. Tyle mam na głowie” – mówiła Pacha, a Jerzy dopiero po chwili mógł sobie ulżyć, bo po awanturze, którą mu kiedyś Pacha urządziła, bał się drugi raz nasrać do łóżka.


Jerzy trenował więc swoje zwieracze i ścianki jelita grubego, ale Jerzy zaczął się też tym niekorzystnym dla ich związku obrotem spraw martwić. Chodził więc za Pachą po domu i podglądał ją zastanawiając się co też mogło być przyczyną tej jej nagłej zmiany w podejściu do swojego ukochanego. Próbował wytropić jakieś wskazówki, na których mógłby zbudować sobie jakąś teorię, którą następnie uznałby za prawdziwą. W taki właśnie sposób Jerzy zauważył, że Pacha podczas suszenia włosów wykonuje dziwne ruchy. Zupełnie jakby raził ją wtedy prąd.


– „Jakieś przebicie czy ki czort?” – pomyślał Jerzy i zdecydował, jak prawdziwy mężczyzna, sprawdzić czy z suszarką jest wszystko w porządku. – „Najwyżej poświęcę dla niej jedno ze swoich żyć. Mam ich w końcu dziewięć.”

– „Ale tylko jedno” – postanowił w końcu, kiedy już zdecydował się dotknąć tej suszarki, do której zabierał się jednak jak pies do jeża.


Z suszarką było wszystko w porządku. Skąd więc ta zmiana zachowania Pachy? Jerzy nie miał pojęcia.


To właśnie ten niepokój był przyczyną kłopotów ze snem Jerzego, choć Jerzy nie zdawał sobie z tego sprawy. Biedak przejmował się jednak swoim stanem, wertował więc internet w poszukiwaniu rozwiązania. Paraliż senny – to było to, co udało mu się znaleźć i nad czytaniem o paraliżu sennym, zwanym przez niektórych zmorą, spędził ostatni tydzień. Objawy co prawda nie pasowały, ale temat wydał mu się ciekawy.


***


I właśnie o tym paraliżu sennym Jerzy przypomniał sobie wtedy, kiedy obudził się na tej zimnej podłodze i nie mógł otworzyć oczu. Natychmiast poczuł ucisk w klatce piersiowej.

– „Może to Pacha?” – łudził się jeszcze przez chwilę, bo przecież od dawna już próbował namówić ją na to, żeby na nim usiadła. Co prawda miał na myśli twarz, a nie klatkę piersiową, ale jak się nie ma co się lubi, no to i klatka piersiowa też może przecież być. Jerzy wiedział jednak, że sam się oszukuje.


– Pacho! Pacho! – zaczął wykrzykiwać na tyle głośno, na ile było go wtedy stać, ale nie było go stać na wiele – brakowało mu przecież powietrza w płucach. (Zauważmy jednak, że nawet w takiej sytuacji Jerzy nie zapomniał użyć wołacza, który to wołacz jest pięknym przypadkiem, choć niestety już zanikającym za sprawą byle mianownika.)


– O! Już się cholero obudziłeś? – usłyszał głos Pachy. – Pięknie się wczoraj zaprezentowałeś! Po prostu pięknie! Ciebie tylko puścić do ludzi, albo ludzi do ciebie! Taki wstyd przed Erwinkiem!

– Co się stało? – zapytał Jerzy, zapominając na chwilę o swoich oczach, bo wobec gniewu Pachy nawet i ślepota była niczym. Zresztą, Homer też był przecież ślepy. Choć, z drugiej strony, nic nam nie wiadomo o tym, żeby spotykał się z jakąś kobietą. Może dlatego pamiętamy go do dzisiaj?

– Co się stało?! Jeszcze się głupio pytasz?! – wściekała się dalej Pacha. – Uchlałeś się wczoraj, zresztą Erwinek też był nie lepszy! No i jak powiedział, że strasznie ma ochotę jakieś stopy pooglądać, chciał mnie nawet namówić, ale się nie zgodziłam, to ty wtedy, ty cholero, zdjąłeś skarpety i podsunąłeś mu pod te swoje stopy pod nos! Erwinek stwierdził, że za mało kobiece, a ty wpadłeś w szał. „Za mało kobiece?! Za mało kobiece?! Czekaj, ja ci jeszcze pokażę!” – zacząłeś krzyczeć i pobiegłeś do łazienki. Chwilę tam posiedziałeś, a potem to już było słychać tylko huk, bo się przewróciłeś, ty ochlejusie jeden, i zasnąłeś na podłodze! Czekaj chwilę, sprawdzę czy znowu ci jakiś bocian siana nie podprowadził.

Jerzy poczuł rękę Pachy sięgającą do jego kieszeni i wyjmującą z niej portfel.

– No, są pieniądze. Całe szczęście – powiedziała Pacha.

– Pacho – zaczął Jerzy, wciąż nie zapominając o wołaczu – ja nic nie widzę!

– No i nie dziwota, ty moczymordo! Tak ci się zachciało być dla Erwinka kobiecym, że pomalowałeś się moim cieniem do powiek. No a potem usnąłeś i w nocy ci się te powieki posklejały.


***


#naopowiesci

#zafirewallem


***


EDIT: A, zapomniałem: 848 słów.

Jakby to miało jakieś znaczenie.

@George_Stark Ja mam tylko dwa pytania natury porządkowej:


  1. Tak dla rozwiania moich wątpliwości, ten incydent łóżkowy to miał miejsce pod postacią kota, prawda?

  2. A znowu fetysze z Erwinkiem to w ludzkiej postaci po skarpetach tuszę? Czy to miała być współczesna interpretacja "Kota w butach"? Znaczy się w skarpetach...

@fonfi No i muszę się z dzieła swojego tłumaczyć, a sam go nie rozumiem.


1. Tak

2. Tak. Erwinek przyszedł w piątek wieczorem, a w piątek o 16 Jerzy już się w swoją gorszą postać przepoczwarzył.


EDIT: 1. Tak, ale to była wina Pachy, bo nie ogarnęła kuwety.

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ w obecnej edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem nie dołożę nadmiarem swoich opublikowanych wytworów roboty nikomu innemu jak tylko sobie, więc mogę sobie na to moje swobodne spamowanie bez wyrzutów szczątków mojego sumienia pozwolić.


Kolejny wiersz jest wierszem z gatunku „nie znam się, to się wypowiem”, bo wszak jestem bezdzietny, choć na teorii wychowania znam się zapewne jak nikt!


To miała być lekka zabawa homonimami albo wieloznacznością słów, czego ślad – mam nadzieję – widać w jeszcze w pierwszej strofie. Ale później mi to wszystko uciekło.


No i trochę ekshibicjonizmu, czyli wszelkie skojarzenia (w tym również i te muzyczne), które ja, autor, we swoim wytworze odnalazłem już po jego napisaniu:


– piosenka To wychowanie zespołu T.Love,

– ale chyba bardziej Kochajcie dzieci swoje pana Kazika Staszewskiego;

– oraz, co chyba oczywiste, słowa hetmana Jana Zamoyskiego: Takie będą Rzeczypospolite, jak ich młodzieży chowanie

– i, choć trochę na odwrót – bo jako odpowiedź: wiersz Do młodych pana Adama Asnyka, bo – tak mi się wydaje – każda zdrowa relacja powinna być obustronna i, tak jak młodzi nie powinni deptać przeszłości ołtarzy, tak i starzy powinni pozwolić młodym wznosić ich własne ołtarze teraźniejszości, no bo nie przyszłości przecież.


Dziękuję za wypowiedź.


***


Zasady

albo Wychowanie


Opracowaliśmy różne zasady –

porządek się na tych zasadach zasadza.

Zasady wpaja się poprzez przykłady,

więc do przykładów się warto przykładać:


jeżeli męża nazywasz „stary”,

jeżeli miłość dajesz na kredyt,

to nie dziw się, że syn cię później nazywa „stara”,

choć może ciężko jest ci to przeżyć.


Czasem podtopisz się w życia wirze,

czasem się będzie walić i palić,

lecz z najbliższymi bądź co dzień bliżej:

tako mieć będziem, jak żeśmy chowali.

Zaloguj się aby komentować

@George_Stark ale poproszę trochę hejta na @splash545, bo mnie to się dostało!


Pobladłem jak ściana, walnąłem ekran i z nóg zrobiło się masło,

Wrzeszczą alarmy, silniki umilkły, świat zamarł, zasilanie zgasło,

Dramatycznie kartkuję manualna, z mózgu zrobiła się margaryna,

Nurkuję d⁎⁎ą w planetę, chyba nie powtórzę wyczynu Gagarina.

Z drogi mlecznej zrobiło się masło

Potem czarna dziura i wnet słońce zgasło

w tym mroku i ciszy powstała margaryna

Przywieziona z kosmosu w statku Gagarina

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ jestem nosicielem bardzo nienachalnego optymizmu, to uważam, że na świecie dzieje się coraz gorzej (i jest to bardzo niepokojące). Szukałem rozwiązań, ale ich nie znalazłem, znalazłem za to przyczynę. Otóż, proszę Państwa przyczyna jest metafizyczna, a na świecie dzieje się źle przez:


***


Lenistwo aniołów


Diabeł się ponoć ubiera u Prady,

co gust całkiem niezły u niego zdradza;

to nie to co te anielskie dziady,

w jakichś tunikach zwyczajne chadzać.


Diabeł wykwintny – wybiera Paryż:

to Luwr odwiedzi, to siądzie przy wieży,

i jeszcze przejdzie Wielkie Bulwary.

Później Watykan wpadnie odwiedzić.


Aniołom chyba jest za to bliżej

do jakiejś biednej – ja wiem? – Portugalii?

I kiedy diabeł się pachni w mirze,

oni na plażach pozalegali.


***


#nasonety

#zafirewallem


I tak, ja wiem, że w Portugalii jest Fatima i to sanktuarium tam to, no co tu dużo ukrywać: złote, a skrome, ale mi się ładnie rymowało.

Zaloguj się aby komentować

No ja prawie zawsze mam skojarzenia muzyczne, bo muzykę bardzo lubię i nic na to nie poradzę, a nawet nie będę nic poradzić próbował, bo próbować coś poradzić nie chcę. I nie mam pojęcia, czy – już po napisaniu wytworu poniższego – bardziej kojarzy mi się on opisem muzycznych talent shows w wykonaniu pana Kazika Staszewskiego , czy też może z diagnozą sytuacji ogólnej w wykonaniu pana Bruce’a Springsteena :


***


Festiwal Żenady


Rozpoczynamy Festiwal Żenady!

Komisja się długo nie będzie naradzać,

u nas – jak wszędzie – rządzą układy:

zwycięzców już znamy, lecz nie ma co zdradzać.


Najpierw pan Kamil, co łoi browary

na czas, choć nikt mu czasu nie mierzy,

po panu Kamilu nam będą śpiewali

Fałszerze. Konkretnie: Kwartet Fałszerzy.


Później Aneta – żongluje ryżem,

Adam – on pewnie biblię tu spali,

a żeby poprzeczkę ustawić niżej

nadzy magicy już się rozebrali.


I tak nam z reklam wzrosną obroty,

a nim ktokolwiek z państwa ochłonie

to ten, co zbierze najwyższe noty:

sam prowadzący – wystąpi na koniec.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Postanowiłem urządzić dzisiaj nadprogramowy Dzień Kobiet i w związku z tym zrobić Paniom prezent. Pod poprzednim wytworem z Cyklu Grudziądzkiego koleżanka @Wrzoo wyraziła nadzieję na to, że Jerzy zmartwychwstanie, no bo Wielkanoc w końcu, a koleżance @KatieWee spodobała się nieistniejąca strona bierna czasownika „utonąć”, no to zdecydowałem się te dwie sprawy we swoim nowym wierszu uwzględnić.


Wszystkiego najlepszego więc, drogie Panie! – dobrze że już żadna więcej nic tam nie napisała.


***


No a nad tytułem wytworu poniższego myślałem przez chwilę, a później mi się przypomniało, że na tej płycie pana Stasiuka i zespołu Haydamaky, którą to płytę zresztą bardzo lubię, piękna jest nie tylko Alpuhara, ale też i na przykład Upiór, więc niech będzie o tym grudziądzkim upiorze:


***


Upiór


No: Alleluja! I nie ma rady,

Wielkanoc w końcu cudami obradza,

bo chociaż trochę nadgryzły go kraby,

się utonięty Jerzy odraza.


Na brzeg wypełznął, bieży przez szuwary,

z paznokci resztki pozdrapywał śniedzi,

ostatnie krople strząsnął już z fujary:

był się utopił, a przeżył.


– "Podejdź tu dziewczę, chodź ku wodzie bliżej" –

to szept Jerzego czy fali?

– "Nie wstydź się wcale, przecież nikt nie idzie,

w Wiśle się będziem kąpali".


Dziewczę już w stroju: stanik i galoty,

Jerzy podniecony całym ciałem płonie,

płonie tak jak płoną utonięte chłopy

bo dziewczę też zaraz utonie.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Ignorantia iuris nocet.


Jak widać, nie tylko nieznajomość prawa szkodzi, ale jego niezrozumienie również. Gdybym wiedział, że te pioruny będą sumowane, to sam bym tę papaję zjadł, a nie się nią z Wami dzielił w tym ostatnim wytworze w edycji LXXIII.


No ale trudno: dura lex, sed lex w końcu.


***


Czyli to mnie przypadł ten zaszczyt i niewątpliwa przyjemność otwarcia (a, jeśli dożyję, to jeszcze niewątpliwsza przyjemność zamknięcia) kolejnej, LXXIV edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem. No to otwieram.


Ponieważ to zwycięstwo kompletnie mnie zaskoczyło, zupełnie nie jestem przygotowany i zadam pierwszy tekst, który przyszedł mi do głowy, więc sięgniemy sobie do ballady pana Adama Mickiewicza i zajmiemy się jednym z najbardziej marszowo-rytmicznych tekstów jakie znam, a będzie to fragment ballady Alpuhara stanowiącej fragment Konrada Wallenroda. Całość tekstów można zaleźć pod linkami w tytułach, piękne wykonanie w pięknej oprawie muzycznej można zaleźć tutaj lub w wersji na żywo tutaj, w tej wersji na żywo okraszone dodatkowo interpretacją kolegi pana Andrzeja Stasiuka, gdyby kogoś któraś z tych rzeczy interesowała. Rzeczony natomiast fragment, którym się w tej edycji zajmiemy zamieszczam poniżej:


Adam Mickiewicz

Alpuhara

(fragment)


Już w gruzach leżą Maurów posady,

Naród ich dźwiga żelaza;

Bronią się jeszcze twierdze Grenady,

Ale w Grenadzie zaraza.


Broni się jeszcze z wież Alpuhary

Almanzor z garstką rycerzy.

Hiszpan pod miastem zatknął sztandary,

Jutro do szturmu uderzy.


O wschodzie słońca ryknęły spiże,

Rwą się okopy, mur wali;

Już z minaretów błysnęły krzyże,

Hiszpanie zamku dostali.


Jeden Almanzor, widząc swe roty

Zbite w upornej obronie,

Przerznął się między szable i groty,

Uciekł i zmylił pogonie.


***


Tam wyżej jest szesnaście wersów, a jest ich tyle dlatego, że przy układzie rymów ABAB czternastowersowy utwór ciężko żeby się dobrze rymował, a ja, będąc łaskawym, do konkursu dopuszczam tak utwory di risposta dwunastowersowe jak i szesnastowersowe – jak kto woli albo jak się komu chce.


***


Ponieważ to zwycięstwo kompletnie mnie zaskoczyło, zupełnie nie jestem przygotowany i nie mam pojęcia jakie zasady oceniania będą obowiązywać za tydzień, kiedy to przyjdzie mi wyłonić zwycięzcę, wiem za to jedno, a wiem, że na czas tej LXXIV edycji decyzją organizatora stara rzymska zasada lex retro non agit zostaje uchylona.


***


Dziękuję.


Proszę się dobrze bawić.


***


Aha. I tag #diproposta , bo później na mnie krzyczą.

Zaloguj się aby komentować