Tytuł wiersza poprzedniego skojarzył mi się z pochodzącym z języka angielskiego skrótowcem MILF (Man, I Love Fishing – jakby ktoś nie widział), ale nie o rybach będzie, choć ponoć zapach podobny (nie wiem – tak słyszałem, ja tam powonienie mam raczej słabe i właśnie tak się z tej swojej niewiedzy będę tłumaczył).
A skoro skrótowiec pochodzi z języka angielskiego, no to cały wytwór poniższy ułożył mi się również na dwóch angielskich słowach, często mylonych ze sobą, bo w języku polskim takiego rozróżnienia nie ma. Chodzi mianowicie o zwrot have to, który oznacza przymus zewnętrzny i must, które też oznacza przymus, ale wynikający z własnej potrzeby (takie silniejsze would like to). I właśnie o tym drugim przymusie jest wiersz poniższy.
Tak na marginesie: have to to byłoby chyba wówczas, gdyby opisywana Natalia była podmiotu lirycznego żoną?
@George_Stark Ja nie wiem jakie Ty masz słowniki języka angielskiego, ale ja znam zupełnie inne rozwinięcie MILF. Albo po prostu za dużo internetów się naoglądałem. W każdym razie próbuję powiedzieć, że mi się podoba. Tak obleśnie mi się podoba. Żonie też - chociaż się skrzywiła i pozdrawia.
Grudziądz, jak wiadomo, jest miastem nowoczesnym, a czasami nawet i postępowym. Wobec powyższego, nie mogło w ramach cyklu Sonetów Grudziądzkich zabraknąć wiersza postępowego, wiersza zaangażowanego, wiersza walczącego o równouprawnienie. Bo, w dobie walki o feminatywy, należy zwrócić uwagę na to, że i mężczyźni mają jakieś tam swoje prawa, w tym również i prawo do maskulinatywów:
***
Nimf
Nimf – grudziądzki wodny duszek
z cerą, cóż: cokolwiek płową,
ale z dużą wodo-głową,
z ciała ci zabierze duszę.
Nie, że jakieś tam katusze –
ot, przytrzyma cię pod wodą
aż narodzisz się na nowo,
aż zostaniesz jego druhem.
Zamieszkasz wówczas w wiślanej toni,
wieczność ci będzie niczym chwileńka
i czuł nie będziesz, nie będziesz się lękał,
i za żywymi ty będziesz gonił,
i sprawiał, że dzwon będzie im dzwonił,
ty – nowy duch Wisły, ty – nimfi bękart.
***
#nasonety
#zafirewallem
#diriposta – dla formalności, bo legalista edycję prowadzi i być może będzie się czepiał (proszę pozdrowić żonę)
Tak że, proszę Państwa, kończymy ten bal. Przez tydzień tańczyliśmy wierszem rymowanym poleczkę, do której zaprosił nas pan Andrzej Rosiewicz, więc teraz, wzorem porządnych bali, w naszej porządnej spelunie #zafirewallem czas na białe tango! Czyli, wierszem białym:
Panie proszą panów.
Nie ma pań?
No szkoda.
Ale trudno.
Wobec tego
przechodzimy
do podsumowania.
***
A więc #podsumowanienasonety w LXXXVI tego konkursu wydaniu.
Rymowali:
@George_Stark , który zabłysnął swoją łaciną (albo umiejętnością obsługi translatora – kto wie?) i napisał że Cavere flumen ;
@splash545 , który wrzucił kotka tak ładnego, że zastanawiam się, czy ładniejszy jest kotek czy jego wiersz bez tytułu tylko po to, żeby na koniec uznać, że są one komplementarne;
@RogerThat , który pięknie odpalił się powątpiewając w kryzysy, a szczególnie w Kryzys demograficzny? ;
@George_Stark , który przypomniał sobie o polskim bohaterze narodowym mongolskiego pochodzenia i napisał Gwiazdę ułanbatorską ;
@George_Stark , który , podchwyciszy pomysł kolegi @RogerThat również o jakimś kryzysie zapragnął napisać, więc napisał o Kryzysie męskości, no bo czemu by nie?;
@RogerThat , który nie przechodzi kryzysu, a przynajmniej nie przechodzi kryzysu twórczego, tylko pielęgnuje sobie Roślinki;
@fonfi , który sugeruje rzeczy, które się w głowie nie mieszczą (ale mieszczą się w dłoni) i w związku z tym napisał wiersz Kajaczek ;
@fonfi , który nie pozwoliłby sobie przecież na zaniedbanie legalizmu (jak liczysz, kolego, trzynaście sylab na dziesięciu palcach, co?) i napisał formalnie poprawny sonet Rusałka ;
oraz @RogerThat , który chyba jednak przechodzi kryzys tytularny, bo trzeci wiersz zatytułował Numer 3 (trzeci) (ale przynajmniej wiadomo, że do trzech liczyć potrafi, co w naszej kawiarni bywa wyczynem nie lada!).
***
Ja również przechodzę kryzys, kryzys czasowy, bez zbędnych więc wstępów, od razu przechodzę do rzeczy:
zwycięzcą LXXXVI edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem zostaje kolega @splash545 ! Jest to drugie zwycięstwo z rzędu Kolegi-Zwycięzcy co się nam chyba jeszcze nigdy do tej pory nie zdarzyło, więc Koledze należą się podwójne gratulacje: gratuluję i gratuluję!
Nagrodę jednak zdobywa kolega @fonfi i to właśnie on (za te sugestie parszywe, kalumnie oburzające) za karę poprowadzi edycję kolejną.
***
Dziękuję bardzo. Za różne rzeczy.
Do zobaczenia w najbliższej edycji kolejnej i (mam nadzieję) następnych kolejnych po niej następujących!
@George_Stark Wspaniała to była edycja, nie zapomnę jej nigdy.
Panu @splash545 gratuluję kolejnego zwycięstwa, Panu @RogerThat wspaniałych sonetów a Panu @George_Stark domknięcia kolejnej edycji z całkiem okazałą liczbą wytworów.
A sobie współczuję.
No bo jak tu sobie nie współczuć, skoro nie dość, że nie wygrałem, to jeszcze w organizację kolejnej zostałem wrobiony, którą to organizację nagrodą dla niepoznaki Kolega nazwał.
Miałem nawet jakiś wstęp do tego wierszydła napisać, ale nie bardzo mam na niego pomysł. Niech więc wiersz będzie nagi, tak jak Adam w Raju, a te dwa zdania proszę potraktować jako listek figowy:
Oczywiście, że miałem napisać coś innego i oczywiście, że nie miał być to wiersz. No ale jak już wiersz wyszedł mi spod palcy, to niechże i dalej idzie, do ludzi.
Pojawienie się na niebie poruszającej się gwiazdy zawsze coś zwiastuje. A już kiedy gwiazda nie tylko się porusza, ale nadciąga ze wschodu, to zwiastować musi coś naprawdę wyjątkowego. Tak było kiedyś nad Betlejem, było tak też i sporo później nad Moskwą:
Będzie po stoicku, a przynajmniej od tej stoickości mi toto co poniżej wyszło. Bo niby memento mori, ale, tak z drugiej strony, to jednak fajnie jest żyć. A, żeby żyć, czasami należy uważać. Szczególnie zaś należy uważać w Grudziądzu:
@fonfi Nie mam pojęcia czy "piosenka harcerska" to jest komplement czy nie. Szczególnie, kiedy przypominam sobie, jak te piosenki harcerskie były wykonywane.
Jako zwycięzca zastępczy (wyrób zwycięzcopodobny?) mam zaszczyt otworzyć (i obowiązek zamknąć, ale to dopiero za niecały tydzień, bo zamknę w piątek) LXXXVI edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem !
Ponieważ Koleżnaka-Organizatorka edycji poprzedniej, która obarczyła mnie tym zaszczytem (i obowiązkiem, ale to dopiero za niecały tydzień), nakazała mi przejąć pałeczkę , no to wpisałem w wyszukiwarkę hasło „sonet pałeczka”. Będziemy się bawić pierwszym rymowanym tekstem, który pod tą frazą znalazłem, a będzie to tekst do piosenki pana Andrzeja Rosiewicza o jakże wdzięcznym tytule Poleczka-pałeczka. Zamieszczam tylko fragment, do którego nasze wytwory będziemy układać, podzieliłem go nawet na strofy sonetowe, żeby mi tu jacyś legaliści marudzić nie zaczęli. Gdyby ktoś jednak potrzebował tego tekstu w całości, to można ją sobie łatwo znaleźć w Internecie albo też wysłuchać jej tutaj (polecam!).
Andrzej Rosiewicz
Poleczka-pałeczka(fragment)
Zapraszamy do poleczki,
zapraszamy na trzy-dwa.
Zapraszamy do bajeczki,
bajki, która prawdę zna.
Już zaczyna się poleczka,
zapraszamy wszystkich w tan.
Kto posłuchać chce bajeczki?
Może Pani, może Pan?
W Milicji nie jest źle,
w Milicji, nie nie nie.
To życie dość wesołe,
za życia być aniołem.
Tu na niebieskim chlebie,
tu żyje się jak w niebie.
***
Ci, którzy piszą, zasady znają. Jeśli ktoś miałby ochotę dołączyć (zapraszam!), a zasad nie zna, to proszę albo o nie zapytać, albo je sobie wymyślić i do tych wymyślonych zasad napisać jakiś wiersz – tak też będzie dobrze.
Kończymy, jak to tam wyżej wspomniałem, pierwszego sierpnia, jakoś pewnie wieczorem. Chyba, że zwolnią mnie z roboty, no to wtedy zakończę o jakiejś wcześniejszej godzinie, bo pewnie nie będę miał co robić.
Proszę się dobrze bawić i płodzić, płodzić wiersze! Bo ponoć mamy kryzys. Nie tylko demograficzny.
Inspiracją do wytworu poniższego rzeczywiście jest sytuacja, kiedy dostałem wiadomość, że Ozzy nie żyje. Rozmowa, jaka została w wierszu przedstawiona również miała miejsce naprawdę, a na dodatek wyglądała mniej więcej tak, jak to zostało tutaj zapisane. Bardzo mocno uderzyły mnie w tej rozmowie słowa, że „Trochę dziwnie żyć w świecie bez Ozzyego. Bo zawsze był.” I tak siedziało mi w głowie to ogromnie trafne spostrzeżenie, siedziało tak mocno, że aż musiałem dać mu ujście. No to daję:
W tym miejscu chciałem jeszcze bardzo przeprosić pana Billa Warda, pierwszego perkusistę Black Sabbath za to, że go w wierszu nie wymieniłem. Ale tak to już jest na tym parszywym świecie, że, tak jak The Beatles to John Lennon, Paul McCartney, Ringo Starr i „Ten Czwarty”, tak jak załoga Apollo 11 to Neil Armstrong, Buzz Aldrin i „Ten Trzeci”, tak właśnie w mojej głowie wygląda pierwszy skład pierwszego zespołu Ozzyego Osbourne’a, bo nazwisko pana Warda musiałem sobie w Wikipedii sprawdzić.
Przypomniało mi się, że miałem napisać wiersz o air fryerze, no bo rzeczywiście go kupiłem. Oto więc, wzbijając się na wyżyny sztuki, prezentuję wiersz biały (choć air fryer czarny):
***
Kupiłem air fryera
i moje życie
stało się
jeszcze bardziej leniwe.
***
I z taką myślą radosno-optymistyczną z niecierpliwością oczekuję na zakończenie zabawy sonetowej, bo mam straszną ochotę sobie kogoś po obiedzie utopić.
– „Cóż to by była za edycja, w której ostentacyjnie nie zlekceważyłbym zasad? Toż to nie po chrześcijańsku!” – pomyślałem sobie, no i zasadę dotyczącą tematu w wytworze poniższym postanowiłem całkowicie zignorować:
To będzie truizm, ale obserwacja ludzi bywa fascynująca, a rzeczywistość potrafi napisać takie scenariusze, których chyba nie dałoby się wymyślić, a przynajmniej ja bym nie potrafił. Koleżanka-Organizatorka @Wrzoo zażyczyła sobie, żeby w tej edycji zabawy #nasonety zawrzeć w swoich wytworach motyw śmierci. Zwykle takie życzenia (z większą bądź mniejszą premedytacją) olewam, ale nie tym razem. Tym razem życzenie otworzyło mi w głowie kilka klapek, a to, co spod tych klapek mi się powysypywało, niepokoiło na tyle, że trzeba było jakoś to w sobie uporządkować. W taki właśnie powstał wytwór poniższy, z którego zamierzam się trochę wytłumaczyć.
Mam koleżankę. A raczej miałem, bo od bardzo dawna już się nie widzieliśmy i nie rozmawialiśmy ze sobą i pewnie oboje zmieniliśmy się przez ten czas na tyle, że spotkanie, gdyby do niego doszło dziś, mogłoby okazać się cokolwiek niezręczne. Koleżance tej, już ponad dziesięć lat temu, zmarł partner. Zmarł we śnie, nie wiadomo dlaczego, sekcja zwłok nie wykazała przyczyny. Po prostu rano się nie obudził. Koleżanka przeżyła żałobę, a później zaczęła żyć dalej, znalazła sobie między innymi nowego partnera. Ostatnio mignął mi gdzieś jej wpis z okazji tej smutnej rocznicy, w którym napisała, że być może kocha dwie osoby jednocześnie. Cieszę się, że udało się jej sobie z tym wszystkim poradzić i że wydaje się być szczęśliwą (mam nadzieję, że rzeczywiście jest), a wspomnienie tej koleżanki i jej wpisu to pierwszy z przyczynków do powstania tego co poniżej.
Kolejne przyczynki są już czysto literackie. Pierwszym z nich (a drugim w ogóle) jest chyba mój ukochany wiersz, wiersz pana Stanisława Barańczaka *** / Jeżeli porcelana, to wyłącznie taka . Wiersz, którego moje rozumienie, wraz z moją stopniową zmianą podejścia do świata, bardzo się zmieniło i uważam, że to moje obecne rozumienie go nadaje mu jeszcze większego sensu i prawdziwości. I może to właśnie dlatego podoba mi się on coraz to bardziej i bardziej – czyż odbiorca nie ma prawa ugniatać sobie utworu (szczególnie poetyckiego) tak, jak mu to akurat pasuje? Drugim z kolei utworem, też w temacie, który zadość daje życzeniu Koleżanki-Organizatorki i z którego ukradłem motyw zawarty tak w tytule mojego wiersza, jak i w jednym z jego wersów, jest tekst autorstwa pana Romana Kostrzewskiego, tekst do piosenki Łza dla cieniów minionych , którą to piosenkę pan Kostrzewski wykonywał wraz z zespołem Kat.
Ech. Dłuższy mi ten wstęp wyszedł niż sam wiersz. Może dziś nie mam dnia poety, ale dzień eseisty albo innego felietonisty?
***
Okręt twój płynie dalej
Co wieczór o tej samej godzinie,
kiedy zmęczona już się położyła,
kiedy bezpiecznie się kołdrą okryła,
ty przychodziłeś. Żeby być przy niej.
Mówiłeś jej wtedy, że wszystko minie –
tak jej mówiłeś, gdy się martwiła.
Minęło –dziś już jej nie ma, bo dziś już: była.
A okręt twój? Cóż – dalej płynie.
Wspomnij ją czasem, rano się budząc;
tę pamięć o was pielęgnuj w sobie,
tylko nie cumuj przy tym jej grobie.
Płyń! – być może ku nowym cudom? –
po łez przypływie gdy opadnie rzeka,
podnieś kotwicę! Płyń i nie zwlekaj!
***
Ponieważ dużo pisałem o tym spełnianiu życzenia Koleżanki-Organizatorki, podrzucę jeszcze jeden utwór, który mi się z tematem skojarzył, a który ogromnie mi się podoba, choć to, co autor chciał (tak mi się wydaje) w tekście zawrzeć zrozumiałem dopiero przy którymś kolejnym przesłuchaniu (no i nie odnajduję w nim inspiracji do wytworu swojego, chyba że to jakaś inspiracja bardzo mocno podświadoma). Ale tak piosenka, jak i jej tekst uważam za wyjątkowo piękne, wobec czego chciałem się z Państwem utworem Nad wyraz w wykonaniu pana Marka Dyjaka podzielić.
***
EDIT: Oj, nieładnie się zachowałem wspominając autora słów do jednego utworu, a do drugiego nie. Ten piękny tekst do piosenki Nad wyraz napisał pan Jan Kondrak, z którego twórczością mam ogromną ochotę się szerzej zapoznać.
@George_Stark przepiękny, wzruszający sonet i równie wzruszająca geneza. 💛
Z wierszem Barańczaka mam tak, że wracam do niego co kilka lat, i za każdym razem odbieram go inaczej. Trochę jak horoskop, który sto różnych osób inaczej interpretuje pod swoje życie.
Ech. Tutaj powinno nastąpić moje standardowe starcze narzekanie na brak czasu, ale może tym razem je sobie darujemy – ważne, że opowiadanie udało się skończyć. I to jeszcze na dodatek w terminie!
Prawdą jest to, że na kieleckim Punkcie Wymiany Poezji nie ma zbyt dużego ruchu. Prawdą jest to, że punkt ten zlokalizowany jest na Skwerze Stefana Żeromskiego i że skwer ten znajduje się obok kieleckiej katedry. Prawdą jest, że na tym skwerze jest bezpłatny szalet miejski i prawdą jest też to, że na tym skwerze chętnie przesiadują pijaczki. Prawdą jest to, że kiedy czasami przy okazji tamtędy przechodzę, no to do Punktu zaglądam. Prawdą jest też w tym opowiadaniu kilka innych rzeczy, rzeczy, które dotyczą głównie prozy życia. Resztę opowieści ubarwiłem, zaprzęgając do tego cały dostępny mi romantyzm, ale że nie ma go zbyt wiele, bo przecież romantyzm jest zupełnie niepraktyczny i sprawdza się wyłącznie w literaturze romantycznej, a ja jednak jestem całkowicie praktycznym inżynierem, no to wygląda to wszystko tak, jak wygląda:
Pomysł od razu wydał mi się uroczy. Miał on w sobie coś tajemniczości, miał coś z romantyzmu, a można było nawet uznać go za pewien rodzaj magii. Bo czyż nie jest magią to, kiedy tak zostawiasz kawałek siebie, a w zamian zabierasz kawałek kogoś innego? Ty go nie znasz, a on nie zna ciebie. Wszystko co masz, to tylko ten kawałek papieru, który ten ktoś tam wcześniej powiesił i te kilka zapisanych na nim słów. Czasami masz jeszcze charakter pisma, o ile ten nieznajomy ktoś zdecydował się napisać swój wiersz ręcznie. Ja tak napisałem.
Zanim jednak powiesiłem swój wiersz, zabrałem czyjś. Kim był ten tajemniczy ktoś, kto tam tę swoją kartkę umieścił? Co skłoniło go do tego, żeby ją tam zostawić? – męczyły mnie te pytania. Z wiersza zapisanego na zabranej przeze mnie kartce nie mogłem wywnioskować wiele. Trudno było mi nawet rozczytać znajdujące się na tej kartce słowa. Deszcze rozmyły litery, zresztą sam papier też poddał się działaniu warunków atmosferycznych – kiedy zdejmowałem go ze spinacza, miejsce, w którym był ściśnięty, ukruszyło się. Nie, to nie tak, że ta kartka się rozdarła. Ona się naprawdę ukruszyła. Widać musiała wisieć tam już bardzo, bardzo długo.
A więc ten kruszący się papier, te parę słów zapisane atramentem o jasnoniebieskim, mocno już wyblakłym kolorze i męczące mnie pytania. I ten charakter pisma. Niepokojący. Tajemniczy. Urzekający. Litery wyraźne, z okrągłymi brzuszkami i pięknymi, długimi ogonkami. Pismo piękne, jak w siedemnastowiecznych dokumentach albo w zeszycie do kaligarfii, który prowadziła moja koleżanka Ilona. Bardzo ładny charakter pisma. Bardzo kobiecy. Ten wiersz musiała zostawić tam jakaś kobieta.
W domu ostrożnie rozprostowałem kartkę starając się nie ukruszyć jej jeszcze bardziej i włożyłem ją za okładkę dumy mojej kolekcji, mojego wydania Cierpień młodego Wertera. Wydania niemieckiego, wydania w języku oryginalnym. Wydania z roku 1832, roku śmierci Johanna Wolfganga Goethego. Goethe ist tot, also ist auch die Romantik tot – tak właśnie wygląda świat po roku 1832. A moją życiową ambicją było tę sytuację zmienić.
***
Skwer imienia Stefana Żeromskiego w Kielcach. Szeroka główna aleja prowadząca do okrągłego placu z Pomnikiem Armii Krajowej, tak bardzo przypominającego swoim kształtem słynny rzeszowski Pomnik Czynu Rewolucyjnego – a może to tylko mnie on się z jakiegoś powodu tak właśnie kojarzy? Wzdłuż alei kasztanowce z niedojrzałymi jeszcze kasztanami opatulonymi w te swoje zielone kolczaste skorupki, które zbrązowieją i zaczną pękać dopiero za mniej więcej dwa miesiące. I jeszcze dwie boczne alejki, którymi można obejść cały skwer dookoła. Jeśli spojrzeć na niego od strony katedry, z ulicy Jana Pawła II, wówczas lewa alejka będzie prowadzić do Punktu Wymiany Poezji. Znajduje się on na murze, kilka kroków przed Zakładem Aktywizacji Zawodowej i bezpłatnym szaletem miejskim. Żeby do tego Punktu dotrzeć, należy zejść z alejki pomiędzy dwiema ławkami i pokonać kilka metrów trawnikiem. Ścieżka nie jest w tamtym miejscu wydeptana.
Kilka pierwszych prób zawieszenia mojego wiersza, które podjąłem, nie zakończyło się powodzeniem. Być może to niewielka odległość od bezpłatnego szaletu miejskiego powodowała, że te dwie ławki, między którymi należało skręcić do Punktu Wymiany Poezji, zdawało mi się, że zawsze były okupowane przez dwóch miejscowych pijaczków:
– Kierowniku! Poratowałbyś może? Tak ze dwa złote chociaż? – początkowo pytali kilka razy dziennie, za każdym razem, kiedy tylko przechodziłem przed nimi tą alejką z zamiarem zejścia z niej i przypięcia wiersza pod ramką.
– Nie mam gotówki, kartą płacę – z jakiegoś powodu usprawiedliwiałem się przed nimi. Robiłem to tak długo, że w końcu przestali mnie o te dwa złote pytać.
Męczyłem się. Z jednej strony miałem silną potrzebę zostawienia tego wiersza w Punkcie. Chciałem poczuć tę magię. Więcej! – chciałem być tej magii częścią! Ten wiersz, który miałem zamiar powiesić, miał być moim zaklęciem, a ja już dobrze wiedziałem, jakie osiągnę tym zaklęciem efekty. Z drugiej jednak strony byłem na siebie zły, a nawet byłem sobą rozczarowany. Powodem tego rozczarowania było to, że nie mogłem zrozumieć w jaki sposób tych dwóch pijaczków przeszkadza mi w tym, żeby to moje postanowienie zrealizować. Należało tylko podejść do ramki i tę kartkę po prostu na niej zawiesić. Oni przecież nie mieli problemu z tym, żeby mnie o te dwa złote natarczywie wypytywać.
Męczyłem się, i to męczyłem się coraz bardziej. Doszło nawet do tego, że miałem kłopoty ze spaniem. Pierwsze promienie słońca wyrywały mnie ze snu. Budziłem się zlany potem i za nic w świecie nie mogłem ponownie zasnąć.
***
Wynurzające się zza horyzontu słońce oświetlało Skwer Stefana Żeromskiego od strony ulicy Wesołej. Promienie wędrowały od Placu Wolności wzdłuż ulicy Mickiewicza i rozbijały się na liściach kasztanowców. Kiedy wiatr poruszał liśćmi, niektóre z promieni docierały aż do złotych kul wieńczących katedralną dzwonnicę i kopułę nawy głównej. Światło odbijało się od tych kopuł, a ja miałem wrażenie, jak gdyby te kule były oświetlone od dołu. Jak gdyby światłość miała swoje źródło w ziemi.
Poniedziałkowy poranek był chłodny i wilgotny. Jak na lipiec było nawet bardzo chłodno: kiedy przyspieszyłem kroku podążając w kierunku ramki, z ust zaczęła wydobywać mi się para. Powodem tego mojego przyspieszenia kroku było to, że ławki przed ramką były puste. Nikt na nich nie siedział. Widocznie dla pijaczków było jeszcze zbyt wcześnie. Wykorzystując okazję, powiesiłem więc swój wiersz i rozentuzjazmowany wróciłem do domu. W domu od razu zachciało mi się spać. Położyłem się wtedy do łóżka i zasnąłem jak niemowlę.
***
– Jego nie pytaj, on i tak powie, że ma tylko kartę – powiedział jeden pijaczek do drugiego, wkładając wiele wysiłku w to, żeby upewnić się, że jego szept zostanie przeze mnie usłyszany.
Przez kolejne dwa tygodnie od tego dnia, kiedy powiesiłem na ramce swój wiersz codziennie przechodziłem przez skwer kilkukrotnie, zawsze niby to przypadkiem. Za każdym razem zastawałem ten sam widok: pijaczki siedzące na ławce i kartka wisząca na ramce dokładnie tak, jak ją tam zostawiłem. Za każdym razem byłem tą kartką trochę bardziej rozczarowany, a może nawet czułem się coraz bardziej zawiedziony.
– „No cóż: Kielce nie są miastem poetów” – pomyślałem. – „A jeżeli już nawet w jakimś stopniu są, no to jest to raczej poezja w rodzaju u_ap-bam-beluba-uap-bem-boo_* czy innego jebać mi się chce**. No trudno. Czego ja się w ogóle spodziewałem? Że ktoś mnie tutaj doceni? Przecież oni sobie na mnie w ogóle nie załużyli!” – w taki właśnie sposób próbowałem racjonalizować sobie całą tę przykrą jednak sytuację.
***
Czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko.*** – zgodnie z tym bolesnym credo romantyków, tęsknota serca, niestety, wygrała u mnie z potęgą rozumu. Problemy ze snem wróciły. Znów budziłem się wczesnym świtem, znów pidżama była mokra od potu.
– „Dwa tygodnie to przecież mnóstwo czasu. Powinna była już dawno się pojawić” – myślałem, przewracając się z boku na bok. Obracałem tę myśl w głowie i analizowałem ją na wszystkie możliwe sposoby. Spędziłem z tą myślą tyle czasu, że już dokładnie wiedziałem jak wygląda ta moja Lotta, która kiedyś powiesiła swój wiersz w ramce. Ten wiersz, który ja później zabrałem, który przeczytałem i który doceniłem, bo przecież trzymałem go w najcenniejszym egzemplarzu z mojego obszernego zbioru poezji romantycznej. Ta Lotta, która teraz powinna teraz znaleźć moją na swój wiersz odpowiedź. – „Coś się widocznie musiało stać” – przyszło mi do nagle głowy i, przejęty tą myślą, poderwałem się z łóżka. Ubrawszy się w cokolwiek, popędziłem na skwer. Chciałem coś zrobić. Musiałem coś zrobić. Musiałem coś zrobić żeby ratować moją Lottę. Nie wiedziałem tylko co.
***
Spinacz pod ramką był pusty.
– „A więc jednak! Wystarczyło tylko wykazać się odrobiną cierpliwości!” – uradowałem się.
– Kierowniku! Poratowałbyś może tak ze dwa złote? – dobiegł mnie głos jednego ze znajomej mi już dwójki pijaczków, którzy zmierzali w kierunku swojej ławki. Wyglądali na mocno zaspanych, w dodatku zaspanych snem trudnym po wczorajszym trudnym wieczorze. Być może właśnie dlatego tym razem nie udało im się mnie poznać.
– Mam tylko piątkę – odpowiedziałem.
– Jak dla mnie to może być. Ja tam się wcale na piątkę nie obrażę.
***
Kolejne dwa tygodnie. Dwa tygodnie nerwowego oczekiwania. Dwa tygodnie problemów ze snem. Dwa tygodnie: czternaście dni. Dwa tygodnie: trzysta trzydzieści sześć godzin i niezliczona ilość piątek, którymi musiałem obdarować pijaczków, bo po pierwszym razie jakoś głupio mi było im odmówić.
– Ty to, młody, coś tak wyglądasz mi na jakiegoś przygnębionego – w rozpoczynający trzeci tydzień oczekiwania poniedziałek, po odebraniu swojej piątki, zagaił mnie jeden z nich. – Klapnij se tutaj z nami na chwilę, łyknij se, to, co to by tam nie było, to zaraz ci przejdzie. Zresztą, i tak przydałoby mi się jakieś towarzystwo, bo z niego to na razie żadnego pożytku nie będzie.
Faktycznie: drugi z pijaczków chrapał przewieszony przez oparcie ławki. W taki właśnie sposób rozpoczęła się moja znajomość z Jurkiem i Markiem, bo takie imiona nosili ci dwaj pijaczkowie.
– Aaa! Czyli o kobietę ci się rozchodzi! – skonstatował Jurek, wysłuchawszy mojej historii przerywanej od czasu do czasu co głośniejszymi chrapnięciami Marka.
– Nie tylko że o kobietę, ale też i o poezję. Przede wszystkim o poezję! – bełkotliwie przyznałem się Markowi do mojego pisania wierszy. Przyznałem mu się do czegoś, do czego jeszcze nigdy nikomu się nie przyznałem, bo trochę się tego wstydziłem, a trochę byłem przekonany, że świat nie doceni mojego geniuszu i że wcale na niego nie zasłużył, ale to wino truskawkowe, którym dzielił się ze mną Jurek, proporcjonalnie do odbieranych mi zdolności dykcyjnych dodawało mi odwagi.
– A to nie na jedno wychodzi? – zapytał Jurek i opowiedział mi swoją historię:
– Kiedyś też byłem z kobietą – powiedział – wtedy zresztą i ja pisałem wiersze. No ale z kobietami to już jest tak, że zawsze, ale to zawsze, muszą znaleźć sobie coś, co im będzie przeszkadzać. Tej mojej na przykład przeszkadzało, że gnije mi lewa górna ósemka. Jeden ząb, wyobrażasz to sobie?! Trzydzieści pięć zębów zdrowych! Trzydzieści pięć, no bo jeszcze dziewiątki mi wyrosły, taki jestem wyjątkowy, a tylko jeden chory i to właśnie tego chorego musiała się uczepić! Jakby nie mogła sobie jakiegoś innego wybrać…
– No ale co dalej? – dopytywałem się kiedy Jurek, popadłszy w jakieś przygnębienie, zawiesił się na swoim wspomnieniu.
– A… No dalej to już normalnie – kontynuował pociągnąwszy z butelki solidny łyk dla otrzeźwienia. – Wiesz, młody: złamane serce, człowiek młody, głupi, a jeszcze naczytał się tych romantycznych pierdów od Goethego czy innego Mickiewicza, no to chciał być jak jeden z tych cierpiących bohaterów. Ja na przykład chciałem być jak Werter. Kupiłem sobie biurko, niebieski płaszcz i żółtą kamizelkę i nawet chciałem zrobić pozwolenie na broń, no ale dwa razy egzaminu z Glocka nie zdałem. Ten niezdany egzamin podłamał mnie jeszcze bardziej i długo zastanawiałem się jaki inny rodzaj śmierci sobie wybrać. I tak sobie wymyśliłem wtedy, że skoro nie mogę być jak każdy, no to zrobię tak, jak nikt jeszcze nie zrobił. No i szukałem takiego rodzaju śmierci samobójczej, jakiego żaden z bohaterów romantycznych nie wybrał. No i nie znalazłem nikogo, kto by się utopił. No i wtedy pojechałem do Grudziądza…
– Nad Wisłę?!– zapytałem przejęty zgrozą.
– Nad Wisłę – z kamienną miną odpowiedział Jurek.
– I żyjesz?!
– No, jak widać żyję. Ale miałem kupę szczęścia. Stamtąd podobno mało kto wraca. W zasadzie to nie słyszałem o nikim, kto by stamtąd, znad Wisły, wrócił. Przynajmniej żywy. A mnie się udało. Ale wiesz, to właśnie tam poznałem Marka – Jurek wskazał na wciąż chrapiącego kolegę. – Jego też wtedy zostawiła kobieta. Nie umiał kiełbaski prawidłowo na ognisku upiec, czy coś takiego… Dokładnie to nie pamiętam o co im tam poszło, on zresztą chyba też już nie. No ale on był mądrzejszy ode mnie. Od dawna był już wtedy stoikiem, więc nie bardzo się tym jej odejściem przejął. Tyle, że psa mu wtedy zabrała i pająki, choć ustalenia na wypadek rozwodu mieli inne. No i tego psa i tych pająków to mu jednak szkoda było. Zresztą, pies później wrócił. Pamiętam, jak kiedyś w obozie…
– No ale co dalej? – spytałem, bo Jurek znów zawiesił na wspomnieniu, choć tym razem nie do końca na swoim.
– No to właśnie mówię. Dalej to już było życie jak Rzymie w pierwszym wieku naszej ery. Wiesz, Marek miał jakiś tam swój pomysł na życie, nie to co ja. Marzyło mu się założyć obóz stoicki. No i taki obóz w Grudziądzu założył, i zatrudnił mnie w nim jako swojego przydupasa. I tak sobie w tym obozie przez kilka lat spokojnie czekaliśmy na śmierć, ale w końcu najechali nas epikurejczycy. I, jakby chcieli nam zrobić na złość, wcale na nie zabili, tylko zburzyli nam ten nasz obóz, a na jego miejscu założyli park rozrywki…
– I? – kolejny raz musiałem przywołać Marka do rzeczywistości.
– No i zapytałem Marka „Co dalej?”, kiedy tak patrzyliśmy na tych epikurejczyków, głośno radujących się na ruinach naszego spokojnego niegdyś obozu. Marek powiedział, że w sumie to teraz jest mu już wszystko jedno i, nie mając lepszego pomysłu, wyruszyliśmy wzdłuż Wisły. Szliśmy pod prąd, chcieliśmy dotrzeć do źródeł. Jak filozofowie. W taki właśnie sposób trafiliśmy do Kielc, a kiedy znaleźliśmy w tych Kielcach martwego bociana z wypchanym portfelem pod skrzydłem, no to trochę za bardzo zabalowaliśmy. Widać udzielił się nam ten epikureizm i przepuściliśmy w ten sposób cały ten niespodziewany przypływ gotówki w ciągu jednego wieczora no i w końcu usnęliśmy tutaj, na tym właśnie skwerze. Kiedy się obudziliśmy, zauważyliśmy, że Wisła w nocy po raz kolejny zmieniła swój bieg, a nam już się nie chciało jej wtedy szukać i wówczas stwierdziliśmy, że skoro nie mamy już za czym podążać do źródeł, no to równie dobrze możemy w tych Kielcach zostać. No i tak zostaliśmy i teraz sobie tutaj jesteśmy.
***
Marek obudził się o godzinie jedenastej.
– Głodny się robię – powiedział.
– Według ciebie to można by regulować zegarek – odparł Jurek, po czym zwrócił się do mnie: – Idziemy, młody, na obiad, bo o jedenastej trzydzieści tutaj obok michę dają. Idziesz z nami? – zapytał, kiedy właśnie miałem zamiar ciągnąć go za język w sprawie tego, jak to było u niego z poezją, bo do tej pory opowiedział mi wyłącznie o swojej kobiecie i o tej kobiety w jego życiu następstwach.
– Nie, dzięki. Nie jestem głody. Trochę sobie jeszcze tutaj posiedzę – odmówiłem, ponieważ po tym winie truskawkowym bardzo kręciło mi się w głowie.
– A jakiejś piątki byś może jeszcze nie znalazł? Bo, wiesz, jak będziemy wracać, no to byśmy coś tam jeszcze może kupili. Bo to się właśnie skończyło – powiedział Jurek, po czym pociągnął ostatni, solidy łyk o objętości jednej czwartej litrowej butelki, którą następnie kulturalnie umieścił w koszu przeznaczonym na szkło.
***
Zmieniłem ławkę. Niepewnym krokiem przedostałem się przez trawnik, jeszcze mniej pewnie wspiąłem się na niski murek okalający centralny plac Skweru Stefana Żeromskiego, po czym spełzłem z jego drugiej strony i, z trudem przechodząc przez plac, zająłem miejsce po jego drugiej stronie. Miałem stamtąd doskonały widok na znajdującą się dokładnie naprzeciw mnie wiszącą na murze ramkę.
Pojawiła się nagle. Zatrzymała się na alejce dokładnie naprzeciw mnie. Stanęła pomiędzy ławkami. Nawet na mnie nie spojrzała. Patrzyła prosto w kierunku ramki.
– „Boże! Boże! Żeby tylko to nie była ona!” – pomyślałem i natychmiast przetrzeźwiałem. Przed ramką stała kobieta w wieku co najmniej osiemdziesięciu lat. Była lekko przygarbiona, ledwo powłóczyła nogami, a te resztki siwych włosów, które zostały jej jeszcze na głowie były mocno przetłuszczone i rozrzucone w zupełnym nieładzie. Kiedy zawiał wiatr, dobiegł mnie zapach potu, moczu i lawendy. Mimo zbliżającego się lipcowego południa ubrana była w futro. Futro miało widoczne nawet z tej sporej odległości, która nas dzieliła, dziury – widać lawenda, którą zapewne trzymała w szafie, niewiele jej pomagała. – „Uff…” – odetchnąłem, kiedy okazało się, że staruszka wcale nie spoglądała na Punkt Wymiany Poezji, ale na swojego pinczera, który zdecydował się murek, na którym zawieszona była ramka, oznaczyć jako swój. Na całe szczęście, po załatwieniu przez psa potrzeby, właścicielka oddaliła się zabierając go ze sobą. Nie lubię tych małych szczekających szczurów – był to więc kolejny minus tej mojej, całe szczęście że potencjalnej, Lotty.
Jurek z Markiem długo nie wracali. Siedziałem więc samotnie na ławce przyglądając się kolejnym kobietom przechodzącym obok ramki. Niejednokrotnie serce, to serce, które tak mocno biło mi na myśl o mojej Lotcie, podchodziło mi podczas tych obserwacji do gardła. Działo się tak dlatego, że żadna z kobiet, które tamtego poniedziałku widziałem na skwerze, nawet odrobinę nie przypominała mojej Lotty. Ogarniało mnie przerażenie na samą myśl, że któraś z nich mogłaby moją Lottą choćby spróbować zostać.
Drugą kobietą, która przeszła alejką zaraz po właścicielce pinczera była damulka na szpilkach i w zbyt obcisłej niby-to-skórzanej spódnicy. Na zadartym nosie nosiła ciemne okulary, a na głowie miała fryzurę typu „chcę rozmawiać z kierownikiem”.
– „Z taką babą to byłyby tylko same problemy. Po co mi jakieś wieczne pretensje? Jej to przecież zawsze coś nie będzie pasować” – pomyślałem z ulgą, kiedy minęła ramkę, nawet na nią nie spojrzawszy. Spojrzała za to na panią futrze, kiedy wyprzedzała ją, spiesząc się zapewne na jakieś superważne spotkanie, na którym będzie mogła wcielić w życie swoją przebojowość i okazać swoją niezależność. Na staruszkę z psem spojrzała z pogardą. – „Nie szanuje innych” – pomyślałem i to był kolejny jej minus, który tylko utwierdził mnie w słuszności podjętej właśnie przeze mnie decyzji.
Później przechodziła jeszcze dziewczyna w wieku w sam raz dla mnie, ale zbyt tłusta i w dodatku w legginsach, które bardzo niegustownie opinały jej tłuste jak balerony nogi. Po niej pojawiła jakaś laska wymodelowana i wypindrzona tak, że zastanawiałem się, czy to jeszcze człowiek, czy już reklama jakiejś fuzji branży kosmetologii i medycyny estetycznej z dodatkiem przedsiębiorstw odzieżowych. Zresztą, ile czasu musiała poświęcać każdego ranka na wykonanie takiego makijażu! Czasu, który porządna kobieta powinna wykorzystywać na przygotowanie pożywnego śniadania dla swojego mężczyzny.
Następna przechodziła dziewczyna w nijakich szaroblondowych włosach upiętych w skromny kucyk. Kolor jej włosów doskonale komponował się z szaronijakim kolorem cienkiego rozpinanego swetra, który miała na siebie narzucony.
– „Nie no, taka to też nie. Taka to tylko przy zgaszonym świetle, wyłącznie po bożemu, zawsze pod kołdrą i z koszulą nocną podwiniętą wyłącznie tyle, ile jest to absolutnie konieczne.”
Później pojawiły się jeszcze dwie roześmiane siksy – jedna brunetka z dość przyjemną twarzą, ale z figurą w kształcie gruszki, figurą, która zupełnie mi nie odpowiada, w dodatku ubrana w zieloną koszulkę, a ja bardzo nie lubię zielonego i jej ruda przyjaciółka, całkiem nawet niezła. Ale cóż z tego, że niezła, kiedy, wnioskując ze sposobu w jaki rozmawiała z brunetką, wszystkie nasze prywatne sprawy byłyby natychmiast wynoszone na zewnątrz.
I przeszło tamtego poniedziałku przez skwer Stefana Żeromskiego w Kielcach jeszcze kilka innych kobiet, ale każda z nich miała w sobie coś, co dyskwalifikowało ją jako moją potencjalną partnerkę. Żadna z nich nie mogła być moją Lottą.
Cierpiałem więc. Cierpiałem z każdą odchodzącą spod ramki zmarnowaną szansą, cierpiałem z każdym krokiem tych oddalających się kobiet. Cierpiałem z każdym ich krokiem, z którym razem z nimi oddalała się nasza wspólna szczęśliwa przyszłość, bo żadna z tych oddalających się kobiet nie była taka, jaką być powinna.
***
Na skutek tego cierpienia, jak u każdego prawdziwego romantyka, obudził się we mnie nastrój. Nastrój przygnębienia, a może nawet głębokiej depresji. Nastrój, z którym, jak każdy prawdziwy poeta, umiałem poradzić sobie tylko w jeden sposób. Wyciągnąłem więc zeszyt, który zawsze noszę przy sobie na wypadek nagłego przypływu natchnienia i zapisałem w nim co następuje:
Lotto, moja droga Lotto!
Życie moje – grząskie błoto:
ranek wita ciemną grotą,
puste dni są mi Golgotą,
wieczór jak walka z Gołotą…
Jakże sprostać mam kłopotom?
Jak zamienić ołów w złoto? –
bo kobiety ze ślicznotą
odrzucają mnie głupotą,
ale te z rozumu cnotą
odrzucają mnie brzydotą.
A więc gryzę się zgryzotą,
choć bym zrobił wszystko po to
żeby przestać być sierotą
miłości.
;
Lotto! Moja droga Lotto!
Przyjmij! Przyjmij mnie z ochotą!
Uracz! Uracz mnie pieszczotą!
Ja uraczę ciebie strofą –
tego pragnę! Ale: co to?!
Życia mnie realia zgniotą:
szansa, by cię spotkać Lotto,
mniejsza niż na szóstkę w Lotto.
Po napisaniu przeczytałem ten wiersz jeszcze kilkukrotnie i byłem z niego bardzo zadowolony. Później wyrwałem tę kartkę, na której go zapisałem, ostrożnie złożyłem ją na pół i zawiesiłem pod ramką.
***
– A oto jest i nasz poeta! A my tutaj mamy natchnienie! – wykrzyknął Jurek wyciągając w górę jeszcze nie otwartą butelkę wina truskawkowego, kiedy po obiedzie, w towarzystwie Marka, zmierzał w kierunku ławki, na której pogrążony w smutku czekałem sam nie wiem na co. Być może nawet na nich. Czekałem więc, w dalszym ciągu jednak z jeszcze nie do końca umarłą nadzieją obserwując, czy nagle nie pojawi się pod ramką moja Lotta żeby zabrać ten mój wyraz rozpaczy przelany przeze mnie dla niej przed chwilą na papier.
Jurek z Markiem usiedli na ławce obok mnie.
– Daj, to odbiję – powiedział Marek wyciągając rękę w kierunku wina. – Coś mnie suszy po tym obiedzie. Chyba przesolili.
– Czekaj! – wykrzyknął Jurek cofając rękę, w której dzierżył płynne różowe natchnienie. – Metabolizm się we mnie odzywa. Zaraz wracam, bo to niezdrowo tak spożywać z pełnymi jelitami.
Następnie Jurek wstał i udał się w kierunku pobliskiego bezpłatnego szaletu miejskiego. Drzwi nie zdążyły się jeszcze za nim do końca zamknąć, kiedy otworzyły się ponownie, a w otworze drzwiowym ukazała się jego wściekła twarz.
– Noż k⁎⁎wa! – wykrzyknął. – To miasto schodzi na psy! Nie dość, że cała poezja w tym mieście ogranicza się do uap-bam-beluba-uap-bem-boo czy innego jebać mi się chce, to jeszcze w sraczach nie mają papieru! No i co ja mam teraz uczynić?
– A, ostatnio też tak miałem – spokojnie odezwał się wtedy Marek, którego, jako stoika, nawet takie tragedie nie wzruszały. – Ale trzeba sobie jakoś w życiu radzić. Ja poradziłem sobie w taki sposób, że jakiś kretyn, tutaj na murku, zaraz obok, przypina z jakiegoś powodu jakieś kartki, no to sobie taką kartkę wziąłem. Nawet miękki ten papier i całkiem przyjemny w dotyku, tylko trzeba go najpierw trochę w rękach potarmosić.
***
* – Liroy, Scoobiedoo Ya;
** – Liroy, ...A J⁎⁎ać Mi Się Chce!!!;
*** – Adam Mickiewicz, Romantyczność;
***
#naopowiesci
#zafirewallem
3524 słowa, dwie redakcje i już więcej nie robię; za ewentualne błędy, niezgrabności i nieścisłości przepraszam.
@George_Stark No takiego końca to się nie spodziewałem. Różne mi się w trakcie czytania koncepcje rodziły, ale na tę strzelbę na ścianie to nie zwróciłem uwagi, chociaż Szanowny Pan Autor kilka razy ją w kadrze umieścił. Ale to świadczy tylko o tym, że umieścił ją tam po mistrzowsku.
Tak więc uśmiałem się.
I nawet refleksję mam po tej lekturze, a o to chyba chodzi w literaturze (o, nawet się zrymowało). A refleksję mam taką, że teraz nie wiem czy ten cały interes z poezją to przypadkiem nie jest po prostu do d⁎⁎y.
I nawet refleksję mam po tej lekturze, a o to chyba chodzi w literaturze (o, nawet się zrymowało). A refleksję mam taką, że teraz nie wiem czy ten cały interes z poezją to przypadkiem nie jest po prostu do d⁎⁎y.
Cieszę się, że taka refleksja Pana naszła (proszę pozdrowić żonę). Cały ten tekst miał być taką właśnie konstatacją zupełnego bezsensu tego, co tutaj (ale i przy tych ramkach) robimy. Co nie jest, oczywiście, żadnym argumentem za tym, żeby przestawać to robić.
@onpanopticon
Koniec końców tylko dodam, że surowa ta "laurka" dla kieleckich kobiet i ich powabu intelektualno-wizualnego xDD
Patrz, a zamiar był zupełnie inny! To zawsze jest bardzo ciekawe dowiadywać się, jak bardzo zamiar różni się od odbioru.
EDIT:
A co do wiersza, to dziękuję, choć mocno starałem się żeby był możliwie jak najbardziej mizerny literacko.
***
Dziękuję, chłopacy, za miłe słowa, za refleksje i uwagi, bo to nie tylko cenne na przyszłość, ale i przyjemne tak je sobie przeczytać z raniacza.
Ponieważ opowiadanie mi jakoś nie idzie, zajmuję się różnymi innymi pierdołami. W związku z tym, że zrobiłem już wszystko, co miałem do zrobienia i nawet trochę więcej, to z rozpaczy zacząłem w końcu przeglądać Facebooka. I być może była to zła decyzja, bo okazuje się, że rośnie mi konkurencja , całkiem nawet niezła. No a gdyby tam nie zajrzał, to bym się nie konkurencją martwił, no bo bym przecież o niej nie wiedział.
Co wrażliwszych przepraszam za dzisiejszy spam, tym bez Facebooka załączam screen.
Chodzi za mną od jakiegoś czasu myśl z rozmowy z koleżanką @KatieWee, która to rozmowa odbyła się w Grudziądzu, i ta myśl niespodziewanie naszła mnie dzisiaj na spacerze i powstał z niej wiersz. Biały:
Świat okazywał się ciasny jak stryszek chłopskiej chaty. Człowiekowi ustawicznie groziło, że albo wpadnie we wnyki zastawione przez tych, którzy go nienawidzą i chcą go gnębić, albo w ramiona tych, którzy go kochają i pragną chronić.
Ja tę książkę przeczytałem w swoim życiu po raz drugi. Pierwszy raz miał miejsce kilkanaście lat temu, byłem wtedy albo w końcówce gimnazjum albo w początkach liceum. Fascynowałem się wówczas zespołem Dżem (ta przypadłość dotknęła też wielu z moich ówczesnych znajomych, a, z tego co mi wiadomo, niektórym z nich po dziś to jeszcze nie przeszło) i właśnie pod wpływem utworu Jak malowany ptak po książkę pana Kosińskiego zdecydowałem się w tamtym czasie sięgnąć. Czy jest to przypadkowa zbieżność tytułów, czy też autor tekstu do utworu zespołu Dżem, pan Dariusz Dusza, inspirował się tą powieścią – ciężko jest mi stwierdzić. Można by znaleźć pewne tropy przemawiające za tą interpretacją, nie jestem jednak pewien, czy nie byłaby to nadinterpretacja. Być może wtedy, dawno już temu, sprawdziłem jak to się tam z tym pisaniem przez pana Duszę odbyło, ale nawet jeśli to wtedy sprawdziłem, to efektów tego sprawdzania nie pamiętam. A dziś tego sprawdzać to już mi się nie chce.
Z tego mojego pierwszego czytania sprzed kilkunastu lat też w zasadzie niewiele pamiętałem. Pamiętałem tylko jedną scenę, scenę stosunku z kozłem (szokującą! – można przeczytać w niemal każdym tekście dotyczącym Malowanego ptaka; drugim obowiązkowym punktem – a więc i ja go tutaj zmieszczę – tekstów traktujących o Malowanym ptaku jest imię występującego w tej książce psa – psa, który wabi się Judasz) i nie pamiętałem już niczego więcej, nawet tego psa Judasza. Zresztą, wydaje mi się, że wówczas tej książki na pewno nie doceniłem, o ile w ogóle udało mi się ją wtedy zrozumieć.
***
Tym razem po Malowanego ptaka sięgnąłem również poruszając się po tropie. Trop prowadzący do tej książki wskazał mi w swoim bardzo dobrym (a narracyjnie fantastycznym) Good night, Dżerzi pan Janusz Głowacki (dzięki za podsunięcie, kolego @fonfi , proszę pozdrowić żonę!). Bo faktycznie, postać autora książki, pana Jerzego Kosińskiego, tak barwnie w tym Good night, Dżerzi odmalowana, jest postacią kontrowersyjną. Tak samo jak kontrowersyjny jest sam Malowany ptak. Kontrowersje te dotyczyły tak domniemanego nieautorstwa tej powieści przez człowieka, którego nazwisko można przeczytać na jej okładce, jak i zmiany jej odbioru po skandalu, który wybuchł w momencie, kiedy okazało się, że nie jest ona aż tak bardzo autobiograficzna, jak pan Kosiński chciał, żeby była odbierana. Tych kontrowersji zresztą było tam znacznie więcej, a jeśli ktoś jest nimi zainteresowany, to odsyłam do wspomnianego wcześniej Good night, Dżerzi.
Zostawiając jednak kontrowersje na boku, a zajmując się już Malowanym ptakiem, to po pierwsze muszę napisać, że jest ona napisana cudownie, przede wszystkim jeśli chodzi o prowadzenie narracji. Płynąłem przez ten tekst zachwycając się jego budową, stylem, rytmem (a nawet melodią!) czy porównaniami stosowanymi przez autora (czytałem polski przekład, autorstwa pana Tomasza Mirkowicza, więc, przynajmniej w kwestii tych pierwszych trzech – a z melodią to nawet czterech – spraw, nie mniejsze ukłony w jego kierunku). Urzekła mnie zdolność obserwacji autora (ktokolwiek nim nie był) i użycia szczegółu w prezentacji postaw bohaterów (to, co tak ogromne wrażenie zrobiło na mnie u pana Kafki) i w tej sprawie posłużę się cytatem: Wreszcie zjawiła się kierowniczka, przywitała nas i wzięła od Jurija moje akta. Podpisała jakiś dokument, oddała Jurijowi i położyła mi dłoń na ramieniu. Strząsnąłem ją zdecydowanie. Epolety munduru to nie nie miejsce, gdzie kobieta może kłaść rękę. Bardzo podobała mi się płynność przemiany głównego bohatera, jego dostosowywanie się do sytuacji, wyciąganie wniosków z tego, co działo się dookoła niego (często wniosków moim zdaniem błędnych i naiwnych, ale tak dobrze uzasadnionych spojrzeniem postaci, że była ta postać absolutnie spójna i bardzo konsekwentnie prowadzona). Patrząc też na książkę jako całość, rozumiem (a nawet doceniam) jednowymiarowość pojawiających się w niej bohaterów drugoplanowych – moim zdaniem było to potrzebne do przedstawiania świata w taki sposób, w jaki autor (ktokolwiek nim nie był) chciał ten świat przedstawić.
I właśnie: świat przedstawiony. To kolejny zarzut (czy kontrowersja) jaki zdarza się, że jest ku Malowanemu ptakowi kierowany. Ja się z nim nie zgadzam. To znaczy, owszem, świat (z tego, co wiem), nawet w czasie II wojny światowej nie był miejscem aż tak okropnym i nieprzyjaznym, jakim przedstawił go autor (ktokolwiek nim nie był). Z drugiej jednak strony, żeby pokazać to, co w książce zostało pokazane (albo to, co ja w niej znalazłem) to, wydaje mi się, nie można było postąpić inaczej niż przedstawić ten świat właśnie w taki sposób, czyli przy użyciu hiperboli – to przecież wspaniały, jeśli umiejętnie zastosowany, środek literacki. A Malowanym ptaku hiperbola uważam, że została zastosowana świetnie. W ogóle ten świat z Malowanego świata, świat wsi brudnej, ciemniej, złej, głupiej i zepsutej wspaniale kontrastował mi ze światem w ostatnio przeze mnie (trochę z przymusu) przeczytanych Oberkach do końca świata pana Wita Szostaka. Tam również występowała wieś, również była ona ciemna i głupia, ale u pana Szostaka miało to swój urok. U pana Kosińskiego (czy kto tam tę książkę napisał) wręcz przeciwnie. Oba te przedstawienia wydają mi się dość dalekie od prawdy, prawda, jak to ma w zwyczaju, pewnie leży gdzieś po środku, jednak mnie to drugie przedstawienie literacko podobało się dużo bardziej.
Czytałem również w okresie gimnazjalnym i również pod wpływem utworu Dżemu. Bardzo mi się wtedy spodobała. Napisałem nawet jakąś pracę na polaka o niej, pani polonistka była pamiętam bardzo zaskoczona i dostałem piękną szóstkę XD ciekawe co tam napisałem bo nie pamiętam 😛
Kolega @onpanopticon napisał wczoraj , że należy celebrować zdejmowanie zasłon. Chciałem spróbować, bo być może ma rację, ale niestety – w oknach mam roletki. Wobec powyższego postanowiłem sprawić sobie przyjemność na inny z dostępnych mi sposobów, który to sposób docenia się ponoć dopiero w życiu dorosłego człowieka:
***
Zmieniłem gąbkę
Zmieniłem gąbkę na nową w zlewie!
I dumny teraz czuję się z siebie,
bo w pewnym wieku to jest już dość
ażeby z życia poczuć radość:
bo nowej gąbki sztywna struktura…
no bo jest cała, a w starej dziura…
bo teraz nic już nie barwi mi wody
wczorajszym sosem pomidorowym.
Lecz, ciesząc się gąbką nieużywaną,
olśnienia doznałem patrząc tak na nią,
że – jeśli użyję jej w końcu do mycia –
będzie to koniec beztroski jej życia.
Ech! – mimo mojego ulitowania:
naczynia mam przecież do pozmywania!
A choćbym się nie wiem jak starał,
to nowa gąbka też stanie się stara:
sosem nasiąkną jej czyste pory,
później zaś spocznie na dnie komory
zlewowej – może do cna wyżęta?
Czy gąbka będzie wówczas pamiętać
ile radości sprawiła mi ona
zanim została rozdziewiczona?
***
#zafirewallem
#wolnewiersze – a taki tag sobie tutaj wpiszę, mając na uwadze naszą dzisiejszą dyskusję „co dalej?” ; zachęcam w ten sposób (a przynajmniej staram się zachęcić) do publikacji własnych wytworów niezwiązanych z naszymi zabawami – opatrzone takim tagiem, będą później łatwiejsze do znalezienia.
Dziś jest dziesiąty. A że, jak niektórym z Was wiadomo, poszedłem niedawno do pracy i jest to od jakiegoś czasu pierwszy dziesiąty, który nie tylko został przeze mnie zauważony, ale z którego wręcz się ucieszyłem, no to – stosując się do zasady pani Marilyn Monroe (Pieniądze nie dają szczęścia, dają je dopiero zakupy) – postanowiłem nabyć sobie artykuł pierwszej potrzeby (choć kupiłem używany):
Dosłowność szekspirowskiego być albo nie być? – oto jest pytanie została już w sztuce wykorzystana do porzygu. W związku z powyższym, chcąc uniknąć odruchu wymiotnego, postanowiłem nie inspirować się tym cytatem wprost. Zamiast tego zdecydowałem się na jego parafrazę: