Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 746wpisy
  • 3812komentarzy

Dobrze, moi Drodzy!


W niedzielę, 16.03.2025 napisałem: Czekam na Wasze dzieła przez dwa tygodnie, do niedzieli, 30.04. Krzty w tym zdaniu sensu ni logiki, bo to ani dwa tygodnie nie było do 30.04 od tamtego dnia, kiedy te słowa pisałem, a najbliższa niedziela, która przypada 30.04 to będzie rok 2028 (o ile do tego czasu świat się nie skończy). Postanowiłem więc XXI edycję zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem zakończyć dziś, to jest rzeczywiście po dwóch tygodniach od jej otwarcia, w niedzielę 30.03.2025 i tym samym publikuję #podsumowanienaopowieści .


I nawet wziąłem pod uwagę to, że mamy tutaj takiego ananaska i osobę odmiennie gospodarującą czasem, którzy lubią dodawać swoje teksty w ostatniej chwili (absolutnie nie chroni to przed zwycięstwem, jak mogłoby się niektórym wydawać; nic nie chroni przed zwycięstwem! – haha!), więc jeśli koleżanka @KatieWee albo kolega @fonfi mieli taki zamiar, to można swoje opowiadania opublikować już po tym ogłoszeniu wyników. Jeśliby nawet ewentualnie opublikowali te swoje ewentualne opowiadania przed ogłoszeniem tego werdyktu, to, przyznam,: tegowerdyktu i tak by to nie zmieniło. Werdykt bowiem w tej edycji zapadł bardzo wcześnie, zapadł już po minucie od ogłoszenia konkursu.


Zrobię wszystko nie po kolei. Najpierw ogłoszę zwycięzcę:


a zwycięzcą XXI edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem zostaje kolega @bojowonastawionaowca za wspaniałe dzieło bez tytułu (brak tytułu dodatkowo podkreśla zwięzłość tego dzieła – tym większe za to dzieło należy się uznanie), a dzieło to wspaniałe można znaleźć tutaj .


Gratulacje!


***


Pozostałe opowiadania, które opublikowano w czasie trwanie właśnie kończącej się edycji to:

– piękny tekst koleżanki @moll pod tytułem Niefortunny zakład o wspaniałych pomysłach, które to mogą przyjść do głowy tylko po pijaku (a być może szkoda, że nie na trzeźwo, bo to jednak człowiek niepijący dużo z życia tarci);

– oraz mało kreatywny tekst kolegi @George_Stark pod tytułem Ławka łaski, któremu to koledze nie chciało się nic wymyślać (choć miał taki zamiar!) więc popisał coś tam coś tam sięgając do jakichś swoich wyeksploatowanych staroci i odrzutów, no bo owszem: można to opowiadanie nazwać odciętym kuponem, niemniej będzie się jednak wtedy w błędzie.


Koleżance @moll gratulujemy więc również!


A ja dziękuję za kolejną już edycję – tak piszącym, jak i czytającym, których to zachęcam do pisania! – i niecierpliwie czekam na kolejną!

@George_Stark wypraszam sobie nazywanie ananaskiem, ja po prostu odmiennie gospodaruję czasem, ot co!

@bojowonastawionaowca gratulacje, no nie mogę się doczekać na otwarcie następnej edycji

Gratuluję wszystkim Państwu, którzy do tej edycji przystąpili świadomie, a dla Pana @bojowonastawionaowca szczególne gratulacje z powodu wygranej pomimo udziału nieświadomego. Wygrana w pełni zasłużona!


Ja z bólem przyznaję się, że odmienne gospodarowanie czasem w tym, kończącym się tygodniu mnie pokonało. Nie pozostaje mi nic innego jak z niecierpliwością czekać na kolejną edycję.

Zaloguj się aby komentować

Nawet miałem ochotę napisać jakiś wstęp, ale kiedy skończyłem pisać to opowiadanie i przeczytałem je później w celu zgrubnego go zredagowania, to może jednak lepiej, żebym nic już więcej nie pisał:


***


Ławka łaski


Trójpodział władzy w Obozie polegał na tym, że Plusk sprawował władzę ustawodawczą w poniedziałki i czwartki, władzę wykonawczą we wtorki i piątki, a władzę sądowniczą w środy i soboty. W niedziele Plusk odpoczywał.


W każdej dobrze wykreowanej antyutopii w stworzonym przez tyrana systemie istnieje jakaś luka. Dziura jakaś czy wyrwa w tej szczelnej tkance nadzoru i inwigilacji, powstała – zdaje się – na skutek przeoczenia twórcy (twórcy systemu, nie wizji literackiej), którą to lukę bohaterowie znajdują i wykorzystują do działania przeciwko temu systemowi, bo inaczej trudno byłoby autorowi poprowadzić fabułę, a już na pewno trudno byłoby mu nadać tej fabule żądanego dramatyzmu. Później system orientuje się (a być może wie od samego początku?), że taka luka istnieje. Mało tego! System orientuje się, że jest osoba bądź grupa, która tę lukę znalazła i wykorzystuje ją do działania niezgodnie z założeniami systemu bądź też temu systemowi całkowicie przeciw. System jest jednak skuteczny. Buntowników dosięga więc karząca ręka sprawiedliwości – sprawiedliwości w jej systemowym rozumieniu oczywiście, bo czy znamy jakąkolwiek inną sprawiedliwość? System, nawet pomimo tych swoich słabości, nawet pomimo istniejących w nim luk, na koniec zawsze okazuje się zwycięski. Pada więc w tym momencie na luki i słabości systemu uzasadnione podejrzenie, że i one również mogą być zaprojektowanym elementem tego dziurawego systemu. Cały ten powyżej teoretycznie rozpisany proces miał miejsce również i w praktyce, w grudziądzkim Obozie Marka Pluska. Posłuchajcie:


Było ich trzech (naprawdę czterech)

w wiślanej wodzie chcieli schłodzić się


– Cholera, gorąco dzisiaj – mruknął Portos do siedzącego obok niego Atosa. – Niechże on już wreszcie kończy! Wskoczyłbym do wody!

– No. Dobrze byłoby się ochłodzić Wiśle. I dobrze, że ta Wisła jest tak blisko – dopowiedziała Aramis.

– A na koniec to mu powiemy, że chcieliśmy się utopić? Jak zwykle? – upewnił się Atos. – Tylko że te kamizelki nam na to nie pozwalają?

D’Artagnan, czwarty z trzech muszkieterów, jak nazywała siebie grupa obozowych buntowników, milczał. Zajęty był obgryzaniem skórek przy paznokciach. Miał z nimi duży problem i rzeczywiście, był to dla niego jeden z powodów wyczekiwania śmierci, bo nie wierzył w to, że z tym problemem uda mu się kiedykolwiek sobie poradzić.


Był wtedy czwartek, dzień ustawodawczy. Plusk przemawiał na Forum Grudziądzanum w trakcie trwającego właśnie zwołanego przez niego sejmu. Był rozdarty. Z jednej strony chciał być jednowładcą i nawet jego zaufany Ostrowski nie miał w Obozie żadnego prawa głosu, z drugiej zaś strony Plusk był patriotą. Sięgał więc do najwspanialszych tradycji demokracji szlacheckiej I RP: sam zwoływał sejmy, sam proponował ustawy, sam zgłaszał do nich weta, sam obrady zrywał i sam je później wznawiał. Plusk wyciągnął jednak z historii wnioski i przeciwdziałał możliwym trudnościom, które, jak wiedział z historii, już kiedyś sprowadziły na jego ojczyznę niemałe problemy. Z tego właśnie powodu w Obozie zabronione było noszenie imion takich jak Józef, Fryderyk, a już na pewno zabronione było noszenie imienia Katarzyna. Tym, którzy takie imiona nosili w momencie trafienia do obozu na mocy wydanego przez Pluska któregoś poniedziałku edyktu zostały te imiona w następujący po tym poniedziałku wtorek zmienione. W taki właśnie sposób Atos został Atosem, Portos został Portosem, a Aramis została Aramisem. D’Artagnan, który wcześniej miał na imię Tadeusz, chciał po prostu dołączyć do kolegów i koleżanki. Wystąpił więc w środę do sądu, a łaskawy Plusk, który ten sąd przeprowadzał, do wniosku Tadeusza się przychylił.


– Weto! Weto! – krzyczał Plusk tamtego czwartku sam do siebie zrywając wieczorem obrady i te jego krzyki niemal zagłuszyły rozmowę trzech muszkieterów, której z uwagą przysłuchiwał się Jerzy Ostrowski, szpieg Pluska – mistrz kamuflażu, człowiek o pięćdziesięciu twarzach, z których to twarzy każda była w jakimś odcieniu szarości. Twarze Ostrowskiego były szare tak z powodu niedożywienia, bo w Obozie zakazane były jego ulubione dania kuchni ormiańskiej – podawano wyłącznie zimnioki pozyskiwane od bratniego stoickiego narodu łotewskiego, czasami tylko polane sosem z odnajdywanych jeszcze gdzieniegdzie parówek, jak i były szare z powodu jego seksualnego niespełnienia, bo przyssanie się (do kogokolwiek, było mu już wtedy naprawdę wszystko jedno) nie było tym, co Jerzy Ostrowski kiedykolwiek byłby w stanie osiągnąć – taka już była jego konstrukcja psychiczna, nie wspominając o mocno poszarzałej aparycji, co stanowi pewien rodzaj błędnego koła, a dodatkowo zadaje też kłam twierdzeniu, że każda zmora znajdzie swego amatora. Kiedy okazało się bowiem, że amatorek na Ostrowskiego nie ma, Ostrowski rzeczywiście próbował znaleźć sobie chociaż jakiegoś amatora. Tych również jednak nie było.


Ostrowski był więc sfrustrowany. To właśnie z tego powodu bez wahania zgodził się na przedstawioną mu przez Pluska propozycję zostania agentem bezpieczeństwa (szpiegiem, szpiclem, donosicielem, konfidentem, konfiturą, ubekiem, wtyczką, kapusiem – czasami, kiedy Ostrowski się nudził, bawił się w wymyślanie synonimów dla swojego urzędu). Ostrowski propozycję Pluska przyjął, wychodził bowiem z założenia, że jeśli on ma źle – bo nie jest mu dane ani się przyssać, ani posilić się bozbaszem – i nie jest w stanie w żaden sposób swojej sytuacji poprawić, nie jest w stanie zrobić tak żeby miał lepiej, to mógł przynajmniej zrobić tak, żeby inni mieli gorzej. Sytuacji Ostrowskiego to nie poprawiało, ale poprawiało przynajmniej jego humor, a to zawsze przecież coś. Ostrowski nudził się jednak rzadko – stąd też biedne bogactwo synonimów dla jego urzędu, które udało mu się wynaleźć, a nudził się rzadko z tego powodu, że ciągle zajęty był pisaniem donosów. Donosów Ostrowski pisał dużo, bo pisać Ostrowski lubił.


W piątek wylądował więc na biurku Pluska donos w sprawie podsłuchanej rozmowy trzech muszkieterów, w sobotę zaś wszyscy czterej trzej muszkieterowie stanęli przed obliczem Pluska, Ostrowski bowiem, swoim zwyczajem relację trochę ubarwił dodając do niej kilka słów, których milczący D’Artagnan wcale nie wypowiedział. Ostrowski wychodził jednak z założenia, że D’Artagnan mógłby je wypowiedzieć, zresztą: czy cała czwórka z tej trójki nie kierowała się zasadą Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego? Dopiero później, kiedy przypomniał sobie to hasło, Ostrowski uświadomił sobie, że w zasadzie to nawet wyświadczył D’Artagnanowi przysługę.


– Winni! – zadecydował Plusk po krótkim procesie ograniczającym się w zasadzie tylko do wydania tego jednowyrazowego werdyktu, podniósł się zza biurka i ruszył w kierunku drzwi. Na starannie napisany i zredagowany przez Ostrowskiego donos Plusk nawet nie spojrzał, w tamtą sobotę nie miał bowiem czasu: musiał nadrabiać robienie pompek, które to zaniedbał w czasie swoje ostatniej wyprawy do Włoch w celu pozbierania z plaż Morza Środziemnego kamizelek ratunkowych, które porzucali tam przybywający do Europy nielegalni imigranci.

– No a kara? – zapytał Ostrowski, który jeszcze bardziej poszarzał na twarzy rozgoryczony swoim kolejnym niepowodzeniem – tym, że tworzonych przez niego tekstów nie chciał czytać już nawet Plusk.

– Nie wiem. Weź coś wymyśl – rzucił Plusk nie zatrzymując się, po czym zawołał psa: – Ziomuś, do nogi! – powiedział, i wyszedł zostawiając przygnębionego Ostrowskiego samego w pustym gabinecie.


Tak to właśnie Ostrowski został sam na sam z problem, co na początku mocno go zmartwiło. Zastanawiał się nad karą, którą mógłby ukarać wszystkich czterech trzech muszkieterów i nic nie przychodziło mu do głowy. Dopiero później uświadomił sobie, że Plusk właśnie po raz pierwszy oddał mu część władzy, którą – jeśli rozegrałby to sprytnie – Ostrowski mógł wykorzystać do własnych celów. I wtedy Ostrowski rozmarzył się. Wymyślił sobie, że – jeśli udałoby mu się dobrze wywiązać z powierzonego mu przez Pluska zadania – to być może udałoby mu się później przekonać w jakiś sposób Cesarza do tego, żeby pozwolił mu wybrać się do Lublina?

– „Nie no, bez przesady. Do Lublina to na pewno mnie nie puści, mowy nawet nie ma, bo i po co zresztą miałbym tam do tego Lublina jechać? Tam przecież kapoków nie znajdę, a nawet i Jednego z dziesięciu to już od jakiegoś czasu znowu nagrywają w Warszawie” – uświadomił sobie Ostrowski. – „No ale może udałoby się go na przykład przekonać żeby wysłał mnie na poszukiwanie kapoków nad Morze Czarne? Wylądowałbym sobie wtedy w Batumi, stamtąd niedaleko do Armenii, no to jak nie do Lublina, to może chociaż do Erywania by mi się udało? I może Gruzinki okazałyby bardziej łaskawe dla mojej szarzyzny niż te wstrętne p0lki? Tylko, cholera, co by tutaj dla tych czterech trzech muszkieterów wymyślić? No bo to musi być coś efektownego. Coś oryginalnego. Coś, co zrobiłoby wrażenie na Plusku.”


I próbował się Ostrowski skupić na tym zadaniu, ale nie potrafił zebrać myśli. Myśli jego uciekały już do Batumi, a oczami wyobraźni widział już wszystko to, co będzie robił z Gruzinkami tam, na tych dzikich plażach Morza Czarnego. Widział tę erotyczną konsumpcję dokonywaną zaraz po konsumpcji gastronomicznej przywiezionego im przez kuriera bozbaszu zamówionego przez jakąś stronę w rodzaju pyszne.ge czy innego pyszne.am. A miało to być wszystko to, co Ostrowski chciał zrobić z Pachą, a na co ta Pacha nigdy mu nie pozwoliła ze względu na stan jego uzębienia. Kiedy jednak Ostrowski wspomniał Pachę, zrobiło mu się przykro. Wspomniał wtedy to swoje piękne kocie życie u jej boku i zatęsknił za nim. Ostrowski bowiem Pachę stracił.


Któregoś dnia, kiedy poszli na zwyczajowy spacer nad Wisłę, Wisła nie zmieniła swojego biegu i udało mu się wtedy (nie bardzo jednak błyskawicznie, bo z pewnym trudem i po długiej walce) uporać z zamkiem błyskawicznym w kieszeni swojej kurtki i wyjąć zaręczynowy pierścionek, ale Pacha powiedziała wtedy:

– Odchodzę.

I odeszła.


Związki, nawet tak upośledzone jak ten związek Pachy i Jerzego, nie rozpadają się z dnia na dzień. Były wcześniej znaki że między tą dwójką nie dzieje się dobrze, ale Jerzy te znaki postanowił zignorować. Zamiast zająć się rozwiązaniem problemów w swoim związku, wolał wylegiwać się na ciepłym parapecie nad grzejnikiem. Pierwszym sygnałem, że coś się zmienia, była rezygnacja Pachy z paznokci hybrydowych, którymi to paznokciami hybrydowymi Pacha sprawiała tyle przyjemności Jerzemu w kociej postaci drapiąc go po jego włochatym brzuchu tak, że Jerzy aż mruczał wtedy z rozkoszy. Rozkosz się skończyła, ale grzejnik dalej był ciepły, miska dalej była pełna, a w kociej postaci Jerzy mógł sam lizać się po jądrach, więc był w stanie zastąpić sobie brak przyjemności drapania tą właśnie przyjemnością lizania. Z jego perspektywy nie było więc żadnego problemu.


Później Pacha zamieniła swoją różową hybrydową Toyotę Yaris na w pełni elektrycznego Nissana Leafa. To auto, ku zaskoczeniu wielu, było w kolorze zielonym, Pacha wymyśliła sobie bowiem, że na takim zielonym liściu będą przysiadać ptaki i ona wtedy będzie mogła je obserwować. To jej przypuszczenie okazało się słuszne – ptaki rzeczywiście na tym jej aucie przysiadały. Pacha nie wzięła jednak pod uwagę tego, że w związku z tym będzie ono nieustannie obsrane, wzorem jakiegoś pomnika, a późną wiosną i latem auto zmieni kolor na czarny za sprawą obsiadających je mszyc.


Pacha znikała wtedy z domu coraz częściej i na coraz dłużej, zamieniając swoje dni home-office na dni car-office lub forrest-office, bo jeździła wtedy do lasu.

– Jadę poobserwować ptaki – mówiła Jerzemu wychodząc z domu, ale Jerzy wtedy nawet nie podnosił powieki. Czasem machnął tylko ogonem.

Pacha zaniedbywała też swoje domowe obowiązki, przestała między innymi czyścić kuwetę Jerzego, Jerzy więc, z powodu tej niewyczyszczonej kuwety, wzorem holywoodzkich gwiazd, zmuszony był kiedyś nasrać do łóżka, o co Pacha miała do niego całkowicie nieuzasadnione pretensje. W taki właśnie sposób przebiegał powolny, acz stopiony rozpad ich związku.


Pacha lubiła tego swojego w pełni elektrycznego zielonego Nissana Leafa. Można powiedzieć nawet, że elektryczność ją wtedy zelektryzowała. Z perspektywy Jerzego ta elektryczność zelektryzowała Pachę jednak aż za bardzo.

– Dlaczego? – zapytał Jerzy, kiedy Pacha powiedziała mu „Odchodzę”. – Już zapisuję się do tego dentysty – powiedział ze zrezygnowaną miną i wyciągnął nawet z kieszeni telefon, a poszło mu to nawet sprawniej niż w przypadku pierścionka.

– Nie, Jerzy – odpowiedziała Pacha. – Tu już nie chodzi o twoje uzębienie. Na to jest już za późno. Po prostu poznałam pewnego tancerza electric-boogie i wystąpiło między nami pewne napięcie. Sam chyba rozumiesz.

Jerzy nie rozumiał, więc Pacha mu wszystko szczerze wyjaśniła. No, może nie do końca wszystko, bo Jerzy do dzisiaj nie wie czy Pacha, jeżdżąc swoim zielony Nissanem Leafem obserwować ptaki, obserwowała wtedy również ptaka tancerza electric-boogie.


I Ostrowskiemu zrobiło się smutno z powodu tych wspomnień dotyczących utraconej Pachy, ale w końcu udało mu się wziąć w garść. Nie bez znaczenia były tutaj nauki, których udział mu Plusk, nauki stoickie, no bo co Jerzy w końcu mógł poradzić na to, że ósemka mu się psuła? Pod wpływem jednak tych wspomnień przyszedł mu do głowy pewien pomysł:

– „Starożytni wierzyli w żywioły!” – pomyślał. – „Wierzyli w ogień, wierzyli w wodę, wierzyli w ziemię i wierzyli w powietrze. A prąd elektryczny? Ten, który tak zelektryzował Pachę?”

Więc wymyślił Ostrowski na początku krzesło elektryczne, ale później uświadomił sobie związane z ukaraniem w ten sposób czterech trzech muszkieterów problemy. Po pierwsze krzesło elektryczne jest jednoosobowe, a trzech muszkieterów jest czterech, więc się wszyscy na tym krześle nie zmieszczą. Po drugie krzesło elektryczne jest metodą egzekucji, a Plusk nie byłby z takiego rozwiązania zadowolony – nie chodziło mu przecież o to żeby ludzie umierali, ale żeby o śmierci pamiętali. Ostrowski miał ciągle w głowie najsłynniejsze słowa Pluska, motto jego wszystkich nauk: Przecież w życiu nie chodzi o to żeby umrzeć, tylko żeby o pamiętać o śmierci, a jak tu pamiętać o czymkolwiek, kiedy się już nie żyje? Ostrowski zmodyfikował więc swój pomysł.


Atos, Portos, Aramis i D’Artagnian siedzieli we czwórkę na drewnianej ławce na środku ogromnej hali przemysłowej, która wcześniej służyła do mechanicznego oddzielania mięsa, czego ślad można było odnaleźć jeszcze w zachowaniu czwartego spośród trzech muszkieterów: D’Artagnian w dalszym ciągu bowiem mechanicznie, to jest za pomocą zębów, oddzielał skórki wyrastające mu przy paznokciach od pozostałej części dłoni. Drewniana ławka stała na drewnianym podeście, a drewniany podest ustawiony był na betonowej posadzce. Po tej posadzce biegły druty pod napięciem, a biegły tak, że gdyby któreś z czwórki trzech muszkieterów opuściło podest i stanęło na tej posadzce zostałoby natychmiast usmażone przez prąd elektryczny. W celu zyskania jeszcze większego uznania u Pluska Ostrowski wymyślił też dodatkowy element kary. Przed skazanymi zawiesił wielki telewizor plazmowy, na którym to telewizorze przez dwadzieścia cztery godziny na dobę był wyświetlany mający przypominać im o śmierci film, film z dodatkowym, lokalnym, grudziądzkim zabarwieniem. Była to Śmierć w Wenecji – film o facecie na łódce.


Plusk jeszcze nie wrócił.

– „Pewnie poszedł gdzieś nad Wisłę pooglądać topiki” – pomyślał Ostrowski, który siedział zadowolony z siebie w gabinecie Cesarza. Ach, jaki Ostrowski był wtedy z siebie zadowolony! Wiedział, że wykonał dobrą robotę i już widział te Gruzinki na plaży w Batumi i widział też siebie pośród tych Gruzinek, już czuł dotyk rozpalonych ich ciał i czuł ten rozlewający mu się po języku boski, gorący, pikantny bozbasz! Czerpał z tego swojego zadowolenia przyjemność, a żeby tę przyjemność jeszcze zwiększyć, w odruchu warunkowym, pozostałym mu jeszcze z beztroskich kocich czasów, bezwiednie spróbował się polizać po jądrach. Spotęgowanie przyjemności uniemożliwiła mu jednak budowa szkieletu kostnego człowieka.

– „Cholera jasna!” – zdenerwował się, choć nie miał powodu żeby się denerwować, bo na budowę szkieletu kostnego człowieka nie miał przecież żadnego wpływu. To zdenerwowanie wpłynęło jednak na snute przez niego marzenia – Gruzinki stały się mniej chętne, a bozbasz zimny i niedoprawiony. Wtedy w Ostrowskim pojawiły się wątpliwości:

– „A jak i w tym Batumi też mi się nie uda?” – pomyślał drapiąc się po swojej łysinie. – „No nic. Z Gruzji to już całkiem niedaleko do Turcji, to przynajmniej włosy pojadę sobie naprawić. A – kto wie jak ta turecka medycyna jest już zaawansowana? – może uda mi się też znaleźć jakiegoś fachowca, który wyciąłby mi kilka dolnych żeber? No ale to tylko tak, na wszelki wypadek.”

Uspokoiwszy się tą myślą i zadowolony ze swojej przebiegłości Ostrowski postanowił więcej nie zastanawiać się, bowiem z tego zastanawiania się nic dobrego mu nie przychodziło, a postanowił zamiast tego zaznać należnego mu po ciężkim dniu relaksu. Ostrowski relaksował się słuchając muzyki, dlatego też włączył sobie utwór Krzesło łaski w wykonaniu pana Kazika Staszewskiego i pięcioosobowego Kwartetu Proforma .


***


2538 słów, choć nie wiem po co to policzyłem.


***


#naopowiesci

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Znacie legendę o Latającym Holendrze? O tym niby okręcie-widmo z równie widmową trupią załogą? No to z tą legendą jest podobnie jak z tym że to my, Wielcy Lechici, uczyliśmy Francuzów jeść nożem i widelcem, który to sukces Francuzi teraz sami sobie przypisują. Widmowo-marinistyczne opowieści również wywodzą się z Wielkiej Lechii, a konkretnie to z Grudziądza właśnie:


***


Latający Grudziądzanin


Stanęły żałobniki

we chłodzie bazyliki;

kapłan nad księgą

przy żałobników wtórach,

i przy anielskich chórach

zamknął mi wieko.


Złożyli mnie do dołu

i na stypę pospołu

już się wynoszą.

W grobie jest raczej szpetnie,

leżeć mi się tu nie chce:

marzę szeroko!


Bo śmierć to nie jest koniec,

to port po drugiej stronie –

trumny to łodzie,

a że żyć mi się chciało,

wiatr w żagle łapię śmiało:

nurt niech mnie porwie!


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

No dobra, otwieramy LXX edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem !


Ponieważ nazwisko pana Juliana Tuwima działa na mnie jak magnes to, kiedy dowiedziałem się, że kielecki amatorski Teatr bez Suflera (piękna inicjatywa!; całkiem niedługo może uda mi się na coś podobnego załapać) planuje premierę spektaklu Na pięterku w Ziemiańskiej, który to spektakl jest oparty na twórczości patrona naszej kawiarenki, no to musiałem tam być. I byłem.


I właśnie w związku z tym wydarzeniem (i trochę po to, żeby poeksperymentować z ciekawym układem rymów), weźmiemy sobie na warsztat jako wiersz #diproposta utwór innego bywalca Ziemiańskiej, a mianowicie pana Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, a będzie to wiersz pod tytułem Śmierć poety, w którym to wierszu zresztą w jednym z wersów pada nazwa wspomnianej wcześniej kawiarni. Cały ten utwór wygląda tak:


***


Konstanty Ildefons Gałczyński

Śmierć poety


Nie pomogły zastrzyki,

recenzje i pomniki

ni kwaśne mleko:

Przyszedł szarlatan-szuja,

opukał go, pobujał:

– Dementia praecox.


Toż radość była w domu,

nareszcie koniec sromu,

skończony kłopot!

Dozorca śmiał się setnie:

– Zaraz mu nitkę przetnie

panna Atropos.


Żona klaskała w dłonie:

- Ach, przecie nadszedł koniec

pijackich orgii.

Bólów miałam niemało,

nareszcie twoje ciało

wezmą do morgi.


Wszyscy stanęli kołem

z czołem bardzo wesołem:

Prasa, kuzyni;

i szacowne to grono

orzekło unisono:

– Dobrze tak świni!


Po co dziewki uwodził,

nocą domy nachodził,

sen rwąc dzieciątek;

i po co Pod Zegarem

lał w brzucho wino stare

świątek i piątek?


Zna go dobrze Warszawa:

Pożyczał – nie oddawał,

nasienie drańskie;

a "poetyczne dale"

to były te skandale

w Małej Ziemiańskiej.


Dobrze ci, stary draniu,

za grzechy nad otchłanią

inferna zwisasz.

Najprzód gwiazdy i róże,

potem stołek w cenzurze –

sprzedajny pisarz!


Tak to nadobne grono

radziło unisono

w śmiertelnej sali.

A że lico miał bladsze

orzekli: – Pewnie nadszedł

koniec kanalii.


Zapachniały zefiry,

brzękły potrójne liry,

pierzchnęła tłuszcza.

Serce alkoholowe

unieśli aniołowie

na złotych bluszczach.


***


No ale, jak z wierszami niebędącymi sonetami, a na dodatek jeszcze charakteryzującymi się nietypowymi układami rymów bywa, powodują one pewne problemy. Problem ze Śmiercią poety jest taki, że wykorzystany przez pana Gałczyńskiego układ rymów ciężko jest skroić do czternastu wersów. Proponuję wobec tego albo wersów dwanaście (pogrubione końcówki) albo też wersów osiemnaście (dodatkowo końcówki pogrubione i pochylone). Albo, jak to mamy w zwyczaju: piszcie po prostu jak komu pasuje, mniej więcej tylko przejmując się tym, co ja tutaj o zasadach powypisywałem. Proszę się tylko przy tym pisaniu dobrze bawić, bo przecież o to wszystkim nam tutaj chyba chodzi.


Ale: – Zaraz, zaraz, Dżordżu – może ktoś powiedzieć. – A piękna aranżacja muzyczna? Przecież zwykle do wiersza dodajesz jakąś piękną aranżację muzyczną?

– Racja – odpowiedziałbym na takie pytanie. – Piękna aranżacja muzyczna tutaj .

Zaloguj się aby komentować

Pyrrusowe zwycięstwo


Na figle mnie naszło, więc wziąłem wdech

I rzekłem: “Małżonko, czy może nie ch…”

Lecz pogardliwy jej przerwał mi śmiech.

Więc owszem - figluję - lecz solo... no pech.

Zaloguj się aby komentować

Jakaś ta edycja rekurencyjna się w moim wykonaniu zrobiła. Ledwie wczoraj pisałem o moim stanie kawalerskim i o moich męskich marzeniach, a tu dziś mi się te dwie rzeczy połączyły w głowie. Bo – owszem, muszę się do tego przyznać przyznać – marzę czasami o żonie. Dziś mi się właśnie takie marzenie zamarzyło. A że moja ewentualna żona musiałaby być co najmniej równie udana jak i ja jestem (żebyśmy oboje mogli z uzasadnionych przyczyn narzekać na siebie nawzajem i mieć się czym i o co wzajemnie denerwować), no to to moje marzenie wyglądało mniej więcej tak:


***


Prezent dla żony


Piątkowy wieczór. Obskurna kawalerka z umeblowaniem w stylu lat ‘70. Para leży pod kołdrą na rozłożonej wersalce. Wieczór zapowiada się rozrywkowy: oboje wystawiają po jednej nodze spod kołdry – on nogę lewą, ona prawą. Odzywa się ona:


– „Ty zawsze z jakimś wyskoczysz gównem!” –

ton zrównoważył miękkość pierzyny –

komentarz do daru na urodziny,

który sprawiłem żonie mej ślubnej.


Następnie ze dwie, trzy(?), cztery(??) godziny

przywoływała wspomnienia róże:

z całego życia „nie”, „może”, „później”

i wszystkie inne moje przewiny.


A zanim sen nam powie buon giorno

film mieliśmy włączyć (komedię, nie porno!),

ale poziomo się nie chciał wyświetlić.


Lecz nim reklamację pójdę i złożę

mówię do żony: – „Weź, spróbuj może

i ten telefon w bok trochę przechyl?”


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Tak to się już przyjęło, że mówi się, że „na drugą nóżkę”. U mnie tak jest z tymi wierszykami – no nie daję rady zatrzymać się na jednym, pomysły same się w głowie lęgną, rosną i chcą się z tej głowy natychmiast wydostać.


Ja, co prawda, alkoholu nie pijam prawie wcale, ale inne prawdziwie męskie rozrywki to i owszem, jest to coś, o czym lubię sobie pomarzyć. Jedną z takich prawdziwie męskich rozrywek jest na przykład jazda offroad i prawdziwie męskie samochody, takie jak Suzuki Jimny właśnie, którym to jazdę terenową w moim wykonaniu wyobrażam sobie mniej więcej tak:


***


Suzuki Jimny


By była niedziela – samo południe,

ubita ziemia w kolorze gliny,

twardzi faceci, silne maszyny:

Panda all wheel drive – maleństwo cudne,

Jeep Grand Cherokee – beż kapucziny

i Łada Niva – kupiona za ruble;

jednak melodię, co płoszy wróble

na swoich garach by zagrał mój Jimny.


Panda za Nivę, Cherokee jeszcze…

oj, przydałby się ktoś na przyczepkę! –

no bo mój Jimny by wjechał w rzeczkę.


A pewien rolnik co woziłby zboże,

by dojrzał nas poprzez pole porzeczki;

by taki był miły, że nam pomoże

Jimnego wtedy wyciągnąć z rzeczki.


***


#zafirewallem


Nie taguję, że sonet, bo to miał być początkowo sonet, no ale w takim układzie jak jest wyżej brzmi mi lepiej, a poza tym nieotagowanie zmniejsza moją szansę na wygraną.

Zaloguj się aby komentować

Powiem nieskromnie, że uważam samego siebie za wyborny temat do żartów, jeden nawet z lepszych jakie przychodzą mi do głowy. Wiersz poniższy, o zabarwieniu lekko seksistowskim, no bo jestem przecież zwolennikiem konserwatywnej rodziny i tradycyjnego podziału ról w małżeństwie (wiecie pewnie dobrze, kim jest konserwatywna), całkiem mi się podoba. Jest on jednakowoż trochę dłuższy niż zwyczajowe czternaście wersów, no bo w czternastu wersach nie udało mi się samego siebie przekonać o tym, że przecież dobrze jest jak jest:


***


Stan kawalerski


Psiakrew, cholera! – skarpety znów brudne!

Psiakrew, cholera! – chyba od zimy

zlew okupują talerzy zwaliny!

Jeszcze by dywan ustroić gównem! –


w głowie rozbrzmiewa mi głos matczyny,

więc biorę się za to zadanie trudne

i chociaż poty wylewam siódme,

z obowiązkami przegrywam babskimi.


To mała cena za wieczorną wolność,

za to że mogę gdy chcę sobie golnąć –

tak to tłumaczę mój stan kawalerski.


Bo na cóż jest mi czysty klozet,

na cóż przeżywać pretensji zgrozę,

o jakąś tam może się starać symbiozę,

a (nie daj Boże!) dostać poroże –

te wszystkie małżeńskie gadżety.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Jeżeli nie można kopać się z tym koniem, z którym akurat kopać by się chciało, bo koń ten okazuje się być niewzruszonym na nasze kopnięcia, no to – w ramach wylewu frustracji być może – zmuszonym jest się kopać z tym koniem, który akurat się na to nasze kopanie wystawia. Szczególnie, że koń ten pozwolił sobie ugryźć mnie w bardzo wrażliwe miejsce, to jest w moją łysinę.


***


No ja pi⁎⁎⁎⁎lę

czyli Powinno wyjść inaczej


Prowokowanie nie jest zbyt trudne –

przykładem to nawet udowodnimy;

a choć efekty grzmią: – Nadchodzimy!

to od oczekiwań bardzo są różne.


Miło mi, @fonfi , że razem płodzimy

– może to do powieści podejście próbne? –

ja jednak dalej w nastroju marudnem:

bo chciałem kopnięcia. Lecz pewnej Ptaszyny.


Dlatego też chciałbym – o ile mi wolno –

wiekowi cześć oddać: godną, pokorną;

jednak coś jeszcze muszę tu zmieścić:


do naszych wierszy obronę więc złożę

(w sprawie łysiny? – to też, być może):

me rymy wspaniałe! – paskudność w treści.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ moja (no, chyba nie tylko moja, ale tymczasowo sobie ją przywłaszczyłem) Inspiracja zdecydowała się skomentować jeden z moich wcześniejszych wytworów – czym mnie ubodła! – również pozwoliłem sobie rzecz skomentować, a może nawet lekko się w tym moim komentarzu do jej komentarza wyzłośliwić. I może za pomocą tego lekkiego wyzłośliwienia się uda mi się rozpętać tutaj jakąś poetycką awanturę – jak u Słowackiego i Mickiewicza – i w ten właśnie sposób oboje trafimy kiedyś do podręczników. Bo czegóż najbardziej pragnie tłum (w tym także i tłum polonistów oraz innych filologów), jeżeli nie rozlewu krwi?


***


Trochę mi jednak przykro


I niby były poszlaki różne,

że z nie najświeższej jestem ja gliny,

bo chociaż liczne już za mną godziny,

to nie wieczór życia. To jest południe.


I choć nie pamiętam ja Kartaginy,

PRL wspomnieć! – zadanie już trudne,

bo urodziłem się niż myślisz później,

a porównałaś mnie do skamieliny.


Ech, wyjątkowo trzeba być zdolną

– złośliwą?; matematycznie „mądrą”? –

ażeby czterdziestką już mnie oszpecić.


I komentarza znieść tego nie mogę:

trochę mi przykro i zachodzę w głowę:

jak można tak bardzo pomylić wieki?!


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Możecie wierzyć, albo i nie, ale obudziłem się dziś z tym wytworem poniższym w głowie. No, tak naprawdę to tylko z jego połową – może za krótko spałem? Tak czy tak, nie pozostawało mi nic innego, jak tylko wstać i go dokończyć. Malarze wszak dzielą los podobny do losu poetów.


Pięknie się ten dzień dzisiaj zaczął!


***


Malarzom –

niech mażą.

I marzą.


Ot – coś tam namazał sobie na płótnie;

ot – ciut tempery i terpentyny

i jeszcze dumny jest z tej mazaniny!

A na dodatek, gdy tylko uśnie


(zazwyczaj kiedy my się budzimy)

marzenia senne nachodzą go różne,

czasem koszmarne, lecz zwykle próżne:

ot – Petersburgi, Paryże, Londyny.


Drogo zapłacił za twórczą wolność:

codzienność jego – nie bardzo spokojną,

od egzystencji minimum daleki.


I wiedzie mu się z dnia na dzień gorzej

więc przed snem modli się: „Daj, Panie Boże,

niechże docenią mnie przyszłe wieki”.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Nie mam pojęcia, czy kolega-organizator @adamszuba zrobił to celowo (chyba raczej nie) i wybrał wiersz, który kończy się takim słowem, jakim się kończy, no ale przecież nie mogłem z tego nie skorzystać! A że nie miałem za bardzo pomysłu, a obowiązek to obowiązek – zwłaszcza obowiązek poetycki! – no to postanowiłem wykorzystać metodę kolegi @fonfi i odwołać się samemu do siebie:


***


Rekurencja

albo Upamiętnienie


Były problemy związane z grudniem,

byli Krzyżacy, niemieckie syny,

były topione już całe rodziny,

a i kieleckie występy próbne;


było topielców wesele (czy chrzciny?),

i z Pachą były przygody różne:

ta jedna wcześniej, ta druga później,

i naukowców też oględziny.


Grudziądz zaskoczy cię rzeczą dowolną –

za ich tradycję toast by golnąć:

jak woda ze źródła niechże im leci!


I tylko w Gdańsku jest coraz gorzej

bo wszystkie zwłoki przyjmuje morze

z Grudziądza nurtem niesione rzeki.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark To nawiązywanie mnie do mnie, mnie do Ciebie, Ciebie do mnie, Ciebie do Ciebie w opowiadaniach to taka gra wstępna do powieści co mi ją obiecałeś. Ani się obejrzysz, a zaraz uzbieramy ze trzy rozdziały...

@fonfi Ja bym naprawdę miał ochotę z tą powieścią i wierzę, że nam się kiedyś uda, ale teraz naprawdę nie mam czasu ani możliwości się w to zaangażować.

Zaloguj się aby komentować

Ze względu na wyjątkowość tego dnia, na moje nasycenie się błyskotliwością, piękną polszczyzną i nienachalnym optymizmem tudzież równie nienachalną dynamiką, pozwolę sobie złamać tradycję i wytwór w ramach Cyklu Grudziądzkiego w tej, LXIX (zaznaczam dla porządku) edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem opublikować jako drugi. Zacznę czymś innym. Ale najpierw wstęp, bo te kilka zdań, które przed chwilą mieliście okazję przeczytać to było dopiero przedwstępie.


***


Wraz z upływem lat nieubłaganie przychodzi na człowieka taki wiek, kiedy to szaleństwa piątkowego wieczoru ograniczają się do spraw w rodzaju wystawienia lewej stopy spod kołdry. Młodość jednak, ta młodość utracona tak dawno, że zdarza się coraz częściej, że również i zapomniana, czasami się jednak do człowieka odzywa. Krzyczy gdzieś tam pomiędzy strzykaniem w kolanach a wypadniętym dyskiem. I czasami ta młodość krzyczy tak głośno, że człowiekowi – mimo przytępionego już słuchu – udaje się ją nawet usłyszeć.


Tak właśnie przydarzyło mi się dzisiaj. Wyszedłem więc z domu i, udając się do Wojewódzkiego Centrum Kultury w Kielcach spacerem, bo pogoda była piękna, a i u mnie sił jakby nagle się pojawiło więcej, zastanawiałem się kiedy to ostatnio zdarzyło mi się tę placówkę swoją obecnością zaszczycić. Wyszło mi, że na pewno było to przed rokiem 2007, bo w tym roku pisałem maturę, ale nie udało mi się ustalić, czy było to z okazji organizowanego tam przeglądu produkcji ZF Skurcz, w którym to brałem udział jako widz, czy też może z okazji jakiegoś przeglądu szkolnych grup teatralnych, w którym to brałem udział jako aktor. Bo brałem kiedyś w takim przeglądzie udział. Z naszą szkolną grupą teatralno-kabaretową występowaliśmy często. Głównie w szkole, ale rzeczywiście, raz udało nam się na taki międzyszolny przegląd zakwalifikować. Nie pamiętam jednak ani z czym na nim występowaliśmy, ani jak się ten nasz występ zakończył, choć usilnie próbowałem to sobie przypomnieć.


A więc przed rokiem 2007, to na pewno. Czyli, kierując się logiką, na scenie Wojewódzkiego Domu Kultury w Kielcach wystąpiłem na długo przed panem Andrzejem Poniedzielskim, bo pan Andrzej Poniedzielski wystąpił na tej scenie właśnie dzisiaj. Piękny, wspaniały był to występ i to dlatego, wciąż jeszcze będąc pod wpływem emocji, jakie ten występ we mnie wywołał, napisałem wytwór poniższy:


***


Remis

czyli Amerykanie mieli, II RP miała, ale i my, współcześni, na szczęście również mamy, a więc nie mamy się czego wstydzić ani nad czym ubolewać


O zgrabne słowa coraz to trudniej:

słowotok bez treści i kulawe rymy –

bo językowo też w przód kroczymy

a nowoczesność krzyczy nam: Równiej!


Równo piszemy, równo mówimy

– a w nowomowie to wszystko głównie –

pustymi słowami owijamy próżnię;

jakby pod SEO to wszystko tworzymy.


Jak mi się tęskni za mową frywolną!

Za błyskotliwością, za składnią dowolną

– byle z logiki nie zrobić kaleki.


Pan Cohen już dawno w grobie za morzem,

u pana Tuwima znicz tylko złożę –

dobrze, że jest pan Poniedzielski!


***


Jeszcze kilka uwag na koniec:


Bardzo mnie cieszy, że pan Poniedzielski zdecydował się zadedykować mi ostatni utwór (ten przed bisem). Co prawda słowa o tej dedykacji nie padły ze sceny, ale Artysta na pewno domyślił się, że ja się domyślę, no bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że koncert zakończyło wykonanie Jerzego ?


I słowo do koleżanki @UmytaPacha: pani gruppie pana Poniedzielskiego, o której kiedyś opowiadałaś, mało zdaje się być wytrwała i zdeterminowana, bo nikt żadnych ciasteczek nie przyniósł. A szkoda – trochę na tym koncercie zgłodniałem.

d7b24037-6885-4290-ab39-5d97a49e5c39

@UmytaPacha Po tej bardzo krótkiej rozmowie, po obcowaniu z taką kulturą, błyskotliwością i elegancją, moje młodzieńcze marzenie żeby w przyszłości zostać panem Andrzejem Poniedzielskim odżyło.


Może prawdą jest to, co powiedział ten portugalski reżyser, którego pan Poniedzielski cytuje, że młodość przychodzi z wiekiem? I może do mnie przyszła?


Wie Jerzy,

że pięknie można życie przeżyć.

Zaloguj się aby komentować

Koleżanko-organizatorko @moll ! Ja Cię ogromnie przepraszam za ten wysyp wytworów i związane z nim utrudnianie napisania podsumowania, no ale po poezji fekalnej nie mogłem sobie odmówić poezji erosomańskiej przecież! Tym bardziej, że – wiadomo – mnie się najlepiej myśli pod prysznicem i właśnie dzisiaj tak mi się pod prysznicem zachciało…


… myśleć, że aż sięgnąłem do literatury antycznej, odkurzyłem te toposy z początków działalności naszej kawiarni #zafirewallem i w taki oto sposób powstał kolejny wytwór w konkursie #nasonety :


***


Nocny wypas świni męskiej


Jeśli zaś chodzi ci o męskie świnie,

o niewybrednym, szerokim guście,

no to największa ma Jerzy na imię –

no popatrz tylko na ten świński uśmiech!


Myśli kosmatych mu naleciało

do łba pustego – wieje przez uszy! –

przyssać do kogoś mu się zachciało,

tak więc na miasto na łowy wyruszył.


I obszedł w mieście lokale wszystkie,

spojrzenia wokół posyłał śliskie,

aż chyba sam Eros mu dziewczę podstawił.


I Jerzy poczuł w brzuchu motyle

więc pod prysznicem cudowne chwile

spędzi, gdy bakłażanem będzie się bawił.

@George_Stark

do łba pustego – wieje przez uszy! –

To dlatego wcześniej pisałeś: "uszankę uszyj – by chronić uszy..." No teraz to wszystko się spina...

@fonfi Po tych zwłokach w kieleckim zalewie ja już nie mam żadnych wątpliwości, że cały świat działa według z góry ustalonego scenariusza.

@UmytaPacha No przecież mówię, że wszystko się ze wszystkim tak doskonale łączy, że tutaj nie ma miejsca na żadne przypadki.


Miło mi, że ktoś pamięta fragmenty tego dzieła zasranego. Naprawdę miło.

@George_Stark a co Ci będę zabraniała? Jak dobijesz do 14 i więcej opublikowanych sonetów to edycję wygrywa @bojowonastawionaowca

Zaloguj się aby komentować

Jednak do trzech razy sztuka. Bo kiedy uświadomiłem sobie, że nastąpiła w całej naszej kawiarenkowej zabawie #nasonety jakaś ciężka obstrukcja związana z tradycyjną poezją fekalną to postanowiłem, niczym Xenna, wojownicza księżniczka, przybyć tej wspaniałej tradycji z odsieczą:


***


Szczotka zaradzi!


A dzisiaj rano myślałem, że zginę –

wczoraj wjechało mięsiwo z tłuszczem;

siedziałem chyba z całą godzinę

aż w końcu ulga nadeszła. Z pluskiem.


I tak leciało, leciało, leciało,

ja sporo nagle zrobiłem się chudszy,

i się podtarłem, spłukałem śmiało,

no ale woda, co skałę kruszy,


pozostawiła na bieli ryskę,

bo gdy spojrzałem w ustępu miskę

na porcelanie ślad się osadził.


Nad tym wspomnieniem gdy się pochylę

mego geniuszu zadziwia mnie wylew:

„Weź użyj szczotki! Szczotka zaradzi!”


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark

...a przy okazji brazem okadzi

Kafle na scianie, podlodze, suficie

Zapach rozkoszny przyniesie o swicie.

Wspomnienie chwil pieknych jak motyl

Miesiwa z wczoraj w tluszczu glebokim

Zaloguj się aby komentować

Mówi się, że „szwagier to nie rodzina”. No, chyba że czegoś od tego szwagra potrzeba, to wtedy już tak.

Mówi się też, że „do trzech razy sztuka”. No, chyba że ma się mnóstwo zaplanowanych rzeczy do zrobienia, to wtedy wystarczy do dwóch:


***


Szwagrowi – w podzięce


Tak właśnie to liczyć jest na rodzinę:

solidni! – jak kramy na jakimś odpuście.

No ale komu przypisać tu winę?

Przecież nie sobie! – to nie w moim guście.


Jakoś szwagrowi tak się obiecało:

– „Fachowców to ja bym, k⁎⁎wa, mógł uczyć!”

Mnie się na jego słowo przystało

i nawet kupiłem już komplet kluczy.


W robocie o urlop wygrałem bitwę

i opróżniłem tę moją klitkę;

czekam na szwagra: – „Kiedy się zjawisz?”


On już pół roku mówi: „za chwilę”,

cała robota utknęła w tyle,

samotne mnie czeka kładzenie gładzi.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Być może jakiś młody człowiek będzie miał kiedyś nieszczęście trafić w arkuszu maturalnym czy w innym podręczniku na wytwór poniższy, więc z góry go za to przepraszam. Jeżeli jednak doszłoby do takiej sytuacji, wcześniej wystąpi potrzeba zinterpretowania go przez jakąś światłą nauczycielką bądź nauczyciela celem stworzenia klucza odpowiedzi. I może to właśnie wtedy dowiem się co też miałem na myśli kiedy go pisałem, bo póki co to nie mam bladego pojęcia.


***


Wierszyk całkowicie bez sensu, ale brzmi dobrze i jest dość zabawny (przynajmniej według autora), dlatego też autor zdecydował się go opublikować


Wina goryczą przekreślisz winę,

kuszące futro wykona ci kuśnierz,

glin pomalujesz, wypalisz glinę;

lecz musu nie zjesz – ledwo go muśniesz.


Muszek mus mrowie wmusić musiało,

brzuszek się każdej z muszek wybrzuszył;

ty swego ciała zadbaj o całość:

uszankę uszyj – by chronić uszy.


Wszy z głowy swojej wytrząśnij wszystkie,

kołnierze z lisów wyszywaj listkiem

byś za bawialnią mógł się zabawić.


W ogrodu tyle zaś śmieci tyle! –

gile, motyle, wszy, krokodyle:

grabarzem jesteś – zacznij to grabić!


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Sam jestem temu winien, sam sobie to zrobiłem. Przy okazji poprzedniego wytworu wspomniałem piękną piosenkę pana Piotra Bukartyka Kup sobie psa, no i tak tego pana Bukartyka zacząłem sobie słuchać, i mi się jeszcze później włączyło jego Leje, wieje, i po raz kolejny zachwyciłem się sposobem w jaki podmiot liryczny wypowiada się w obu tych utworach. I pozazdrościłem panu Bukartykowi, i sam postanowiłem czegoś takiego spróbować. A że utwory te na swój piękny narracyjnie sposób opowiadają o rzeczach mniej pięknych, to mi się ten mniej piękny przedmiot narracji obu tych utworów udzielił i nawet kilka zaczerpniętych z tych dwóch utworów motywów zdecydowałem się u siebie wykorzystać. Nie umiałem się jednakoż zdecydować (nawet po przetarciu okularów), czy widzę jakąś nadzieję, czy też jej nie widzę, zamieszczam więc poniżej dwa różne warianty tego samego:


***


Nawet bez kota

wersja optymistyczna


Nie żebym serio traktował tę linę,

tak tylko badam luzy na spuście,

tabletek zapas? – to na anginę,

szczelność piecyka sprawdzam nim usnę.


Nic się w zasadzie takiego nie stało,

przecież na błędach człowiek się uczy,

to od pogody tak mnie poskładało,

tobie przynajmniej kot jeszcze mruczy.


Dzwonek przerywa myśli gonitwę,

już nie mam siły na żadną bitwę,

nie będziesz teraz kazań mi prawić.


Słuchawkę odkładam, z widełek byle,

a nim kolejny kieliszek wychylę

myśl mnie nachodzi: „Psa sobie sprawić?”


***


Nawet bez kota

wersja pesymistyczna


Nie żebym serio traktował tę linę;

tak tylko badam luzy na spuście;

tabletek zapas? – to na anginę;

szczelność piecyka sprawdzam nim usnę.


Nic się w zasadzie takiego nie stało,

przecież na błędach człowiek się uczy;

to od pogody tak mnie poskładało;

tobie przynajmniej kot jeszcze mruczy.


Dzwonek przerywa myśli gonitwę,

już nie mam siły na żadną bitwę,

nie będziesz teraz kazań mi prawić.


Słuchawkę odkładam, z widełek byle,

a nim kolejny kieliszek wychylę

myśl mnie nachodzi: „Jednak się zabić?”


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Dobrze, moi Drodzy!


Jako że siedzę i całkiem skutecznie unikam tego co zaplanowałem sobie na dziś do zrobienia, szczęśliwie przypadło mi to nieszczęście otwarcia kolejnej, XXI już edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem, a to pozwala mi dalej unikać podjęcia trudu wykonania własnego planu, choć już teraz bez wyrzutów sumienia, o ile takie sumienie w ogóle posiadam.


Czyli tak:

gatunkiem, którego sobie życzę niech będzie sensacja,

tematem niech będzie ławka,

a limit słów ustalmy sobie szeroki, powiedzmy od 10 do 5000, bo tymi limitami i tak mało kto się przejmuje.


Dobrej zabawy więc. Czekam na Wasze dzieła przez dwa tygodnie, do niedzieli, 30.04, kiedy to ogłoszę zwycięzcę wybranego przeze mnie według kryterium jeszcze mi nieznanego.



#naopowiesci

Zaloguj się aby komentować

Cóż może być dla poety (mężczyzny, w przeciwieństwie do kobiety, którą to nazwalibyśmy raczej poetką) bardziej inspirującego niż kobieta (być może nawet poetka?), a osobliwie tejże kobiety ciało? No na przykład może być to ta nieuchwytna materia czasami mocno skomplikowanych damsko-męskich relacji. Całe szczęście, że poeta (poetka również) może wiele: może na przykład oba te tematy połączyć.


Bardzo lubię tę skomplikowaną romantyczno-obyczajową tematykę, którą najlepiej chyba ze wszystkich znanych mi autorów tekstów podejmuje (w mojej ocenie!) pan Piotr Bukartyk (on też zresztą napisał piękny tekst pod tytułem O przyjaźni , choć w kategorii, o której tutaj mowa lepszymi przykładami zdają się być takie utwory jak Piosenka spóźnionego na kolację albo Kup sobie psa ). Nie znaczy to oczywiście, że inni autorzy takiej tematyki nie podejmują, czy że nie wychodzi im to równie fantastycznie. Wytwór poniższy inspirowany jest tekstem do utworu nagranego przez zespół Harlem, utworu pod tytułem Bezsenne noce , z którego to utworu sformułowania takie jak „czasem lepiej zwlec niż zwlekać” czy następujące zaraz później „w drzwiach minąłem zdumiony rozsądek, dureń wytrzeźwiał i przyjechał” zdają się mnie prześladować. Zadomowiły się gdzieś w mojej głowie, za nic nie chcą jej opuścić, a czasami – tak jak właśnie dziś – pozwalają sobie z wnętrza tej mojej głowy do mnie krzyczeć.


W ogóle ten tekst do Bezsennych nocy jest napisany takim sposobem, jakim najbardziej lubię żeby były napisane wszelkiego rodzaju wiersze: nie ma w nim nic wprost, nie ma pokazanego samego zdarzenia, a tylko jego przyczyny i konsekwencje: chwilę przed i chwilę po, nie ma w nim zdarzeń, są związane z tymi zdarzeniami emocje. Reszta pozostaje niedopowiedziana. No i chyba czegoś takiego właśnie chciałem spróbować, co zaowocowało wytworem poniższym:


***


O przyjaźni


Pamiętam ten wieczór i Ewelinę,

pamiętam smak wina w stołecznej Languście,

pamiętam jej włosy, figlarną jej minę

i bluzkę opiętą na jej kształtnym biuście.


Pamiętam: tak nagle się wtedy to stało,

pamiętam: taksówkarz spod baru wyruszył,

pamiętam mój upór, pamiętam jej śmiałość,

i ranek pamiętam, ten ranek co skruszył


spoiwo przyjaźni: leżało rozbite

w miękkiej pościeli, ciemnobłękitnej;

pierwszy nam promień słońca objawił

tę prawdę – stanęliśmy wobec niej nadzy;


więc się ubrałem, kupiłem bilet

– dokąd? – nie przywiązywałem wagi,

bo naszej przyjaźni to było na tyle.

Rozsądek trochę za późno się zjawił.


***


#nasonety

#zafirewallem


***


Dwie uwagi jeszcze:


we stolicy (przynajmniej we naszej) nie ma takiej restauracji jak Langusta, sprawdziłem to. Jest taki sklep rybny, ale wątpię, żeby podawano w tym sklepie wino, choć nic nie wiadomo mi o imionach tego sklepu klientek ani ekspedientek. Proszę więc traktować tę Langustę jako przejaw kreacji lirycznej, nikt mi bowiem za reklamowanie żadnej Langusty nie zapłacił.


A, no i nie zmieściłem się w czternastu wersach, liczę więc, że wytwór powyższy nie będzie potraktowany jako konkursowy, co – mam nadzieję! – zmniejszy moje szanse na zwycięstwo, narzekam zawczasu.

Zaloguj się aby komentować