Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 816wpisów
  • 3962komentarzy

Ponieważ okazało się, że nawet i w Kielcach są Punkty Wymiany Poezji, to postanowiłem skorzystać, a skoro skorzystałem, to postanowiłem się tym skorzystaniem pochwalić i w związku z tym chwaleniem się pozwolę też sobie użyć tagu kolegi @fonfi #punktwymianypoezji , choć ja w opiekuństwo wrobić się nie dam.


Zdjęcia Państwu prezentuję, zdjęcia z mojej dzisiejszej podmianki w kolejności następującej: przed, po oraz to co znalazłem. Podejmuję też próbę transkrypcji (? - nie wiem czy to właściwe słowo, ale brzmi mądrze, niech więc zostanie) dzisiejszego znaleziska. Próba ta była trudna i nie zakończyła się pełnym sukcesem, bo znalezisko cokolwiek wyblakło, co świadczy o tym, że chyba wisiało tam przez jakiś czas nietknięte, a to z kolei obrazuje poziom kulturalny stolicy Województwa Świętokrzyskiego.


Czy to żmija

z ust nieznanych [?]

pluje jadem

[?][?]


I z powietrza

do płuc wsącza

szyję z sufitem

złącza?


..

-

..

.....


Rak to

czy żmija


kołomyja


#zafirewallem

473f0549-e363-4270-9131-3962545529ae
e0218a1f-5880-4726-80bb-f8ee096c968c
744c846a-ef7a-4b46-9859-7bfe3eafa177

@George_Stark Ty lepiej pokaż co swojego powiesiłeś. A tagiem to proszę się - kto chce - częstować do woli, bo nie roszczę sobie żadnych specjalnych praw własności (właścicielskich?) do niego

Zaloguj się aby komentować

Ech. Miało być, w ramach zachęty, o patriarchacie. Nie wyszło. Ale doświadczenie w przekuwaniu własnych porażek na sukcesy pozwala mi dokonać retorycznej wolty i zachęcić pisząc, że kiedy wiersz wychodzi zupełnie inny niż planowało się, że ma wyjść, to jest jeszcze lepiej niż kiedy wychodzi dokładnie taki, jakim się go planowało:


***


O kobiecie

czyli Prośba szczera, wynikająca z potrzeby serca, ale trochę jednak butna


Samice. Dziewczęta. Kobiety. Panie.

Spójrz dookoła: one są wszędzie!

I czasem myślisz o boskim błędzie,

gdy z wszystkich jedna ci w w sercu zostanie.


Dlaczego mi, Panie, żebro zabrałeś?

Ja szanowałem twoje jabłonie,

ja nie myślałem nawet o żonie,

rzec można: ja żyć samemu umiałem.


A jednak Ewę wybaczam Tobie,

nie jestem na Ciebie nic zagniewany

bo cóż lepszego niż być kochanym?


Więc może zostaw ten Eden sobie,

a nam na Ziemi, gdy życia staje

we dwoje pozwól cieszyć się rajem?


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Dobra, ktoś tam zawalił, ale nie szukamy winnych tylko wprowadzamy działania naprawcze skoro już mam dzień spamowania:


rymy: zawalił - palił - mądrali - górali

temat: Qué horas son mi corazón, bo akurat mi się włączyła piosenka Manu Chao , a po polsku to będzie (chyba) coś jak "Która jest godzina, moje serce?". Albo coś takiego.


#naczteryrymy

#zafirewallem

@George_Stark Pytanie formalne:

Czy jak jest w rymach słowo "palił", to można stosować "zapalił" czy "rozpalił" ?

Podajcie sobie ręce, nieważne kto zawalił

Może za dużo wypił a może się upalił

Gdzieś mam tych co zawsze wiedzą która godzina mądrali

Ważne że ciągnie go do rymów jak do dutków górali.

Zaloguj się aby komentować

Dobra, do trzech razy sztuka. A poza tym to chciałem dać świadectwo, że nawoływania naszego stoickiego lobbysty przynoszą jakieś tam rezultaty:


***


Teraz

czyli O przyszłości


Kula u nogi. Albo sól w ranie.

Albo i piach. Nie w oczy nawet, a raczej wszędzie

gdy w przyszłość patrzysz i pytasz: co będzie?

Płacz będzie. Płacz będzie i zębów zgrzytanie.


Pamiętasz czasy, gdy się nie bałeś?

Może nie czasy, choć krótki moment

kiedyś nie skomlał „pod twą obronę”,

kiedy po prostu coś budowałeś?


Później coś twoje pochłonął ogień.

Przetrwałeś, choć od poparzeń rany

wciąż bolą. I zaszły w tobie jakieś tam zmiany

i bać się zacząłeś.


- - - - - - - - - - - - - Nie bój się! – bowiem

i teraz pójdzie na zmarnowanie.

A z tego teraz przyszłość powstanie.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Tak sobie pomyślałem, że dawno nie było nic erosomańskiego, więc należałoby to nadrobić, więc proszę:


***


Po winku


Czesi do głowy przyszło ruchanie.

Mąż Czesi zaraz z roboty przybędzie,

Czesia już marzy, że ją posiędzie,

jak kiedyś że będzie. Jak randkowanie.


Kupiła świece i winko małe,

łoże pachnące już pościelone,

nawet koronki już odkurzone,

choć przyżółcone – jak draski. (Zapałek!)


– Ależ mnie wkurwił, wyobraź sobie! –

krzyczy po winku Henio pijany,

żal mu się ulał od dawna zbierany


bo życie jego, prawdą a Bogiem,

daleko leży od życia z bajek.

Zwłaszcza, że mu po winku nie staje.


***


#nasonety

#zafirewallem


***


Tylko tak się zastanawiam, kto ma w tej historii gorzej? Henio czy może jednak Czesia? A może oboje mają, jak to w małżeństwie bywa, źle dokładnie po równo?


No i chciałem się podzielić inspiracjami muzycznymi, bo imiona bohaterów zaczerpnąłem z hitu, którym zachwycałem się na początku mojej studenckiej kariery (a, szczerze mówiąc, dziś, po wielu latach, zachwyciłem się nim ponownie) a także trochę receptą zalecaną przez pana Piotra Bukartyka na chandry i zmartwienia wszelakie .

Zaloguj się aby komentować

Sam się dziwię, że tej heraklitowej myśli jeszcze w Cyklu Grudziądzkim do tej pory nie wykorzystałem. A może już wykorzystałem i tylko tego nie pamiętam? Wszystko możliwe, wszak pamięć jak rzeka, a już moja pamięć to nawet jak Wisła, bo czasami zdaje się być z lekka wysychająca, nie mówiąc o tym, że brudna i pełna gówien wszelakich:


***


Wszëtkò płënie


A pomyśl, zanim nad Wisłą staniesz

gdy do Grudziądza kiedyś przybędziesz,

bo choćbyś nawet już w świecie był wszędzie,

to nie masz siły na rzeki wołanie.


Mówiłeś, że się niczego nie bałeś,

że Scylla, Charybda, syreny szalone,

że stanąłbyś nawet do walki z Trytonem.

A tu z odwagą przeszarżowałeś.


O żałobnikach zapomnij i grobie –

nie będziesz przecież ziemi oddany,

wieczny spoczynek ci został zabrany,


będziesz poruszał się z prądem, na wodzie,

i może północne odwiedzisz znów kraje?

Płyń, były człowiecze! Pantha rei! – dalej!


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Drodzy Kochani!


Rzeczywistość mnie dopadła znienacka, żyć zacząć trzeba, a nawet jakoś dziwnie żyć się chce, jednak aktywności niektóre trzeba ograniczyć. Nie będzie więc długo.


W ogłoszonej przed dwoma tygodniami XV edycji zabawy #naopowiesci wzięło udział dwoje uczestników:


koleżanka @moll , która napisała o Czyśćcu Szeryfa

oraz kolega @moderacja_sie_nie_myje3 , który zastanawiał się To Czyściec czy Raj?.


Uczestnikom za udział serdecznie dziękuję, komisja miała problem, poziom był wyrównany itepe. W wyniku losowania w postaci rzutu monetą (dwa euro - zaznaczam, żeby potwierdzić autentyczność i sprawiedliwość losowania) kończącą się właśnie edycję wygrywa koleżanka @moll . Gratuluję!


#naopowiesci

#podsumowanienaopowieści

#zafirewallem

@George_Stark wygrać przez rzut monetą wydaje się adekwatne do sytuacji, dziękuję serdecznie


I dziękuję @moderacja_sie_nie_myje3 za współuczestnictwo!

Zaloguj się aby komentować

Z ciepłymi wspomnieniami z wczoraj (i tymi ciepłymi mniej – ile komu mam oddać kasy? ), naładowany poetycką energią (choć Wisły akurat nawet na odcinku warszawskim wczoraj nie widziałem), z radością przedstawiam Państwu kolejną odsłonę Cyklu Grudziądzkiego:


***


Wieczne wczasy Marka Nowaka


Jeden w Busóudvarze co rok dunajuje,

drugiego pociąga Rzeka Wawrzyńcowa Święta,

komuś w rzece Pinios zmoczyła się pięta,

inny jeszcze latem nad Nidą wędkuje.


Tylko Marek Nowak w brodę sobie pluje,

choć powód do plucia nie bardzo pamięta,

pamięć w chwili zgonu jego usunięta,

próżno sobie zgon swój przypomnieć próbuje


gdy nad Wisłą spędza swe pośmiertne wczasy,

w Grudziądzu, gdzie – na urlop jadąc – zboczył kiedyś z trasy,

by się schłodzić w wodzie w ten upał cholerny.


Marku! Drogi Marku! – będziesz wiecznie straszył!

Zawsze blisko wody, tak jak wąż mokasyn,

miastu, tak jak rzeka, zawsze będziesz wierny.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Skoro nie ma (jeszcze!) nowego sonetu, a kolega @fonfi dzieli się piękną poezją pana Andrzej Poniedzielskiego, to ja podzielę się równie pięknymi (choć pięknymi pięknem trochę jednak innym) utworami pana również Andrzeja, ale Bursy:


Pierwszy:


świergotków jest mniej niż sikor

wróbli jest więcej niż szczygłów

ale najwięcej na świecie

jest skurwysynów


(piękne na cztery rymy, swoją drogą)


***


Drugi:


Pantofelek


Dzieci są milsze od dorosłych

zwierzęta są milsze od dzieci

mówisz że rozumując w ten sposób

muszę dojść do twierdzenia

że najmilszy jest mi pierwotniak pantofelek


no to co


milszy mi jest pantofelek

od ciebie ty skurwysynie.


***


Tyle chciałem, bo akurat mam chwilę i mi się nudzi.

Dziękuję.


#zafirewallem

@George_Stark niepokojący dobór - skądinąd pięknych - wierszy, zwłaszcza w kontekście umieszczenia ich w jednym poście ze mną i @bojowonastawionaowca

Zaloguj się aby komentować

Szanowni Państwo,


uwaga koleżanki @KatieWee o zastanowieniu się nad formułą zabawy wydaje mi się słuszna, ale ja na szybko nie mam żadnego pomysłu, a później nie będę miał czasu, więc tę, XV edycję zabawy #naopowiesci poprowadzimy w formule dotychczasowej. Jeśli ktoś ma jednak jakieś pomysły, proszę śmiało pisać. Na przykład w komentarzach pod tym wpisem.


Żeby jednak może Państwa zachęcić do aktywności spróbujemy pobawić się parodią, pastiszem albo możemy to nawet uznać za za fanfiki, bowiem:


tematem tej edycji będzie Szeryf Kowalsky

a gatunkiem (jakże by inaczej!) western.

Liczba słów to od 10E1 do 10E4, że tak pozwolę sobie zaszpanować moją znajomością notacji naukowej, a w języku ludzkim oznacza to po prostu od 10 do 10 000.


Proszę się bawić dobrze!


#zafirewallem

#naopowiesci

Zaloguj się aby komentować

No jak ping-pong, to niech będzie ping-pong. Skoro dostałem piłeczkę od kolegi @fonfi, to wypadałoby ją odbić. Więc odbijam:


***


Proszę ja Ciebie


Kiedyś napisał, że się nań żona

spode łba patrzy, gdy pisać zaczyna,

gdy licząc sylaby palce wygina

w noc późną czasem – przy rozsuniętych okna zasłonach.


Pomimo tego: on tonie w rymach,

nawet gdy szkoła maturą majona,

gdy dziecku stresy pomaga pokonać,

to coś tam skrobnie. I poziom trzyma.


I za to właśnie należą się brawa,

bo w życiu (a życie to całkiem poważna sprawa)

dobrze jest mieć coś tak dla siebie.


Dziękuję, kolego, za rymy Twoje

i w naszej lidze (przyznajmy: oldboje)

na więcej liczę. Proszę ja Ciebie.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark Ale ta "szkoła maturą majona" no to po prostu piękna jest. W ogóle całość jest wspaniała, ale skąd ty wiesz, że ja na palcach zgłoski liczę??

@fonfi


Ale ta "szkoła maturą majona" no to po prostu piękna jest.


Zwłaszcza kiedy akurat to nie mnie dotyczy.


No chyba, że gramy debla.


Ja tak widać te zasady zrozumiałem, że gram w debila. I to samodzielne, i jeszcze po swojemu.

@fonfi


skąd ty wiesz, że ja na palcach zgłoski liczę??


No bo pisałeś kiedyś że żona się wtedy na Ciebie dziwnie patrzy, a ja to zapamiętałem i od tego w tym wierszu wyszedłem. Lubię takie złośliwo-sympatyczne uwagi o żonach.

Zaloguj się aby komentować

Z obawy przed tym, że w przeciwnym wypadku mógłbym kiedyś skończyć w Wiśle, postanowiłem spełnić zachciankę naszego kolegi-organizatora i zastosować się do zaproponowanych przez niego zasad. Nie byłbym jednak sobą, gdybym tych zasad nie wykorzystał przeciwko niemu:


***


Żeby się bawić naprawdę dobrze, należy zawsze pamiętać o zabezpieczeniu


Kiedy @moll do mnie ścinę wykona,

to cóż mam zrobić? – też będę ścinał.

A że jest ze mnie gracz-świnia

to piłka nasza, poezją natchniona,

niech nad Grudziądzem się znów zatrzyma.


Edycja ta sprytnie jest wymyślona,

choć w żaden sposób nie zabezpieczona,

że w tego, co był już, nie można znów ścinać.


Więc chciałem Splasza, naszego owada,

wywołać: niechże do biurka siada

niech coś pomyśli, podrapie się w ciemię,

i znów hurtowni otworzy podwoje!


I tylko jednej rzeczy się boję:

że tak ścinając, ścinam do siebie.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Miało być na kolejną edycję, ale pomysł koleżanki @moll okazał się na tyle niepokojący twórczo, że nie mogłem się powstrzymać. W ten oto sposób wątek wizyty Cthuluhu w Grudziądzu zakończył się równie szybko, jak się zaczął, no ale trudno. W kolejnej edycji będę kombinował coś innego.


***


Wypróżnienie potwora


Długo ściśnięta żołądka błona

się od śniadania boleśnie napina,

perystaltyka działać zaczyna,

ścianka zwieracza już podrażniona.


Wolno, wolniutko – niemalże jak ślimak

moc trzewi została tam uwolniona,

niejeden w Grudziądzu od tego skonał,

niejedno ciało nurt Wisły otrzymał.


Zaś Cthulhu długo nie mógł był siadać,

znowu się w tonie Wisły zapada –

potworne było to wypróżnienie!


Coś trzeba było zrobić z tym gnojem:

budowniczowie mozołem swojem

tam Wieżą Klimek zwieńczyli wzniesienie.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark Jak żadne wydawnictwo w tym kraju się na cyklu Grudziądzkim nie pozna, to ja się tutaj zobowiązuję wydać "Sonety Grudziąckie" we własnym zakresie!

Zaloguj się aby komentować

Po pierwsze, to piękne zasady nam kolega-organizator wymyślił! – gratuluję inwencji.


Po drugie to, jak to nasz kolega-mędrzec kiedyś napisał (i tylko przypadek sprawia, że kolega-organizator i kolega-mędrzec to ta sama osoba), a ja zapamiętałem: ty masz prawo wymyślić sobie zasady, a my mamy prawo mieć je w dupie, to do mądrości się zastosowałem i piłeczki posłanej mi zgodnie z zasadami tej edycji w tym wierszu nie odbijam, no bo wiersz te jest kolejną odsłoną Cyklu Grudziądzkiego.


Obiecałem Państwu Cthulhu, no to niech będzie o Cthulhu. Jest to jednak nasz Cthulhu: polski, biało-czerwony, jak Wisła zanieczyszczona zanieczyszczeniami azotowymi i olejem opałowym. A skoro jest to Cthulhu nasz, polski, no to jak Polak: głodny, to zły (i mądry po szkodzie, i tak dalej). No i dumny jestem z siebie, że udało mi się w ostatnim wersie połączyć to wszystko z motywem przewodnim naszej Kawiarni, który, z jakiegoś zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu, dawno się w mojej twórczości nie pojawił.


Proszę bardzo:


***


Przebudzenie potwora


Jak ośmiornica – acz podkurwiona,

albo Lewiatan, który w głębinach

głowy szczękami ludziom ucina.

Może zły jeszcze – trochę jak żona.


Przez wieki kimał, lecz już nie kima.

Głodny – skurczona żołądka błona,

śniadania jakiegoś by sobie dokonał:

z Wisły wypełzła wodna gadzina.


Prześledźmy jego trasę po śladach:

przez Grudziądz pełznąc, ludzi tam zjadał,

a w jego żołądku był chyba tasiemiec,


bo na przystawkę zjadł dwudziestu troje:

– Oj, Cthulhu! – chory jest z ciebie pojeb

i teraz będziesz miał zatwardzenie.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Chciał zrobić zupę z kawałka drutu

Kunszt doskonalił w czeluści kambuza

Lecz w d⁎⁎ie mu tkwiły kawałeczki śrutu

I tam też ukryta różowa meduza ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Tragiczna pomyłka kucharza krótkowidza


Bosman wziął raz pęki drutu,

Poszedł z nimi do kambuza.

Dostał zaraz paczką śrutu

Bo był jak meduza.


Hej ha, kolejkę nalej...

Po sztormie maszt się trzyma na kawałku drutu

Ster nam urwało i woda się leje do kambuza

Na dno poszedł ładunek stalowego śrutu

A kapitan w łeb dostał i mózg ma jak meduza.

Zaloguj się aby komentować

A, niech będzie jeszcze jeden, skoro już mam dziś dzień podkradania cudzych pomysłów:


***


Akomodacja oka


Tak jak ulotki chcę łapać chwile:

piękne jak biust Baśki, pod żaglami statki,

ulotne jak w kinie ruchome obrazki;

i myślę, że więcej już się nie pomylę,

że nie ulecą mi już piękne chwile,

że nie wykażę się ócz niedostatkiem

by nie przeoczyć chwil choć przypadkiem.


A niechby tam sobie cokolwiek mówili:

że szaro, że smutno, że źle, że ciężko;

ja szkło różowe przed oko swe wstawię

i choć na chwilę, lecz dojrzę gdzieś piękno,

bo akomodacją wszystko naprawię –

kiedy czas zły i smutny się dłuży i dłuży

szukanie piękna mnie jakoś nie nuży.


***


#nasonety , choć to przecież nie sonet

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Tytuł ukradziony od pana Wellsa, motyw od pana Lovecrafta: napisane – więc fajrant, pora na CS-a.


No, jeszcze motyw wędrówki suchą stopą po dnie, ukradziony z biblii (czyli świętokradztwo!), który – wydaje mi się – jak najbardziej pasuje do obecnej sytuacji hydrologicznej w Polsce. A może i nie tylko hydrologicznej? Choć żadnego kandydata na naszego biało-czerwonego, polskiego Mojżesza niestety nie widzę, tak jak i nie słyszałem też o żadnej nowej Ziemi Obiecanej, no bo sprawa Madagaskaru dawno już chyba została zamknięta:


***


Śpiący się budzi


Ekologowie stanęli w sile:

„Że w Wiśle łachy, że jakieś piaski,

że zagrożony gatunek rzadki,

że pewnie zniknie zaraz. Za chwilę”.


Więc do asfaltu się przykleili,

gdy brakło miejsca – jeszcze do ławki;

a nic im drzewa czy jakieś kwiatki –

na wodnym stworzeniu swe siły skupili.


A Grudziądz nękany był suchą udręką,

spacery po dnie – jak w Żydów wyprawie,

i było w Grudziądzu naprawdę cienko


bo bez topielca rok był już prawie,

więc Grudziądz powoli zaczął się nudzić

i właśnie wtedy Cthulhu się zbudził.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Czasami (często nawet) mam tak, że budzę się z jakimś pomysłem. Tak było też i dziś, więc – choć miałem zupełnie inne plany – musiałem usiąść i to, co poniżej zamieszczam, napisać, bo takie pomysły zwykle nie dają mi spokoju. Pomysł dzisiejszy nie różnił się pod tym względem od innych pomysłów tego typu i też nie dawał mi spokoju, więc zupełnie nie mogłem się skupić na tej niezwykle ważnej sprawie, jaką niewątpliwie jest podbijanie świata – na dzisiaj miałem bowiem zaplanowaną grę w Cywilizację.


Miłej lektury!


===


Wanda


Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, żyła sobie pewna Wanda co Niemca nie chciała. To jej niechcenie Niemca nie ma w tej historii żadnego znaczenia, ale wspomnieć o nim warto, choćby ze względów patriotycznych.


Ponieważ jedno „dawno” wynosi lat sześćdziesiąt i cztery (w odróżnieniu od „bardzo dawno”, które to wynosi lat osiemdziesiąt i dwa – musi więc, że jednostki te genezę swoją mają w imperialnym systemie miar i wag), rzecz ta miała miejsce w roku pańskim tysiąc osiemset dziewięćdziesiąt i trzy. Ponieważ wspomnianymi siedmioma górami są: Narodnaja w górach Ural, Biełucha w górach Ałtaj, Mount Elbert w Górach Skalistych, Black Elk Peak w górach Black Hills, Mount Mitchell w Apallachach, Grand Ballon w Wogezach i Brocken w górach Harz, a morzami Morze Czarne, Morze Kaspijskie (które w rzeczywistości jest jeziorem, ale częściej nazywane jest jednak morzem), jezioro Bajkał (które, jak sama nazwa wskazuje, tak jak Morze Kaspijskie, również jest jeziorem, choć też czasami, zdecydowanie jednak rzadziej niż Jezioro Kaspijskie, bywa nazywane właśnie morzem), Morze Japońskie, Morze Ochockie, Morze Beringa i Ocean Atlantycki, którzy też jest morzem, tylko że jest morzem ogromnym, a Ziemia – wbrew twierdzeniom niektórych – jest jednak kulista, to działo się to wszystko w okolicach Grudziądza.


Grudziądz, na który mówiono wówczas Graudenz, i jego okolice znajdowały się wtedy pod zaborem pruskim, stąd też obecność w życiu Wandy Niemca – i to w dodatku niejednego! – żadnego jednak z tych Niemców Wanda nie chciała. Każdego z nich przepędzała na cztery wiatry, co, jakżeśmy już powiedzieli, nie ma jednak dla tej historii żadnego znaczenia. Nie ma dla tej historii żadnego znaczenia, że Wanda nie chciała żadnego Niemca, a nie ma to znaczenia dlatego, że Wanda w ogóle żadnego chłopa nie chciała, przy czym mamy tutaj na myśli jedną z dwóch tylko istniejących ówcześnie płci, a nie istniejącą wówczas formalnie – a do dziś również i w praktyce – klasę społeczną. A zalecały się do niej chłopy, oj zalecały! Zalecali się do Wandy Niemcy, zalecali się Polacy, a wśród tych Polaków szczególnie zalecał się do Wandy pewien Bolesław, gorący polski patriota.


Bolesław nie znosił wszystkiego co było niepolskie. Nie znosił tego, co pochodziło z Prus, nie znosił tego, co pochodziło z Austrii i nie znosił tego, co pochodziło z Rosji. Tego ostatniego, tego co pochodziło z Rosji, Bolesław nie znosił szczególnie, a nie znosił tego szczególnie z tego względu, że wytwory tej kultury – z braku lepszego słowa, użyjmy tego, choć w cudzysłowie, i to jeszcze pogrubionym – dotykały go osobiście.

– To nie jest żadne otczestwo! – wściekał się Bolesław. – Nie nazywacie mnie przecież na moskalską modłę Bolesław Bolesławowicz! Nazwisko rzeczywiście mam po ojcu, ale nie jest to nazwisko patronimiczne! Jeśli już, to nazwałbym je raczej patromimicznym!

Bo faktycznie, Bolesław nosił nazwisko po ojcu. Ojciec Bolesława miał problemy ortodontyczne, miał mocno zdeformowaną żuchwę i – nie wiedzieć czemu – to nie tego ojca z krzywą szczęką i wynikającą z tego dziwną mimiką, ale jego całkiem symetrycznego syna nazywano od tej ojcowskiej przypadłości Krzywoustym.


Bolesława, który mocno się do Wandy zalecał, Wanda – jak też żeśmy już to wcześniej powiedzieli – również nie chciała. Wanda nie chciała Bolesława, tak jak i nie chciała żadnego innego chłopa, ponieważ Wanda była feministką.

– Jestem feministką, więc obowiązki mam feministyczne! – powtarzała Wanda i te swoje feministyczne obowiązki wypełniała z najwyższą gorliwością.

Miała więc Wanda kota, nie nosiła biustonosza, a wieczory spędzała z butelką wina oglądając przy tym piciu wina gwiazdy, ponieważ nie było wtedy jeszcze Netflixa.


Nawet jednak gdyby Netflix już wtedy był, Wanda miałaby pewne problemy z tym, żeby móc sobie wygodnie oglądać na nim seriale. Wanda nie miała bowiem swojego domu, a mieć swój kawałek ziemi było dla Wandy największym marzeniem. Ileż to razy przy pochmurnej pogodzie, kiedy nie było widać gwiazd, Wanda, lekko już pijana po opróżnieniu butelki wina, zakradała się w okolice chat i zaglądała do nich przez okna! Jak Wanda marzyła wtedy o swoim własnym łóżku na którym mogłaby spać i o własnym piecu, na którym mógłby spać jej kot, nie mówiąc już o własnej piwniczce do trzymania własnego wina!

Wanda, zaglądając do tych chat przez okna, widziała jednak mieszkających tam ojców rodzin – chłopów, którzy spędzali wieczory pijąc wódkę prosto z wiader, w których to wiadrach kupowali ją u miejscowego karczmarza w karczmie należącej do ich pana, co stanowiło podstawę obiegu waluty w miejscowej podgrudziądzkiej społeczności. Obieg waluty, cały ten genialny system finansowy, zaplanowany był z iście pruską precyzją, choć stosowany nie tylko w zaborze pruskim: chłopi należeli do pana, zarabiali u pana, wydawali u pana, a wiadra na wódkę były opakowaniami zwrotnymi i pobierano za nie kaucję – nie ze względów ekologicznych, ale ze względów ekonomicznych właśnie.

Widok chłopów pijących wódkę prosto z wiader napawał Wandę obrzydzeniem:

– „Co ze szkła, to jednak ze szkła” – myślała wtedy Wanda.


Wanda jednak nie robiła nic w kierunku tego, żeby to swoje marzenie o własnym miejscu na ziemi zrealizować. Wanda była realistką. Wiedziała, że samotna kobieta nie ma co liczyć na to, że będzie miała swój dom, a myśl o małżeństwie, choć nieraz powstawała jej w głowie, przyprawiała ją o odruch wymiotny. Wanda tę myśl od siebie odpędzała, bo Wanda nie chciała wymiotować, bo szkoda byłoby jej tego wina, które wcześniej wypiła, a wino przecież swoje kosztowało, więc Wanda o małżeństwie starała się nie myśleć wcale.

Wanda piła więc wino, zaglądała do chat przez okna i utwierdzała się w słuszności swoich poglądów. Rosła w niej coraz większa gorycz, tak jak i jej wątroba stawała się coraz bardziej pomarszczona.

Wanda chodziła coraz częściej coraz bardziej pijana po tych wszystkich wsiach w okolicach Grudziądza i – nie mogąc znieść widoku chłopów i ich rodzin, szczęśliwych szczęściem takim, jakim im dane było się cieszyć – pomstowała na każdego, kto tylko pojawił się w zasięgu jej wzroku.

– Oby ci deszcz do wiadra napadał i wódkę ci rozcieńczył! Oby dzieciom twoim d⁎⁎a na czole wyrosła! – krzyczała Wanda do przypadkowych często osób.

W tamtym czasie nikt, żaden nawet ze znanych przecież z niewybrednego gustu Niemców, już się do Wandy nie zalecał.


Nie do takich rzeczy człowiek potrafi się jednak przyzwyczaić. Lokalna społeczność szybko przeszła więc nad zachowaniem Wandy do porządku dziennego. Traktowano ją jak element miejscowego folkloru, tak jak trupi jad w Wiśle.

– Ot, niegroźna wariatka – mówiono tylko i szybko wracano do swoich własnych obowiązków.


Jak to zwykle w życiu bywa, wszystkiemu winien był przypadek, zwany przez niektórych zbiegiem okoliczności. Poprzedni karczmarz, stary Żyd, imieniem Moczu, umarł. Na jego miejsce pan sprowadził nowego, a nowy karczmarz był człowiekiem, który swoją chytrością wyróżniał się nawet wśród swoich pobratymców. Pan zdecydował, że Moczu na karczmie zarabiał zbyt wiele, a oddawał zbyt mało, dlatego rozliczenia z jego następcą postanowił prowadzić w sposób korzystniejszy dla siebie, bo przecież mu się w końcu za jego trud należało. Nowy karczmarz przystał na te niekorzystne warunki, ponieważ był chytry, a ponieważ był chytry, miał już swój sprytny plan.


Tamtego wieczoru, kiedy nastąpiła zmiana karczmarza, Wanda usilnie próbowała nie myśleć o małżeństwie. Od tego niemyślenia tak się jej jakoś przykro zrobiło, że gorąco zapragnęła zakraść się pod jakąś chatę, zajrzeć do jej wnętrza przez okno i utwierdzić się w przekonaniu co do słuszności swoich życiowych decyzji obserwując to miałkie i pozbawione sensu życie rodzinne.

Wanda zakradła się więc pod chatę Bartosza i obserwowała co robi Bartosz i co robi rodzina Bartosza. Rodzina Bartosza nie robiła nic, a Bartosz przystępował właśnie do picia wódki prosto z wiadra, czego zresztą Wanda się po Bartoszu spodziewała, choć nie miała nawet pojęcia, że Bartosz ma na imię Bartosz.


Cały dzień poprzedzający tamten wieczór, którego to wieczoru Wanda zakradła się pod chatę Bartosza był dla Wandy dobrym dniem. Wykorzystując zamieszania powstałe w wyniku przybycia nowego karczmarza, Wandzie udało się podprowadzić z karczmianej spiżarni nie jedną, jak to miała w zwyczaju, ale dwie butelki wina. Pierwszą zdążyła wypić już wcześniej, drugą rozsądnie zachowała na podokienny seans.

Bartosz tymczasem przystąpił do spożycia. Pociągnął z wiadra pierwszy łyk wódki, łyk tak ogromy, że można było wręcz nazwać ten łyk grzdulem. Po tym grzdulu Bartosz skrzywił się nieco, ale skrzywił się inaczej, niż zwykle krzywili się chłopi po wódce.

– „Czyżby nabrał jakiejś ogłady?” – zastanawiała się Wanda przystawiając usta do szyjki butelki i pociągając potężny grzdul wina, większy nawet niż grzdul Bartosza.


Później Bartosz wstał od stołu, złapał się za brzuch i wybiegł z chaty. Wanda wycofała się spod okna w cień, tak żeby Bartosz nie mógł widzieć jej, ale żeby ona mogła widzieć Bartosza, bo domyślała się po co zaciskający uda Bartosz wybiega z chaty, a nieczęsty widok tego, co chłop chowa w portkach, był dla Wandy o tyle obrzydliwy, co i fascynujący – tak już niestety działa ludzka natura.

Sama jednak czynność, którą Bartosz, przykucnąwszy, wykonywał, nie była dla Wadny w ogóle pociągająca. Była dla niej wręcz nieapetyczna, dlatego Wanda, nacieszywszy wzrok przez tę krótką chwilę pomiędzy ściągnięciem przez Bartosza portek a przykucnięciem, ponownie spojrzała w stronę okna. Do Wandy dobiegł co prawda zapach i bulgotanie towarzyszące czynności wykonywanej przez Bartosza, ale na to już nic nie potrafiła poradzić.


W chacie tymczasem Bartosz, najstarszy syn Bartosza, choć dość jeszcze młody, skorzystawszy z chwilowej nieobecności ojca, zaopiekował się pozostawionym przez ojca wiadrem. Młodemu chłopcu niewiele było potrzeba – pociągnął szybko dwa tylko solidne grzdule i jakoś udało mu się dotrzeć do łóżka, choć na miękkich jednak nogach.


Co działo się później – Wanda nie bardzo potrafiła powiedzieć. Pamiętała, że Bartosz wrócił do chaty, pamiętała, że to drugie wino jakoś tak za szybko się jej skończyło, a później nie pamiętała już zupełnie nic.


Rano obudziły Wandę nie tyle zimno i rosa, która ją pokryła, ale obudziły ją krzyki:

– Mówiłem, że to czarownica? – krzyczał ktoś. – Mówiłem, że uroki rzuca? Nie przeklinała nas przecież? Nie mówiła „bodaj by wam się wódka rozcieńczyła”? Nie mówiła? Mówiła? Mówiła – nie mówiłem? I jeszcze na dziecka klątwę mi rzuciła! Chory teraz, biedny, głowa go boli i co chwilę w krzaki musi latać! I kto teraz będzie ze mną w polu robił?!


Chłopi uznali więc Wandę za czarownicę i powiesili ją na ładnej, smukłej brzozie. Ciało Wandy wisiało na tej brzozie przez kilka dni, a jedną żywą istotą, która się marwą Wandą zainteresowała, był jej kot. Kot ten, gdyby był psem, być może warowałby pod ciałem swojej pani, ale ponieważ kot był kotem to, kiedy zrobił się głodny, wspiął się na brzozę, przeskoczył na ramię wiszącej na nim Wandy i rozpoczął swoją ucztę podgryzając ją, a zaczął od okolic szyi.


Po kilku dniach chłopi zauważyli tę kocią ucztę i zatłukli kota widłami, wydało im się bowiem złym omenem to, że kot pożywiał się ciałem swojej zmarłej pani, w dodatku jeszcze czarownicy. Uważali, że mogłoby to sprowadzić na nich jakieś nieszczęście, choć żaden z nich nie potrafił wyjaśnić właściwie dlaczego ta kocia uczta miałaby zwiastować coś niedobrego. Uznali jednak, że strzeżonego Pan Bóg i strzeże i na podstawie tego właśnie wniosku, tak na wszelki wypadek, tego osieroconego kota zatłukli. Z tego samego powodu zdjęli też z brzozy ciało Wandy i oddali je ziemi. Pochowali ją za płotem cmentarza, bo czarownicy nie godzi się przecież chować w poświęconym gruncie. Tam to właśnie, pod tym płotem cmentarza, w roku pańskim tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym i trzecim Wanda znalazła swoje miejsce.


***


Zapomnieliśmy domknąć powyżej niektóre wątki, wątki dotyczące zalotników, którzy się do Wandy zalecali wtedy, kiedy jeszcze nie do końca zwariowała. Jeśli chodzi o tych wszystkich Niemców, których Wanda nie chciała, to w roku tysiąc dziewięćset osiemnastym opuścili oni (dobrowolnie lub pod mniejszym bądź większym przymusem) granice nowo powstałej II RP. Bolesław zaś – nie wiadomo czy z rozpaczy po odrzuceniu go przez Wandę, czy też z powodu tego, że wyśmiewano się z jego gorącego patriotyzmu – jeszcze za życia Wandy utopił się w Wiśle.


Nowego karczmarza z kolei wkrótce potem również powieszono, tak jak i powieszono wcześniej Wandę, choć nowego karczmarza powieszono za to, że rozcieńczał wódkę wodą z Wisły, co powodowało u chłopów zatrucia pokarmowe. Co zrobiono z jego ciałem? – nic nam w tym temacie nie wiadomo.


***


KONIEC


===


#naopowiesci

#zafirewallem


1953 słowa.


Dziękuję za uwagę.

Zaloguj się aby komentować

Moja kolej, na to wychodzi.


Rymy: maruda - wóda - obłuda - cuda;

temat: mistrzostwa świata dekarzy (dekowników też dopuszczam).


#naczteryrymy

#zafirewallem


Proszę dobrze się bawić, chyba że ktoś już dobrze się bawi gdzieś w plenerze, to dzisiejszą nieobecność łaskawie wybaczę.

To niszczyciel dobrej zabawy, pan maruda

robi się nieznośny gdy wjedzie w niego wóda

pogromca dziecięcych marzeń, chodząca obłuda

za to co roku wygrywa dekarskie zawody, no cuda!

Zaloguj się aby komentować

769 + 1 = 770


Tytuł: Null

Autor: Szczepan Twardoch

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 9/10


#bookmeter


Łodzi nie będzie? – pyta, choć zna odpowiedź.

Tutaj często zadaje się pytania, na które zna się odpowiedź.


Nuda i ciągłe poczucie zagrożenia. Tak właśnie po zakończeniu lektury wyobrażam sobie te dni, które bohaterowie Nulla spędzili po złej stronie naszego ojca Dniestru. Nuda i ciągłe poczucie zagrożenia, a w ich efekcie obojętność, no bo ile w końcu człowiek może wytrzymać? Choć ta obojętność przestaje być obojętna kiedy zagrożenie przestaje być tylko zagrożeniem, a zaczyna być pewnością – i to jest bardzo obrazowo w tej książce pokazane, ale nie napiszę w którym miejscu, bo takich rzeczy pisać przecież nie wypada. Ta pewność jest jednak też obecna w jakimś stopniu jeszcze wcześniej, jest obecna wtedy, kiedy do człowieka dociera, że wojna się nie kończy. Kiedy człowiek na koniec wojny nie czeka, bo wie, że po wojnie nie ma już życia. Że wojna i to poprzednie życie, życie przed wojną to są dwa różne światy i te światy nie mogą ze sobą współistnieć (to też cytat z książki, ale piszę go w pamięci, więc może nie być dosłownie), a z kolei po wojnie nie ma już powrotu do życia sprzed wojny. Ta druga pewność nie jest jednak tak do końca pewna, bo istnieje obok niej jakaś nadzieja albo cień tej nadziei. Nadzieja, która objawia się nie tyle w myśleniu, co w zachowaniu. Ta nadzieja nie wydaje się być efektem świadomości, wydaje się być raczej efektem instynktu.


Bohaterem Nulla jest Koń. Człowiek o pseudonimie (pozywnyj – tak określa to w książce autor, ale o języku za chwilę) Koń, bo ta książka to nie jest kolejna inkarnacja Łyska z pokładu Idy. Koń jest ochotnikiem w ukraińskiej armii. Koń jest Polakiem, choć dziadka miał Ukraińca, to jednak jest Polakiem. W życiu Konia coś się stało i właśnie dlatego Koń, który początkowo zajmował się zaopatrzeniem ukraińskiej armii, w końcu do tej ukraińskiej armii dołączył. Nie do końca wiem, co się w tym życiu Konia stało, autor mi tego nie powiedział, ale poczytuję to za plus tej książki, a uważam tak z dwóch powodów: po pierwsze Null to książka o wojnie, a nie o Koniu (o tym też za chwilę), a po drugie autor, pan Twardoch, twierdzi, że zadaniem literatury nie jest dawanie odpowiedzi, ale stawianie pytań. Ja się z tym twierdzeniem w zupełności zgadzam i, choć pytanie dlaczego Koń, który na wojnę iść nie musiał, na wojnę poszedł, męczy mnie, to właśnie w taki sposób lubię być męczony.


Koń jest tym bohaterem Nulla, za którym podąża narracja (bohaterem głównym? – ja raczej nazwałbym go bohaterem prowadzącym), bo w Nullu bohaterów jest więcej. Pan Twardoch w tej książce wykorzystał zabieg podobny do tego, jaki wykorzystał w Królestwie i zabieg ten sprawił, że Królestwo było dla mnie książką ciekawszą nawet niż Król (choć Króla też cenię bardzo wysoko). Podobnie jak w Królestwie, w Nullu cała akcja rozgrywa się w bardzo krótkim czasie – jest to tylko jedna noc. Autor, opisując wydarzenia tej jednej nocy, skupił się bardzo mocno na tych, którzy w tych wydarzeniach brali udział albo byli z nimi w jakiś sposób powiązani. W ten właśnie sposób poznajemy między innymi Szczura, Lamparta, Małpę czy Zujkę. Każde z nich ma w tej wojnie jakąś swoją rolę, każde ma jakąś swoją motywację żeby w tej wojnie uczestniczyć i każde z nich jakoś na tę wojnę reaguje. Więc może nie jest to, jak napisałem wcześniej, książka o wojnie, ale książka o ludziach? O ludziach na wojnie? O wpływie wojny na ludzi? – ot, kolejne pytania, na które nie umiem odpowiedzieć.


Nie ukrywam, że pan Twardoch jest jednym z tych współczesnych autorów, których twórczość jest mi po pierwsze bliska, a po drugie robi na mnie ogromne wrażenie. Tak kwestiami podejmowanej tematyki, tak obserwacjami przemycanymi w tekstach pod postacią dygresji czy wreszcie stroną techniczną jego uprawiania literatury – czy to konstrukcją samej powieści , ale też jej bohaterów, jak i językiem czy tym nieuchwytnym „czymś”, co sprawia, że jedna technicznie dobrze napisana książka podoba mi się bardziej, a inna technicznie napisana książka podoba mi się mniej. O konstrukcji już było, teraz do języka.


Przed przeczytaniem Nulla wysłuchałem kilku rozmów z panem Twardochem nagranych już po wydaniu tej książki. Pamiętam z tych wywiadów jego wspomnienia z wyjazdów do Donbasu, w których to wspomnieniach mówił między innymi o tym potwornym wolapiku, którym posługiwał się w rozmowach z żołnierzami. W kwestii języka literackiego mam do pana Twardocha pełne zaufanie i dlatego wierzę, że ten niewygodny język powieści jest czymś, co w literaturze może najbliżej oddać to, jak tam się rozmawia. Wcale się nie dziwię, że w książce co chwila pada fraza na chuj, wcale się nie dziwię, że język tej książki to nie jest podręcznikowa (w kwestii leksykalnej) polszczyzna i to też uważam za plus tej książki. Ten język wywołał we mnie wrażenia, niekoniecznie przyjemne, no ale nie wydaje mi się, żeby ta książka miała być w jakikolwiek sposób przyjemna. Wydaje mi się nawet, że gdyby była przyjemna, nie mogłaby być prawdziwa. A – to kolejna rzecz, którą z tych wywiadów zapamiętałem – Null początkowo miał być esejem, który opisywał wyjazdy pana Twardocha w okolice frontu, gdzie dostarczał pomoc dla SZU. Autor twierdzi jednak, że takiego eseju napisać nie potrafił, zajął się więc pisaniem tego, co pisać potrafi, czyli pisaniem powieści. Jednocześnie stwierdził, że doszedł do wniosku, że fikcja może być bliżej prawdy niż reportaż, które to stwierdzenie – być może paradoksalne – wydaje mi się, że rozumiem i z którym również się zgadzam. Przynajmniej w takim sensie, w jakim je rozumiem.


Wysłuchawszy wcześniej tych wywiadów mam wrażenie, że w tej książce jest dużo autora, szczególnie dużo wydaje mi się go w postaci Konia. Bo Koń, tak jak pan Twardoch, zajmował się początkowo dostarczaniem zaopatrzenia (uderzające jest to, że, przynajmniej po stronie Ukrainy, ta wojna jest wojną „ludową” i wojną „składkową”), pan Twardoch, tak jak Koń, też dostał propozycję dołączenia jako ochotnik do wojny (z tej propozycji nie skorzystał, inaczej niż Koń), a w krwi Konia można znaleźć domieszkę krwi scytyjskiej, co z kolei znów prowadzi do autora, bo i autor, jak twierdzi w jednym z felietonów zebranych w książce Jak nie zostałem poetą, również jest po części Scytą. Mimo to jednak, na podstawie mojego obrazu pana Twardocha, nie uważam, żeby Koń był jego alter ego. Jeśli już, to bardziej doszukiwałbym się tutaj parte-parole, a i to nie w jakiejś konkretnej postaci, ale w całej książce, choć nie wiem czy w tym przypadku użycie tego terminu jest semantycznie uzasadnione. Czy to źle? Mnie nie przeszkadza, a nawet mi się podoba.


Ta książka, jak większość powieści pana Twardocha, dla mnie była bardzo immersyjna, a bardzo tę immeryjność lubię. „Byłem tam” – mogę pomyśleć teraz, już po zakończeniu lektury, ciesząc się jednakowoż, że byłem tam w taki właśnie sposób, i że nie musiałem tam być fizycznie. Ta książka jest dla mnie bardzo immersyjna, ale immersją (albo wrażeniami z tej immersji) inną niż przy lekturze książek pana Remarqe’a. Najbliżej tych wrażeń jest chyba Internat pana Serhija Żadana. Język, obojętność (nie pod postacią braku emocji, ale tych emocji przytępienia, tak przynajmniej ja to odczytuję), czas mierzony pojemnością baterii drona – to wszystko sprawiło, że pewnie długo mojej wizyty na nullu nie zapomnę.


***


Jeszcze trochę prywaty, bo książka obudziła we mnie trochę wspomnień, którymi mam potrzebę się podzielić, bo mnie gryzą, tak samo zresztą jak i gryzie mnie ten Null, choć skończyłem już go przecież czytać. Z tego zresztą powodu też cały ten wpis, mimo mojego postanowienia, że na razie od pisania o książkach przydałaby mi się jednak przerwa. O Nullu już dalej raczej nie będzie, więc jeśli kogoś ta prywata nie interesuje, można skończyć czytać tutaj.


Nigdy nie byłem na Ukrainie. Nie byłem na Ukrainie ani przed rokiem 2014, ani przed rokiem 2022, ani tym bardziej po 24 lutego 2022. Po 24 lutego 2022 chyba bym się o siebie bał. Byłem jednak w roku 2022 na polsko-ukraińskim przejściu granicznym, a pojechałem tam z Polską Akcją Humanitarną żeby pomagać tym, którzy przed tą wojną uciekali. Nasza pomoc polegała na wydawaniu posiłków i wskazywaniu gdzie można udać się po pomoc dalej, kiedy jest już się w bezpiecznym miejscu. Czasem ta pomoc polegała też na tym żeby kogoś po prostu wysłuchać. Czekaliśmy tam na przyjeżdżające samochody i autokary, na pasażerów tych samochodów i autokarów, ale pewnego dnia ruch ustał. Mieliśmy też słodycze i zabawki, które rozdawaliśmy dzieciom. Wyjęliśmy z tych zabawek talię Uno i, żeby czas szybciej mijał, zaczęliśmy grać w karty.


Graliśmy więc wtedy w karty, a pięćdziesiąt kilometrów dalej, o czym dowiedzieliśmy się dopiero później – pięćdziesiąt kilometrów, czyli całkiem niedaleko: można dojechać na rowerze, dałoby się nawet dojść piechotą i to w ciągu jednego dnia – pięćdziesiąt kilometrów dalej spadały bomby, na chuj. Te bomby spadały wtedy na tunel kolejowy – były uderzeniem w logistykę. Te bomby nie spadały ani na miasta, ani na bazy wojskowe, ich celem nie było zabijanie, a przynajmniej to zabijanie nie było ich celem bezpośrednim. Bomby na ludzi spadały poprzedniego dnia albo miały spaść następnego – z mojego punktu widzenia nie było żadnej różnicy. Może z punktu widzenia tych, na których te bomby spadały albo dopiero miały spaść jakaś różnica była? Może ten jeden dzień mniej lub więcej miał dla nich jakieś znaczenie?


Z mojego punktu widzenia nie było żadnej różnicy, bo z mojego punktu widzenia te bomby w ogóle nie powinny były spadać – to poczucie wynikało z powodów racjonalnych, ale także dlatego z mojego punktu widzenia nie było żadnej różnicy, bo wiedziałem, że te bomby nie spadną na mnie – to był powód emocjonalny. Dziwne było to uczucie, kiedy później, gdy już wróciliśmy ze swojej zmiany, dowiedzieliśmy się o tym bombardowaniu. Wydało mi się to wtedy tak niepojęte, że my możemy sobie siedzieć i grać w karty, a pięćdziesiąt kilometrów dalej – całkiem więc niedaleko – spadają bomby. Nie tylko wydało mi się to niepojęte, nie tylko nie potrafiłem tego zrozumieć, ale też wydało mi się to wtedy zupełnie nierealne. Wiedziałem, że to jest fakt, byłem świadom, że coś takiego miało miejsce, ale mimo wszystko nie potrafiłem w to uwierzyć.


W czasie tamtego pobytu poznałem Ericka, Amerykanina – fantastyczny gość, taki rzadko trafiający się ktoś, z kim rozmawia się pierwszy raz w życiu, a czuje się, jakby się go znało od zawsze (w ogóle wielu Amerykanów tam na tę granicę przyjechało, co całkiem mnie wtedy zdziwiło). Z Erickiem rozmawialiśmy więc na mnóstwo tematów, a jednym z tych tematów była literatura (w końcu to ja z nim rozmawiałem). Okazało się, że jedną z jego ulubionych książek, tak jak i moich, jest Rzeźnia numer 5 pana Kurta Vonneguta. Erick zgodził się z moim wrażeniem, że książka, choć kapitalna, to lepiej byłoby, żeby nigdy nie powstała. Żeby nie miała po co powstawać. Żeby nie miała powstawać dlaczego. Żeby nie miała podstaw do tego, żeby w ogóle powstać.


Rzeźnia numer 5 to książka stricte antywojenna, Null, tak jak ja go rozumiem, nie jest książką antywojenną wprost, a tylko rodzajem literackiej relacji z wojny. I choć Null zrobił na mnie ogromne wrażenie, to wolałbym go nigdy nie przeczytać, a nie przeczytać wolałbym go dlatego, że wolałbym żeby nigdy nie powstał, bo nie miałaby powstać na podstawie czego. Ale – tak jak wolałbym żeby nie było dzisiaj problemu czy Ukraina powinna wracać do swoich granic z roku 2014 dlatego, że te granice w ogóle nie powinny zostać wtedy naruszone – ja mogę sobie woleć, a rzeczywistość na to moje „wolenie” wydaje się być całkowicie niewzruszona. To tak, jak we wstępie do Rzeźni numer 5 pisał pan Vonnegut, bo skoro już tę książkę przywołałem, to teraz pozwolę sobie ją jeszcze zacytować:


Czy to jest książka antywojenna?

Tak – odpowiedziałem. – Chyba tak.

Czy wiesz, co mówię facetom, którzy piszą książki przeciwko wojnie?

Nie. Ciekawe co im mówisz.

Mówię: Dlaczego nie piszesz książek przeciwko lodowcom?

Chodziło mu oczywiście o to, że wojny będą zawsze i że z równym powodzeniem można próbować powstrzymywać lodowce. Ja również jestem tego zdania.


EDIT: O, zapomniałem napisać, w kwestii języka, że narracja jest prowadzona w drugiej osobie, co ma wpływ na odbiór Konia przez czytelnika, a przynajmniej miało wpływ na odbiór Konia przeze mnie.

f9ee3cd1-9f96-421b-94e6-6f219b3ce3c9

Poprawka: „Naszego ojca Dniepru”.

A co do tego, co napisałeś powyżej, to pełna zgoda.

Chociaż przyznaję, że na „Wiecznym Grunwaldzie” poległem.

@Czarmiel To żem się popisał!


Masz oczywiście rację, dziękuję, ale na edycje już za późno. Tak to jest jak piszący chce zabłysnąć, a nie stać go na redaktora.


Chociaż, z drugiej strony, to mówią, że ojciec zawsze jest niepewny.


A co do Wiecznego Grunwaldu, to ja skończyłem, bardzo mi się podobał, zresztą z tej książki pochodzi postać, która mocno siedzi mi w głowie: jakiś żołdak, który nocą wychodził pijany w syberyjską noc, strzelał z karabinu w niebo i krzyczał "Kocham cię, ty kurwo". On się pojawia tylko na jednej stronie, o ile dobrze pamiętam, ale jaka za czymś takim musi stać historia!


No i mnie od pana Twardocha to został chyba tylko Obłęd rotmistrza von Egern.

Zaloguj się aby komentować