Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 746wpisy
  • 3812komentarzy

Pamiętacie może edycję syrenią naszej zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem ? O ile nie przepadam za sytuacją, kiedy ktoś narzuca (albo proponuje) temat edycji (choć tego narzucania bądź proponowania organizatorowi absolutnie nie zabraniam, zawsze mogę przecież ten narzucony bądź zaproponowany temat po prostu olać), tak bardzo lubię, kiedy temat edycji wyłania się sam. Tak jak to było w edycji syreniej, albo być może jak to będzie w tej edycji bieżącej.


Odrobinę zainspirowany przez @splash545 przedstawiam kolejny swój sonet do najnowszej bitwy #nasonety :


***


Uroki podróży z PKP


Czekam na dworcu już piątą godzinę,

co słabszy pasażer na ławce gdzieś uśnie;

gdzieś ojciec próbuje ogarnąć rodzinę,

bo dzieci zdają się z nudów mu gnuśnieć.


Co stać się miało, wreszcie się stało:

tłum pasażerów jak nagle nie ruszył!

i do pociągu się dopchać nie dało,

bo rządy objęło prawo tam buszu.


Jakoś udało się przetrwać tę bitwę,

z innymi w przedziale zadzierzgam sitwę –

ktoś mi walizkę na półce postawił.


Lecz to by było radości na tyle,

bo klima nie działa; okna nie uchylę,

i w pocie się będę w wagonie pławił.

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ powoli zaczynam myśleć o znalezieniu jakiegoś zatrudnienia, to tak pomyślałem sobie żeby może spróbować złapać jakąś fuchę w reklamie? Oto moje pierwsze – treningowe jeszcze – kroki w rzeczonym obszarze:


***


Jak sobota to tylko…


Za dobrą promocję na wołowinę,

za mody kolekcję całkiem w mym guście,

i za kosiarkę, domowe kino

co w dobrej cenie jest po opuście;


za świeże pieczywo – kosztuje mało,

za wybór owoców jabłoni, gruszy,

oraz za jakość, i za o nią dbałość,

i za maskotki z mięciutkim pluszem;


za szampon, za mydło, za krem, za brzytwę,

w ogóle: za te luksusy wszystkie,

w których to dane jest mi się pławić.


Kiedyś tam były tylko badyle,

teraz pieniędzy oszczędzam tyle –

dobrze, że Lidl się w mieście postawił!


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Nawet nie mam pomysłu na żaden wstęp, bo takie zapętlenie rzeczywistości wydaje mi się nie tylko nieprawdopodobne, ale wręcz niemożliwe:


***


Wycieczka


Newsów nie czytam. No, odrobinę,

gdy myszka przypadkiem jakiś link muśnie.

I wczoraj tak właśnie – zakrawa na kpinę! – 

jak news mi wodą w oczy nie chluśnie!


Bo okazuje się, że w zalewie ciało

ktoś dostrzegł: z wody wystawały uszy;

i straży pożarnej brygadę całą

wezwano. Strażacy chcieli zalew osuszyć,


lecz im wędkarze wydali bitwę:

w dziób uderzali, niczym rybitwę,

strażaków dowódcę, co tam się stawił.


Niech się ze sobą tłuką, debile!;

ja zaś się łudzę: może się mylę,

że ktoś z Grudziądza w Kielcach się zjawił?


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark Fajnie jak tak inspiracja sama chlusta... To na pewno ofiara Kieleckiego. Babcia uczyła, że z pełnym brzuchem się do wody nie wchodzi.

Zaloguj się aby komentować

Mam tylko nadzieję, że wierszykiem poniższym (już ostatnim dziś!) nie ukręciłem sam na siebie bata:


***


@moll – ku pocieszeniu


Pieruny zwycięstwa widomym znakiem

ogłosił @fonfi – co idzie za tem,

to fakt, że nic się więcej nie liczy

aniźli głosy naszej publiki.


Wychodzi na to, że nikt nie zdoła

przekonać @fonfiego, który to zgoła

mocno się trzyma postanowienia! –

wszak z legalistą tu do czynienia


mamy, więc choćby gryzł glebę

to nie odpuści – tego żem pewien! –

bowiem uparty! – jak cztery osły!


Ja z tego powodu jestem radosny

i tylko @moll się łzami zalewa

bo się wygranej jutro spodziewa.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Dla efektu literackiego pozwoliłem sobie sprowadzić herbatę do Europy kilka wieków wcześniej niż miało to miejsce w rzeczywistości. Nie żałuję! Uważam, że jeśli już ktoś ma zajmować się manipulowaniem historią, to niech robią to raczej poeci niż politycy. Poeci przynajmniej czasami się do takich manipulacji przyznają.


***


Vive la France


Gdy już wykazał się kultury brakiem

to właśnie wtedy wycofał się rakiem:

cichutko – jakby to wcześniej przećwiczył –

bo tak to w zwyczaju mają Anglicy.


To była uczta przy pełnych stołach:

picia, jedzenia w opór dokoła,

i tylko czaju kelner tam nie miał

a to z powodu na czaj uczulenia


Joanny, co słusznym niesiona gniewem

wojsk prowadzenie wzięła na siebie:

dla niej ta uczta!; o niej eposy!


Nagle na salę wjechały termosy

i z nich o piątej herbatkę rozlewał

Anglik pieprzony, gentleman z chlewa.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark

Przyznam, że efekt literacki,

Wyszedł Panu co najmniej kozacki,

A uderzając w angielskie nuty,

Napiszę, że efekt jest: "booty"!


No bo tak na chłopski rozum to hhyba skoro "kozaki" to "boots", to "kozacki" to "booty", nie?

Zaloguj się aby komentować

Miałem już w tej edycji nie pisać, no ale kolega @fonfi napisał tak ładnie, że aż mu pozazdrościłem i też zachciało mi się coś ładnie napisać. No i zastanawiałem się „o czym by tu…” aż tu (nagle i niespodziewanie!) pan Youtube podrzucił mi piękny utwór o którym to – przyznaję się! – zdarzyło mi się jakoś zapomnieć. Tak oto zrodził się w mojej głowie pierwszy wers poniższego wytworu. Całość miała wyglądać zupełnie inaczej, no ale wyszło jak wyszło (może ładnie nawet? – mnie się całkiem w sumie podoba) więc powstał wiersz z gatunku w którym autor, jako teoretyk uczuć, „nie zna się, no to się wypowie”:


***


Nie trzeba się gniewać


Nigdy nie będzie jak tamtym latem,

gdy starzy zostawiali ci wolną chatę;

nigdy już w lesie ze sobą, jak dzicy…

– choć mogli nas wtedy zdybać leśnicy.


Od tego czasu minęło ze sto lat:

ja brzuch mam większy i więcej czoła

i ty wraz z wiekiem powoli się zmieniasz,

no ale nie jest to powód do rozluźnienia

tego co przyciągnęło nas kiedyś do siebie;


tak dobrze znam cię, że jestem pewien,

że widzę w twym oku ten błysk radosny,

gdy z dziećmi mijamy zagajnik z sosny

bo miłość, jak wszystko – niestety? – dojrzewa.

I na świat o to nie trzeba się gniewać.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark bardzo mnie się podoba. Zwłaszcza ta namowa do nie gniewania się na świat.

I cieszę się, że Cię zainspirowałem

Zaloguj się aby komentować

Korzystając z nadejścia wytęsknionej przeze mnie pogody, która aż zachęca do wyjścia z domu, wybrałem się dziś na spacer. A że przechodziłem obok stacji benzynowej, to taka myśl mnie krótka rymowana naszła, którą postanowiłem się podzielić, bo może kogoś innego ona również ucieszy:


Same dobre wiadomości

czyli Impresja wiosenna


Słoneczko grzeje,

paliwo tanieje,

na twarzy uśmiech sam z siebie się rodzi

bo oto wiosna. Wiosna nadchodzi!


#zafirewallem

Ja wolę oldskul:


Idzie wiosna, idzie z dala,

Słonko z góry napier..la,

Żabka cipkę w wodzie moczy,

Kur.a, jaki świat uroczy!

Zaloguj się aby komentować

Obóz stoicki


Pod bramą żelazną biegły tam tory,

na bramie był napis „Momento mori”.


– w taki właśnie sposób poeta opisywał później to miejsce, które odcisnęło swoje mroczne piętno na historii miasta Grudziądza.


Dawno temu w tym miejscu znajdował się Fort Wielka Księża Góra. Później wybudowano na jego miejscu kosmodrom. Grudziądzki Program Kosmiczny został w końcu porzucony z racji tego, że nigdzie w kosmosie nie udało się znaleźć wody, nie było więc sensu kolonizować innych planet, jeśli nie dało się nikogo na nich utopić. Infrastruktura kosmodromu została jednak wykorzystana – zaaranżowano ją na najnowocześniejszą na świecie fabrykę parówek. Fabryka upadła. Upadła z racji tego, że produkowane w niej parówki okazały się tak podłej jakości, że nawet psy po ich obwąchaniu tylko wzruszały ramionami. Miejsce stało przez jakiś czas opuszczone aż do tego dnia, kiedy zjawiły się w nim oddziały grudziądzkiej organizacji SS.


Stoikom Seneki przewodził Marek Plusk, a jego przydupasem był Jerzy Ostrowski. Plusk uznał, że opuszczona fabryka parówek będzie idealnym miejscem na stworzenie stoickiej utopii – nic tak nie przypominało o śmierci jak znajdujące się tam szafy pancerne wypełnione grubymi tomami akt związanych z pozwami, jaki wnosiły rodziny ofiar, które śmiertelnie zatruły się wyrobami firmy. Członkowie sekty przystąpili więc do działania.


Na początku nie było ich wielu. Ci, którzy z własnej podążali za słowem Cesarza Pluska zostali zaordynowani do aranżacji budynków na potrzeby jego wizji. Sam Plusk zaś martwił się nielicznością swoich wyznawców.

– Przecież nie masz wpływu na to w co ludzie wierzą, no to czym się przejmujesz? – mówił mu Ostrowski.

– Nie mam?! Nie mam?! Ja k⁎⁎wa nie mam?! No to jeszcze zobaczymy! – odpowiedział tamtego dnia Plusk, w którego głowie już rodził się plan.


Plan ten był szczególnej wagi, dlatego Plusk zdecydował się wykonać go osobiście, do pomocy zabierając ze sobą tylko zaufanego Ostrowskiego. Pewnej nocy, kiedy Grudziądz już spał, wybrali się do centrum. Rozmontowali część tramwajowego torowiska, a wyrwane z ziemi szyny położyli w taki sposób, że linia kończyła się teraz w założonym przez nich obozie. Następnego dnia rano zaspany motorniczy wiozący równie zaspanych Grudziądzan do pracy nie zauważył zmian i przywiózł dwa pełne wagony przyszłych mimowolnych wyznawców do obozu Pluska. Fort został otoczony przez kordony policji, a po długich negocjacjach stanęło na tym, że w zamian za zwrot tramwaju wraz z motorniczym Plusk może sobie zatrzymać resztę pasażerów. W zakładach pracy na miejsca uwięzionych zostali przyjęci ci, którzy do tej pory pozostawali bez pracy i w ten właśnie sposób rozwiązał się jeden z problemów Grudziądza – Grudziądz stał się miastem z najniższą stopą bezrobocia w całym kraju.


W obozie zaś życie biegło według zasad ustalony przez Pluska. Zasady te nie były jakoś szczególnie uciążliwe, tyle tylko, że związane były ze stoickim sposobem postrzegania świata. Nie została wprowadzona cenzura – wolno było rozmawiać o wszystkim, tyle tylko, że każdą rozmowę należało kończyć słowami „no i co z tego, jak i tak wszyscy umrzemy”, które to słowa szybko stały się obozowym pożegnaniem. Plusk wprowadzał też do życia mieszkańców obozu elementy umartwiające, a wprowadzał je po to żeby mieszkańcy z większą niecierpliwością wyczekiwali śmierci, która to miała ich od tych umartwień wybawić. W tym celu został przez cesarza wydany edykt zabraniający przybierać jakąkolwiek inną pozycję niż pozycja stojąca. Zabronione było siedzenie, zabronione było też leżenie. Mieszkańcy obozu jedli na stojąco, załatwiali potrzeby fizjologiczne na stojąco i nawet spali na stojąco, wzorem konia, na którym siedział Marek Aureliusz, a którego to konia uwieczniono na jego konnym pomniku znajdującym się na rzymskim Kapitolu.


– Dzień dobry – powiedział pewnego dnia Ostrowski, wchodząc do gabinetu Pluska.

– Żeby umrzeć – odpowiedział Plusk tradycyjnym obozowym pozdrowieniem, po czym zadał Ostrowskiemu pytanie: – Dlaczego, mój drogi Jerzy, ten napis nad bramą jest z błędem, k⁎⁎wa jego mać, pytam się spokojnie?!

– Ja zamówiłem dobrze, mogę ci pokazać kwity. A że wykonawca zrobił co zrobił, no to na to przecież nie miałem żadnego wpływu. Zresztą teraz trudno byłoby już to naprawić – odpowiedział Ostrowski, a Plusk mu przytaknął, choć całkowicie uspokoił się dopiero po trzech dniach.


Ostrowski rzeczywiście miał rację twierdząc, że pomyłkę trudno byłoby naprawić, Wisła bowiem w tamtym czasie ponownie zmieniła swój bieg. Grudziądz stał się wyspą z dwóch stron otoczoną wodą – zniknęło jezioro Tarpno, które stało się częścią wschodniego koryta podzielonej rzeki, a sam stoicki obóz znajdował na powstałej na tej odnodze łasze. Został oddzielony nie tylko od Grudziądza, ale i od całego świata.


– W sumie to dobrze się złożyło. Problem sam się rozwiązał. – podsumował Plusk, bo zdarzało się, że ludzie nie chcieli poddać się jego naukom, nie chcieli przy każdej wykonywanej czynności myśleć o tym, że kiedyś umrą, nie chcieli po stoicku spać na stojąco i w związku z tym zdarzało się, że uciekali z obozu. Plusk nie przewidział jednak jednego. Zrozpaczeni ludzie zamiast pamiętać o śmierci woleli rzeczywiście umrzeć. W tym celu sami topili się w opływającej obóz rzece.

– Nie no, k⁎⁎wa! Jak wszyscy się utopią, to kto będzie wtedy pamiętał o śmierci?! – pieklił się Plusk. – Przecież w życiu nie chodzi o to żeby umrzeć, tylko żeby o pamiętać o śmierci, a jak tu pamiętać o czymkolwiek, kiedy się już nie żyje?


I myślał Plusk, myślał intensywnie, aż pewnego dnia wymyślił. Wykorzystując jedną z pozostawionych po upadku Grudziądzkiego Programu Kosmicznego rakiet udał się do siedziby Związku Kajakarzy, gdzie zakupił zapas kamizelek ratunkowych. Na wzór średniowiecznych pokutników ubranych we włosienice, mieszkańcy obozu zostali przez Pluska przyobleczeni w te kapoki, które Plusk osobiście spiął kłódkami tak, żeby nie dało się z nich wyswobodzić. Oczywiście pojawiły się narzekania – mieszkańcom obozu było w tych kapokach niewygodnie.


– Głupcy! – grzmiał Plusk w czasie swoich codziennych przemów na Forum Grudziądzanum. – Głupcy! Czy nie rozumiecie, że przez noszenie tych kamizelek będziecie z jeszcze większym zapałem wyczekiwać śmierci? Czy nie rozumiecie, że to wszystko dla waszego dobra? Nie tylko nie zapomnicie dzięki tym kamizelkom o tym, że kiedyś umrzecie, ale będziecie też z większą nadzieją tego momentu wyczekiwać, śmierć bowiem będzie dla was nie tylko wybawieniem od tych wszystkich trosk, jakie mieliście do tej pory, ale i od tej nowej troski w postaci kamizelki, którą teraz na sobie nosicie!


Mieszkańcy obozu mieli jednak swój rozum. Domyślili się rzeczywistego powodu jaki kierował ich cesarzem każącym im nosić te niewygodne kamizelki i właśnie dlatego w obozowej gwarze taki kapok nazywał się antyutopia.


***


1015 słów.


***


#naopowiesci

#zafirewallem

@George_Stark

—Dzień dobry

—Żeby umrzeć

🤣🤣🤣

To mi zupełnie przypomina mojego ojca, który potrafi dowolne zdanie na dowolny temat zakończyć sentencją „czas umierać…”. Serio, rozmowa z nim potrafi wyglądać tak:

„O zobacz synu jaka piękna wiosna, roślinki mamie w ogrodzie pączki puściły, słoneczko tak cudnie grzeje, czas umierać…” 🤯

Zaloguj się aby komentować

Dzień Kobiet – coroczne święto obchodzone 8 marca od 1910 roku. Pierwszy dzień kobiet obchodzony był 28 lutego 1909, ustanowiony przez Socjalistyczną Partię Ameryki […] – czytamy na Wikipedii (piękny jest plakat ilustrujący ten artykuł!). Widać nawet socjalistom, w tym i tym amerykańskim, może się przydarzyć czasem dobry pomysł, warto więc najpierw posłuchać ludzi, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy, a skreślić ich dopiero po wysłuchaniu. Ich dobre pomysły można wtedy przypisać sobie.


Dziś jest ósmy dzień marca, chciałem więc złożyć naszym Paniom życzenia. I tak zastanawiałem się czego by można im życzyć, skoro – jak wiadomo – z kobietami to jest tak, że same nie wiedzą czego chcą, choć chcą tego natychmiast. W związku z tym taki wierszyk okolicznościowy:


***


Paniom


Goździk jest marcowym kwiatem;

ja – ponieważ żem chłopakiem

(chłopcy zaś nie wszyscy dzicy)

chciałbym drogim Paniom życzyć:


byście nie marszczyły czoła;

byście żyły tak ze sto lat

życiem niemal bez zmartwienia;

żeby uśmiech rozpromieniał


wasze twarze – zmarszczek z siedem

(tych mimicznych) i torebek,

butów, wina, czasem ostryg;

żeby zapał w Was nie ostygł;


byście tu zaznały nieba,

czy tam czego Wam potrzeba.


***


#nasonety

#zafirewallem

To ja też się dołączam do życzeń.

Tak na wszelki wypadek, jakby moja Wena (wiadomo - kobieta) za bardzo świętowała i straciła kontakt ze światem...

Zaloguj się aby komentować

No to żeby nie było że w tej edycji znowu za mało, to od razu jeszcze jeden. No bo jeśli coś rymuje się tak jak pierwszy wers Romansu pana Leśmiana, to przecież nie można sobie odmówić przyjemności napisania. Więc niech też będzie o romansie, a będzie to romans mojej najulubieńszej pary literatury romantycznej:


***


Zaginiona gąbka Jerzego


Czym umyć plecy? Czym umyć pachę?

Czym wetrzeć olejek, co róż zapachem

uderzy w nozdrza oblubiency?

Gąbka zniknęła! – więc chyba niczym.


Jak wyszykować Jerzy się zdoła?

Jak przystojniaka zrobi z chochoła,

w którego się co dzień rano zamienia

na skutek bólu? – bólu istnienia.

(Albo też może to ból uzębienia?)


Więc biedny Jerzy wychodzi z siebie:

– Gdzież jest ta gąbka?! K⁎⁎wa, ja j⁎⁎ię! –

Pod prysznic zagląda i w szafkę z sosny.


Lecz wszystkie nadzieje już w diabły poszły

i Jerzy u Pachy swe szanse pogrzebał

bo twarz ma różową – krew go zalewa.


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark strasznie mnie urzekł ten ból istnienia i:

Więc biedny Jerzy wychodzi z siebie:

– Gdzież jest ta gąbka?! K⁎⁎wa, ja j⁎⁎ię!

Zaloguj się aby komentować

Jakoś tak wczoraj czy przedwczoraj mignął mi gdzieś nagłówek o alarmująco niskim poziomie wody w Wiśle. Co tam w tym artykule było napisane, to nie mam pojęcia – nie czytałem go, bo i po co było go czytać, skoro i tak na pewno był sponsorowany przez jakieś lobby wspierające to to czy inne tamto. Problem natomiast jest. Co prawda nie wiem jak temu problemowi zaradzić, ale wiem gdzie szukać jego przyczyn. I ja, w celu tych przyczyn poszukiwania, radziłbym skierować kroki do województwa Kujawsko-Pomorskiego:


***


Higroskopijność zwłok


Coś przebąkuje hydrolog czasem

że nurt we Wiśle, no wziął i że zasechł.

I chociaż modlą się katolicy,

i protestanci (poganie dzicy!)


to i sam Pan Bóg przywrócić nie zdoła

nurtu, co w Wiśle ustał, bo zgoła

w tej rzece dochodzi do odwodnienia.

A tak się dzieje na skutek topienia.


Ciała, jak gąbki, chłoną wgłąb siebie

wodę – w wielkiej będziemy wody potrzebie!

Nadejdzie czas suszy! Czas smutny, żałosny! –

ani się umyć, rośliny poschły!


A gro naukowców tylko się zbiega:

higroskopijność zwłok ich zdumiewa.


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark ale faktycznie jest niski stan wody w Wiśle. Jak w zeszłym roku pod koniec lata wytworzyła się duża łacha w miejscu moich spacerów to utrzymuje się do tej pory i nie zapowiada się, żeby znikła. A jak mieszkam tu kilkanaście lat to łachy powstawały, ale zawsze na jesień jednak zanikały.

Zaloguj się aby komentować

No dobrze, moi Drodzy!


Jeszcze dziś rano zastanawiałem się nad tym czy czas kończyć tę farsę (to jest zabawę #nasonety w kawiarni #zafirewallem ), ale po wpisie kolegi @fonfi wyszło mi, że choć rzeczywiście pora kończyć, to jednak nie farsę, a tylko edycję. LXVI edycję konkretnie czas kończyć, a więc ten wpis to #podsumowanienasonety edycji LXVI.


Udział wzięło nas dwóch:

ja, z wytworem Król zmywaków

oraz kolega @fonfi z wytworem Chciałaby dusza do raju (albo na rower).


No i, pozakonkursowo kolega @pingWIN , który napisał wytwór Pytam, więc jestem – informuję o tym w celu naciągania statystyk.


Metodą wyboru zwycięzcy w edycji bieżącej, ponieważ zwycięzcę tym razem wybierałem spomiędzy tych, którzy zasady poszanowali, było losowanie w postaci rzutu monetą. Sobie przypisałem reszkę, koledze @fonfi przypisałem orła. Losowałem do skutku. W czwartym rzucie wypadł mi orzeł, więc zgodnie z wynikiem losowania zwycięzcą LXVI edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem zostaje kolega @fonfi ! Serdecznie gratuluję!

@George_Stark myślę, że to jeszcze nie pora na definitywne zakańczanie. Ja wciąż liczę na to, że jeszcze wrócę do regularnego sonetowania, i może jeszcze się ktoś wybudzi wraz z wiosną? A teraz nawet przy tak kulawej frekwencji wciąż mam ubaw czytając Wasze sonety.

Zaloguj się aby komentować

No i zostałem wrobiony przez kolegę @splash545 w dodanie nowego zadania. Ale że wrobił mnie bardzo uprzejmie, oponował nie będę. Zresztą, z tym oponowaniem zejść by mogło dłużej niż z dodaniem wpisu. Do rzeczy więc:


temat: bal wiewiórek

rymy: kita - znika - ruda - obłuda.


Proszę się dobrze bawić!


#naczteryrymy

#zafirewallem

Na konwencie furriesów


Wetknięta w zadek furriesa kita

na balu tym godność ludzka znika

czy to jest facet, czy wiewiórka ruda

królują szalone rytmy, no i obłuda

Wiewiórczy Kopciuszek.


Puszy się i stroszy bajeczna kita,

Wśród elit wiewiórek zazdrość nie znika.

Na balu wśród dębów ta nowa postać ruda,

Wiruje wśród uśmiechów, których imię - Obłuda.

Klątwą obłożony, wyrasta mi ruda kita

Me ludzkie ciało powoli znika

Teraz będę balować jako wiewióra ruda

Znikają ludzkie ułomności, znika gniew i obłuda

Zaloguj się aby komentować

Kojarzycie może taką serię gier komputerowych jak FIFA? No właśnie. Szukając pomysłu na opowiadanie do XX edycji konkursu #nasonety postanowiłem zastosować strategię wydawniczą wzorowaną na strategii wydawniczej producenta FIFY, firmy EA Sports. Obiecuję jednak, że to już ostatni raz.


===


Jak dziwnie płynie ta Wisła

wydanie III i ostatnie – zaadaptowane na potrzeby XX edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem


***


Lecz Parówka, niczym głucha,

małej Asi już nie słucha.

Zakochała się – o rety ! –

w kimś kto ceni jej zalety.


Dla niej ważne, że bez mdłości

Azor połknie ją w całości.


Jacek Cudny, Zakochana parówka [fragment]


***


Ta rozmowa nie przebiegała tak, jak miała przebiegać. Nic nie szło w tej rozmowie zgodnie z planem. Nic nie szło w tej rozmowie ani zgodnie z planem jej, ani zgodnie z planem jego, bo oboje mieli na tę rozmowę przygotowane swoje własne, całkowicie różne i zupełnie od siebie niezależne plany.


Spacerowali nad Wisłą. Ona, ubrana w różową bluzę-kangurkę i on, wypychający od czasu do czasu prawy policzek przy użyciu języka, którym sięgał do dokuczającej mu od dawna górnej ósemki. Tak jakby ten zabieg miał mu w jakiś sposób pomóc. Tak jakby ten zabieg mógł ten jego ból zęba w jakiś sposób złagodzić.


Okolica była znajoma – mieszkali w końcu w Grudziądzu już od jakiegoś czasu, żyli tam ze sobą na kocią łapę – a jednak znów wydawało im się, że wszystko dookoła wygląda jakoś inaczej niż wyglądało dotychczas. Wydawało im się, że Wisła płynie trochę inaczej niż płynęła kiedy spacerowali w tym miejscu poprzednim razem. Nie zrobiło to na nich wrażenia. Owszem, kiedyś, na początku, zaraz po przeprowadzce dziwili się temu, ale później zdążyli się do tego przyzwyczaić. Tak jak i zdążyli się też przyzwyczaić do bezustannie spływających rzeką zwłok.


– Wszystko płynie – żartował czasami Jerzy, a Pacha śmiała się z tych jego dowcipów. To im wychodziło, takie rozmowy im się udawały. Umieli się razem śmiać i żartować. Tak jak i potrafili rozmawiać o zwykłych, codziennych sprawach, tak jak potrafili dzielić się ze sobą swoimi obserwacjami:


– Jerzy, a ta jabłonka to nie rosła ostatnio na tamtym brzegu? – zapytała Pacha. – Nie no, rosła! Na pewno tam rosła! Przecież pamiętam! Siedziały na niej trzy sikorki i mazurek jeszcze na niej siedział. Co mnie zdziwiło, bo mazurki to przecież występują bardziej na wsiach, w miastach to raczej wróble. No a tu przecież jest miasto! Nie no, na pewno tam rosła, przez tego mazurka to pamiętam!

– Patrz, a ten wysoki gość z psem? – powiedział Jerzy. – Tam, ten po drugiej stronie. Wydaje mi się, że przed chwilą się z nim mijaliśmy.

– Może na takich długich nogach szybciej dochodzi się do mostu? - tym razem zażartowała Pacha, a Jerzy roześmiał się z jej dowcipu.


Tak, umieli ze sobą żartować. Nie umieli jednak rozmawiać o sprawach poważnych. Za każdym razem, kiedy tylko któreś z nich podejmowało próbę skierowania rozmowy na rzeczy fundamentalne, na kwestie dotyczące ich związku i ich przyszłości, wtedy właśnie gdzieś wewnątrz ciała pojawiał się jakiś dziwny impuls, jakieś ściskające napięcie blokujące w krtani te słowa, które już dawno powinny zostać wypowiedziane.


Tak było i wtedy, kiedy tamtego dnia spacerowali nad Wisłą, a ich rozmowa nie przebiegała według planu. Już to jedno, już drugie miało zamiar przerwać tę bezsensowną paplaninę o niczym, która się tam wtedy między nimi rozgrywała i wreszcie powiedzieć to, co miało do powiedzenia, ale właśnie w tym momencie znów pojawiało się to mrowienie w kąciku ust, to drętwienie którejś dłoni albo ten nieprzyjemny ucisk w żołądku. Wtedy dawali za wygraną. Odkładali te zaplanowane słowa na później.


Mimo że nie zrobiło tego żadne z nich, to ta ich bezsensowna paplanina została tamtego dnia przerwana. Zmienił się kierunek wiatru. Nie wiało już od rzeki, podmuch przyszedł ze strony miasta i przyniósł ze sobą odór lekko rozkładającego się mięsa, silnej chemii i rozmaitych odpadów. Był to zapach fabryki parówek Krąg Życia otwartej na terenach dawnych ogródków działkowych Metalowiec, fabryki, która wpisując się w nowoczesne trendy zarządzania ekologicznego i zrównoważonego rozwoju kierowała się zasadą zero waste.


Pachę lekko zemdliło, targnął nią odruch wymiotny i – żeby nie puścić pawia, choć tak bardzo lubiła ptaki – zatkała usta, co nie tylko powstrzymało ją przed zwróceniem obiadu (ziemniaki, przysmażona kaszanka, zielony groszek i jajka z majonezem na deser), ale również uniemożliwiło jej kontynuowanie bezsensownej paplaniny. Do Jerzego odór dotarł również, ale nie zrobił na nim wrażenia. Był przyzwyczajony do zapachu zgnilizny. Osiągnął już niewrażliwość na ten zapach, a to z powodu zabiegu autoimmunologicznego – szczepionki w postaci własnego gnijącego zęba.


– "Skoro oni potrafią robić parówki z mięsa oddzielanego mechanicznie, z kopyt, z rogów, z oczu, z gówna i z papier mâché, to dlaczego mnie tak trudno jest powiedzieć jej tych kilka słów?" – pomyślał wtedy Jerzy.

– "Skoro oni potrafią robić parówki z mięsa oddzielanego mechanicznie, z kopyt, z rogów, z oczu, z gówna i z papier mâché, to dlaczego mnie tak trudno jest powiedzieć mu tych kilka słów?" – pomyślała wtedy Pacha.


I właśnie wtedy oboje jednocześnie się zdecydowali. Nastąpiło przełamanie, jak gdyby, wbrew zasadzie zero waste, postanowili nie pracować nad swoimi ograniczeniami i wątpliwościami, nie próbowali przekuwać ich na zalety, a tylko oboje w jednej chwili postanowili te ograniczenia i wątpliwości odrzucić.


Jerzy przyklęknął i przez chwilę mocował się z własną kieszenią, w której miał schowany zaręczynowy pierścionek. Nie potrafił sobie poradzić z wyciągnięciem go i dopiero kiedy spojrzał na kieszeń uświadomił sobie, że jest ona zasunięta. Rozpoczął mocowanie się z zamkiem błyskawicznym. Pacha w tym czasie zamknęła oczy i próbował wziąć pierwszy z trzech głębokich wdechów, za pomocą których miała zamiar opanować emocje przed zbliżającą się wypowiedzią, wszechogarniający smród mocno jej jednak to zadanie utrudniał.


– Wyjdziesz za mnie? – zapytał Jerzy, był bowiem przekonany, że to właśnie Pachę chce w tym momencie pojąć za żonę.

– Odchodzę! – powiedziała Pacha, nie była już bowiem w stanie znosić dłużej odoru z ust Jerzego powodowanego przez jego gnijącą górną prawą ósemkę, której za nic w świecie nie chciał wyleczyć.


Cisza. I on, i ona nie usłyszeli żadnej odpowiedzi drugiej strony na te swoje nagłe wyznania. Jerzy oderwał wzrok od kieszeni, Pacha rozwarła powieki. Nic. Pusto. Przed Jerzym nie stała Pacha, przed Pachą nie klęczał Jerzy.


Jerzy poderwał się z klęczek, Pacha rozglądała się dookoła. W końcu dostrzegli siebie nawzajem: stali na dwóch przeciwnych brzegach. Jerzy gestami dał Pasze znać żeby skierowała się na południe, żeby udała się w górę rzeki. Tam, gdzie stoi most im. Bronisława Malinowskiego.


Spotkali się na środku przeprawy. W milczeniu wrócili razem do domu i wszystko było między nimi tak jak do tej pory. Nic się nie zmieniło: znów nie powiedzieli sobie tego, co mieli sobie nawzajem do powiedzenia, znów te tłumione słowa umościły się w nich gdzieś głęboko i cały czas ich tam głęboko uwierały.


I tylko pod jabłonią znajdującą się na wyspie leżącej na środku rzeki stał wysoki mężczyzna z psem. Mężczyzna wyciągnął z kieszeni parówkę i – po chwili podejrzliwego przyglądania się jej – zatopił zęby w mięsopodobnej masie. Drugą parówkę podał psu, który – zupełnie bez żadnej podejrzliwości – pochłonął ją dwoma kęsami. Na drzewie nie siedziały żadne ptaki. Mężczyzna ukruszył swój ząb trafiając w parówce na coś twardego, co wyglądało zupełnie tak jak dziób mazurka.


===


1072 słowa

@splash545 Pan @George_Stark psa Ci podłą parówką chce zepsuć...

Drugą parówkę podał psu, który – zupełnie bez żadnej podejrzliwości – pochłonął ją dwoma kęsami. 


Powinno być:

Drugą parówkę podał psu, który z wyraźnym niesmakiem i dezaprobatą w ślepiach wzruszył tylko ramionami.

Zaloguj się aby komentować

!!! UWAGA: UPRASZA SIĘ NIE PIORUNOWAĆ WPISU, A PIORUNOWAĆ WIERSZ KOLEGI @fonfi !!!


No to ja się wezne i wezne dodam zadanie. Panowie i Panie:


rymy: kaskada - wieża - spadam - zamierzam

temat: Dzień Pisarzy (Międzynarodowy!)


Miłej zabawy:


niech rymów popłynie kaskada,

niech wierszy powstanie wieża

a ja tymczasem spadam,

bo wyspać się dziś zamierzam.


#zafirewallem

#naczteryrymy

@George_Stark To mam wrzucać rymy, czy przyjmujesz zwycięstwo, jako, że jednak Twój wierszyk zdobył najwięcej głosów

@fonfi No ja bym wolał żeby jednak zwycięzca wrzucił, a wygrywa najbardziej doceniony komentarz. Tak to sobie kiedyś ustaliliśmy. Chyba że najbardziej doceniony zostaje komentarz Cyklu o Mongolskich Słoniach, to wtedy nie, bo wiersze z tego cyklu są bezkonkurencyjne.


I kiedyś to miałem tutaj większy posłuch, tak swoją drogą.

Zaloguj się aby komentować

Tak, ja wiem, że dwa pierwsze wersy są absolutnie niezgodne z ustalonymi przeze mnie zasadami, no ale co mi za to zrobicie? Zresztą, mając na uwadze efekt artystyczny, uważam że dopuszczalnym jest lekkie pogwałcenie zasad. Szczególnie, kiedy chodzi o Cykl Grudziądzki.


***


Król zmywaków


Grudniowa noc, Grudziądz już spał,

ktoś nocą z workiem nad Wisłę gnał.

Pod butem śnieg i ściskał mróz

kiedy mąż żonę utopić niósł.


Utopić żony mąż nie miał jak:

Wisła zamarzła niemal do dna.

Żeby rozwiązać więc problem ten

wrócił do domu, choć dom miał hen.


A gdy z powrotem do domu lazł

jego entuzjazm ku życiu gasł:

– „Poczekać aż lód spłynie krą?

Tak długo jeszcze męczyć się z nią?”


Dotarł do domu, pomyślał: – „Wiem!”;

wodą napełnił kuchenny zlew.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

No niedobrze, niedobrze. Jedyny @fonfi, który chciał mi pospieszyć z pomocą i wybawić mnie z opresji okazał się niestety nieskuteczny. Cóż – nie gniewam się. Doceniam starania, nie zawsze się przecież udaje.


W związku z powyższym to właśnie mnie przypadło to nieszczęsne zwycięstwo i wiążący się z nim obowiązek pchnięcia tego wszystkiego dalej. Rozpoczynamy więc kolejną, LXVI ( @fonfi – ufam Tobie!) edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem !


Zgodnie z tym co napisałem kiedyś w jednym z sonetów nikt z Was nie jest bez winy. Winę za dobór tekstu di proposta, którym zajmiemy się w tej edycji ponosi koleżanka @KatieWee. To ona właśnie w komentarzu do swojego pięknego opowiadania podrzuciła link do wspaniałego wykonania przez zespół Hee utworu Król Olch autorstwa pana Johnanna Wolfganga Goethego w swobodnym (i fantastycznym!) przekładzie pani Wisławy Szymborskiej. No piękny jest to utwór, tak tekstowo, jak i muzycznie. A oto i ten chwalony tekst:


***


Johan Wolfgang Goethe

Król Olch

w przekładzie Wisławy Szymborskiej


Noc padła na las, las w mroku spał,

ktoś nocą lasem na koniu gnał.

Tętniło echo wśród olch i brzóz,

gdy ojciec syna do domu wiózł.


– Cóż tobie, synku, że w las patrzysz tak?

Tam ojcze, on, król olch, daje znak,

ma płaszcz, koronę i biały tren.

– To mgła, mój synku, albo sen.


"Pójdź chłopcze w las, w ten głuchy las!

Wesoło będzie płynąć czas.

Przedziwne czary roztoczę w krąg,

Złotolitą chustkę dam ci do rąk".


– Czy słyszysz, mój ojcze, ten głos w gęstwinie drzew?

To król mnie wabi, to jego śpiew.

- To wiatr, mój synku, to wiatru głos,

Szeleści olcha i szumi wrzos.


"Gdy wejdziesz, chłopcze w ten głuchy las,

Ujrzysz me córki przy blasku gwiazd.

Moje córki nucąc pląsają na mchu,

A każda z mych córek piękniejsza od snu".


– Czy widzisz, mój ojcze, tam tańczą wśród drzew

Srebrne królewny, czy słyszysz ich śpiew?

- O, synku mój, to księżyc tak lśni,

To księżyc tańczy wśród czarnych pni.


"Pójdź do mnie, mój chłopcze, w głęboki las!

Ach, strzeż się, bo wołam już ostatni raz!"

- Czy widzisz, mój ojcze, król zbliża się tu,

Już w oczach mi ciemno i brak mi tchu.


Więc ojciec syna w ramionach swych skrył

I konia ostrogą popędził co sił.

Nie wiedział, że syn skonał mu już

W tym głuchym lesie wśród olch i brzóz.


***


Tekst jest oczywiście zbyt długi jak na nasze tradycyjne czternaście wersów, ale co bystrzejsi mogli już zauważyć, że w początkowych wersach ostatnie słowa są pogrubione. Ci jeszcze bystrzejsi mogli zauważyć również, że tych pogrubionych słów jest dokładnie czternaście. Jeśli domyślacie się, że to właśnie te pierwsze czternaście wersów z pogrubionymi końcówkami stanowi zadanie konkursowe, to gratuluję – dobrze się domyślacie!


No to chyba tyle. O zasadach oceniania nie ma co pisać, bo sam ich jeszcze nie znam. Kończymy za niecały tydzień, w piątek, czwartego marca bieżącego roku, jakoś pewnie zaraz po tym jak się obudzę.


Jeśli ktoś chciałby dołączyć, a nie wie o co chodzi, to proszę pytać. Chętnie wytłumaczę jeśli będzie potrzeba, bo pisać teraz możliwie daremnie to mi się jednak nie chce. I tak dużo już przecież napisałem.


Dobrej zabawy i uważajcie na nawoływania z lasu!

@George_Stark no ale część winy ponosi koleżanka @Patkapsychopatka, która hasłem "horror i romantyczna podróż" natychmiast otworzyła mi w głowie klapkę z napisem "Goethe" ;D

Zaloguj się aby komentować

Próbując nadać tytuł poniższemu opowiadaniu szukałem definicji wyrażenia „pieskie życie”. Zawsze kojarzyło mi się (ba! – byłem tego pewien!) to wyrażenie z określeniem na życie lekkie, łatwe i przyjemne, czyli z życiem takim, jakie chciałbym i jakie staram się prowadzić. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że źródło dość wiarygodne, bo strona internetowa Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Gdańskiego stwierdza że: […] wyrażenie pieskie życie, oznaczające ‘życie nędzne, pełne wyrzeczeń i trudności’, obecne jest już w najstarszych słownikach. Kurde! – całe życie w błędzie!


No ale: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo skoro „pieskie życie” oznacza życie nędzne, pełne wyrzeczeń i trudności, to tytuł opowiadania sam mi się w związku z tym nasunął:


***


Kocie życie


Pacha była zatrudniona w trybie hybrydowym. Pierwsze trzy dni każdego tygodnia spędzała w biurze, natomiast w czwartki i w piątki pracowała z domu. Była kobietą nie tylko efektowną – to jeśli chodzi o kwestie wyglądu, ale również i kobietą efektywną, to z kolei w kwestii jej charakteru. Od poniedziałku do środy Pacha nadganiała robotę tak, że jej czwartkowo-piątkowy homeoffice był bardziej home a mniej office. Wykorzystywała więc zalety pracy hybrydowej, tak jak na przykład zrobiła to poprzedniego dnia. Był wtedy czwartek, a Pacha zamówiła sobie domową wizytę kosmetyczki, która, w godzinach pracy nie tylko swojej, ale przede wszystkim w godzinach pracy Pachy zrobiła tej Pasze manicure – przyozdobiła ją wspaniałymi wściekleróżowymi paznokciami hybrydowymi.


Po czwartku nadszedł piątek. Pacha dzień pracy rozpoczęła od gorącej kąpieli z dodatkiem różanego olejku eterycznego importowanego z bułgarskiego Karłowa. Później, owinięta ręcznikiem, usiadła na kanapie. Włączony laptop położyła obok, od czasu do czasu głaskała tylko palcem touchpad żeby komputer nie przeszedł w stan uśpienia a zielone kółeczko obok jej nazwiska na firmowym komunikatorze nie zapłonęło żółcią będącą powodem gromadzenia się żółci u jej przełożonych. Na kolanach rozłożyła album z reprodukcjami prac francuskich impresjonistów i podziwiała ten fascynujący sposób w jaki te ich nieregularne maźnięcia pędzlem układały się w coś jednak przedstawiające obrazy.

– Noż motyla noga! Dopiero co się umyłam, a ty mi znowu kłaki pod pachą chcesz zostawić? – powiedziała do swojego liniejącego kota, który wskoczył na oparcie kanapy i trącał Pachę od tyłu łebkiem, rzeczywiście próbując wcisnąć się jej pod pachę. Kot pozazdrościł touchpadowi i również zapragnął być głaskany.

– No dobra, chodź już tutaj, niech ci już będzie. – Pacha zgodziła się litościwie po trzecim trąceniu łbem i uniosła ramię pozwalając kotu prześlizgnąć się pod nim żeby mógł się ułożyć na spoczywającym na jej kolanach albumie. Pacha głaskała kota, kot prężył się, mruczał i zostawiał swoje wypadające włosie na dłoni Pachy.


Pacha nie tylko była kobietą efektowną i efektywną, jak to powiedzieliśmy już wcześniej, ale była też kobietą afektowną. Jakiś czas temu zapałała gorącym uczuciem do tego śmietnikowego kota, którego pewnego zimowego wieczora znalazła obok kontenera, gdzie krył się w wrzuconym przez kogoś bucie przed styczniowym chłodem i to jej rozpalone wtedy uczucie trwało przez długie lata, aż do dnia, z którego zdajemy tutaj relację, a i w tym dniu to jej rozpalone wtedy uczucie również nie wygasło.

– Oj ty bidulo jedna – powiedziała wtedy Pacha. – Tak mi ciebie szkoda! Chodź, wezmę cię do domu. Tylko żebyś mi na żadne ptaki nie ważył się polować! – dodała, ostrzegając znajdę. Rozsunęła swoją różową kurtkę wypełnioną syntetycznym puchem i schowała kota do kieszeni swojej różowej bluzy-kangurki. Tak zaczęła się miłość Pachy do kota i być może nawet miłość kota do Pachy, choć kot tę swoją kocią miłość okazywał jej iście po kociemu.


Miłość kota do Pachy objawiała się przede wszystkim jego troską o utrzymanie w należytym porządku ich wspólnego gospodarstwa domowego. Kot szczególnie lubił czwartki i piątki, które Pacha spędzała w domu – nie czuł się wtedy samotny. Tamtego czwartku na przykład, kiedy Pacha zamykała za kosmetyczką drzwi, kot wskoczył na parapet i zaczął tarmosić rosnące tam w doniczkach róże czyniąc przy tym niemały hałas.

– Co ty robisz, cholero jedna?! Weź no ty się uspokój! – krzyknęła wtedy Pacha podbiegając do okna. Natychmiast jednak zreflektowała się, przeprosiła kota i nawet go pogłaskała, bowiem kot w ten sposób przypomniał jej o podlaniu kwiatów, o czym Pacha wciąż i wciąż zapominała pomimo nawet tego, że zastąpiła zasłony roletkami okiennymi po to, żeby się te jej róże nie miały za czym schować. W podjęciu tej decyzji kot zresztą również miał swój udział – wieszał się na tych różowych zasłonach i robił sobie z nich huśtawkę, a że był tłustym kocurem, to często zdarzało się tak, że trzymające zasłonę żabki puszczały. Pacha musiała stawać wtedy na krześle żeby z powrotem tę urwaną zasłonę przypiąć.


Leżał więc tamtego piątku kot na albumie spoczywającym na kolanach Pachy, mruczał, prężył się i gubił włosie, ale w ciągu trzech minut to leżenie zdążyło mu się znudzić. Wstał wtedy, przeciągnął się prężąc grzbiet, zeskoczył na podłogę i z zadartym ku górze ogonem potruchtał w kierunku kuchni. Pacha zgarnęła sierść z albumu, odłożyła ją na bok żeby później wyrzucić do kosza – wstawać z kanapy jej się nie chciało, miała zresztą touchpad do głaskania – przewróciła stronę w albumie i zaczęła czytać o pięknym, kwiatowym obrazie Ogród w Pontoise autorstwa Camilla Pissarro. Nie dane jednak jej było dowiedzieć się o tym obrazie wiele, z kuchni dobiegł bowiem metaliczny brzęk. Pacha więc – czy się jej chciało, czy nie – wstała i, szybciej nawet niż kot, pobiegła sprawdzić co się stało.

– Ty cholero! Nie dasz mi ani chwili popracować w spokoju! – pomyślała wstając, a była tak zdenerwowana, że, zapominając chwilowo o swojej efektywności, nie zabrała ze sobą kłębka kociej sierści, który wcześniej przygotowała do wyrzucenia. Kiedy jednak dotarła do kuchni cała złość od razu jej przeszła. Kot zrzucił bowiem z blatu zakrętkę od Majonezu Kieleckiego, a Pacha była mu za to ogromnie wdzięczna, inaczej cały świeżo otwarty osiemsetpięćdziesięciomililitrowy słoik mógłby się zepsuć i pójść na zmarnowanie. Pacha zakręciła więc ten słoik, schowała majonez do lodówki i odwróciła się żeby podziękować kotu za wyświadczoną jej przysługę. Ten stał na parapecie, obrzucał ją tęsknym wzrokiem i trącał łapką stojącą na tym parapecie pustą miskę domagając się od Pachy uczynienia zadość jego prawom.

– Cholera! Masz rację! Przepraszam, zapomniałam – powiedziała Pacha i w te pędy pognała do pokoju. Zrzuciła tam z siebie ręcznik, założyła bieliznę w majtkoworóżym kolorze, ciemnoróżowe spodnie i jasnoróżową koszulkę, a całość stroju dopełniła bladoróżową gumką do włosów. Dokonała jeszcze jednego głaśnięcia touchpada, po czym zamyśliła się na chwilę, aż w końcu zdecydowała się ustawić na komunikatorze status „nie przeszkadzać”. Kolor kółeczka przy jej nazwisku zmienił się na czerwony, ale przez ustawienia barw na jej monitorze czerwień ta wpadała w róż. Ukontentowana Pacha wyszła na korytarz, założyła na stopy różowe sandałki i wybiegła z domu. Wsiadła do swojej różowej hybrydowej Toyoty Yaris i, mimo kilku sklepów zoologicznych w pobliżu, pojechała na drugi koniec miasta do sklepu Kakadu, był to bowiem jedyny znany jej sklep zoologiczny, który w swoim logo miał kolor dający się od biedy nazwać kolorem różowym.


– No, jest saszeta dla ciebie! – powiedziała Pacha kiedy wróciła z zakupów. Naprawiła błąd pustej kociej miseczki a kot od razu zabrał się do jedzenia. Pacha przyglądała się kotu z miłością, zastanawiała się nawet czy nie dodać mu trochę majonezu dla smaku, ale kot nie wyglądał jakby cokolwiek więcej było mu do szczęścia potrzebne. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że kotu do szczęścia było potrzebne mniej, bo kiedy już opróżnił swoją miskę zeskoczył z parapetu i udał się do kuwety celem defekacji.


Śmierdziało. Pacha spojrzała na zegarek. Dochodziła jedenasta.

– „Nie no, strasznie wcześnie” – pomyślała. – „Sama muszę to zrobić, bo tyle godzin to w tym smrodzie nie wytrzymam.”

Wzięła więc Pacha łopatkę do kuwety, przesiała przez nią żwirek oddzielając go od kocich odchodów, te zapakowała w foliową torebkę i wyszła je wyrzucić do śmietnika po drodze zgarniając jeszcze przegotowany wcześniej do wyrzucenia kłębek kociej sierści.


Kiedy wróciła, kot spał na kanapie. Ostrożnie usiadła po drugiej stronie. Żałując trochę utraconej przechodzącej w róż czerwieni zmieniła status na komunikatorze na „dostępny” i, głaszcząc od czasu do czasu touchpad, powróciła do albumu. Dowiedziała się, że Ogród w Pontise to olej na płótnie o wymiarach 165x125 centymetrów, że został namalowany w 1877 roku i że aktualnie znajduje się w prywatnej kolekcji. Dowiedziała się, że Pontise to miejscowość na obrzeżach Paryża i że Camille Pissarro bywał tam w latach 1866-1870, a później w 1871 roku, po zakończeniu wojny francusko-pruskiej przeprowadził się tam na stałe wraz ze swoją nowo poślubioną żoną Jullie Vellay, która wcześniej była służącą jego matki. Dowiedziała się, że Pontise było inspiracją dla wielu obrazów Pissarra, że ten konkretny, Ogród w Pontise, przedstawia posiadłość Marie Desraimes, i że ta sama sceneria jest wykorzystana również w innym obrazie tego samego autora, w obrazie Zakątek ogrodu w Ermitażu, a te dwa obrazy różnią między sobą postacie siedzące na ławce.


Pacha, głaszcząc od czasu do czasu touchpad, kontemplowała Ogród w Pontise, a później porównywała go z również zamieszczonym w tym albumie Zakątkiem ogrodu w Ermitażu i tak mijał jej tamten piątek aż do czasu kiedy to czterokrotnie uderzył dzwon na wieży grudziądzkiego ratusza.

– „No! To na ten tydzień fajrant!” – ucieszyła się i zamknęła laptop tak energicznie, że trzaskiem wyrwała kota ze snu. Kot z wyrzutem popatrzył na nią jeszcze nie do końca rozbudzonym wzrokiem, a Pacha porwała go w ramiona, podniosła z kanapy i ucałowała w nos. Wtedy kot zamienił się Jerzego.


– Cholera, trochę się nie wyspałem – powiedział Jerzy na dzień dobry, zaraz po tym jak sam się do siebie uśmiechnął.

– Jerzy! Weekend się zaczął! Wiesz ile możemy rzeczy w tym czasie zrobić? Możemy oglądać albumy malarskie, możemy przesadzać róże, możemy robić sałatki i kanapki z majonezem albo możemy nawet pójść do lasu poszukać sobie jakiegoś fajnego patyka! Weekend się zaczął, Jerzy! Fajnie będzie! Na co masz ochotę?

– No ja to najchętniej to bym się do ciebie przyssał – powiedział Jerzy, choć w jego głosie było słychać, że w spełnienie swoich marzeń nie wierzy wcale.

– A u dentysty byłeś? – zapytała Pacha i Jerzy wiedział już, że do tematu przyssania lepiej nie wracać, bo nic nie dawały jego tłumaczenia, że w weekendy to dentyści nie pracują, chyba że prywatnie albo na dyżurze, ale prywatnie to wychodzi bardzo drogo i się w ogóle nie opłaca, a na dyżurze to nie ma co miejsca zajmować, bo przecież w końcu to nie boli go aż tak bardzo i może są inni bardziej potrzebujący, a w ogóle to wtedy jak go Pacha raz wsadziła w transporter i w środku tygodnia zawiozła do weterynarza, to to, że wtedy tak tego weterynarza podrapał, że aż weterynarz odmówił zajęcia się jego uzębieniem, to wcale nie była jego wina, bo to było spowodowane jego zwierzęcym instynktem, nad którym nie potrafił zapanować.


Weekend upłynął więc Pasze i Jerzemu nie tak miło, jak miło mógłby im upłynąć, ale i tak był to całkiem miły weekend. Oglądali razem albumy malarskie, przesadzali róże, robili sałatki i kanapki z majonezem i znaleźli w lesie bardzo fajny patyk. I tylko kiedy nastała niedziela wieczur, Pacha była smutna, bo wiedziała, że choć położy się obok Jerzego, to rano obudzi się obok kota, w którego jej ukochany zamieniał się regularnie co tydzień pod wpływem dźwięku poniedziałkowego budzika.


Jerzemu zaś wcale nie było z tego powodu smutno. Było mu to całkiem na rękę.


***


1714 słów


#naopowiesci

#zafirewallem


***


PS: @splash545 ! Weź no sonety podsumuj, co?!

@George_Stark no pamiętałem do południa, ale już zapomniałem. Dzięki za przypomnienie, może uda mi się wrzucić coś po 22, ale to się jeszcze okaże.

Zaloguj się aby komentować

W nawiązaniu do poprzedniego odcinka nieregularnego cyklu #wpustejszklancepomarancze , w którym to napisałem kilka słów o znaczeniu słów w dawnym języku polskim, dziś będę kontynuował ten temat, tylko że pozwolę sobie wypuścić się za granicę i to dość nawet daleko za tę granicę sięgnąć. A przynajmniej od tematu znaczenia słów zacznę, bo gdzie mi później myśli uciekną, to nawet ja sam nie mam jeszcze o tym bladego pojęcia. 


Najpierw jednak wstęp:


– Ludzie wymyślili język z jednego powodu, moi drodzy. […]

– Aby móc się porozumieć?

– Pudło! O, nie! – odparł Keating. – Aby zabiegać o względy kobiet!


Ten ciekawy dialog zacytowany powyżej pochodzi z napisanej na podstawie filmu(!) powieści Stowarzyszenie umarłych poetów autorstwa pani Nancy H. Kleinbaum, wydanej w Polsce w tłumaczeniu pana Pawła Laskowicza. Książkę tę czytałem już kilka lat wstecz (czy polecam? – niekoniecznie), a ten jej fragment zapadł mi głęboko w pamięć. Powody tego zapadnięcia mogą być rozmaite, niektórych mogę sobie nawet sam nie uświadamiać (bądź ich do siebie nie dopuszczać albo nawet je wypierać), ale jednym z takich powodów niewątpliwie jest refleksja jaka mnie wtedy w czasie tej lektury naszła. Jako człowiek światły, w różnym stopniu zaznajomiony z różnymi linguas externas, na podstawie własnej znajomości lingua Anglicus uświadomiłem sobie, że w miejscu, gdzie tłumacz użył polskiego słowa język, autorka mogła (no, nie do końca mogła, ale na potrzeby tego wpisu załóżmy że jednak mogła) użyć zarówno słowa language jak i słowa tongue, a to z kolei doprowadziło mnie do rozważań czy łatwiej byłoby zaimponować kobiecie biegłością w używaniu języka rozumianego jako language czy może jednak tego rozumianego jako tongue.


Tak więc Stowarzyszenie umarłych poetów czytałem kilka lat temu, dziś rano czytałem natomiast (proszę nie pytać dlaczego i po co!) tekst aktu prawnego wydanego w roku 1642 w (jeszcze wówczas) Kolonii Zatoki Massachusetts, a akt ten był pierwszą próbą wprowadzenia ustandaryzowanej edukacji, przynajmniej na tamtym obszarze. W tymże to akcie (do znalezienia w The charters and general laws of the colony and province of Massachusetts Bay,) prawodawca użył słowa tongue (pierwszy wers na stronie 197 ) w znaczeniu takim, jakie dziś nadajemy słowu language. Co ciekawe, w aktach zebranych we wspomnianym tomie wyrażenie English tongue występuje kilkukrotnie, ostatni raz w zapisie dotyczącym roku 1701, natomiast słowo language występuje tylko raz, w zapisie z roku 1751, a i tak nie dotyczy języka narodowego, ale użyte jest jako część frazy abusive language, odnosi się więc do sposobu używania języka (w dzisiejszym znaczeniu language).


Czy, podobnie jak było to z polskim słowem puszcza, opisanym w poprzednim odcinku cyklu, na przestrzeni lat słowo tongue zawęziło swoje znaczenie, a część jego semantycznych konotacji zostało przejęte przez słowo language? Nie mam pojęcia – moje badania w tym temacie trwają.


***


Ala ma kota.


Nie wiem jak wychowywało się i wychowuje roczniki co najmniej kilka lat młodsze niż rocznik, w którym mnie zdarzyło się przyjść na świat, ale w moim roczniku i w rocznikach niewiele młodszych od mojego czytać i pisać dzieci uczyło się jeszcze na podstawie Elementarza autorstwa pana Mariana Falskiego wydanego po raz pierwszy w 1910 roku jako Nauka czytania i pisania dla dzieci (nie udało mi się jeszcze niestety na to pierwsze wydanie rzucić okiem – w archiwach Polony go nie ma, a jedyne, do czego udało mi się dotrzeć to dwa zdjęcia zamieszczone na Wikipedii ). Ponieważ zamieszczam ten tekst na najnowocześniejszym portalu dla starych ludzi, zakładam że większość z Was będzie tę piękną książeczkę kojarzyć. Ustaliwszy więc platformę, na której możemy znaleźć wspólny kontekst mogę spokojnie przejść do rzeczy.


Otóż, okazuje się że pan Falski, niczego mu oczywiście nie ujmując, nie był żadnym pionierem, przynajmniej jeśli chodzi o zakres poruszanego tutaj obszaru. Koncepcja elementarza była znana już na długo przed nim. Już ponad dwieście lat przed panem Falskim daleko, po drugiej stronie Atlantyku, w purytańskiej społeczności budującej zgodnie ze swoim rozumieniem boskiego planu społeczność Kolonii Zatoki Massachusetts wydano książkę pod tytułem New England Primer . Wiecie jakie było pierwsze zdanie, którego uczyły się tamtejsze dzieci poznając alfabet od początku, od jego pierwszej litery, to jest od litery „a”? In Adam’s Fall we finned all (Przez upadek Adama zgrzeszyliśmy wszyscy; dokładnie tak, jako finned, jest to zapisane w oryginale , pani Claudia Durst Johnson w swojej książce Daily Life in Colonial New England podaje jednak tę rymowankę w zapisie współczesnym, już jako In Adam’s fall we sinned all; w ogóle w dokumentach i tekstach z tamtego okresu, tam gdzie dziś zapisujemy literę „s” często występuje litera „f” i nie jest to raczej kwestia ani czcionki, ani błędów zecera, gdyż ta prawidłowość się powtarza, również w tekstach pisanych ręcznie; poza tym litera „s” również występuje i zapisywana jest wtedy właśnie jako „s”; dlaczego tak było? – również i w tym obszarze moje badania nadal trwają). I w taki to właśnie sposób edukacja łączyła się w purytańskiej społeczności Nowej Anglii z wychowaniem, a piszę o tym wszystkim dlatego, bo przede wszystkim wydaje mi się to ogromnie fascynujące, a poza tym pozwala mi uporządkować wszystko to, czego się dowiaduję, a nie znam lepszego sposobu na uporządkowanie wiadomości niż zapisanie ich sobie w sposób uporządkowany. Czasami z tego uporządkowania powstają notatki, a czasami, kiedy mnie najdzie, coś na kształt eseju, jak stało się to dziś. No a jeśli podjąłem już wysyłek napisania tego czegoś na kształt eseju, to miło jest się z kimś efektem takiego wysiłku podzielić.


EDIT: Kurde, tagi!

#zafirewallem i może jeszcze #historia albo nawet #jezykangielski czy też inne #jezykiobce .

Zaloguj się aby komentować

Ech.


Miałem nawet ochotę napisać jakiś błyskotliwy wstęp, ale dwa razy w jednym tygodniu to jednak przesada. No, nie potrafię. Trudno.


Dziś wiersze proszę układać tak:


temat: kwadrat

rymy: przemyca - średnica - cięciwa - kiwa


no i proszę się dobrze przy tym układaniu bawić, w miarę możliwości. A najlepiej to proszę bawić się na okrągło.


#naczteryrymy

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować