Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 746wpisy
  • 3812komentarzy

Miecz manipulacji ma dwa ostrza. Jednym z nich jestem ja, drugiemu zaś skutecznie udało się mnie dzisiaj chlasnąć. Chciałem się bronić i wrobić w zwycięstwo kolegę @WujekAlien , a tutaj wrobiono nas obu w remis. No trudno. Jeszcze się kiedyś odegram.


Oto co wspólnie postanowiliśmy na dziś:


temat: weekend, który minął za szybko

rymy: warte – wtorek – czwartek – porę


Miłej zabawy! Przynajmniej ode mnie, bo o tym żeby czegoś Wam od niego życzyć, kolega @WujekAlien w czasie naszego namawiania się nic a nic nie wspominał.


#zafirewallem

#naczteryrymy

W poniedziałek moje samopoczucie jest śmiechu warte

Z myślą się męczę, że jutro dopiero wtorek

W nosie mam środę, tym bardziej czwartek

Z nadzieją czekam na piatkową wieczorną porę.

Zaloguj się aby komentować

Zgłoszone zostało dzisiaj zapotrzebowanie na sonety optymistyczne , więc proszę:


***


Wiwat obiboki!


Zbijać bąki, zrywać boki –

głupcy niech w robocie siedzą!

Niech się trudzą, niech się biedzą,

my zaś: wiwat obiboki!


Niech świat dowie się szeroki

że jest dla nas etat śmiercią;

więc krzyczymy pełną piersią:

Wiwat! Wiwat, obiboki!


Próżno jest szukać w nas pazerności,

nas ziemskie dobra niewiele obchodzą,

my sobie tak tylko, dla przyjemności

żywot spędzamy pozasłużbowo.


A żywot ten skromny, bo nikłe są wpływy,

lecz skromność to cnota, więc chociaż cnotliwy.


***


#nasonety

#zafirewallem

Podobno jak coś jest głupie ale działa, to wcale nie jest głupie. W myśl tej zasady od jakiegoś czasu zacząłem praktykować sobie taką rutynę, że zanim rano zwlokę się z barłogu, to najpierw się sam do siebie uśmiecham, niezależnie od tego jak do d⁎⁎y by się nie zapowiadało. Głupie, co nie? – no ale działa.


Jest 10.25, ale w związku z tym, że dziś niedziela, to można uznać, że jest jeszcze rano. I właśnie dlatego w ten niedzielny poranek, na dzień naprawdę dobry, chciałem Państwu zaproponować


Sonet optymistyczny


Świt wlał się jasny do moich okien –

ja: obudzony słoneczną przędzą,

która – jakby budzikiem mi będąc –

zbudziła na twarzy uśmiech szeroki.


Choć wiem, że zdarzenia dziś mogą mi wkropić

gorycz w dnia kielich – jest przyszłość niepewną –

ja mojej radości za nic nie dam sczeznąć

z jej drogi nie zboczę – nie dam się stropić.


Tako się wyśpisz, jak się umościsz –

odwrócić chciałem mądrość ludową:

gdy rano zaczniesz dzień od radości

to ze spokojną go skończysz głową


i jak wszystko się zmieni, możesz się zdziwić,

gdy dzień zaczniesz z uśmiechem. Choćby na niby.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark mam w pracy na drzwiach taką tabliczkę, na której każdego dnia rano staram się zapisać coś pozytywnego, miłego czy radosnego, chociaż czasami jestem gotowa jedynie na to, żeby napisać "piątek".

Ale usłyszałam w tym tygodniu od jednej z koleżanek, że ona śpieszy się do pracy, żeby przed lekcjami spojrzeć na moją tabliczkę. Miłe to było.

78471559-6d3e-4e62-82ec-ed61418938ad

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Mówią, że z poezji nie da się wyżyć. Że poezja nikogo nie nakarmi. Nie mają racji. Najlepszym dowodem na to niech będzie fakt, że kiedyś mnie samego pewne zdarzenie, jakby nie patrzeć związane jednak z poezją, bo wynikłe ze spotkania z tą poezją związanego, ocaliło od śmierci głodowej. Nie pamiętam czy podziękowałem wtedy za to, a że podobno lepiej późno niż wcale, to, żeby moje chamstwo i niewychowanie nie wyszło na jaw, na wszelki wypadek nadrabiam tamto podziękowanie teraz:


***


@Wrzoo, dziękuję

(nawet nie za to, że poprzedniej edycji nie wygrałem, choć i za to również)


W miesiącu lipcu minionym rokiem

początek daliśmy kawiarni spędom

– „Jacy na żywo ci ludzie będą

z którymi w necie piszę głupoty?”


W różowe kwiatki ktoś przyniósł tam kocyk:

browary żłopią, precelki jedzą

tak sobie razem nad Wisłą siedzą,


a ja – spóźniony po długim locie –

dotarłem z uczuciem w żołądku pustości.

– „No zaraz mnie tutaj chyba zagłodzą!” –

myślałem cierpiąc skręty wnętrzności.


@Wrzoo dała mi rogal, męki me słodząc

a ja, targany głodem straszliwym,

zjadłem go wtedy na dwa czy trzy gryzy.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Białe żagle


Pod Cytadelą, gdzie nurt był głęboki

tam Weles-Wołos obwołał się sędzią

i choć na surowość niektórzy zrzędzą,

on sprawiedliwe wydawał wyroki.


Tak było w czasach kiedy krzyżoki

postanowiły coś zrobić z miedzą

i nagle: buch! – w Grudziądzu już siedzą!

nim zdążył ktokolwiek choć mrugnąć by okiem.


O słodka wiślana ty głębokości! –

za twoją sprawą powstania się rodzą!

Duch partyzancki powstał w ludności

i partyzanci krzyżoków zwodzą.


Tak płaszczów z krzyżem, jak żagli prawdziwych

Wisłą ku morzu zaczęły się spływy.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

No dobrze. Skoro koleżanka-organizatorka LXIV edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem nie tylko nie ma nic przeciwko natłokowi wytworów, nie tylko się z nich cieszy , ale nawet na nie czeka , no to proszę bardzo.


Najpierw jednak uchylę z lekka drzwi do warsztatu i podzielę się swoją inspiracją. Otóż, kiedy ostatnie słowo pierwszego wersu utworu di proposta zrymowało mi się ze słowem „lawiny”, to nie mogłem nie pomyśleć o tej wspaniałej piosence pana Leonarda Cohena ( tutaj po polsku , w pięknym tłumaczeniu i wykonaniu pana Macieja Zembatego). I nie to żebym próbował się do pana Cohena w jakikolwiek sposób przymierzać czy z nim rywalizować, po prostu się zainspirowałem:


***


Lawina


Pamiętam potężną siłę lawiny,

dwóch ciał namiętny taniec.

To ja czy ty – kto tam był draniem? –

bo wiem: to były tylko kpiny.


Dudniące serca nam wtedy grały

jak śnieg zabrany górom;

teraz zalega cisza ponuro

jak ciężkie śniegu zwały.


Od czasu do czasu coś jeszcze tąpnie –

nie łudzę się, w lawinę nie wstąpię:

serce – jak drzewa – złamane.


W dolinie zaś śnieg pozostanie,

bo choć cię ciągle noszę w swej głowie

to mieć cię nie mogę więcej przy sobie.


***


Tak na marginesie, bo nie wiem czy wiecie, ale również i pan Andrzej Poniedzielski współpracował z panam Cohenem (przy umownej tego drugiego świadomości na ten temat – ale mi się to sformułowanie podoba!; zresztą pan Andrzej Poniedzielski też jest inżynierem, nawet studiowaliśmy na tej samej uczelni, choć na innym kierunku; no ale ja się później przeniosłem i ostatecznie jednak dyplomy zrobiłem gdzie indziej), a efektów tej współpracy, wraz z kapitalnym wstępem (link podaję tylko do adekwatnej części wystąpienia, choć polecam całość), można sobie posłuchać tutaj .


No i tryb gaduły-rozmyślacza mi się włączył, bo tak się zastanawiam dlaczego aż tak bardzo mi się podoba ten tekst do Avalanche? Mało tego! Dlaczego w ogóle podobają mi się takie teksty opowiadające o męskim jednak zawodzie, kiedy to okazuje się, że sama fizyczność to niestety nie wszystko. Tak jak w tym pięknym utworze zespołu Harlem na przykład. Może za dużo pana Bukowskiego się kiedyś naczytałem?

Zaloguj się aby komentować

Jak tak dalej pójdzie, to zamiast powieści wyjdzie jeszcze jakiś tomik może?


Przepraszam koleżanko-organizatorko za dokładanie Ci pracy, ale te sonety są tak wciągające, że nie umiałem się powstrzymać:


*** 


Próżny sen


Na parapecie skrzydlata bogini

jak gołąb przysiadła – to zwiastowanie.

Przyszła powiedzieć że „Nike dostaniesz”

za wszystkie nad kartką spędzone godziny.


Tak w przyszłość marzenia me wybiegały

we śnie, kiedy Morfeusz w objęcia mnie ujął,

dreszcze mi wtedy przebiegły pod skórą,

bo właśnie się moje marzenia spełniały:


że skończyć udało się pisać mi książkę,

że jest w niej prawda, ludzie, emocje,

że ktoś zdecydował się na jej wydanie.


I kiedy kolejna noc dziś nastanie

liczę, że sen się nie urwie w połowie

i jury przemówi – ciekawe co powie?


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Miał być już na ten tydzień fajrant, no ale kiedy dziś rano obudziłem się i pomyślałem, że być może to już mój ostatni ranek – nigdy przecież nie wiadomo – to mnie jakaś taka nieodparta chęć na napisanie sonetu naszła, bo – w świetle tych moich porannych przemyśleń – ryzykownym byłoby odkładanie tego do kolejnej edycji zabawy #nasonety . Kolega @splash545 ustał ostatnio w trudzie szerzenia swojej stoickiej propagandy w naszej wspaniałej kawiarni #zafirewallem , więc postanowiłem go w tym trudzie (tymczasowo, mam nadzieję) zastąpić:


***


Memento mori


Leżą rzędami – sini i zimni;

żaden z nich nigdy więcej nie wstanie,

nie zrobi tego co kiedyś miał w planie

bo wszystkie ich plany już się skończyły;


jeden chciał dom zbudować wspaniały,

inny chciał posag zapewnić córom

i każdy z nich tylko tak, pro futuro

myślał; na takim myśleniu dni im mijały.


Tak zamienili swe życie w troskę,

mało to życie ich było radosne,

a teraz tak żywi są jak i kamień;


wiec zanim rano do życia wstaniesz,

codziennie, gdy tylko oczy otworzysz:

memento mori – wspomnij to sobie.


***


A, pozwolę sobie również, trochę pro forma, otagować ten wpis jako #stoicyzm , choć jestem twórcą elastycznym: z przyjemnością podejmę się bycia piewcą dowolnej ideologii, jeśli tylko odpowiednio mi za to jej opiewanie ktoś byłby gotów zapłacić.

Zaloguj się aby komentować

No i od razu drugi jeszcze i chyba na ten tydzień to już fajrant, bo trzeba by w końcu zająć się czymś pożytecznym.


***


Jabłuszko Sandomierskie


Wśród sadów jabłoni jeszcze nie-winnych

skrzynki zostały już porozstawiane:

to sandomierskie jest jabłobranie! –

najszlachetniejsze ze zbiorów gminnych!


Te skrzynki dorodnych owoców całe

sprzedane zostaną manufakturom,

gdzie później, zgodnie z rozkładu naturą

dokładnie zostaną przefermentowane.


Po zbiorach udanych, po trudzie i trosce

zostaną dożynki w pobliskiej wiosce

z pełnym przepychem zoganizowane.


A ileż napitków na stołach tam stanie!

Skąd tylko te dziwne szelesty foliowe?!

To Dzbany są Leśne! A, niech tam: na zdrowie!


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Produktywność

czyli Bo kulki na Kurniku już mi się znudziły


I znowu cierpienie wieczorów zimnych,

a nie mniej mroźny był dziś poranek:

skarpetki ciepłe i full ogrzewanie! –

bo ogrzewanie ryczałtem płacimy.


Lecz nadal zimno. A więc: myk! – cały

kołdry cieplutką otaczam się chmurą.

A pod tą chmurą dogrzewam się rurą:

to gazy w jelitach mi się zebrały.


Tak zimą wieczory spędzam beztroskie

co prawda brzuch mi od tego rośnie,

no ale od czego jest zimowanie?


Lecz trochę sportu nim wiosna nastanie;

a jeśli ktoś by mnie spytał co robię:

Mistrzostwa w berka tak oglądam sobie.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Ciężkie jest życie twórcy, a już szczególnie twórcy wybitnego. Twórca wybitny często bywa niezrozumiany i właśnie tak też zdarzyło się wczoraj, kiedy to mój zamysł artystyczny zupełnie nie trafił do jednej z odbiorczyń i w wyniku tego niezrozumienia zostałem przez nią posądzony o lenistwo .


Jak taki wybitny twórca może się w takiej sytuacji bronić? Może wdawać się w jałowe polemiki, ale twórca uznał, że nie będzie to miało sensu. Twórca postanowił wobec tego pokierować się zasadą „czyny, nie słowa” i w myśl tej zasady postanowił udowodnić rzecz, której udowadniać wcale nie musiał, bo jest to przecież rzecz zupełnie oczywista: wiadomo przecież, że twórca potrafi zupełnie od podstaw napisać całkiem nowe opowiadanie.


„Czyny, nie słowa” – pomyślał więc twórca i jak pomyślał, tak też uczynił, pisząc całkiem nowe opowiadanie zawierające 710 słów:


***


Księgi Jerzego


Jerzy skierował do Pachy, mieszkanki Grudziądza, te słowa: „Wstań, idź do Sopotu – wielkiego miasta – i upomnij je, albowiem nieprawość jego dotarła przed mojej oblicze”. W tamtym czasie bowiem w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Sopocie już od kilku miesięcy na szczytach bestborrow’ów utrzymywała się Saga Kaszubska autorstwa pani Darii Kaszubowskiej, zaś słowo Jerzego, z racji absolutnego braku zainteresowania, nie było nawet w bibliotecznych statystykach ujmowane.


A Pacha wstała, spojrzała na swoją różową bluzę-kangurkę, ale zdecydowała się tamtego dnia założyć jednak różowy sweterek. Na plecy zarzuciła różowy plecaczek, do którego spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i tak odziana opuściła domostwo.


– „Nie no, nie będzie mną tu Jerzy tak sobie rozporządzał” – pomyślała już po wyjściu i postanowiła uciec przed Jerzym do Kielc. Zaszła na dworzec, znalazła autobus jadący do Kielc, uiściła należną opłatę i wsiadła do niego, by udać się do Kielc, daleko od Jerzego.


Po drodze z autokarem działy się różne rzeczy straszliwe: pasek klinowy piszczał, hamulce nie hamowały, kierownica nie skręcała, światła nie świeciły, a z rury wydechowej wydobywały się kłęby białego dymu, tak jakby wybrano papieża albo pękła uszczelka pod głowicą i płyn chłodniczy dostawał się do cylindrów. Przerazili się pasażerowie i każdy szukał przyczyny nieszczęścia, każdy bowiem z nich wyśmienicie znał się na motoryzacji. Tylko Pacha zachowywała spokój. Wyciągnęła ze swojego różowego plecaczka grubo posmarowaną majonezem kanapkę i zaczęła jeść. Przystąpił do niej więc jeden ze współpasażerów i zapytał:

– Dlaczego ty jesz, zamiast próbować razem z nami ustalić co mogło się z tym autokarem stać? I dlaczego w ogóle tak daje od ciebie octem?

I podburzył innych podróżnych ten mężczyzna, który pochodził z Kalisza, i wzięli razem Pachę i wyrzucili z pojazdu pozostawiając ją na pastwę losu w lasach w okolicy Szydłowca. Autokar bez problemów odjechał zaś w dalszą drogę, pozostawiając za sobą czarny dym, tak jak stary diesel dymić powinien.


Z lasu wyszedł wielki kot, który połknął Pachę. I była Pacha we wnętrznościach kota trzy dni i trzy noce. Chciała przeprosić za swoje nieposłuszeństwo Jerzego i próbowała wysłać do niego SMS-a, wewnątrz kota nie było jednak zasięgu. Po trzech dniach i trzech nocach kot wyrzucił Pachę na grudziądzkiej plaży.


Jerzy przemówił tam do Pachy po raz drugi tymi słowami: „Wstań, idź do Spotu i głoś mu upomnienie, które ja ci zlecam”. Pacha wstała i poszła do Spotu, jak powiedział Jerzy.


Pacha dotarła do miasta akurat wówczas, kiedy trwało spotkanie z autorką Sagi Kaszubskiej. Weszła na scenę, gdzie zepchnęła z krzesła siedzącą na nim panią Kaszubowską po czym zaczęła głosić: „Jeszcze czterdzieści dni, a dzieła Jerzego zostaną spalone! Zaprawdę, powiadam wam – czytajcie dzieła Jerzego! Ze śmiechu można się przy nich zesrać!” – nauczała, a na dowód połączyła się projektorem i wyświetliła na ekranie zdjęcie zrobione w toalecie lotniska Londyn-Stansted przy okazji swojej lektury Księgi XII opus magnum Wielkiego Wieszcza, którą czytała właśnie w tamtym miejscu.


Dzieła Jerzego zaczęły być wypożyczane, ludzie ustawiali się po nie w kolejkach, ulitował się więc Jerzy nad Spotem i postanowił nie karać jego mieszkańców i dzieł swoich postanowił nie palić.


Nie podobało się to Pasze i oburzyła się ona. Zrobiła Jerzemu awanturę i wyrzucała mu, że od początku nie miał zamiaru swojej twórczości niszczyć, a chciał jedynie ją wypromować i posłużył się w tym celu Pachą jako swoim narzędziem.

– Wiedziałam! Od początku wiedziałam, że nigdy nie spalisz Ksiąg swoich! – krzyczała wtedy Pacha. – Zbyt wielka jest twoja miłość do nich, zbyt wielka jest twoja miłość własna, żebyś takiego czynu mógł dokonać! To właśnie dlatego pojechałam wtedy do Kielc, bo wiedziałam, że i bez mojego napominania swoich Ksiąg w Spocie nie spalisz!”

– Czy uważasz, że słusznie jesteś oburzona? – zapytał Jerzy.


Pacha nie odpowiedziała. Wyszła do drugiego pokoju, gdzie gdzie usiadła na wersalce i tak postanowiła poczekać i zobaczyć co się będzie działo dalej. Wpatrywała się w stojącą na parapecie usychającą różę i denerwowała się na Jerzego, bo to na pewno była jego wina, że wszystkie róże, które tylko ona próbowała w domu wyhodować zawsze w końcu usychały.


– Czy słusznie oburzasz się z powodu tego krzewu? – zapytał Jerzy, który bezszelestnie wślizgnął się do pokoju.

– Słusznie gniewam się śmiertelnie – odpowiedziała Pacha.

– Tobie żal krzewu, którego nie uprawiałaś i nie podlewałaś, a czy mnie nie powinno być żal tych wszystkich dzieł, nad którymi spędziłem tyle czasu? – odparł Jerzy i wlał szklankę wody w suchą ziemię, która podtrzymywała korzenie stojącej na parapecie róży.


***


#naopowiesci

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Mam takie wrażenie, jakbym poniekąd został zmuszony do napisania tego, co zamieszczam poniżej. Nie że przez organizatorkę tej edycji zostałem do tego zmuszony, nie przypisuję jej żadnego w tym zmuszaniu mnie udziału. Uważam, że ten przymus jest to raczej sprawka losu albo może moich własnych zaburzeń:


===


Jak dziwnie płynie ta Wisła

wydanie II – delikatnie zredagowane i zaadaptowane na potrzeby XIX edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem.


***


Wzdycha kotek: O!

- Co ci, kotku, co?

- Śniła mi się wielka rzeka,

wielka rzeka pełna mleka

aż po samo dno.


Julian Tuwim, Kotek [fragment]


***


Ta rozmowa nie przebiegała tak, jak miała przebiegać. Nic nie szło w tej rozmowie zgodnie z planem. Nic nie szło w tej rozmowie ani zgodnie z planem jej, ani zgodnie z planem jego, bo oboje mieli na tę rozmowę przygotowane swoje własne, całkowicie różne i zupełnie od siebie niezależne plany.


Spacerowali nad Wisłą. Ona, ubrana w różową bluzę-kangurkę i on, wypychający od czasu do czasu prawy policzek przy użyciu języka, którym sięgał do dokuczającej mu od dawna górnej ósemki. Tak jakby ten zabieg miał mu w jakiś sposób pomóc. Tak jakby ten zabieg mógł ten jego ból zęba w jakiś sposób złagodzić.


Okolica była znajoma – mieszkali w końcu w Grudziądzu już od jakiegoś czasu, żyli tam ze sobą na kocią łapę – a jednak znów wydawało im się, że wszystko dookoła wygląda jakoś inaczej niż wyglądało dotychczas. Wydawało im się, że Wisła płynie trochę inaczej niż płynęła kiedy spacerowali w tym miejscu poprzednim razem. Nie zrobiło to na nich wrażenia. Owszem, kiedyś, na początku, zaraz po przeprowadzce dziwili się temu, ale później zdążyli się do tego przyzwyczaić. Tak jak i zdążyli się też przyzwyczaić do bezustannie spływających rzeką zwłok.


– Wszystko płynie – żartował czasami Jerzy, a Pacha śmiała się z tych jego dowcipów. To im wychodziło, takie rozmowy im się udawały. Umieli się razem śmiać i żartować. Tak jak i potrafili rozmawiać o zwykłych, codziennych sprawach, tak jak potrafili dzielić się ze sobą swoimi obserwacjami:


– Jerzy, a ta jabłonka to nie rosła ostatnio na tamtym brzegu? – zapytała Pacha. – Nie no, rosła! Na pewno tam rosła! Przecież pamiętam! Siedziały na niej trzy sikorki i mazurek jeszcze na niej siedział. Co mnie zdziwiło, bo mazurki to przecież występują bardziej na wsiach, w miastach to raczej wróble. No a tu przecież jest miasto! Nie no, na pewno tam rosła, przez tego mazurka to pamiętam!

– Patrz, a ten wysoki gość z kotem? – powiedział Jerzy. – Tam, ten po drugiej stronie. Wydaje mi się, że przed chwilą się z nim mijaliśmy.

– Może na takich długich nogach szybciej dochodzi się do mostu? - tym razem zażartowała Pacha, a Jerzy roześmiał się z jej dowcipu.


Tak, umieli ze sobą żartować. Nie umieli jednak rozmawiać o sprawach poważnych. Za każdym razem, kiedy tylko któreś z nich podejmowało próbę skierowania rozmowy na rzeczy fundamentalne, na kwestie dotyczące ich związku i ich przyszłości, wtedy właśnie gdzieś wewnątrz ciała pojawiał się jakiś dziwny impuls, jakieś ściskające napięcie blokujące w krtani te słowa, które już dawno powinny zostać wypowiedziane.


Tak było i wtedy, kiedy tamtego dnia spacerowali nad Wisłą, a ich rozmowa nie przebiegała według planu. Już to jedno, już drugie miało zamiar przerwać tę bezsensowną paplaninę o niczym, która się tam wtedy między nimi rozgrywała i wreszcie powiedzieć to, co miało do powiedzenia, ale właśnie w tym momencie znów pojawiało się to mrowienie w kąciku ust, to drętwienie którejś dłoni albo ten nieprzyjemny ucisk w żołądku. Wtedy dawali za wygraną. Odkładali te zaplanowane słowa na później.


Mimo że nie zrobiło tego żadne z nich, to ta ich bezsensowna paplanina została tamtego dnia przerwana. Paplaninę tę przerwało niespodziewane miauknięcie. Powietrze wokół nich zawirowało, zadrżało nagle i oczom ich ukazał się widok, który zdziwił ich nawet po wielu latach mieszkania w Grudziądzu. Oto po ich lewej stronie, jakby z powietrza wynurzył się idący powoli czarny kot. Najpierw pojawił się nos, później wibrysy, następnie cała głowa, za nią przednie łapy i tak po kolei, aż do samego czubka ogona.


Kot przemaszerował powoli przed Pachą i Jerzym, nie zaszczycając ich przy tym nawet jednym spojrzeniem, oni zaś przyglądali mu się z niedowierzaniem. Kot wykonał przed nimi te kilkanaście miękkich kocich kroków po czym, dokładnie w takim samym porządku w jakim się pojawiał, znikał po ich prawej stronie. W końcu zniknął całkowicie.


– "Skoro koty potrafią materializować się i znikać, to dlaczego mnie tak trudno jest powiedzieć jej tych kilka słów?" – pomyślał wtedy Jerzy.

– "Skoro koty potrafią materializować się i znikać, to dlaczego mnie tak trudno jest powiedzieć mu tych kilka słów?" – pomyślała wtedy Pacha.


I właśnie wtedy oboje jednocześnie się zdecydowali. Nastąpiło przełamanie, jak gdyby – wbrew wszelkim zabobonom – ten czarny kot, ten kot, który przed momentem przeciął im drogę, miał być znakiem czegoś dobrego. Jakby miał być znakiem tego, że wyjdą w końcu z impasu, tak jak ten kot wyszedł nagle z nicości.


Jerzy przyklęknął i przez chwilę mocował się z własną kieszenią, w której miał schowany zaręczynowy pierścionek. Nie potrafił sobie poradzić z wyciągnięciem go i dopiero kiedy spojrzał na kieszeń uświadomił sobie, że jest ona zasunięta. Rozpoczął mocowanie się z zamkiem błyskawicznym. Pacha w tym czasie zamknęła oczy i brała pierwszy z trzech głębokich wdechów, za pomocą których miała zamiar opanować emocje przed zbliżającą się wypowiedzią.


– Wyjdziesz za mnie? – zapytał Jerzy, był bowiem przekonany, że to właśnie Pachę chce w tym momencie pojąć za żonę.

– Odchodzę! – powiedziała Pacha, nie była już bowiem w stanie znosić dłużej odoru z ust Jerzego powodowanego przez jego gnijącą górną prawą ósemkę, której za nic w świecie nie chciał wyleczyć.


Cisza. I on, i ona nie usłyszeli żadnej odpowiedzi drugiej strony na te swoje nagłe wyznania. Jerzy oderwał wzrok od kieszeni, Pacha rozwarła powieki. Nic. Pusto. Przed Jerzym nie stała Pacha, przed Pachą nie klęczał Jerzy.


Jerzy poderwał się z klęczek, Pacha rozglądała się dookoła. W końcu dostrzegli siebie nawzajem: stali na dwóch przeciwnych brzegach. Jerzy gestami dał Pasze znać żeby skierowała się na południe, żeby udała się w górę rzeki. Tam, gdzie stoi most im. Bronisława Malinowskiego.


Spotkali się na środku przeprawy. W milczeniu wrócili razem do domu i wszystko było między nimi tak jak do tej pory. Nic się nie zmieniło: znów nie powiedzieli sobie tego, co mieli sobie nawzajem do powiedzenia, znów te tłumione słowa umościły się w nich gdzieś głęboko i cały czas ich tam głęboko uwierały.


I tylko pod jabłonią znajdującą się na wyspie leżącej na środku zupełnie białej rzeki stał wysoki mężczyzna z kotem. Mężczyzna schylił się, podniósł jedną z leżących w trawie papierówek, po czym wytarł ją o sweter i z rozkoszą zatopił zęby w słodkim, kruchym owocu. Kot zaś w tym samym czasie zatopił zęby w siedzącym na gałęzi drzewa mazurku.


===


1006 słów.

Dziękuję, dobranoc.

Zaloguj się aby komentować

Dobry wieczór wszystkim!


Ponieważ dziś to ja dzierżę władzę (albo też ją dzierżawię, jak to słownik próbuje mi uparcie, a być może i słusznie?, podpowiedzieć), moim życzeniem jest żebyście Wy, drodzy goście kawiarni #zafirewallem napisali coś w rodzaju reklamy tudzież innego apelu albo ultimatum do tych, którzy bawią się z nami w #naczteryrymy , ale w inne zabawy to już się z nami bawić nie chcą. Być może będzie to Wasz apel do samych siebie, taki autoapel, można by rzec, więc liczę, że uda Wam się adresatów tego waszego apelu do jego treści przekonać.


Temat: piszcie z nami!


rymy: zmieści - niestety - opowieści - sonety.


Wspaniałej zabawy i wysokiej skuteczności!

W mojej dyńce wiele się zmieści,

Ale raczej coś niepotrzebnego niestety.

Chcę aby to były opowieści,

Lecz ona zapamiętuje tylko sonety.

Zaloguj się aby komentować

Szanowni Państwo!


Doczekawszy się otwarcia LXIV edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem dostarczam oto sonet ekspresowy! Zgodnie z chyba już tradycją, sonet, którym przystępuję do konkursu jest sonetem z tygodniopomnego Cyklu Grudziądzkiego.


A o czyn dziś? A dziś o początkach. Otóż każda legenda skądś się bierze, jest jakieś wydarzenie, zwykle równie legendarne co i sama legenda, które stało się tej legendy początkiem. Grudziądz, choć jest miastem niewątpliwie wyjątkowym, to akurat w tej materii żadnym wyjątkiem nie jest. Legendy nie muszą mieć pokrycia w rzeczywistości, tak samo jak mogą stać z tą rzeczywistością w sprzeczności. O ile więc wiadomym jest nam wszystkim, że w rzeczywistości jest tak, że ciała tych wszystkich utopionych w Grudziądzu ludzi spływają Wisłą do morza, tak o pierwszym grudziądzkim topielcu legenda mówi coś zupełnie innego. Bo każda legenda potrzebuje swojego symbolu: tak jak odcisk łapy diabła na zabytkowym stole w lubelskim zamku, tak jak pielgrzym z Gór Świętokrzyskich, który aż do końca świata będzie zbliżał się do szczytu Łysej Góry w tempie ziarnka piasku rocznie, tak też jest i to pierwsze ciało utopione w Grudziądzu, które podobno po dziś dzień leży gdzieś tam zagrzebane w piasku wiślanego dna.


***


Jak się to wszystko zaczęło


Obok Bydgoszczy, Torunia i miast innych

w Kujawsko-Pomorskim zlokalizowanych

jedno jest miasto powszechnie znane

a w tymże mieście obyczaj bibliny


ściśle był niegdyś zachowywany:

chrzczony był tam poddawany nurom;

aż razu pewnego – jakby to ująć? –

no: kiedyś chrzest zdarzył się tam nieudany.


Chrzciciel o wzroście wieży grudziądzkiej

w tany topików zapatrzył się boskie,

nie zwrócił uwagi na bulgotanie.


I wtedy chrzczony, zupełnie jak kamień,

tak jak wędkarskie ciężarki z ołowiem,

na dno opadł martwy. I leży tam sobie.

Zaloguj się aby komentować

No i dobiega końca ten długi tydzień, w którym to jakoś udało mi się szczęśliwie dzień w dzień karać Was za Wasze winy (bo nikt z Was nie jest bez winy – “z Was”, więc ja jestem) moją poezją, choć nie jestem do końca pewien, czy kara ta miała opierać się tylko na tej mojej poezji ilości czy też może raczej (albo i dodatkowo) na tej mojej poezji jakości. Inspiracja do napisania poniższego, ostatniego (ufff – tylko czy to “ufff” jest bardziej moje czy bardziej Wasze, bo raczej nie jest to “ufff” kolegi @fonfi) wytworu w LXIII edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem jest pochodną inspiracji, którą zawdzięczam koleżance @moll , bo jak tutaj nie przekształcić i nie wykorzystać pięknej frazy “karny jeżyk”, która pojawiła się we wierszu sprzed dwóch dni, powstałym właśnie za sprawą pochodzącej od tej koleżanki inspiracji? Poza tym, ta edycja miała być o miłości, a jaka miłość jest silniejsza niż miłość własna, więc o czym tu pisać, jeśli nie o sobie? I nie, nie cierpię na jakąś megalomanię. Nie przypisuję sobie żadnej roli mesjańskiej, raczej tylko rolę mścicielską. Bo, inaczej niż pan Kazik Staszewski w utworze Piotr Pielgrzym uważam, że kara powinna być zawsze tam gdzie była zbrodnia. 


Dodatkowo, żeby zadowolić szerokie grono miłośników poezji fekalnej (viva la koniunkturalizm!), we wierszu pojawia się jeden wers dotykający tego motywu, bo tyle o nim we wstępach pisałem, że czuję się nieomal tak, jakbym to Wam obiecał.


***


Karny Jerzy


Złość cię czasami się zdaje porywać,

za bardzo się może niekiedy rozbrykasz,

tu zachachmęcisz, tam kogoś wykiwasz

i innych przewin też nie unikasz.


Wtedy się denerwuje Temida:

swego do ciebie śle wojownika.

Więc przyjdzie kara, tak – sprawiedliwa:

obawiaj się wtedy karnego Jerzyka!


Bo kara być musi, gdzie była zbrodnia,

a każdy jest winny, każdy z osobna:

kamienie leżą spokojnie w błocie.


I z taką karą na ciebie ruszę,

tylko za chwilę, bo wysrać się muszę,

Jerzy cię swoją poezją zdruzgocze!

Zaloguj się aby komentować

Kontynuując żerowanie na cudzych pomysłach postanowiłem dziś skorzystać z inspiracji wynikłej z nieumiejętności czytania kolegi @RogerThat , bo zaistniała w komentarzach sytuacja wydała mi się całkiem zabawną. Poza tym, to niedługo już rok będzie będzie od kiedy to “zmieniłbym tę moją Astrę na coś mniejszego”, co również wydaje mi się być całkiem zabawnym.


No a o sraniu to chyba przyjdzie mi napisać dopiero jutro.


***


Mój Opel


Ileż ta k⁎⁎wa żre mi paliwa!;

jej d⁎⁎a ogromna, jak Ameryka!;

i zaparkować mi trudno nią bywa –

wolałbym chyba jakiegoś piździka.


Aż nagle: – Mam Fiestę! – ktoś się odzywa.

– Ta Fiesta, przepraszam, z którego rocznika?

No… nie. Za stara ta Fiesta jest dla mnie chyba –

zainteresowanie me Fiestą zanika.


Znów mój stosunek do Astry złagodniał,

wyjmuję portfel z kieszeni w spodniach,

i leję do pełna na byłym Lotosie.


Ale nim w trasę Astrerką wyruszę

okiem na kartkę za szybą rzucę

na ciut nowszej Fieście. Choć mam ją w nosie.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Dziękuję ogromnie wszystkim, którzy wczoraj pospieszyli mi z pomocą w sprawie mojego kryzysu inspiracyjnego – pomogliście! Sporo było tych tematów, które podsunęliście mi do poruszenia, ale pierwszą osobą, która z taką pomocą pospieszyła była koleżanka @moll . I to dlatego właśnie dla niej (albo być może nawet i o niej?) będzie dzisiejszy wiersz napisany w ramach mojego bzdurnego postanowienia napisania w tym tygodniu jednego wiersza dziennie. Wyrażam też w tym miejscu nadzieję, że wiersz ten koleżankę (a może również i innych?) choć trochę ucieszy, a może i nawet ulży jej trochę w jej bólu i cierpieniu lub chociaż w jej codziennych obowiązkach. I mam tylko nadzieję, że nic się w w ostatnim czasie u niej nie zmieniło, tak w sprawie liczby rąk, jak i liczby bąbelków:


***


Matka Polka


Matczynej miłości wcale nie skrywa,

bąbelki swoimi rękoma dźwiga,

gwiazdkę im z nieba, gdy może, zrywa;

i co ma za to? Karnego jeżyka?!


Teraz:

leży na kolcach na wpół nieżywa –

czy to skolioza, czy dysk jej wypadł? –


bo wcześnie rano z łóżka się zrywa

w noc późną do lic poduszkę przytyka;

i jeszcze do kuchni, bo rodzina głodna,

i cytat Pratchetta trza też wrzucić co dnia:

ech, tonie @moll biedna w robocie!


Ja zaś trzy wersy dopisać muszę,

tematu palców w nich nie poruszę;

dobrze, że rąk ma tyle co pociech!


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Ech cholera. Człowiek się stara, świeżaków docenia, a tu taka wdzięczność go za to spotyka, że i tak wszystko musi na koniec samemu zrobić - można by sparafrazować w tym miejscu stereotypowego rodzica z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.


I taki właśnie będzie dzisiaj temat:

rodzice z lat dziewięćdziesiątych XX wieku


rymy:

spokoju - zbiera - gnoju - cholera.


Proszę wyśmienicie się bawić w zabawie #naczteryrymy w kawiarni #zafirewallem !

O choleria, to dwa rymy trza zapodać dzisiaj? Przy poprzednim się postaram, teraz robię na opierdol. XD


Daj mi w końcu żyć w spokoju

Twoją patologia żniwa zbiera

Czuje się jak utopiony w kupie gnoju

W tym domu za⁎⁎⁎ie się jasna cholera.

Nie można pozwolić dorastać w spokoju?

W dziecku wszystko powoli się zbiera

Tu lanie, tu szlaban, tu "ty głupi gnoju"

Za ćwierć wieku terapia, niech to cholera.

Zaloguj się aby komentować

Okazuje się, że napisanie jednego sonetu dziennie to wcale nie jest taka prosta sprawa! Nie dość że warunki niesprzyjające, bo to trzeba się przed policją ukrywać, to i jeszcze tematów zaczyna brakować. Jednym słowem (no, niech będzie, że trzema): nie jest dobrze!


I jakaś nostalgia silna mnie z tego powodu ogarnęła, tęsknota jakaś za tym co było kiedyś – w pewnym wieku już się tak człowiekowi robi. A jeszcze później to ta tęsknota i ta nostalgia zostały dodatkowo nakarmione ostatnimi wspominkami przerzucania się niegdyś rymami przez kolegę @splash545 i koleżankę @moll , i przez wspomnienie morskich opowieści, i zatęskniłem wredy za ptaszkiem, i za sraniem w krzakach, i za śniętymi rybami w Odrze, a i zatęskniłem nawet też za okładaniem mnie bakłażanem, niech będzie. I z tego wszystkiego, z tej nostalgii i z tej tęsknoty mojej, wiersz taki mi się napisał, wiersz smutny, acz dający nadzieję, jeśli to wołanie moje zostanie wysłuchane, bo chciałbym już się już z tego stanu tęsknoty wyleczyć:


***


Mój apel

czyli Kiedyś to było, a teraz to nie ma


Na bezrybiu i rak ryba -

problem mnie tego typu dotyka

że inspiracji mi jakoś ubywa,

bo content od mojej muzy zanika.


Ten brak inspiracji mocno przeżywam:

w stan już popadłem katatonika,

swoje cierpienie głęboko skrywam,

z mego cierpienia apel wynika:


pamiętasz może jak pierwszych tygodniach

w młodej poezji płonęłaś ogniach

aż zapomniałaś o swoim locie?


Jak zrozumiałaś: “zapłacić muszę”,

bo sonet pisałaś w autobusie? –

weź znów coś odwal! I tym mnie pociesz.


***


#nasonety

#zafirewallem

To byli czasy. Kiedyś każdy był tak zajarany bo wszystko było nowe i nieznane i rymowanki i ludzie i takie to było, o! Ekscytujące! To już nie wróci i pozostało nam jedynie wspominać i siedzieć takim już zblazowanym i klepać rymowanki o sraniu i ruchaniu Owcy.

@splash545 Ech, no jak się sytuacja nie poprawi to jutro będę chyba zmuszony żeby coś o sraniu napisać. Albo coś erosomańskiego może? Ale problem pozostaje, bo to tylko dwa tematy, więc na środę i czwartek, a o czym ja wtedy w piątek napiszę?


Chyba że kolega @fonfi szybko zakończy w piątek konkurs przed południem, to się będę tłumaczył, że nie zdążyłem.

@George_Stark Na początku przeczytałem "mój opel", to może coś o Oplu? Albo o fordzie, co go sprzedać nie mogę, bo sezon zimowy i w komisie ludzi niet?

Przy okazji, sprzedam forda xd

@RogerThat Jak masz Fiestę w dobrym stanie i w miarę niestarą, to mogę wymienić. Na Opla. Astrę mam. Ale za duża dla mnie, bo to kombi i już mi takie duże niepotrzebne, i chciałbym na coś mniejszego ją wymienić. No i Fiesta by mi pasowała.

@George_Stark tego się nie spodziewałem. Ale tak, mam fieste, 2007, ale czy by podpasowala? Mogę opowiedzieć i podesłać fotki. No i ja nie chcę się wymieniać, bo jeżdżę teraz fabią i bardzo mi się podoba.

Zaloguj się aby komentować