Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 746wpisy
  • 3812komentarzy

Nikt mnie, przynajmniej póki co, za te moje gnioty jeszcze nie zaaresztował, więc trwam w swoim postanowieniu napisania w tym tygodniu jednego wiersza dziennie. No i jakoś tak się złożyło, że, zgodnie z nielegalnym tematem tej edycji, wiersz mi wyszedł o miłości. A wcale tego nie chciałem!


Całe szczęście, że jest przynajmniej miłość trudna, bolesna i napotykająca na niesamowicie innowacyjne literacko i inspirujące twórczo przeszkody w postaci sprzeciwu rodziny – o innej miłości właściwie nie byłoby w ogóle sensu pisać, bo i po co? Nie chcę jednak w tym miejscu odbierać czytelnikowi nadziei i nie chcę pisać, że była to miłość niespełniona, bo kto wie czy do jakiegoś spełnienia, przynajmniej jednostronnego, tam w tym kącie wspomnianego we wierszu kurnika nie doszło? W każdym razie nie wiem tego ja, wiedzą to chyba tylko w całą sytuację zaangażowani:


***


Recydywa


Maniek sztachetę z płotu wyrywa,

Heniek wydziera kostkę z chodnika:

sądy sądami, lecz sprawiedliwa

kara wyłącznie rękami rolnika

jest wymierzana. 


- - - - - - - - - - - Bo recydywa

tu zaszła, w kącie mojego kurnika.

Przy recydywie: kara dotkliwa,

z tej recydywy tak właśnie wynika.


Już pogonilśmy go pewnego dnia,

uciekał w spuszczonych do kostek spodniach,

upierdolonych w podwórka błocie.


Teraz już gnoja lepiej nauczę,

gdy z chłopakami na niego ruszę:

znów moją siostrę przeleciał Gosię!


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Póki co, to plan jest taki, żeby w tym tygodniu napisać jeden sonet dziennie. Niekoniecznie na temat, bo co mi jakiś tam @fonfi będzie dyktował o czym miałbym pisać.


Czy to się uda? – nie mam pojęcia. Bo może zdarzyć się i tak, że mnie w końcu znajdą i rzeczywiście aresztują:


***


Policja poetycka

czyli Jak się kończy rymowanie bez licencji


Codziennie gdzieś wewnątrz mnie się odzywa

zew jakiś dziwny – to woła liryka.

I wyjść na spacer lub napić się piwa,

żeby go zgłuszyć, próbuję. Nie znika.


Więc siadam nad kartką, jak w klasztorze skryba,

ręka jak czyjaś obca pomyka,

mózg w tym udziału nie bierze chyba,

to uzależnienie wierszoholika.


Czy dla nałogowców jest gdzieś przychodnia?

Czy życie spędzić na chorobodniach

przyjdzie mi, knot ciągle pisząc po knocie?


Nagle ktoś z tyłu: – Łup! – mnie obuchem,

kajdanki zapina, szepcze za uchem:

“Masz prawo milczeć, a więc milcz, kmiocie”.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark ta - a ja to będę musiał później przetworzyć, podliczyć, zrecenzować... Chyba od razu wystąpię do sądu poetyckiego o wydanie tymczasowego zakazu zbliżania się do Kawiarni. O!

Zaloguj się aby komentować

Dzisiaj jakaś taka moda na zdrowy tryb życia nastała. Wszędzie dookoła tylko sami dietetycy i inni trenerzy personalni. Każdy biega. Albo biega na siłownię, albo biega tak sobie po prostu. Ludzie rzucają palenie, bo to już niemodne, nawet pije się mniej, teraz w modzie piguły na stres*, bo i stres, jak się okazuje, również może być wyniszczający. I oto wśród tych wszystkich kołczów i guru od zdrowego stylu życia zjawiam się ja i dołączam do nich, dodając do tego całego zbioru mądrości na temat zdrowego stylu życia poradę najważniejszą, o której ci wszyscy wielcy mądrale zdaje się że jakoś zapomnieli:


***


Rzecz o zdrowym żywocie

(Bo nie jesteśmy niczym więcej ponad biologię. No, może jeszcze trochę rozumem, jednak tylko po to, żeby tę biologię w ryzach utrzymywać.)


Gdy serce z piersi aż się wyrywa,

elektrokardiogram stringendo pika,

gdy amplitudę wysoką ma krzywa,

ten stan nauka (kardio-logika)


innym niż "miłość" terminem nazywa,

to jest arytmia według słownika

i groźny dla zdrowia taki stan bywa,

więc staraj się go raczej unikać.


Puls i ciśnienie kontroluj co dnia,

jedz tylko wtedy, kiedy żeś zgłodniał,

zanadto nie stresuj się przy robocie;


lecz najważniejsze, co wspomnieć muszę:

unikaj kobiet i ich podkuszeń!

O swoim zdrowym pomyśl żywocie.


#nasonety

#zafirewallem


* – cytat z pięknej piosenki pana Piotra Bukartyka Nawet mam już ten dom .

Zaloguj się aby komentować

Przepraszam za nawał wpisów, obiecuję, że to jest już ostatni dziś. W końcu od samego rana miałem robić coś zupełnie innego.


Skoro edycja walentynkowa, to nawet w cyklu grudziądzkim wypadałoby sięgnąć do romantyzmu, a sięgając tam, można wygrzebać najromatyczniejszą polską balladę, o jakże zaskakującym tytule Romantyczność. Oto i moja odpowiedź na nią:


***


Romantyczność


Słuchaj dzieweczko! – A ona spływa.

Nurt ją unosi – ona nie dycha.

Róż spłynął z policzków, na twarzy siwa,

Wisłą ku morzu ma miłość umyka.


Mogłem przewidzieć – tak przecież bywa;

radził przyjaciel: Grudziądza unikaj.

Teraz ma głowa uparta się kiwa,

teraz me serce boleść przenika.


Topnie w Grudziądzu to nie jest zbrodnia,

jest przyrodzone, jak ciąży owodnia,

jak dziecię, które przynosi bociek.


I żeby zmartwioną uleczyć duszę

to do Gorzowa przenieść się muszę

gdzie będę szukał nad Odrą pociech.


#nasonety

#zafirewallem


***


A na mickiewiczowskie Miej serce i patrzaj w serce odpowiadam natomiast po grudziądzku: Miej kapok i rozglądaj się czujnie dookoła.

@George_Stark wiele, wiele lat temu pracowałam w centrum informacji turystycznej w moim pięknym mieście Gorzowie. Pojawiła się u mnie kiedyś zagubiona nieco wycieczka - cały autokar Słowaków. Usilnie szukali u nas Wałów Chrobrego i Odry

Możecie sobie tylko wyobrazić ich miny po tym kiedy uświadomiłam im, że do Odry to mają jakieś 50 kilometrów, a do Wałów Chrobrego jakieś 100 z kawałkiem

Zaloguj się aby komentować

Jak zapowiedziałem w poprzednim wpisie , zająłem się rzeczami pożytecznymi, a cóż mogłoby by być pożyteczniejsze, niż wywiązanie się z ulgą z obowiązku (przykrego i uciążliwego, jakimi to obowiązki mają w zwyczaju być) zakończenia LXII edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem poprzez publikację wpisu zawierającego #podsumowanienasonety ? Zakończmy ją więc teraz!


W kończącym się właśnie tygodniu edycyjnym układaliśmy nasze wytwory do tekstu autorstwa pana Kazika Staszewskiego pod tytułem Nie lubię już Polski. Tekst pana Staszewskiego powstał tylko jeden, a naszych tekstów powstało aż jedenaście, choć nie mam pojęcia czego miałaby ta nasza przewaga liczbowo-tekstowa dowodzić. A oto i rzeczone teksty:


Tradycyjny, lokalny patriota, acz z nutką nowoczesności autorstwa kolegi @George_Stark – 11 piorunów;


Bober autorstwa kolegi @George_Stark – 14 piorunów;


Resuscytacja krążeniowo-oddechowa autorstwa kolegi @George_Stark – 14 piorunów;


Jaki Bober jest każdy widzi autorstwa kolegi @splash545 – 14 piorunów;


O, jak tu cicho autorstwa kolegi @Statyczny_Stefek – 12 piorunów;


Zgryzota autorstwa kolegi @George_Stark – 13 piorunów;


Beznadzieja autorstwa koleżanki @moll – 23 pioruny;


Złoty strzał autorstwa kolegi @fonfi – 31 piorunów;


Cziter autorstwa kolegi @RogerThat – 21 piorunów;


@WujekAlien autorstwa kolegi @splash545 – 15 piorunów;


Pozakonkursowy wytwór Sonet runiczny (od runa a nie runów) autorstwa kolegi @fonfi – 16 piorunów;


***


Nieprzypadkowo postanowiłem zadać sobie ten dodatkowy trud i przy każdym wytworze podać liczbę osób, które swoim piorunem zdecydowały się go docenić, w tej edycji bowiem pasuje mi żeby oddać głos ludowi i potraktować go jako vox Dei przyznając zwycięstwo najbardziej docenionemu przez lud tekstowi. Tym właśnie sposobem zwycięzcą LXII edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem zostaje kolega @fonfi ! Gratulacje! Tak zupełnie prywatnie już, chciałbym zauważyć w tym miejscu, że mimo tego co kolega-zwycięzca napisał dziś rano w komentarzu , nie może jeszcze umierać w spokoju i spełnieniu. W nadchodzącym tygodniu będzie miał bowiem za zadanie rozliczyć uczestników dwóch naszych kawiarenkowych konkursów.


***


I jeszcze jedna rzecz, wspaniała tradycja, o której przy okazji zamknięcia poprzedniej edycji przypomniała koleżanka @Wrzoo , nagrody pocieszenia mianowicie:


kolega @splash545 otrzymuje Kołpak (taką czapkę, nie ten plastik na samochodową felgę) z bobrzym ogonem żeby się godnie na cmentarzu w czasie pogrzebów prezentował, pomimo upaprania gównem i błotem;


kolega @RogerThat otrzymuje Nagrodę HESOYAM, żeby zawsze był zdrowy i miał pieniążki;


kolega @Statyczny_Stefek otrzymuje Złote stopery do uszu i złote klapki na oczy, żeby mógł się rozkoszować ciszą i spokojem;


koleżanka @moll otrzymuje Order szerokiego, choć szczerbatego uśmiechu za przełamie twórczej niemocy i powrót do sonetowania (te szczerby symbolizują wcześniejsze, opuszczone przez koleżankę edycje).


Największą jednak nagrodę pocieszenia, Dasz radę, będzie dobrze, otrzymuje kolega @fonfi , bo to właśnie jemu, w związku z nadchodzącym ciężkim dla niego zakończeniem kolejnego tygodnia, pocieszenie jest chyba najbardziej potrzebne.


***


No i tyle ode mnie w kwestii organizacyjnej. Chciałem tylko już na sam koniec podziękować uczestnikom i oglądającym za tę zakończoną właśnie XLII edycję (oglądających przy okazji zachęcam do tego żeby spróbowali do nas dołączyć – to nie jest takie straszne, a okazuje się czasami fajną zabawą) i dodać, że ogromnie się cieszę (i niemniej dziwię), że już aż od sześćdziesięciu dwóch tygodnie chce nam się i udaje nam się te nasze wiersze klepać.


Fajnie, że jesteście, fajnie, że piszecie. Dziękuję!

Wszystkim Państwu, kryjącym się pod pojęciem "vox Dei", serdecznie dziękuję za zabawę i wszystkie wycelowane we mnie pioruny, a Panu @George_Stark za ten trud włożony w podsumowanie zakończonej edycji, przez który to trud nie mogę sobie teraz "umierać w spokoju i spełnieniu".


Jak ja ogarnę podsumowanie dwóch zabaw? Dwóch! W Walentynki...

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


Przypomniało mi się wczoraj, że miałem kiedyś pomysł na taki tag, #wpustejszklancepomarancze , pod którym to miałem pisać sobie (z wątpliwą regularnością) o ciekawostkach językowych, które w ten czy inny sposób przykuły moją uwagę. Opublikowałem do tej pory w ramach tego cyklu całe trzy wpisy, jeśli zaś chodzi o wspomnianą wątpliwą regularność, to i owszem, została ona zachowana. Między dodaniem pierwszego wpisu (26.11.2023) a drugiego (31.12.2023) minęło trzydzieści pięć dni, między dodaniem drugiego a trzeciego wpisu (09.01.2024) minęło z kolei dni dziewięć. I oto właśnie dziś (07.02.2025) nadszedł czas na opublikowanie wpisu czwartego, który od opublikowania trzeciego dzieli dokładnie trzysta dziewięćdziesiąt pięć dni!


Powodem, dla którego siedzę sobie teraz nad klawiaturą i spisuję te moje przemyślenia, jest zdanie, które przeczytałem wczoraj w noweli (opowiadaniu?) pana Stefana Żeromskiego Aryman mści się , a zdanie to zawiera taki oto fragment: słońce […] szło na zachód i w czerwonych piaskach puszczy libijskiej tonęło […].


– „Nie no, kurde! Coś mi tutaj nie pasuje!” – pomyślałem. – „W Libii to, wydaje mi się, drzew jakoś tak raczej mało jest. Puszczy tam raczej niet”. Szybki rzut oka na mapę z nałożonym widokiem satelitarnym upewnił mnie, że nie myliłem się w tej mojej niezgodzie z tym, co pan Żeromski w swoim utworze raczył był* napisać. Wychodzi mi więc na to, że to pan Żeromski popełnił błąd. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że jednak niekoniecznie. Przypominał mi się wtedy fragment jednego z dwóch bezsensownych czeskich zdań, które znam, a które mój kolega, mówiący po polsku Czech (polskiego nauczył się głównie oglądając kabarety i słuchając disco-polo!) wtłoczył mi do głowy w ramach zabijania czasu w nudnej jak Moda na sukces pracy w zamian za kilka uwag doskonalących jego polszczyznę. Můj kamarád kadeřník se utopil v rybníku na poušti – brzmi ten fragment zdania i oznacza tyle co mój kolega fryzjer utopił się w stawie na pustyni. I to właśnie to czeskie poušti (czytane mniej więcej jako „pouszczy”), będące odmianą rzeczownika poušť oznaczającego w Czechach pustynię dało mi asumpt do przeprowadzenia dochodzenia, jak to z tą puszczą drzewiej (he, he) w języku polskim bywało. (Choć, przyznam, nazywanie przez Czechów stawu rybník również wydaje mi się być zagadnieniem ciekawym, być może jednak bardziej w kontekście historycznym. O ile domyślam się bowiem dlaczego Czesi używają na tego typu zbiornik wodny takiego a nie innego słowa, to cała moja ciekawość koncentruje się wokół polskiego miasta zwanego Rybnikiem i jego położenia w niewielkiej jednak odległości od dzisiejszej polsko-czeskiej granicy.)


Wracając jednak do puszczy: internetowy słownik języka polskiego zamieszczony na stronach wydawnictwa PWN podaje: puszcza «las o dużej powierzchni, bez śladów działalności człowieka; też: większy obszar leśny». Tak jest dziś, ani słowa w tej definicji o jakichkolwiek związkach słowa puszcza z rozległymi piaszczystymi obszarami, jakie można napotkać na przykład w rzeczonej Libii. W internetowej encyklopedii tegoż samego wydawnictwa jest już jednak inaczej: puszcza, ekol. w pierwotnym znaczeniu miejsce odludne, bez względu na typ roślinności; z czasem termin przyjął się na oznaczenie rozległych lasów o charakterze pierwotnym, utrzymuje się też w tradycyjnych nazwach kompleksów leśnych (np. Puszcza Kampinoska, Puszcza Solska, Puszcza Białowieska)et voilà!; mamy to! Jako deser podam tutaj link do wypowiedzi profesora Jana Miodka . Wypowiedzi w sprawie tłumaczenia biblijnego, pochodzącego z Wulgaty, frazeologizmu vox clamanti in deserto, które dziś w mowie potocznej znamy raczej jako głos wołającego na pustyni, a które ksiądz Jakub Wujek przełożył jednak w XVII wieku jako głos wołającego na puszczy. Profesor zwraca również uwagę na wspólny dla obu słów rdzeń pust-/puszcz- i właśnie z tego powodu przychodzi mi do głowy skojarzenie z innym słowem, które wywodzi się właśnie z tego rdzenia, a jest to słowo opuszczać.


Opuśćmy więc pustynię i puszczę i przenieśmy się gdzie indziej. Przenieśmy się do Lublina. Przy okazji tych bezsensownych rozważań nad polszczyzną dawną wspomniałem bowiem spotkanie kawiarni #zafirewallem w tymże właśnie mieście. I niekoniecznie chodzi o wspaniałe dania w tamtejszej restauracji Armenia (tęsknię!) czy inne przemiłe rzeczy, które się tam zdarzyły, ale o rozmowę z koleżanką @KatieWee (być może właśnie w tej Armenii się ona odbyła – tego nie pamiętam). A rozmowa ta dotyczyła – a jakże! – dawnej polszczyzny właśnie. Mówiliśmy wtedy o liczbie podwójnej, archaizmie językowym, obecnym (jeszcze) w języku polskim, a pochodzącym z języka staro-cerkiewno-słowiańskiego. O ile zgadzaliśmy się w kwestii tego, że taka konstrukcja gramatyczna w języku polskim (jeszcze) występuje, o ile zgadzaliśmy się w sprawie jej źródeł, tak nie umieliśmy podać jej przykładu. Kombinowaliśmy, próbując dopasować do tego na przykład słowa takie jak drzwi czy spodnie, ale to jednak jest liczba mnoga. Jeśli kogoś interesuje, dlaczego drzwi i spodnie (ale też na przykład nożyczki) występują wyłącznie w liczbie mnogiej, można o tym przeczytać tutaj , nie o tym miała być ta część wpisu.


Ta część wpisu miała być o liczbie podwójnej i przykładami użycia takiej liczby podwójnej, reliktami naszej językowej przeszłości, jest taka odmiana słów, którą wyrażamy w formach takich jak oczyma lub rękoma. Ta liczba podwójna wskazuje na to, że mowa jest o dokładnie dwóch elementach bo, biorąc za przykład choćby odmianę słowa ręka, z łatwością powinniśmy móc rozróżnić, że kiedy powiemy rękami, możemy mieć na myśli ręce kilku osób, tych rąk może być dowolna liczba; kiedy jednak powiemy rękoma, mamy (a raczej powinniśmy mieć, bo to różnie się przecież zdarza) na myśli dwie ręce, należące na dodatek do tej samej osoby. Więcej przykładów można znaleźć tutaj .


I to by było na tyle w tym odcinku cyklu #wpustejszklancepomarancze . Opuszczam Was teraz i idę zająć się jakimiś pożytecznymi rzeczami, które to mam zamiar wykonać własnymi rękoma. Do zobaczenia – być może – za jakiś czas!


===


*raczył był – przykład użycia czasu zaprzeszłego, również reliktu językowego; odpowiednik powszechnie używanego w języku angielskim do dziś used to be.

@George_Stark eh, próbuje człowiek sobie na koniec tygodnia popracować to nie dadzą. Teraz siedzę i się przez linki i artykuły o staropolszczyźnie przedzieram i czytam. Tymi oczyma...

Zaloguj się aby komentować

Tylko 679 słów, no ale to takie napisane na szybko rozwinięcie pomysłu, który przyszedł mi do głowy przed spaniem, jeszcze w dodatku pisane na telefonie (da się, jak się okazuje, choć cholernie to niewygodne), a nie wiem czy znajdę czas żeby je poprawić. Nie mówiąc już o tym, że mógłbym o tym opowiadaniu zapomnieć, a może byłoby go wtedy szkoda?


***


Imperator


O Imperatorze mówiono różne. Rozmaite historie krążyły na jego temat. Jedni mówili, że ma pociąg do pedałów, inni z kolei twierdzili, że na wieczność obrósł w piórka. Jak było z nim naprawdę? – ciężko powiedzieć. Nikt spośród ludu nie widział nigdy tego człowieka w jego własnej osobie, ukazywał się on się bowiem ludowi wyłącznie za pośrednictwem swojego awatara. Kiedy zaś awatar ten pojawiał się w okolicy, wzbudzał w ludzkich sercach strach i trwogę. Kładł się ten awatar na ekranach czernią, mrokiem straszliwym, i tylko w centrum tego mroku bielą przeraźliwą bieliły się zarysy wąsów nad którymi dało się dostrzec (jeśli ktoś potrafił przezwyciężyć przejmującą go zgrozę i popatrzeć wyżej) równie biały zarys okularów i kasku ochronnego – Imperator był bowiem wyznawcą religii behapistycznej.


Mówiono, że kiedy grudziądzka wyrocznia, @Patkapsychopatka , ślepa jak sprawiedliwość i niema jak pająk, przemówiła głosem swojego posłańca wskazując w ten sposób, że to właśnie Imperator będzie kolejnym Organizatorem, Imperator ogromnie się z tego faktu ucieszył. Nie okazał on, rzecz jasna, tej swojej radości na zewnątrz – byłoby to niezgodne z tradycją, a on skrupulatnie dbał o swój image i PR. Tłumiąc tę radość w sobie nie poprzestał jednak na zwyczajowym narzekaniu: zaczął bluźnić i ubliżać bogom, oskarżając ich o nepotyzm i kolesiostwo, a także o wywieranie wpływu na wieszczkę. Bogowie niewiele sobie z tego robili, niewiele zresztą mogli też na to poradzić, a nawet gdyby mogli, Imperator nie bardzo by się tym wszystkim przejął. Nie wierzył on bowiem w bogów. Wierzył w środki ochrony osobistej i dyrektywę 2006/42/WE, zwaną dyrektywą maszynową.


Jak powiedzieliśmy, o Imperatorze niewiele było wiadomo. On sam twierdził, że ma córkę, ale czy rzeczywiście tak było, czy rzeczywiście było to jego dziecko, czy tylko wytwór jego chorej wyobraźni? – tego z całkowitą pewnością stwierdzić nie sposób. A jednak to właśnie ta córka Imperatora jest bohaterką niniejszej legendy, choć jest jej bohaterką tragiczną.


Mówią, że kiedy zbliżał się termin Rozstrzygnięcia pogoda była piękna i Imperator poczuł zew pedała – silną wewnętrzną potrzebę wyjścia no rower. Cóż jednak robić, kiedy na ocenę czekało tyle opowiadań?


– Córko moja! – zawołał Imperator ze swojego tronu. – Pozwól no tutaj do mnie na moment.

– Czego sobie ode mnie życzysz, Ojcze? – zapytała córka.

Imperator próbował wrobić ją w wybór najlepszego z opowiadań, ona jednak Imperatorowi odmówiła:

– Nie! – powiedziała.


– “No nie! Tak być to nie będzie! Jakiś szacunek się w końcu chyba ojcu należy?!” – pomyślał Imperator i, żeby zmusić córkę do wykonania polecenia, wysłał ją na niezamieszkałą planetę w układzie króliczej gwiazdy Star Bugs, która nie poruszała się ruchem ciągłym po orbicie eliptycznej zgodnie z prawami Keplera, ale nieregularnym ruchem skokowym, zgodzie z prawami Warnera-Brosa. Wysłał ją tam razem ze stosem opowiadań i przysyłał jej dziennie tylko jednego bajgla i jedną ginger spice latte żeby nie umarła tam z głodu i pragnienia. Dzień na tej planecie według jej czasu lokalnego był jednak dużo dłuższy niż wszystkie znane nam dni na innych planetach, Imperator więc niezanadto się na utrzymanie tej swojej córki wykosztował.


Mówią, że córka Imperatora uległa w końcu ojcu, że wybrała zwycięskie opowiadanie, choć nawet w podaniach i legendach nie zachowała się informacja, które opowiadanie to było (nie wspominając już o jego treści) i kto wtedy ten konkurs wygrał, ani kto w nim uczestniczył. Mówią też, że córka Imperatora od czytania idiotycznej twórczości ludu postradała zmysły. Że popadła w szaleństwo. Że uciekła z miejsca, w którym uwięził ją ojciec i że wybrała życie pustelnicze. Że wyemigrowała w najdalsze krańce Wszechświata, tam gdzie już od dawna nikt się nie zapuszczał, bo i nie było się tam zapuszczać po co. Że osiadła na zniszczonej wojnami atomowymi planecie zwanej niegdyś Ziemią, że zamieszkała tam na plażach krainy zwanej niegdyś Grecją. Że z obawy przed tym, żeby nie zobaczyć już nigdy więcej żadnych liter, które mogłyby się ułożyć w jakieś kolejne kretyńskie opowiadanie z własnej woli wybrała ślepotę mocno zaciśniętych powiek. Podobno po dziś dzień siedzi tam na tej plaży z zamkniętymi oczyma i, wykorzystując asystenta głosowego w swoim zasilanym energią jądrową smartfonie, układa za pomocą pieśni plan jak zainfekować koniami trojańskimi telefony i komputery wszystkich użytkowników, którzy wzięli udział w XVIII edycji konkursu #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem.

@George_Stark xd

Śpieszę poinformować, że Imperator świadom niedoskonałości zapisów i przepisów zawartych w Dyrektywie 2006/42/WE, zdążył ją już zmienić. Dwukrotnie. W 4 roku ery AH (After Hejto), w dniu 1470 Nowego Kalendarza, w życie weszły Rozporządzenie 596/2009/WE oraz nowa Dyrektywa 2009/127/WE, które chronią image Imperatora w sposób absolutny - nawet przed panteonem bogów.


Ponad to, w odnalezionych niedawno fragmentach dzienników, odkryto zapisy świadczące o tym, że Córka Imperatora, będąca jak on sam cudownym dzieckiem dwóch pedałów, faktycznie przebywa na zesłaniu. Jednak powrót jej został przepowiedziany na dzień 1473 Nowego Kalendarza, co potwierdzają obserwacje astronomiczne szalonych orbit planet w układzie króliczej gwiazdy Star Bugs, które to planety znajdą się wtedy w koniunkcji zwanej Ferios Finitos. Powrót jej zwiastują również inne znaki. W szczególności coraz częściej odbierane sygnały radiowe o treści "Ojcze, zaprawdę powiadam Ci, kasa mi się kończy"...


To rzekłszy, Imperator oddalił się do swoich komnat, gdzie wezwały go obowiązki związane z tworzeniem idiotycznej twórczości, którą - ze skrzętnie ukrywaną radością - będzie mógł się dzielić, ukryty za mrocznym wizerunkiem swojego awatara.

@George_Stark tak w ogóle, to nie wiem czym sobie zasłużyłem na takie wyróżnienie, ale skoro już stałem się bohaterem Twojego opowiadania, to chyba nie zostało mi nic więcej do osiągnięcia w życiu i mogę umierać w spokoju i spełnieniu. Dziękuję.

Zaloguj się aby komentować

Coś nie wychodzi mi dzisiaj zasypianie, więc zająłem się czymś pożytecznym i rozwinąłem pierwszą myśl jaka mi przyszła do głowy po przeczytaniu tematu XVIII edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem. W taki oto sposób powstało poniższe opowiadanie.


Opowiadanie to osadzone jest bardziej w konwencji fantasy, w baśni trochę być może, albo i w realizmie magicznym nawet, jeśli ktoś by się na taką opcję zdecydował uprzeć, bo z całym tym sf to raczej mało jest mi po drodze. No ale: mając zasady w najwyższym jednak poszanowaniu, zdecydowałem się wprowadzić do opowieści również pierwiastek fantastyczno-naukowy.


To jest już kolejna wersja tej samej historii, a moje silne wrażenie, że można by ją opowiadać wciąż od nowa i od nowa coraz bardziej przeistacza się w coś jeszcze silniejszego. W coś w rodzaju pewności.


846 słów, proszę:


===


Jak dziwnie płynie ta Wisła


Płynie, wije się rzeczka

jak błyszcząca wstążeczka,

tu się srebrzy, tam ginie,

a tam znowu wypłynie.


Julian Tuwim, Rzeczka [fragment]


***


Ta rozmowa nie wyglądała tak, jak miała wyglądać. Nic nie szło w niej zgodnie z planem, zarówno z planem jej, jak i z planem jego, bo oboje mieli na tę rozmowę opracowane swoje własne, niezależne od siebie plany.


Spacerowali nad Wisłą. Ona, ubrana w różową bluzę-kangurkę i on, wypychający od czasu do czasu prawy policzek przy użyciu języka, którym sięgał do dokuczającej mu od dawna górnej ósemki. Tak jakby taki zabieg mógł mu jakoś pomóc. Jakby mógł w jakiś sposób ten jego ból zęba złagodzić.


Okolica była znajoma – mieszkali już w końcu od jakiegoś czasu w Grudziądzu, gdzie żyli na kocią łapę – a jednak wydawała im się jakaś inna niż dotychczas. Nie byli tym wcale zdziwieni, tak jak i od dawna nie dziwiły ich też bezustannie spływające rzeką zwłoki. Za każdym razem, kiedy wybierali się w to miejsce na spacer, wydawało im się, że Wisła płynie trochę inaczej niż płynęła poprzednio.


– Wszystko płynie – żartował czasami Jerzy, a Pacha śmiała się z tych jego dowcipów. To im wychodziło, takie rozmowy im się udawały. Umieli się razem śmiać i żartować. Tak jak i potrafili rozmawiać o zwykłych, codziennych sprawach, tak jak potrafili dzielić się ze sobą swoimi obserwacjami:


– Jerzy, a ta jabłonka to nie rosła ostatnio na tamtym brzegu? – zapytała Pacha. – Nie no, rosła! Na pewno tam rosła! Przecież pamiętam! Siedziały na niej trzy sikorki i mazurek jeszcze na niej siedział. Co mnie zdziwiło, bo mazurki to przecież występują bardziej na wsiach, w miastach to raczej wróble. No a tu przecież jest miasto! Nie no, na pewno tam rosła, przez tego mazurka to pamiętam!

– Patrz, a ten wysoki gość z psem? – powiedział Jerzy. – Ten, tam po drugiej stronie. Wydaje mi się, że przed chwilą się z nim mijaliśmy.

- Może na takich długich nogach szybciej dochodzi się do mostu? - tym razem zażartowała Pacha, a Jerzy roześmiał się z jej dowcipu.


Tak, umieli ze sobą żartować. Nie umieli jednak rozmawiać o sprawach poważnych. Za każdym razem, kiedy tylko któreś z nich podejmowało próbę skierowania rozmowy na rzeczy fundamentalne, na kwestie dotyczące ich związku i ich przyszłości, wtedy gdzieś wewnątrz ciała pojawiał się jakiś dziwny impuls, jakieś napięcie blokujące w krtani te słowa, które już dawno powinny zostać wypowiedziane.


Tak było i wtedy, kiedy tamtego dnia spacerowali nad Wisłą, a ich rozmowa nie przebiegała według planu. Już to jedno, to drugie miało zamiar przerwać tę bezsensowną paplaninę, która się między nimi rozgrywała i wreszcie powiedzieć to, co miało do powiedzenia, ale właśnie w tym momencie pojawiało się to mrowienie w kąciku ust, to drętwienie którejś dłoni albo ten nieprzyjemny ucisk w żołądku. Wtedy dawali za wygraną. Odkładali te zaplanowane słowa na później.


Mimo że nie zrobiło tego żadne z nich, to ich paplanina została tamtego dnia przerwana. Przerwał ją ogromny huk, huk który nagle dobiegł od strony miasta. Był to ryk czterech silników rakietowych. Absolutnie tajny projekt kolonizacji Marsa opracowany przez grudziądzkich uczonych w absolutnej tajemnicy i ekspresowym tempie został ogłoszony zaledwie wczoraj, a już dziś z kosmodromu zbudowanego pod przykrywką prac konserwatorskich na terenie Fortu Wielka Księża Góra startowała rakieta, którą pierwsi ziemscy osadnicy mieli dotrzeć na Czerwoną Planetę. Oboje obserwowali tę wznoszącą się kosmiczną Santa Marię w milczącym podziwie.


- "Skoro oni potrafią dokonywać takich rzeczy, to dlaczego mnie tak trudno jest powiedzieć jej tych kilka słów?" - pomyślał wtedy Jerzy.

- "Skoro oni potrafią dokonywać takich rzeczy, to dlaczego mnie tak trudno jest powiedzieć mu tych kilka słów?" - pomyślała wtedy Pacha.


I właśnie wtedy oboje jednocześnie się zdecydowali. Nastąpiło przełamanie, jak gdyby energia z silników startującego pojazdu kosmicznego wlała się w ich ciała i dusze. Jerzy przyklęknął i przez chwilę mocował się z własną kieszenią, w której miał schowany zaręczynowy pierścionek. Nie potrafił sobie poradzić z wyciągnięciem go i dopiero kiedy spojrzał na kieszeń uświadomił sobie, że jest ona zasunięta. Rozpoczął mocowanie się z zamkiem błyskawicznym. Pacha w tym czasie zamknęła oczy i brała pierwszy z trzech głębokich wdechów, za pomocą których miała zamiar opanować emocje przed zbliżającą się wypowiedzią.


- Wyjdziesz za mnie? - zapytał Jerzy, był bowiem przekonany, że to właśnie Pachę chce w tym momencie pojąć za żonę.

- Odchodzę! - powiedziała Pacha, nie była już bowiem w stanie znosić dłużej odoru z ust Jerzego powodowanego przez jego gnijącą górną prawą ósemkę, której za nic w świecie nie chciał wyleczyć.


Cisza. I on, i ona nie usłyszeli żadnej odpowiedzi drugiej strony na te swoje nagłe wyznania. Jerzy oderwał wzrok od kieszeni, Pacha rozwarła powieki. Nic. Pusto. Przed Jerzym nie stała Pacha, przed Pachą nie klęczał Jerzy.


Jerzy poderwał się z klęczek, Pacha rozglądała się dookoła. W końcu dostrzegli siebie nawzajem: stali na dwóch przeciwnych brzegach. Jerzy gestami dał Pasze znać, żeby skierowała się na południe, w górę rzeki. Tam, gdzie stoi most im. Bronisława Malinowskiego.


Spotkali się na środku przeprawy. W milczeniu wrócili razem do domu i wszystko było jak dawniej. Było jak zwykle: znów nie powiedzieli sobie tego, co mieli sobie nawzajem do powiedzenia. Tylko pod znajdującą się na wyspie na środku rzeki jabłonią stał wysoki mężczyzna z psem. Schylił się, podniósł jedną z leżących w trawie papierówek, wytarł ją o sweter i z rozkoszą zatopił zęby w słodkim, kruchym owocu.

@George_Stark dopiero nadrabiam zaległości. Ciekawe, lekkie i zabawne. A tak swoją drogą to tyle lat tu mieszkam a nigdy się do tego fortu nie wybrałem. Chyba trzebaby to zmienić.

Zaloguj się aby komentować

Każda epoka, nie tylko romantyzm, ma swój własny romantyzm, a każdy romantyzm ma z innymi romantyzmami tyle wspólnego, że się za czymś tęskni. Silnym motywem najbliższego mi kulturowo, bo polskiego romantyzmu była tęsknota za ojczyzną, więc i o tym właśnie napisał mi się poniższy wytwór, bo temat ten znam z autopsji. No a pan Hemingway twierdził ponoć – bo zawsze dobrze się na jakiś autorytet powołać – że jeśli pisać, to tylko o tym czego się samemu doświadczyło.


Modlitwa powracającego emigranta


Gdyś już nasycony świata jest bezmiarem,

gdy cknisz za ojczyzną i jakoby karę

znosisz dni ostatnie: tak tęsknisz do lotu!

Bo już się nie możesz doczekać powrotu

do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,

do bigosu, żurku, pierogów, kopytek,

do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,

bilbordów przy jezdniach, plastików palonych

i do gówna w Wiśle, do ryb śniętych w Odrze!

Więc spraw, Panie Boże, żeby było dobrze:

daj powrót szczęśliwy na ojczyzny łono!

Niechaj orzeł biały otoczy obroną

– skrzydłem niech okryje! – pisklę po powrocie;

pisklę marnotrawne – nie szczędź jemu pociech,

jak biblijny ojciec nie odrzucił syna.

Pod skrzydłami swemi teraz je zatrzymaj!

I trzymaj je mocno! I możliwie długo!

Niech ma życie barwnie - wszak jesteś papugą

narodów. Albo może pawiem?


Tylko jedną prośbę jeszcze Ci wystawię,

niechże moje modły ku Tobie polecą:

daj mu, Boże, euro po cztery pięćdziesiąt.


#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Trzy rzeczy.


Po pierwsze, to nastąpił wysyp wytworów w tej LXII edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem , co cieszy, a jeszcze bardziej cieszy, że wysyp ten objawia się liczbą wytworów w granicach rozsądku, bo jednak jakieś tam podsumowanie tej edycji będę musiał w końcu napisać.


Po drugie – i to cieszy również – wysyp wytworów może świadczyć o tym, że przypuszczenie moje o łatwości rymowania do tekstu pana Kazika Staszewskiego było słuszne, co wnioskuję tak z liczby do tej pory opublikowanych wytworów, jak i z własnych doświadczeń, bo kolejne wiersze pojawiają się u mnie w głowie same z siebie.


Po trzecie wreszcie: koniunkturalizm. Bo oto, kolejny już zresztą raz, postanowiłem znów odciąć kupon od mojego opus magnum i napisać o tym, co też zdarzyło się naszej parze po powrocie z podróży poślubnej do Rzymu. Pamiętacie może, że Jerzy miał problem z górną ósemką? Pacha słała go dentysty – i miała rację! – Jerzy jednak, całkowicie po męsku, tę dobrą radę zupełnie zlekceważył, wobec czego sprawy posunęły się dalej. Można wręcz powiedzieć, że posunęły się za daleko:


Zgryzota


– „Ten ortodonta coś długo go trzyma” –

martwi się żona (zwie ją Ptaszyna),

a w gabinecie siedzi Ostrowski,

któremu rosną górne dziewiątki.


Z powodu tych wizyt ogromna kasa

im z konta znika – na fundusz zgłasza,

urzędnik odmawia grobowym tonem:

– Za tenże zabieg nie będzie zwrócone.


Jerzemu już nawet się przyssać nie zdarza,

choć żona co wieczór okazje mu stwarza

z rozkładu pożycia zupełnie nierada;


on się zaś przy niej kładzie, lecz siada,

jakoś nie może – z nerwów go miota

problem ze zgryzem. Czyli zgryzota.

@George_Stark Dla mnie #panjerzy okazał się dziełem proroczym bo na następny rok wylądowałem w Grecji. Co prawda nie w celach zarobkowych ale jednak. Może więc wyszarpnij 264 złote na bilety do Rzymu, bądź Gorzowa i zabierz tam @UmytaPacha

Zaloguj się aby komentować

Dobrze pszepaństwa najmilszego. Porobiłem se jaja, poświntuszyłem se trochę, no to powinienem być spełniony. A tu tera jeszcze coś takiego bardziej serio mi się ułożyło. Samo! Więc proszę:


***


Resuscytacja krążeniowo-oddechowa


I wtedy czas się nagle zatrzymał,

jakby w zegarku pękła sprężyna,

drgać jakby przestały kwarcowe cząstki,

otwór w klepsydrze się zrobił zbyt wąski;


materia się wtedy zaczęła rozpraszać,

kpiąc sobie nagle z fizyki zasad,

jakby nie było nigdy Newtona;


i wtedy poczułem, że jest coś ponad,

że warto było przestrzegać przykazań,

i ogarnęła mnie niemal ekstaza;


i to wrażenie: jak gdym spadał,

i świat się skleił, i czas biegł nadal,

i klęczał nade mną w czerwieni chłopak.

Ktoś go pochwalił: "Dobra robota".


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Ten pierwszy wers z poprzedniego wytworu za nic nie chciał dać mi spokoju, więc lekko go przeredagowawszy, postanowiłem go ponownie wykorzystać. Dawno nie było przecież wytworu erosomańskiego, prawda?


I tylko nie jestem pewien czy dedykować ten wytwór tym, którzy mają hopla na punkcie włosów, tym którzy mają kosmate myśli, czy może miłośnikom natury po prostu?


***


Bober


Stach nad Wisłą co dzień dyma,

Kaśka nogi w górze trzyma,

majtki jej krępują kostki.

Zapomniała zgolić włoski!


Gładsza byłaby Natasza,

ale poszła do Łukasza;

miał ochotę na Ilonę,

lecz szła Kaśka. To był moment!


No więc Stachu się nie zraża,

bober nic go nie przeraża,

nawet Kaśka mu się nada,

Stachu w końcu tak powiada:


"Tam gdzie rzeki, drzewa, błota,

tam i bobra trafisz okaz".


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark Ehh, mojej świętej pamięci dziadek sypał takimi rymami jak z rękawa. Jak powyższe czytałem to jakbym w głowie głos dzidka słyszał...

Zaloguj się aby komentować

Artysta koniunkturalny, wiadomo, ma za zadanie zadowolić jak najszersze grono odbiorców. Możliwe wszystkich, najlepiej by było. Wątków LGBT chyba jeszcze w swoim cyklu sonetów grudziądzkich nie poruszałem, więc przyszła pora na to aby tę lukę uzupełnić:


Tradycyjny, lokalny patriota, acz z nutką nowoczesności


Stach nad Wisłę co dzień dyma,

na ramieniu worek trzyma;

worek trzyma, w worku zwłoki:

patriota to grudziądzki.


Była mama, był już tata,

topił siostrę, topił brata,

dzisiaj idzie topić żonę.

Skończą ludzie się za moment

z rodowego inwentarza!


Stachu jednak się nie zraża,

nie narzeka i nie biada.

Na deficyt taka rada:

jak to czyni Europa,

Stachu weźmie męża. Chłopa!


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Dziś nie będzie długich wstępów. Nie będzie szerokiego przedstawiania motywów dla których to właśnie ten a nie inny utwór zdecydowałem się jako utwór #diproposta zaproponować w rozpoczynającej się właśnie LXII edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem . Ot po prostu: siedziałem sobie, słuchałem muzyki z Youtube i kiedy przeczytałem tę przygnębiającą wiadomość, że wieńcem zwycięstwa (z liści być może wcześniej opadłych?) to właśnie moją skroń koleżanka @Wrzoo zdecydowała się – nie podejrzewam jej o złośliwość – udekorować, w głośnikach rozlegał się akurat utwór Nie lubię już Polski .


– „Kurczę, w sumie fajny jest ten tekst” – pomyślałem sobie wtedy. – „No i nie powinno być trudno czegoś do niego ułożyć” – tak sobie na dodatek jeszcze wtedy przypuściłem.


Sprawdźmy więc to moje przypuszczenie. Oto i tekst autorstwa pana Kazika Staszewskiego:


***


Kazik Staszewski

Nie lubię już Polski


Kolejna zima, a śniegu ni ma

Ja tego nie mogę wytrzymać

Gdy byłem młodszy, byłem bardziej beztroski

Nie lubię już Polski!


Kolejna wiosna wasza, nie nasza

Oleksy, Kwaśniewski – rządząca klasa

A orzeł tyle, że dostał koronę

Korona zdobi komunę!


Kolejne lato, sopocka plaża

Sopocka plaża syfem zaraża

A w sierpniu pogonią się znowu stada

Święto muzyki to zdrada!


Kolejna jesień – syfiasta, nie złota

W ciągłym mroku chlupie j⁎⁎⁎na hołota

O dwadzieścia siedem godzin, drogi kolego

Dzień krótszy od najdłuższego


Kolejny koncert, czego byśmy nie grali

– Polska! – ryczy pół sali

Gdy byłem młodszy, byłem bardziej beztroski

Nie lubię już Polski!


***


Tekst zdecydowałem się przytoczyć w całości, żeby jednak zbytnio nie obciążać zapracowanych poetów, zadanie konkursowe obejmuje tylko czternaście jego pierwszych wersów – tych z pogrubionymi końcówkami. Można oczywiście, nie mam nic przeciwko, zarymować sobie do całości. Tak jak nie mam też nic przeciwko żeby ktoś przesłał mi swój wiersz anonimowo, a ja go zamieszczę poprzedzając tylko odpowiednią notatką. Nie wymagam tego oczywiście, choć nie jestem też pewien, czy nie popełniam tutaj błędu. No ale trudno, najwyżej będę żałował.


Konkurs rozstrzygniemy za tydzień, 07.02.2025 według zasad które zostaną stworzone w miarę potrzeb, odpowiednio do rozwoju sytuacji konkursowej.


Uczestnikom życzę dobrej zabawy i powodzenia, a sobie wysokiej frekwencji, choć w granicach rozsądku.

Zaloguj się aby komentować

Wczoraj kolega @KLH2 napisał pięknie, że poezja musi recenzować rzeczywistość. A rzeczywistość bywa niestety taka, że atakuje nas od czasu do czasu. Więcej! Bywa też i tak, że rzeczywistość atakuje nas wciąż tymi samymi sposobami, zachowując przy tym jeszcze pewną regularność, co może świadczyć o jej wyrachowaniu albo i o pewnym jej cynizmie nawet. Tak jak to jest na przykład z cyklicznym, corocznym nadejściem zimnej, szarej i deszczowej jesieni.


Na szczęście natura (poprzez ewolucję) bądź też cywilizacja (poprzez kulturę i wychowanie) wyposażyła nas w pewne mechanizmy, które pozwalają nam może nie tyle te ataki odpierać, to wydaje się niemożliwe, co sobie z nimi w jakiś tam sposób radzić. Jednym z takich sposobów może być tej rzeczywistości zaklinanie. I nic to, że rzeczywistość pozostaje wobec tego naszego zaklinania całkowicie obojętna. Ważne jest to, że – choć nic się nie zmienia – to zaklinającemu robi się nagle jakoś lepiej.


Pora roku może do tematyki nieadekwatna, no ale taki wiersz #diriposta w kolejnej edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem zdarzyło mi się napisać, więc go publikuję:


***


Ostatni liść topoli


Obawiałem się, że spadł.

Pokonało by to mnie –

ugasiło życia żar;

ale z ulgą patrzę: jest.


Wszystko by zaczęło gnić

gdyby puścił gałązkę,

gdyby upadł na glebę.

Ja bym chyba umarł też.


Już jesienią obrósł pień

tej topoli, tylko gdzieś

jeden żywy został liść.


Nie da rady mu jesień,

on ją trzyma w dystansie:

wiś więc liściu! Wiecznie wiś!

@George_Stark właśnie z mojej kawy od dwóch tygodni potwornie opadają liście. I jak Ty, mówię do każdego z nich: "wiś, liściu!", bo chyba niedługo taka łysa zostanie

Zaloguj się aby komentować

W związku z tym, że w LXI edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem zadanym tekstem di proposta jest wiersz(?) oparty o wyrażenie w języku obcym, to i ja postanowiłem się o jakiś język obcy oprzeć, co by nie wyszło na jaw, że żadnym językiem obcym nie posługuję się w stopniu zadowalającym. I tak się jakoś stało (samo!), że tym językiem obcym jest język wroga. A jak język wroga, to wiadomo: od razu pojawia się cała nasza historia i martyrologia, a wraz z nią i szowinizm i nacjonalizm i jeszcze wszystkie te inne podniosłe sprawy (czy, żeby sprawy mogły być podniosłe, to musiały wcześniej upaść, tak jak Jezus upadał pod ciężarem krzyża?; czy, jeśli upadały, to czy przy okazji tego upadku się przypadkiem trochę nie pobrudziły, a przynajmniej nie przykurzyły się nieco?). Niemniej jednak: Polska dla Polaków, Ziemia dla ziemniaków, księżyc dla księży a Wisła dla Grudziądzczan, o czym przekonał się pewien Hans, który, również mając swoją historię (i być może również martyrologię, inną jednak, rzecz jasna, od naszej) przyjechał w wiadomym celu do miasta, które dla niego ciągle nosi nazwę Graudenz, tak ja to było kiedyś, jeszcze za czasów, gdy po tym mieście Graudenz chodzili jego przodkowie w białych płaszczach z czarnym krzyżem na plecach:


***


So ist das Leben


Nad Wisłę przyjechał raz Hans

i żonę swą zabrał tam też;

nad Wisłą utopców trwał bal –

Hans żony chciał pozbyć tam się.


Bo żona zaczęła mu gnić,

nie zakonserwował jej nic,

rozkładał mu żonę już tlen,

chciał w Wisłę cisnąć ją hen.


So ist das Leben – już wie,

nad Wisłą przekonał się,

gdzie z planów nie wyszło mu nic.


So ist das Leben – musicie

niemieckich trzymać się rzek:

Hans, weź nad Łabę ty idź.

Zaloguj się aby komentować

Padł ostatnio pod moim adresem zarzut, że zamiast pisać jerzowskie sielanki, to piszę jakieś hocki klocki . Choć gatunek określony przez organizatorkę trwającej właśnie w kawiarni #zafirewallem kolejnej (której?) edycji zabawy #naopowiesci nie pozostawia mi wiele możliwości manewru, to zrobiłem co mogłem i, pozostając w gatunkowych ramach horroru (apokalipsa zombie, mam nadzieję, się do horroru zalicza?), postarałem się o sielankowe, szczęśliwe zakończenie kolejnego wariantu tej samej chyba historii. Tak że, spoilerując trochę zakończenie: żyli. Nie mam, co prawda, pojęcia czy żyli długo i szczęśliwie, no ale żyli. A to już zawsze coś.


Uwaga! Tekst ponad dwukrotnie przekracza zadaną maksymalną dopuszczoną do konkursu długość. Można to zrzucić na karb mojego poszanowania zasad, można rozpatrywqćć to przez pryzmat dyspensy długościowej, której udzieliłem sobie sam z racji tego, że dwa poprzednie moje opowiadania były jednak krótsze niż można było napisać, można ukarać mnie za to jakimiś punktami karnymi, jak to drzewiej w zasadach poprzednich edycji bywało, choć w zasadach obecnej edycji nie ma ani słowa o konsekwencjach ich nieposzanowania. Ale można też (co zalecam!) mieć pretensje do bohaterki opowiadania, która to w pewnym momencie postanowiła zasunąć mi tak długi monolog, że aż się sam przy spisywaniu tego monologu zmęczyłem.


***


Jest tak, jak powinno być


Ulica Marszałka Focha, główna arteria komunikacyjna Grudziądza, stała. Wjazd w nią blokował zatrzymany na środku skrzyżowania, skręcający z ulicy Dworcowej tramwaj, który zastygł w połowie wykonywanego manewru, wtedy kiedy nagle zanikło napięcie w zasilającej go sieci trakcyjnej. To jednak nie ten unieruchomiony tramwaj linii T2 był przyczyną całkowitego zatrzymania ruchu nie tylko w centrum miasta, nie tylko w całym Grudziądzu i nie tylko w województwie Kujawsko-Pomorskim, czy też w całej Polsce, a może nawet i poza jej granicami. Równocześnie z zanikiem napięcia zgasły też silniki większości samochodów znajdujących się wtedy w ruchu. Dlaczego tylko niektórych? I jak daleko rozprzestrzeniła się ta katastrofa, ta apokalipsa, która tak niespodziewanie spadła wtedy na świat – a może tylko na część świata? – tego nie było wiadomo. Nie było też wiadomo co było jej przyczyną. Nie było na ten temat żadnych ogólnodostępnych przypuszczeń i spekulacji, nie powstawały żadne teorie spiskowe, których wcześniej, natychmiast po nastąpieniu nawet znacznie mniejszej skali zjawiska, w Internecie pojawiało się mnóstwo. Do zdezorientowanych ludzi nie docierały żadne informacje. W momencie katastrofy przestała działać wszelka oparta na elektronice komunikacja.


Aplikacje w telefonach komórkowych natychmiast przeszły w tryb offline, w taki tryb przeszły również Mapy Google, które większość kierujących wykorzystywała do nawigacji, a nawet kiedy nie tej nawigacji nie potrzebowali, kiedy znali miasto i tak w większości mieli tę aplikację uruchomioną, używali jej bowiem do wyznaczenia optymalnej trasy, która omijałaby korkujące się ulice.

– Noż k⁎⁎wa! Co jest, do c⁎⁎ja?! – rzucił sam do siebie elegancki zasiadający za kierownicą granatowego Opla Insigni, którego silnik z nieznanego powodu nadal pracował. Mężczyzna ten przeniósł wzrok na wbudowany w deskę rozdzielczą samochodu ekran. – Przecież nie pokazuje mi tutaj żadnego korka, do c⁎⁎ja!

Mężczyzna spojrzał na zegarek. Wziął trzy głębokie oddechy.

– „Noż k⁎⁎wa! Ja pi⁎⁎⁎⁎lę! Spóźnię się, do c⁎⁎ja!” – pomyślał już spokojniej.

Na spóźnienie nie mógł sobie jednak pozwolić, był przecież przedstawicielem Rady Miasta i był umówiony na spotkanie z delegatem Ministerstwa Kultury, a spotkanie to miało dotyczyć kandydatury miasta Grudziądza do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury.

Mężczyzna, wiedziony silnym poczuciem obowiązku, wyłączył więc silnik, wysiadł z samochodu i piechotą udał się do pobliskiego Centrum Kultury Teatr, gdzie miał umówione to niezwykle ważne spotkanie. Wydawało mu się, że powinien na nie zdążyć.


Cierpliwość jest cechą mocno indywidualną, stąd inni kierujący, którzy utknęli w tym niespodziewanym korku w różnym odstępie czasowym szli w ślady kierującego Oplem Insignią. Jedni porzucali swoje auta wcześniej, inni robili to później. Jeszcze inni, ci najbardziej cierpliwi, ale również i ci, którzy nawet w obliczu katastrofy nie potrafili znaleźć w sobie nawet krzty zaufania do drugiego człowieka i, wiedzeni żądzą obrony stanu swojego posiadania, postanowili pilnować tej swojej własności aż do końca, zostawali w autach. Znajdowano ich później. Znajdowano ich rozkładające się zwłoki.


Katastrofa, oprócz zniszczenia, może nieść też za sobą inne niespodziewane skutki. Tak zdarzyło się również i w tym przypadku. Zatrzymany ruch drogowy w jednej chwili zakończył ponadstuletnią trójstronną wojnę, wojnę toczoną od czasu wprowadzenia na rynek pierwszego samochodu osobowego, Forda model T, wojnę toczoną pomiędzy zmotoryzowanymi, pieszymi i cyklistami. Nie były do zakończenia tej wojny potrzebne żadne negocjacje pokojowe, nikt nie musiał stawiać nikomu żadnego ultimatum, nikt też żadnego ultimatum nie był zmuszony przyjmować. Ta wojna zakończyła się samoistnie. Zakończyła się, bo zmieniły się okoliczności. Zakończyła się, bo kiedy ruch drogowy zatrzymał się, nie było już o co walczyć. Katastrofa pozostała, co prawda, bez wpływu na działanie odchodzących już powoli do lamusa klasycznych rowerów napędzanych siłą ludzkich mięśni, ale mało kto już w nowoczesnym mieście Grudziądzu wykorzystywał te archaiczne pojazdy do czegokolwiek. W ogóle mało kto wykorzystywał do czegokolwiek jakiekolwiek rowery, chyba że dostawcy jedzenia, oni jednak woleli korzystać z „rowerów” napędzanych silnikiem elektrycznym. I, być może nawet, ci dostawcy, zmuszeni okolicznościami, przesiedli by się na rowery mechaniczne, dostarczanie pożywienia jest bowiem jednym z podstawowych mechanizmów zapewniających funkcjonowanie jakiejkolwiek cywilizacji, gdyby nie to, że na skutek zaniku opartej na elektronice komunikacji nie otrzymywali żadnych zamówień. Na skutek zaniku opartej na elektronice komunikacji ludzie nie mieli jak tych zamówień składać. Ludzka cywilizacja chyliła się ku upadkowi.


– „Черт возьми, я не думаю, что у нас когда-либо была такая засуха.” – wpatrując się w ekran swojego iPhone’a myślał pochodzący z Rosji Iwan, student grudziądzkiej Wyższej Szkoły Demokracji, który po zajęciach, a często również w ich trakcie, dorabiał jako kurier rowerowy.

– „Ciekawe czy kupon w Lidl Plus mi zadziała? I czy będę mogła dalej zbierać Żappsy?” – zastanawiała się Weronika, młoda gospodyni domowa, kiedy kolejny raz uruchomiła ponownie telefon, postępując tak, jak ojciec pierwszego z jej piątki dzieci (jak on miał na imię?) zawsze jej radził, kiedy coś dziwnego działo się z jakim urządzeniem elektronicznym.

– „Rozkładać parasol czy nie rozkładać?” – głowił się Krzysztof, starszy mężczyzna, który swój telefon wykorzystywał głównie do sprawdzania tego, jaka jest pogoda, bo akurat ta informacja wyświetlała mu się od razu na ekranie głównym. Sam dzwonił raczej rzadko, nie bardzo miał gdzie. Połączeń przychodzących też nie otrzymywał wielu, tyle co od czasu do czasu zadzwonił do niego jakiś specjalista od fotowoltaiki – na co jednak bezdomnemu panele słoneczne? I gdzie w ogóle miałby je zainstalować?

– „Ciekawe co tam na najnowocześniejszym portalu dla starych ludzi?” – zastanawiał się wysoki mężczyzna, który, niewzruszony sytuacją, spokojnie spacerował przez miasto ze swoim psem.


W taki właśnie sposób Grudziądz przemienił się w miasto-widmo. Stał się miastem chodzących po ulicach zombie, wpatrzonych w swoje, równie jak oni półmartwe telefony, choć rzeczywistość mocno rozminęła się ze scenariuszami kreowanymi przez pisarzy-fantastów, którzy z mniejszym bądź większym rozmachem przedstawiali czytelnikiom zrodzone w ich chorych głowach wizje żywych trupów błąkających się po świecie w poszukiwaniu mózgów. Mózgów, które mogłyby wyrwać a później zjeść. Grudziądzkie zombie nie poszukiwały mózgów. Czuły, że nikt w całym Grudziądzu nie ma już nawet szczątków takiego organu jak mózg. Znały – być może intuicyjnie? – zjawisko atrofii, choć z powodu braku mózgu nie potrafiły go nazwać. Wiedziały jednak – być może z autopsji? – że narząd nieużywany zanika.


I do takiego właśnie Grudziądza trafili bohaterowie naszej opowieści: Pacha, nazwiskiem Umyta i Ostrowski, imieniem Jerzy. Dlaczego spotkali się akurat w Grudziądzu? Byli przecież umówieni w Głogowie, nad Odrą i to właśnie tam Pacha czekała cierpliwie na Jerzego. Czekała na niego kilkanaście dni. Jerzy jednak w umówionym miejscu spotkania uparcie się nie pojawiał, a nie pojawiał się w nim nie ze względu na złośliwość czy obojętność, ale nie pojawiał się w nim na skutek problemów z czytaniem ze zrozumieniem. Z wysłanego mu przez Pachę SMS-a, ostatniego SMS-a, jak się miało później okazać, którego Pacha kiedykolwiek wysłała i ostatniego, który Jerzy kiedykolwiek odebrał, wywnioskował, że miejscem spotkania jest Gorzów. I to właśnie w Gorzowie Jerzy czekał na Pachę tak cierpliwie, jak cierpliwie Pacha czekała na Jerzego w Głogowie.


Gdyby ta dwójka dotarła do Grudziądza wcześniej, gdyby znajdowali się w którymś z aut zatrzymanych na ulicy Focha, najpewniej to Jerzy byłby tym, którego ciało zostałoby znalezione w stanie rozkładu wewnątrz któregoś z zatrzymanych na ulicy pojazdów. To właśnie Jerzy cechował się bowiem większą niż Pacha cierpliwością. I to właśnie z tego powodu po upływie dwóch tygodni w czasie których ani Jerzy nie pojawił się w Głogowie, ani Pacha nie pojawiła się w Gorzowie, Pacha postanowiła skontaktować się ze swoim wybrankiem. Sięgnęła w tym celu po swój telefon komórkowy.

– „No nie! Motyla noga! Nie ma zasięgu!” – wyciągnęła słuszny wniosek na widok małego, pustego trójkąta, który wyświetlał się w prawym górnym rogu ekranu. Nie odkładając smartfona, ciągle wpatrując się w jego wyświetlacz, przespacerowała się w tę i z powrotem wzdłuż brzegu rzeki. W niczym to nie pomogło – znacznik zasięgu wciąż sygnalizował brak połączenia z siecią. Sygnalizował brak połączenia z siecią nawet wówczas, kiedy Pacha wspięła się na wierzchołek najwyższej w okolicy topoli.

– „No kurza stopa!” – pomyślała mocno już zdenerwowana sytuacją. Wówczas jednak dostrzegła siedzącego na gałęzi obok niej gołębia.

– „No dobra, załatwimy to inaczej.” – ucieszyła się na jego widok.


– „Ja wiem, że kobieta musi się spóźniać, taka już jej kobieca natura” – pomyślał Jerzy, którego znajomość kobiet była równie głęboka, co teoretyczna – „ale zaczynam się martwić. No nic. Poczekam jeszcze ze dwa tygodnie, a potem spróbuję się zorientować o co może chodzić.”

Po podjęciu tej męskiej decyzji Jerzy wrócił do przerwanego zajęcia i wyciągał z Odry co większe okazy spływających nią śniętych ryb. Rozkładał później na brzegu szeroko ręce, samemu przed sobą szczycąc się swoimi wędkarskimi osiągnięciami, po wędkarsku zawyżając nieco i tak już imponujące własne wyniki wędkarskie. To właśnie wtedy na jego lewym przedramieniu wylądował gołąb. Gołąb upstrzył rękę Jerzego guanem.

– „Za życia zostałem pomnikiem” – pomyślał nasz aspirujący wieszcz i rozmarzył się, oczami wyobraźni widząc już buldożery strącające figurę Adama Mickiewicza ze stojącego na krakowskim Rynku cokołu po to, żeby zrobić tam miejsce dla poety od Mickiewicza jeszcze większego. Kiedy ta wspaniała wizja dobiegła końca, optyka Jerzego ponownie skoncentrowała się na przyodrzańskiej rzeczywistości. Zauważył obrączkę na nóżce gołębia i wciśnięty za nią kawałek papieru. Opętała go dzika żądza. Papier oznaczał zapisane na nim słowa, a słowa wręcz fizycznie domagały się od niego tego, aby je przeczytać.


Po przeczytaniu wiadomości Jerzy natychmiast i bezzwłocznie, nie zabierając ze sobą żadnych rybich zwłok („Coś się upoluje po drodze, jak Hemingway” – pomyślał) wyruszył na północny wschód. Wyruszył w kierunku miasta Grudziądza. W tym samym kierunku wyruszyła też i Pacha, o czym poinformowała go w przesłanym za pomocą gołębia liście. W liście, w którym zmieniała miejsce spotkania na miasto, którego nie sposób pomylić z żadnym innym miastem na całym świecie.


Do Grudziądza Jerzy dotarł pierwszy. Nie dość, że miał bliżej, to jeszcze Pacha po drodze co i rusz zatrzymywała się po to, żeby pooglądać igrające w krzakach ptaki, a także przydarzyła jej się pewna nieprzyjemna przygoda.


Jerzy siedział w ogródku nieczynnej restauracji McDonald’s znajdującej się przy zbiegu ulic Marszałka Focha i Józefa Włodka, która była przedłużeniem ulicy Dworcowej. Wszędzie dookoła chodziły wpatrzone w telefony grudziądzkie zombie. Potrącały się nawzajem, wpadały na siebie i na znajdujące się na ulicy obiekty. Jedno z nich, niska blondynka o dziewięciu palcach, przez pół godziny uparcie uderzała czołem o przeszklony parkan mający osłaniać restauracyjny ogródek przed hałasem dobiegającym z sąsiadujących z nim, gwarnych niegdyś jezdni. Jerzy ignorował te żywe trupy. Spoglądał na zablokowanie skrzyżowanie. Oglądał stojący na jego środku zastygły w połowie manewru skrętu tramwaj linii T2 i zastanawiał się ile dałoby się za taki tramwaj wyciągnąć na złomie. Pieniądze by mu się przydały – tak myślał, był bowiem głodny i chciał kupić sobie coś do jedzenia. Po drodze okazało się, że żaden z niego Hemingway – nic nie udało mu się upolować. Może dlatego, że nie miał broni? Nie ruszał się jednak z ławki przed tą wykwintną restauracją serwującą niegdyś najwyszukańsze dania kuchni amerykańskiej. Obawiał się, że kiedy on oddali się w celu zdobycia pożywienia, właśnie wtedy na miejsce dotrze Pacha. Obawiał się, że widząc, że nie ma go na miejscu ustalonego przez nią spotkania obrazi się i gdzieś sobie pójdzie. I weź tu później szukaj wiatru w polu! Szukaj igły w stogu siana! A później weź się jeszcze i, z tego swojego oddalenia, weź się jej jeszcze wtedy wytłumacz!


Pacha nadeszła po trzech dniach. Nadeszła od zachodu, od strony Wisły. Nadeszła ulicą Włodka i to dlatego Jerzy, odwrócony w kierunku ulicy Dworcowej, jej nie zauważył. Tamtego dnia wiatr, delikatny kujawsko-pomorski zefirek wiał od strony Wisły niosąc ze sobą aromat mułu, wilgoci i tataraku. Niesione znad wody powietrze wolne było tamtego dnia od zwyczajnego dla grudziądzkiego odcinka Wisły zapachu trupów, przemienieni bowiem w zombie mieszkańcy miasta już od dłuższego czasu nikogo w Wiśle nie utopili – ot, tyle, co od czasu do czasu któryś z nieumarłych sam przez nieuwagę pogrążył się w topieli, ale dla Wisły było to tyle co i nic. Z taką nieznaczną liczbą zwłok Wisła radziła sobie bez problemu. Jerzy nagle wyczuł w powietrzu jeszcze inny zapach – zapach róży.


Perfumy nałożone na ciało u każdego człowieka zachowują się troszeczkę inaczej. Ten sam zapach u różnych osób przybiera różne odcienie. Zapachu róży, który wtedy poczuł, Jerzy nie mógł pomylić z żadnym innym zapachem na całym świecie. Nawet jeśli ten zapach był, tak jak się to tam wtedy w tym Grudziądzu zdarzyło, zapachem róży lekko przefermentowanej.

– Pacho! Jesteś! Różyczko ty moja! – krzyknął obracając się na ławce, po czym wstał i podbiegł w kierunku swojej ukochanej.

Różyczka wyglądała dokładnie tak samo jak pachniała: twarz miała upstrzoną wysypką – płaskie, różowe plamy zlewały się na niej ze sobą. Włosy miała w nieładzie, przetłuszczone, a końcówki były niepodcięte. Jerzy nie przejął się jej wyglądem, sam zresztą wyglądał nie najlepiej, czym również i Pacha się nie przejęła, Jerzy bowiem zawsze wyglądał nie najlepiej. Tylko ta niewiadomego pochodzenia biała, zaschnięta plama na jego lewym przedramieniu wydała się Pasze w jakiś niezrozumiały dla niej sposób nobilitująca.


Zerwał się więc wtedy Jerzy ze swojej ławki i podbiegł do Pachy, i porwał ją w ramiona, i w tych ramionach uniósł ją, i uściskał ze wszystkich swoich sił, których, wygłodzony, nie miał zbyt wiele, ale uścisk ten wzmocniony był całą tą tęsknotą, jaką przez ten nieskończenie długi czas rozłąki przeżywał i wzmocniony był też całą tą radością, jaką wstąpiła tam w niego z powodu tej nieskończenie długiej rozłąki zakończenia, był to więc, mimo osłabienia Jerzego, uścisk wyjątkowo silny.

– Auć – powiedział, coś bowiem wbiło mu się wtedy pod żebro.


„Nie ma róży bez kolców” – jak to powiadają, a tym kolcem, którym Pacha, ta róża Jerzego, ukłuła go wtedy po żebrem, była stłuczona szklana butelka umieszczona w kieszeni jej różowej, mocno przybrudzonej bluzy-kangurki.


– Przepraszam! Przepraszam cię, Jerzy – powiedziała Pacha, kiedy mężczyzna odstawił ją na ziemię. – Przepraszam! Z tej radości zapomniałam że schowałam sobie na później resztkę malinowego Kubusia. Wiesz jak trudno go teraz dostać? Ostatnią butelkę, małą zresztą, bo dużych to już chyba nigdzie nie ma, znalazłam w Biedronce w Łabiszynie. Zresztą, tę Biedronkę przejęli szabrownicy i grabią teraz ludzi, którzy przychodzą tam po zaopatrzenie. Wiesz ile oni wzięli ode mnie za tego Kubusia? Wiesz ile? DWIEŚCIE SZEŚĆDZIESIĄT CZTERY złote wzięli, bandyci jedni! Moje ostatnie pieniądze wzięli! Ostatnią moją gotówkę! Ale co ja mogłam?! No sam powiedz: co ja wtedy mogłam?! Jak w taką długą podróż miałam się udać bez malinowego Kubusia?! No sam powiedz, jak miałam?! A później, kiedy w Solcu Kujawskim zobaczyłam Wisłę, to zaczęłam biec, bo pomyślałam, że to już Grudziądz, tak mi się pomyliło. Taka byłam wyczerpana. Taka byłam wyczerpana, że aż mi się, tak jak tobie z tym Gorzowem, pomyłka geograficzna przytrafiła, i zaczęłam tam biec ciesząc się na spotkanie z tobą i potknęłam się o wystającą studzienkę kanalizacyjną i się przewróciłam i wypadła mi ta butelka z malinowym Kubusiem i rozbiła się na asfalcie. I wylizałam z tego asfaltu to, co się udało mi z niego wylizać, ale nie wszystko udało mi się z tego asfaltu wylizać i wpadłam wtedy w rozpacz. Rozpacz mnie wtedy ogarnęła i pomyślałam, że chyba już do ciebie nie dojdę, że już mi się do ciebie nie uda dotrzeć, no bo jak miałam iść dalej, jak tu iść tyle kilometrów bez malinowego Kubusia w zanadrzu?! No jak miałam iść?! Sam powiedz. Ale później pomyślałam, że ty na pewno znajdziesz jakiś sposób na to, żeby dla mnie tego Kubusia malinowego zdobyć, jesteś w końcu mężczyzną, prawda? – jesteś mężczyzną czy nie? – i to dało mi siłę do tego żeby się podnieść i żeby iść dalej, ale zanim jeszcze się podniosłam i poszłam dalej, to zobaczyłam, że ta butelka, co to z kieszeni mi wypadła, to tylko szyjka się w niej utłukła i trochę na górze też się zniszczyła, ale denko w niej ocalało, denko zostało w całości i jeszcze nad tym denkiem ścianki były, choć ostre i postrzępione, ale jednak były i trzymały resztki tego mojego ostatniego malinowego Kubusia wewnątrz, jak w szklance go tam w tej potłuczonej butelce trzymały i to mi dało wtedy siłę i nadzieję. I to właśnie wtedy wstałam i zabrałam ze sobą te resztki Kubusia malinowego i niosłam go z ostrożnością, niemal z nabożnością niosłam go wtedy dalej i dopiero w gdzieś okolicach Sztynwagu go wypiłam, bo już z pragnienia nie mogłam dłużej wytrzymać, a później wylizałam to szkło do czysta i chciałam je wyrzucić, ale nie było tam nigdzie kosza na śmieci, a przecież nie mogłam wyrzucić go ot tak, gdzieś przy drodze czy do lasu nie mogłam go przecież wyrzucić, bo nawet kiedy świat się kończy to nie można przecież tak zrobić, bo to nieładnie, więc schowałam go do kieszeni mojej bluzy-kangurki, a później zupełnie o nim zapomniałam i dlatego właśnie się ukłułeś, za co ogromnie cię przepraszam, przepraszam cię, Jerzy.

– Nie no, luz. Nic się nie stało – powiedział Jerzy głosem zamyślonym, bo inne myśli już mu wtedy głowę zaprzątały. Miał w tej swojej głowie istną galopadę, istny natłok myśli, a każda kolejna myśl, która przez tę jego głowę tam mu wtedy przemknęła, zatrzymywała się w niej w pewnym momencie i dołączała do tych wszystkich poprzednich, które również się tam w tej jego głowie wtedy zatrzymały, i rosła, rosła tak jak i rosły te wszystkie inne poprzednio zatrzymane, a każda z tych myśli była tylko kolejnym wariantem tej samej obawy „skąd ja tu jej teraz w tym postapokaliptycznym Grudziądzu malinowego Kubusia wytrzasnę?”.


I usiedli razem na ławce przed tą zamkniętą restauracją, i Pacha z ciekawością rozglądała się dookoła, a Jerzy patrzył na Pachę i we wzroku jego było tyle samo miłości co było też i w nim czujności i obawy. I za każdym razem, kiedy tylko Pacha otwierała usta, on odzywał się pierwszy. Byle tylko nie dać jej dojść do głosu. Byle tylko nie dopuścić do tego żeby miała okazję zadać mu tego pytania o malinowego Kubusia. Pytania, które mogło zniszczyć to wszystko, co jeszcze im na tym świecie pozostało. To, co nie zostało jeszcze w nich zniszczone.


Więc pytał ją Jerzy:

– A jakiegoś ciekawego ptaka niespotykanego może gdzieś tam po drodze widziałaś? – pytał. Albo:

– A jakiegoś szczególnie śmiesznego poliszdżołka może sobie przypominasz? – pytał. Albo:

– A jakiś sonet ci przypadkiem może nie przyszedł do głowy? – pytał.

I pytał ją jeszcze o wiele innych rzeczy, aż w końcu wykorzystał cały zasób pytań jakim dysponował i zamilkł. Wtedy odezwała się Pacha:

– A znasz może legendę o Wielkim Plusku? – zapytała.

– Coś tam kojarzę – odparł Jerzy. – Było coś o dwumetrowych falach i o wodnej róży niesionej na grzbiecie jednej z nich i jeszcze…

– Ale tam było też o tym, że woda w Wiśle ma smak malinowego Kubusia! – wykrzyknęła nagle Pacha i zerwała się z ławki. – Chodźmy, Jerzy! Chodźmy nad Wisłę!


I Pacha pobiegła, a Jerzy pobiegł za nią i chciał ją ostrzec przed piciem wody z Wisły, bo legendy legendami, ale fakty są takie, że na grudziądzkim odcinku Wisły woda może sobie zawierać co tam tylko chce, Jerzy nie miał pojęcia co mogła tam ta woda jeszcze zawierać, ale przede wszystkim zawiera trupi jad – tego akurat był zupełnie pewien. Biegł jednak znacznie wolniej od Pachy i kiedy wreszcie dotarł nad brzeg, jego ukochana już klęczała nad korytem rzeki i złożonymi dłońmi czerpała z niej wodę, a później ją wypijała. Jerzy patrzył na to przejęty zgrozą.


Tak jak przejęty zgrozą był też i później, kiedy Pacha wstała z kolan, kiedy z uśmiechem obróciła się w jego kierunku, po czym cała jej twarz nagle zrobiła się zupełnie fioletowa. Tak jak przejęty zgrozą był i wówczas, kiedy sfioletowiała Pacha popędziła w krzaki.


A później z tych krzaków dobiegł go uspokajający bulgoczący dźwięk i zaraz po nim równie uspokajający zapach, który wymieszał się z zapachem sfermentowanej róży i cała zgroza opuściła wtedy Jerzego.


– „Jest dobrze. Jest tak jak było. Jest tak, jak powinno być” – pomyślał. Bo natura sobie poradziła. Ekosystem posapokaliptycznej Wisły oczyścił się z trupiego jadu, który zdążył już spłynąć do Bałtyku. W wiślanej wodzie zostały tylko zanieczyszczenia w postaci starych dobrych bakterii escherichia coli.


***


3216 słów, bez wstępu i tytułu.

Zaloguj się aby komentować

Kolega @splash545 zasugerował żeby takie opowiadanie napisać, więc napisałem. Napisałem je motywowany obawą, żeby mnie przypadkiem w akcie zemsty przy najbliższej okazji, wiedziony grudziądzkim instynktem, nie utopił.


Miało być bardziej o różach, bo za punkt wyjścia obrałem sobie piękny utwór wykonywany przez pana Nicka Cave’a z jego zespołem The Bad Seeds oraz z panią Kylie Minogue pod tytułem Where the wild roses grow (w polskiej, niemal tak samo pięknej wersji nagrali to między innymi pan Maciej Maleńczuk do spółki z panią Anną Marią Jopek, z tej polskiej wersji zresztą pożyczyłem sobie sampel do opowiadania). No ale po drodze gdzieś mi to opowiadanie uciekło w swoją stronę, nie chciało się słuchać, co w zasadzie mnie cieszy, bo w ten sposób i mnie samego zaskoczyła historia, którą opowiedziałem, a to zwykle jest miłe. I tym razem takie właśnie było. A piszę o tym wszystkim wyłącznie po to, żeby nie uchybić prawu cytatu i poinformować, że ten sampel tam w tekście jest i podać jego źródło. No i jeszcze trochę po to, żeby się podzielić ładnym utworem muzycznym. A nawet dwoma.


===


Wodna róża


– Trochę się boję – powiedziała.

– To może ty chcesz pierwsza… – zaczął, ale nie pozwoliła mu dokończyć.

– Nie. Tak będzie dobrze. Tak, jak się umawialiśmy.

Schylił się więc i podniósł leżący na plaży przyniesiony tam wcześniej kamień. Wcześniej znaleźli ten kamień wspólnie. Wspólnie przynieśli go z miejsca leżącego nieopodal, z małego zagajnika, w którym rosły dzikie róże. On zerwał tam też jeden z kwiatów i również ten kwiat przyniósł ze sobą na plażę. Zrobił to dla niej. Zrobił to, bo ją kochał. A ona kochała róże.


Otrzepał kamień z piasku. Wydawało mu się, że tak trzeba. Że należy go otrzepać. Że takim brudnym się nie godzi.

Spojrzał jej w oczy.

– Możesz się odwrócić? – zapytał.

Odwróciła się. Nie patrzyła już na niego. Patrzyła na Wisłę.

Uderzył.


Uderzył mocno, więc się przewróciła. Przewróciła się twarzą w piach. Uderzył mocno, więc jej twarz zagłębiła się piachu grudziądzkiej plaży.


Odczekał chwilę.

– „Udało się” – pomyślał.

Nie oddychała. Gdyby oddychała, uniosłaby głowę. Albo krztusiłaby się piaskiem. Tak przynajmniej sobie kombinował. Nie wiedział przecież jak to jest. Nigdy wcześniej nikogo nie zabił.


Jeszcze na plaży obrócił ją na plecy. Była piękna. Piękna jak śmierć, więc kwiat róży w martwe usta włożył jej na do widzenia.


Później wrzucił ciało do rzeki. Przez chwilę stał na brzegu i obserwował jak prąd unosi zwłoki jego ukochanej. W Grudziądzu był przyjezdnym, nie znał miejscowych obyczajów. Nie wiedział jak zachowuje się ciało wrzucone do Wisły. „Jak kamień w wodę” – mówią.


Tak mówią, ale nie mają racji. Kiedyś, kiedy był dzieckiem, wrzucał kamienie w wodę, kamienie rzeczywiście od razu opadały na dno. Z jej ciałem było inaczej. Jej ciało unosiło się na wodzie. Płynęło z prądem. Dopiero po jakimś czasie, dopiero kiedy niemal zniknęła mu już z zasięgu wzroku, kiedy niemal skryła się za porastającym zakole rzeki tatarakiem, zniknęła pod wodą. Stało się to nagle i niespodziewanie i wcale nie był pewien, czy rzeczywiście widział tę rękę, którą ją pod wodę wciągnęła.


Jeszcze później sam stanął na brzegu. Rzekę miał za plecami. Patrzył na zielony zagajnik, który porastał brzeg od miejsca, gdzie kończyła się plaża. Podziwiał białą korę brzóz, zachwycał się soczystą zielenią liści i traw. Najbardziej jednak podobał mu się intensywny róż kwiatów dzikiej róży. To była ostatnia rzecz, jaką w tym życiu oglądał, nie spojrzał bowiem na lufę rewolweru, którą wsunął sobie do ust zanim pociągnął za spust.


***


W ustach poczuł smak malinowego Kubusia.


– Udało się, Jerzy! Udało się! – krzyknęła Pacha.

Jerzy uśmiechnął się, jeszcze nie do końca przytomny, a zanim w pełni odzyskał świadomość podziwiał akrobacje, jaka Pacha z radości wyczyniała w tym podwodnym świecie, do którego, tak jak mieli nadzieję, udało im się po śmierci trafić. Nieskrępowana ograniczeniami życia na lądzie wywijała w wodzie salta i koziołki. Wykorzystując wyporność, szalała radośnie, tak jak ptaki potrafią szaleć w powietrzu. Szalała z radości tak, jak żywym nie jest i nigdy nie będzie dane szaleć.

– I w ogóle wszystko tutaj jest takie cudowne! – Pacha nie przerywała potoku słów, który wypływał z jej ust. – Wisła ma smak malinowego Kubusia i wcale nie ma tak, jak w sklepach, że go nie ma! I jeszcze są tutaj wszyscy! Wszyscy, za którymi tak się stęskniłam! @DiscoKhan tutaj jest! I @CzosnkowySmok też tutaj jest, choć z nim akurat dzieje się coś niedobrego.


Jerzy rozejrzał się dookoła. Faktycznie, na wschodzie udało mu się dostrzec podwodne jurty wykonane z dwudziestopięciolitrowych foliowych opakowań po żwirku dla kota Benek, a między jurtami błyskały kolorowe światła, jakby z kuli dyskotekowej, choć mogły to też być błystki używane przez wędkarzy polujących na szczupaki. Kiedy spojrzał zaś na zachód, zobaczył wznoszącą się pod wodą budowlę. Budowla ta swoją smukłością przypominała wieżę Saurona, choć jej kształt kojarzył się Jerzemu raczej z waginą, od czego zresztą zaraz zachciało mu się do Pachy przyssać. Zimna wiślana woda o smaku malinowego Kubusia natychmiast jednak ostudziła te jego zapały. Na szczycie budowli powiewała unoszona rzecznym nurtem flaga, flaga przedstawiająca białe koło na tle czerwieni, w tym zaś kole dumnie prezentował się czarny cień czosnku. Jerzy ze zgrozą spoglądał w tamtym kierunku.

– Tak, ze Smokiem dzieje coś niepokojącego – powiedziała Pacha, która przerwała swoje podwodne akrobacje i zatrzymała się koło Jerzego. – Smok chyba zwariował. Bredzi coś, że jakiś Trzeci Rzeszów będzie tutaj zakładał, wąs nawet taki wąski pod nosem zapuścił. Ale nie ma co się tym na razie przejmować. W razie czego popłyniemy pod prąd i może uda nam się dotrzeć do jakiejś Rumunii?

– Tak, ta Wisła tak dziwnie płynie – zamyślił się Jerzy. – Cholera wie, gdzie można jej korytem dotrzeć. Wiesz co? Masz rację. Nie ma się co martwić na zapas.

I Jerzy ucałował Pachę, a później poprawił spoczywający za jej uchem kwiat dzikiej róży, który przekrzywił jej się w czasie tych podwodnych akrobacji, a który musiała tam wcześniej z ust swoich przełożyć, bo inaczej nie mogłaby przecież mówić.


***


Mężczyzna ten powiedział żonie, że idzie biegać nad Wisłą, ale nie było to prawdą. Mężczyzna ten często okłamywał w ten sposób swoją żonę, choć kiedy wychodził z domu, rzeczywiście udawał się nad Wisłę. Nie biegał tam jednak, a oglądał topiki – wodne pająki, których żona nie pozwalała mu hodować w domu, była bowiem kobietą twardo stąpającą po ziemi i uznawała tylko pająki lądowe.


Mężczyzna ten ukucnął nad brzegiem Wisły i spokojnie wpatrywał się w jej toń. Oglądał nawodne igraszki owadów, podziwiał lekkość z jaką ważki poruszają się w powietrzu, ale przede wszystkim zachwycał się ślizgiem topików, które wyglądały tak, jakby tańczyły na wodzie zrozumiały tylko dla nich jakiś tajemniczy pajęczy taniec. Mężczyzna ten nie przejmował się spływającymi Wisłą ciałami, mieszkał bowiem w Grudziądzu od dawna i zdążył już przywyknąć do miejscowego folkloru. Wspomniał nawet z uśmiechem panią Mikulską, swoją nauczycielkę matematyki z gimnazjum, którą całą klasą dawno temu, któregoś pierwszego dnia wiosny wrzucili do wody, mimo że miała na imię Marzena, a nie Marzanna, tak jak i była mężatką, zresztą raczej z tych gorących, a nie jakąś tam zimową panną. Tak było im jednak łatwiej niż przyznać się wieczorem w domu, że na jutro trzeba przynieść do szkoły materiały do wykonania Marzanny.


Mężczyzna ten nie przewidział tamtego dnia jednej rzeczy. Nie przewidział, że kobieta zmienną jest i nie spodziewał się, że akurat tamtego dnia jego twardo stąpająca po ziemi małżonka ulegnie przeczuciu, że zaufa swojej kobiecej intuicji i również postanowi wybrać się na spacer nad Wisłę. Małżonka tego mężczyzny zrobiła tamtego dnia to, czego ten mężczyzna się nie spodziewał: założyła kalosze, zabrała ze sobą psa i powędrowała nad rzekę.


Mężczyzna ten dziwił się temu co tamtego dnia ujrzał w wodzie, bo choć posiadał dużo rozleglejszą wiedzę w dziedzinie entomologii niż botaniki, bo choć niczym zaskakującym nie były dla niego płynące Wisłą zwłoki, to podwodna róża nie była dla niego widokiem, do którego byłby przyzwyczajony. Słyszał co prawda o liliach wodnych, ale żeby o wodnych różach? Nie, co to, to nie. O takim czymś na pewno nigdy w życiu nie słyszał.


Mężczyzna ten dziwił się więc temu co zobaczył, zachowując jednak w tym swoim zdziwieniu iście stoicki spokój. Ten jego stoicki spokój zaburzyło dopiero rozlegające się za jego plecami radosne szczekanie. Szczekanie, które poznał od razu.

– „Ziomeczek?” – zdziwił się mężczyzna, po czym odwrócił wzrok od rzeki. Widok, jaki ukazał się jego oczom przeraził go. Przeraził go tak, że aż z tego przerażenia zesrał się gacie.


Mężczyzna ten był wyszkolony w sztuce samoobrony, wiedział więc, że najlepszą obroną jest atak. Ponieważ nie miał przy sobie karabinu, był bowiem po godzinach pracy, zaatakował żonę słownie:

– Co ty jakaś psychopatka jesteś żeby męża swojego śledzić?! – zapytał.


Nie doczekał się jednak odpowiedzi. Dwie pary rąk, jedne kobiece i jedne męskie, wystrzeliły nagle z wody, uczepiły się łydek mężczyzny i pociągnęły go ku sobie. Mężczyzna zachwiał się, stracił równowagę i runął do rzeki. Mężczyzna ten to był kawał chłopa, spokojną tego dnia taflę wody zaburzył Wielki Plusk.


***


Gdańszczanie, którzy tamtego dnia udali się na szaber aż w okolice Mikoszewa, tam gdzie Wisła ma swoje ujście, bo wszystkie bliżej leżące sady zdążyli już wcześniej rozszabrować, opowiadali później, że fale na Wiśle miały ponad dwa metry wysokości. Niektórzy mówili też, że na grzbiecie pierwszej z nadciągających fal można było dostrzec wodną różę – kwiat rzadszy nawet niż legendarny kwiat paproci.


===


1339 słów


#naopowiesci

#zafirewallem

Pierwsza część opowiadania bardzo klimatyczna i mocna. Bardzo mi się spodobała.

Kolejna była za to wspaniała. xd

A trzecia część była jeszcze wspanialsza i klimatyczna. Właśnie za tę część nie masz się co obawiać tego:

przypadkiem w akcie zemsty przy najbliższej okazji, wiedziony grudziądzkim instynktem, nie utopił.


A taką robisz legendę Grudziądzowi i tamtejszemu fragmentowi Wisły, że nie widzę innej możliwości niż zorganizować jakoś na wiosnę spotkania kawiarenki #zafirewallem właśnie na grudziądzkiej nadwiślańskiej plaży w celu zrobienia ogniska i przekonania się co jeszcze tam się zdarzy.

ba310296-0be7-4627-85fe-9c1cfff922e7

@splash545


nie widzę innej możliwości niż zorganizować jakoś na wiosnę spotkania kawiarenki #zafirewallem właśnie na grudziądzkiej nadwislanskiej plaży w celu zrobienia ogniska i przekonania się co jeszcze tam się zdarzy.


Ja już mówiłem, że po każdym spotkaniu kawiarenki zawsze ktoś znika.

@UmytaPacha No miał być horror, to jest horror. I tak, ja wiem, że wystarczającym horrorem może być deficyt malinowych Kubusiów, ale mi to do dramaturgii nie pasowało.

Zaloguj się aby komentować

Natura jest piękna. Można siedzieć, obserwować ją i podziwiać. I zachwycać się nią można i można robić to całymi godzinami. Prawa natury jednak są twarde. Są nieubłagane. Wiedzą o tym szczególnie mieszkańcy wsi, bo oni żyją z tą naturą blisko, a nie do końca prawdą jest to, co napisał słynny chłopski poeta mongolski Janko Chanowski, że wsi spokojna, wsi wesoła. To nie tak. Życie na wsi, oprócz tego, że bywa piękne, bywa też i trudne. Bo to wiadomo: a to czasami lis z kurnika kurę uprowadzi, a to czasami pijany sąsiad miedzy nie zauważy i pół naszego pola porzeczek zdarzy mu się w pierony zaorać, a to diaboł się nie wiadomo skąd we wsi pojawi i, panie, w studnię napaskudzi, a to za dziewką goni, straszy, grozi że dupczył będzie. Kradnie, panie chudobę i spyżę. Niszczy a psuje, naprzykrza się, na grobli ryje, doły kopie jak piżmowiec albo bober jaki, woda z jednego stawu szczętem uciekła i karpie posnęły. We stogu lukę palił, kurwi syn, z dymem puścił wszystko siano…*


I mimo że i diaboły się na wsiach zdarzają, to wiersz poniższy nie o mocach piekielnych traktuje, ale o zwykłych, naturalnych problemach, z jakimi mieszkańcy wsi muszą się mierzyć na co dzień, szczególnie latem. Ten wiersz opowiada o tym tragicznym konflikcie pomiędzy podziwianiem piękna przyrody, a walką z tą przyrodą w celu zapewnienia sobie przetrwania. Być może po to, żeby, przetrwawszy, dalej można było to piękno przyrody podziwiać:


***


Uczta much


Żaden to Lot trzmiela, to jest balet muszy!

Na wsi za stodołą milion much tańcuje!

W kupie przecież siła! Kupy nikt nie ruszy!

No, chyba że muchy. Co też obserwuję.


Po tych tańcach: uczta! Obyczajem muszym

każda w kupie gnoju miejsce swe zajmuje,

głodne i zmęczone, chcą napełnić brzuchy:

kupę gnoju much kupa kupą okupuje.


Martwić się zaczynam: – „A gdy gnój się skończy?

Czym ociec na wiosnę pole nam obrzucą?”


No więc biorę miotłę i zbliżam się z wolna,

macham nią nad gnojem: ucztę pora kończyć!

Muchy już, niestety, lecz odlecieć muszą!

Gówno bez nawozu, nie produkcja rolna!


***


* – cytat z opowiadania Kraniec świata pana Andrzeja Sapkowskiego


***


#diriposta

#nasonety

#zafirewallem

drobna uwaga. w oryginale stoi jak byk "taivan unjdag, khögjiltei unjdag" Błąd jest powielany z wydania na wydanie aż od 1276, a sprawcą tegoż jest nieszczęsny Grzegorz ze Storkowa.


Tak więc dla jasności: wisi spokojna, wisi wiesioła - tak należy czytać epos Chanowskiego

Zaloguj się aby komentować

Teraz się chyba mówi, że to są crossovery? Albo może i mówi się na to inaczej? – w zasadzie to nie mam pojęcia. Chodzi mi jednak o sytuacje, kiedy autor w jednym swoim dziele wprowadza postaci z innych dzieł własnych. Zrobił tak pan Twardoch, wprowadzając do Króla Konrada Willemanna, bohatera Morfiny, robi tak pan Pilipiuk, wprowadzając postać Jakuba Wędrowycza do innych opowiadań (opowiadań bezjakubowych, jak nazywają je jego fani, choć mam wątpliwości czy semantycznie poprawnym jest nazywanie opowiadania „bezjakubowym” po wprowadzeniu do niego Jakuba), podobnie robił też pan Vonnegut na przykład z postacią Kilgore’a Trouta – podobnie, bo u pana Vonneguta było to jednak trochę inaczej.


Teraz zrobiłem tak i ja, bo kiedy uświadomiłem sobie, że z ostatnim wyrazem pierwszego wersu pięknego utworu di proposta w LX edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem , tak wspaniale rymuje się słowo „puszy”, nie byłem w stanie powstrzymać się przed zrobieniem tego, co zrobiłem poniżej. Bo tylko jedna bohaterka literacka w całym świecie – tak w świecie realnym, jak i wświecie zmyślonym – potrafi się tak fantastycznie puszyć. I w taki oto sposób jedna z postaci Pana Jerzego trafiła do grudziądzkiego uniwersum:


***


Na grudziądzkiej plaży


Usiadła nad Wisłą, ale się nie puszy,

prąd ciała unosi – ona obserwuje;

łza z oka pociekła, wiater ją osuszył

i na sucho teraz topielcom współczuje.


Czy za sprawą kolców tej nadbrzeżnej róży

coś z dzikością wściekłą w serduszku ją kłuje?;

na dodatek jeszcze w gardziołku ją suszy:

sercowo-gardłowy tam dyskomfort czuje.


– „Jakże tak na sucho?!” – więc Kubusia sączy

(choć z malinowymi jest na ryku krucho),

wzięła bananowy – wysączyła do dna;


nagle, na żołądku – jakby ucisk pnączy!,

jak się kiszki w brzuszku naraz nie poruszą! –

poleciała w krzaki ta ptaszyna polna.

Zaloguj się aby komentować