Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 746wpisy
  • 3812komentarzy

Czy randkę, której główną treścią jest spacer można potraktować jako podróż? Czy jednostronną rozmowę, wygłaszany przez kogoś monolog można potraktować jako rozmowę? I co w ogóle można potraktować jako romantyczne? Jak trafić na idealną partnerkę (albo partnera) i czy w ogóle jest to możliwe, kiedy dookoła same groby pobielane? Takie pytana pojawiły mi się w głowie, kiedy skończyłem pisać to opowiadanie, którym zgłaszam się do kolejnej edycji konkursu #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem .


***


Muszę przypudrować nosek


Pachniała bzem i agrestem. I czymś jeszcze. Ten trzeci zapach czasami przebijał się przez tę intensywną nutę jej perfum i bywał niepokojący. Starałem się ignorować go, dopuszczać do siebie tylko te dwa pierwsze. Bez i agrest. A jednak coś jeszcze. To coś, czego nie umiałem wtedy nazwać. To, co nie dawało mi wtedy spokoju.


Makijaż nosiła mocny. Miała wymodelowane, równe brwi, pociągnięte czarną kredką. Na powieki nałożyła ciepły, ciemnoróżowy cień, cień przechodzący w czerwień, kiedy wychodziliśmy z kręgu światła padającego z ulicznych latarń. Te jej powieki kończyły się najgrubszymi i najciemniejszymi rzęsami, jakie w całym swoim życiu miałem okazję oglądać. Wydatne usta miała równo pomalowane szminką o burgundowym odcieniu, kilka tonów ciemniejszą od tego cienia na powiekach i doskonale się z nim komponującą. Na twarz miała nałożoną grubą warstwę ciemnego pudru. Ten puder znajdował się również na jej szyi, nie wyłączając karku, na co zwróciłem uwagę kiedy, wychodząc z kawiarni, przepuszczałem ją w drzwiach a podmuch wpadającego do pomieszczenia wiatru rozwiał jej kruczoczarne włosy. I może zdziwiłby mnie wtedy ten upudrowany kark, gdyby nie to, że jeszcze bardziej zdziwiły mnie jej upudrowane dłonie. Dłonie zresztą również miała wspaniałe. Długie, smukłe palce pianistki zakończone wypielęgnowanymi paznokciami dokładnie pokrytymi lakierem w kolorze czerwonego wina. Być może tylko mi się wydawało, że pod tymi paznokciami dostrzegłem brud. Czarne półkola, jak gdyby osadziła się tam ziemia.


Nie nosiła za to żadnej biżuterii. Żadnych pierścionków na tych smukłych palcach, żadnych kolczyków w uszach, żadnego łańcuszka z wisiorkiem, który mógłby spocząć na opinającej się na jej wydatnych piersiach białej bluzce, którą założyła pod czarny żakiet.


Lubię biżuterię u kobiet. Biżuteria jest dla mnie tym akcentem, który podkreśla kobiecość. Jest dla mnie tej kobiecości zwieńczeniem. To właśnie dlatego w czasie tego naszego spaceru przez miasto zatrzymałem się przed wystawą zamkniętego już o tej porze sklepu jubilerskiego.

– Podoba ci się? – zapytałem wskazując na jeden z wielu pierścionków, które znajdowały się za szybą.

Zmieszała się. Przez chwilę nie powiedziała nic, zresztą w ogóle przez cały wieczór niewiele mówiła. Być może bała się że mówiąc rozmaże tę szminką, którą miała na ustach. Że zaburzy tę idealną kompozycję, jaką tamtego wieczoru stanowiła. Czasami miałem wrażenie, że nawet nie oddycha. Być może właśnie z tego powodu.

– Przepraszam, muszę przypudrować nosek – powiedziała po chwili zupełnie ignorując moje pytanie i nie czekając na odpowiedź żwawym krokiem ruszyła w kierunku wejścia do najbliższego baru. Od razu poszedłem za nią. Kiedy tylko minąłem próg, rozejrzałem się po sali. Zdążyłem tylko zobaczyć zamykające się za nią drzwi do damskiej toalety.


– „Dba o siebie. Chce zrobić wrażenie” – pomyślałem wtedy. Bo faktycznie, od początku naszej randki, od kiedy spotkaliśmy się w kawiarni często wychodziła do toalety poprawić makijaż, choć nie zauważałem żeby była taka potrzeba. – „A może się denerwuje? Potrzebuje chwili na uspokojenie?” – przyszło mi też do głowy, bo sam również byłem dość spięty. Również chciałem wypaść dobrze.


Czekając na jej powrót oglądałem swoje odbicie w wiszącym przy wejściu do baru lustrze. Byłem z siebie zadowolony. Męska, wyrażająca pewność siebie postawa, włosy, pomimo wieku, wciąż ciemne i gęste, pokrywające całą czaszkę, równy, zadbany zarost. Tak, prezentowałem się dobrze i taka kobieta jak ona idealnie by do mnie pasowała. Byłaby wspaniałym akcentem podkreślającym moją męskość, idealnym tej męskości zwieńczeniem. Upewniwszy się, że wszystko jest ze mną w porządku, zająłem się poprawianiem krawata, który delikatnie przekrzywił mi się na szyi. A może tylko tak mi się wydawało?


– Już – usłyszałem nagle jej słodki, cichy głos tuż obok siebie. I poczułem bez. Bez i agrest. I poczułem to coś jeszcze.

– To chodźmy – spojrzałem na nią i chciałem chwycić ją za rękę, ona jednak się odsunęła.

– Chodźmy – powiedziała.


Poszliśmy. Szliśmy wzdłuż głównej ulicy, później skręciliśmy w stronę parku. Nie mówiła wiele, w zasadzie nie mówiła nic. To ja mówiłem. Opowiadałem jej o swoim życiu, o pracy, o moich wyjazdach i o klubie strzeleckim, którego byłem przewodniczącym, a przy okazji najlepszym strzelcem. Ona co jakiś zatrzymywała się, sięgała do torebki po lusterko i przeglądała się w nim. Dobrze nam się wtedy rozmawiało.


Dzwon na grudziądzkiej katedralnej wieży rozkołysał się, w mieście rozległy się cztery uderzenia.

– Zaraz będzie świtać – powiedziałem, a ona znów się zmieszała.

Rozejrzała się dookoła niepewnym wzrokiem, spojrzała w niebo.

– Ja… Ja muszę już wracać – powiedziała i, nie czekając na moją reakcję, chciała odejść. Nie pozwoliłem jej na to. Złapałem ją za rękę, ująłem tę wspaniałą, smukłą dłoń, na której tak pięknie prezentowałby się zaręczynowy pierścionek, który już miałem zamiar jej kupić.


Poczułem chłód. Jej dłoń była zimna i sztywna. I lekka. Jej dłoń została w mojej ręce, oddzieliła się, odpadła od reszty jej ciała. Po chwili te jej oddzielona od reszty ciała dłoń rozsypała się w mojej dłoni, zmieniła się w proch, który pokrył moje palce. Ona zaś szła dalej.


Dopiero po chwili odwróciła się i spojrzała na mnie. Spojrzała na mnie po raz ostatni. W niczym nie przypominała już tej wspaniałej kobiety, z którą spotkałem się kilka godzin temu. Nie była już wcale kobietą, teraz była upiorem. Płat skóry, wciąż pokryty pudrem, zwisał jej z policzka odsłaniając żuchwę, ukazując światu jej poczerniałe zęby. To rzuciło mi się w oczy. To najbardziej zapamiętałem. I jeszcze ten zapach. Ten smród. Smród zgnilizny i rozkładu.


– Przepraszam, muszę… Muszę przypudrować nosek – powiedziała, po czym poleciała jej z oka jedna jedyna łza. A później cała rozpadła się w proch.


***


873 słowa, licząc bez wstępu i tytułu

Dzwon na grudziądzkiej katedralnej wieży

Best can Grudziądz do is bazylika ¯\_( ͡° ͜ʖ ͡°)_/¯


A co do opowiadania do fajny klimacik i opisy.

Zaloguj się aby komentować

Czekanie na opóźniony o 180 (jak narazie!) minut pociąg na zimnym dworcu można wykorzystać na rozmaite sposoby. Można na przykład się denerwować i kląć pod nosem (albo i na głos), ale można też napisać sonet #diriposta na potrzeby zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem *. Podejmując tę drugą aktywność, skostniałymi od chłodu palcami wystukałem na telefonie to co poniżej.


Pan Julian Tuwim napisał kiedyś taki piękny utwór pod tytułem Bal Wisielców (który dał tytuł równie pięknemu spektaklowi wystawianemu kilkanaście już chyba lat temu przez kielecki teatr imienia Stefana Żeromskiego), a ja chyba postanowiłem się nim zainspirować:


***


Bal topielców


Toż to nie mgły są, a gnilne gazy!

Skrywają one brudny beż piachów

tej nadwiślańskiej, grudziądzkiej plaży,

plaży umarłych, topielców i strachów.


To trupy się bawią! Śmieją się, krzyczą!

Widać: po zgonie nic się nie zmienia.

I jeszcze piją: aż do zapomnienia!,

bo sobie o śmierci pamiętać nie życzą.


I radość z tym gnilnym smrodem roznoszą

jak gdyby chciały obwieścić światu

że uraz do swych zabójców nie noszą,


że nie ma wcale w nich życia braku,

tak jak na przykład ten jeden osiłek,

co pannę poderwał. I klepie ją w tyłek.


***


* - nie jest oczywiście zabronione robić obie te rzeczy jednocześnie.

@George_Stark nawet mam przed oczami pewną ustronną, grudziądzką, nadwiślańską plażę. Jest ona całkiem sporych rozmiarów, ciągnie się przez prawie kilometr. No ale nic dziwnego skoro trupów dużo ma się na niej pomieścić, to i musi być długa.

A tak dla smaczku dodam, że pochowałem na niej 2 szczury.

@George_Stark Sam wiesz lepiej co Cię inspirowało, ale ja tu widzę więcej podobieństwa do "W prosektorium" Zembatego niz do Tuwima. Więcej jest u Ciebie... trupiej radości.

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


Znacie to uczucie, kiedy za nic w świecie nie da się usnąć, choć noc jest późna i jest się jednak całkiem zmęczonym? Ja znam, boleśnie przypomniałem je sobie wczoraj. Ten stan, o którym piszę, to jest stan, kiedy nie mam za bardzo co ze sobą zrobić, bo jedyna sensowna rzecz, jaka przychodzi mi wtedy do głowy, rzecz, którą można się zająć tak późno w nocy, to czytanie jakiejś książki. Cóż jednak z tego czytania, jeśli zaraz okazuje się, że wzrok tylko prześlizguje się po kolejnych wersach, po kolejnych akapitach czy kolejnych stronach nawet, a jedyne co pojawia się w głowie, to świadomość, że z tych kilku przed chwilą przeczytanych stron nic w tej głowie nie zostało.


I właśnie tak miałem wczoraj. Odłożyłem więc książkę i, po dłużących się kilku czy kilkunastu minutach przewracania się z boku na bok zająłem się czymś, co jeszcze bardziej przeszkadza w zaśnięciu, to jest zająłem się przeglądaniem pierdół w Internecie (choć filtr światła niebieskiego mam włączony we wszystkich urządzeniach z ekranami których używam). I znalazłem w tym internecie coś, co ogromnie mi się spodobało. Znalazłem w tym Internecie wiersz. Wiersz pochodzący prawdopodobnie z miejsca odległego, tak geograficznie jaki i kulturowo, bo wiersz ten był napisany w obcym języku. Być może jest to jakiś dowód na to, że granice na mapie są tworami sztucznymi i zupełnie niepotrzebnymi, bo wiersz ten, tak uważam, jest bliski nam, całej społeczności kawiarni #zafirewallem, jeśli chodzi o kwestię wrażliwości jego autora.


Przeczytałem więc ten wiersz, ucieszyłem się swoim wnioskiem, być może na wyrost, o pewnej wspólnocie wrażliwościowej całego gatunku ludzkiego i tak ucieszony zasnąłem. A teraz zapragnąłem podzielić się tym wierszem z Wami, bo być może i Was on również ucieszy.

d737f650-ff21-4f1b-9df8-8e737799ee51

@George_Stark mi pomaga wstanie, zaparzania ziółek, rozwieszenia prania, opóźnienie zmywarki jak się puszcza na noc. Czytanie książek też pomoże, przewietrzenie pokoju. Napewno nie TV, pecet ani telefon bo wypala gały w nocy. Tylko zamkniesz oczy a widzisz bialość.

Zaloguj się aby komentować

Z wielkiej trójki naszych sztandarowych polskich poetów romantycznych najwyżej cenię tego najmniej, tak mi się wydaje, cenionego przez ogół, to jest pana Cypriana Kamila Norwida. Ten to właśnie pan Cyprian Kamil Norwid napisał kiedyś taki ładny wiersz Nad grobem Julii Capuletti w Weronie i być może to właśnie tym wierszem jakiś się zainspirowałem chcąc podjąć kolejną próbę reinterpretacji (bo chyba każdy już to kiedyś robił, być może nawet i ja sam już to kiedyś wcześniej zrobiłem, tylko o tym nie pamiętam) stworzonej przez pana Szekspira tragicznej historii miłości Romea i Julii.


I tylko zastanawiam się czy w tej LVIII edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem podświadomie poddaję się sugestii kolegi-organizatora dotyczącej jej tematu przewodniego (podświadomie, bo przecież on ma prawo ustanowić zasady jakie chce, a ja mam prawo mieć te zasady w d⁎⁎ie), czy też może to ja mam jakiś tydzień geograficzny (może marzą mi się jakieś podróże w związku z nieuświadomionym jeszcze noworocznym postanowieniem?), bo każdy z wytworów, który dziś napisałem jednako traktuje tak o śmierci, jak i o jakimś konkretnym mieście.


***


W Weronie

czyli Nawet i śmierć nas nie rozłączy

albo W zdrowiu i w chorobie


Najromantyczniejsze porywy młodzieży

jak najsmutniejszy znajdują koniec –

tak się zdarzyło też kiedyś w Weronie,

gdzie Julia obok Romea leży.


Pomimo rody dzielącej rubieży

rozgrzał ich serca miłości płomień

i splotły się w śmierci kochanków dłonie

bo Romeo długo już wcale miał nie żyć.


A Julia by także bez niego nie żyła,

i nie o to idzie, by była zazdrosną,

gdy się wydało, że trawi go kiła,


chodziło jej wówczas wyłącznie o to

że niechże i w niej się krętki rozrosną:

„Więc kończże Romeo, we mnie, idioto!”

Zaloguj się aby komentować

Lata długie minęły już o czasu, kiedy to ostatni raz miałem przyjemność być w Pradze (w zasadzie to wybrałbym się tam znowu – może jest to jakiś pomysł?), a było to tak dawno, że wymieniało się jeszcze wtedy gotówkę w kantorze i z taką wymienioną gotówką jechało się za granicę, a zanim się jeszcze tę granicę przekroczyło, to trzeba było się na niej poddać kontroli. Ale faktycznie, już wtedy kiedy ostatni raz tam byłem, to gdy płaciło się w sklepie, rachunki były zaokrąglane do pełnej korony. Jak jest teraz, to nie mam pojęcia, bo później, kiedy miałem okazję bywać w jakichś przygranicznych czeskich miejscowościach, w sklepach płaciłem już kartą.


***


Autodefensteracja


Zrezygnowali Czesi z halerzy,

zaokrąglają ku pełnej koronie –

w Czechach halerzy nastąpił koniec.

Niektórym ciężko było to przeżyć.


Jak pewien Honza, który na wieży

hradczańskiej stanął raz na balkonie

i w dół popatrzył, pomachał żonie.

Był ateistą – poniechał pacierzy.


Negocjatorka zaś go namówiła

żeby z balkonu tego się cofnął

i kiedy już w sukces swój uwierzyła


to naraz zrobiło się wtedy głośno:

bo Honza, z miną nie bardzo radosną,

praskim zwyczajem skoczył przez okno.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Niedziela niedzielą, ale obowiązki poetyckie podjąć należy, szczególnie, że są to obowiązki poetyckie względem miasta Grudziądza.


***


Czasami bywa i tak, że mimo chęci czy mimo nawet wewnętrznego przymusu zachowania jakiejś tradycji, bo tradycja to rzecz jest święta przecież, nie mamy możliwości zachować się tak jak zachować by się należało. I wtedy, żeby uspokoić sumienie, robimy coś obok. Robimy rzecz bardzo zbliżoną: na wigilijną wieczerzę zamiast karpia przygotowujemy dorsza albo halibuta, bo jakoś nigdzie nie dało się tego karpia kupić, a nawet jak się go kupić dało, to były te karpie albo za małe, albo za duże, albo za bardzo śmierdziały mułem. Albo jeszcze inny przykład: odwiedzamy, zgodnie z tradycją, groby naszych bliskich w dniu Wszystkich Świętych (co zgodnie z doktryną powinniśmy robić raczej w dniu zadusznym; doktrynę jednak należałoby zrozumieć, tradycji za to rozumieć nie trzeba) i, również zgodnie z tradycją, chcemy na tych ich grobach zapalić znicze. Limity emisji dwutlenku węgla nie pozwalają nam jednak upamiętnić naszych zmarłych żywym ogniem, kupujemy więc te nowoczesne, ekologiczne znicze elektryczne, takie z bateryjką. I stawiamy je na nagrobkach, i włączamy ten uporządkowany przepływ elektronów, i mamy poczucie, że jesteśmy w zgodzie z tradycją, choć tak naprawdę jesteśmy tej tradycji obok. Tak jak i obok tradycji (a również i obok rzeki) był kiedyś jeden z mieszkańców wspaniałego miasta Grudziądza. I również zmusiły go do tego okoliczności:


***


Pochówek nie do końca zgodny z tradycją


Powiedzmy, że miał on na imię Jerzy,

powiedzmy, że miał on powód by żonie

śmierć zadać, że zrobił to w samoobronie,

w co nawet w końcu sąd mu uwierzył.


Powiedzmy, że z ciałem nad Wisłę pobieżył,

i że obciążył mu stopy i dłonie,

że chciał zobaczyć jak ono tonie,

że pewność chciał mieć, że ono leży

na dnie, że wodna je skryła mogiła,

że ryby je zjedzą lub glony obrosną...


Lecz niespodzianka tam się zdarzyła,

bo stanął nad rzeką i patrzy: – A co to? –

miejsc brak: w wodzie od trupów aż tłoczno,

więc, wbrew tradycji, cisnął je w błoto.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark Ewidentnie w Grudziądzu, nad tą dziwną rzeką Wisłą, powinno stanąć urządzenie do wydawania numerków dla chętnych ze zwłokami...

Zaloguj się aby komentować

Nigdy tego faktu nie ukrywałem, choć nigdy nie przyznałem też, że wstydzę się bycia twórcą koniunkturalnym. Że próżność, niczym nieuzasadniona męska duma, poczucie wyższości (nie tylko względem kobiet, ale względem wszystkich w ogóle, to moje poczucie wyższości nie ma akurat nic wspólnego z seksizmem, być może niestety), że mój głód pochwał, niejednokrotnie wymuszonych cyniczną manipulacją, że to wszystko to właśnie esencja mnie, to filary, na których opiera się moja niezwykle głęboka i wrażliwa męska duchowość.


Z tego też powodu nie boję się podejmowania w swojej twórczości tematów trudnych, a wciąż niestety aktualnych i kontrowersyjnych. Tak się akurat złożyło, że zarys poniższego tekstu chodził mi po głowie już od dawna i tylko przypadkiem zdarzyło się i tak, że wylał się z tej głowy i ukształtował na monitorze w jedną spójną całość właśnie teraz, kiedy to na najnowocześniejszym portalu dla starych ludzi wybuchła pewna afera .


Przed państwem jedna z lepszych rzeczy, jakie zdarzyły się polskiej literaturze pięknej (tak naprawdę to literaturze światowej, ale z przyzwoitości zachowam te cyniczne pozory skromności) ostatnich dwóch dekad. Opowiadanie to umieszczone jest na tak wysokiej półce, na jaką żadne polskie wydawnictwo nie sięga ani sięgać nie będzie. Nie sięgnie tam ani Fabryka Słów, ani Wydawnictwo Literackie, ani Wydawnictwo Czarne, ani nawet żadne z szerokiego grona uznanych wydawnictw zajmujących się self-publishingiem, zostaje mi wobec tego tylko opublikowane go w jedynym godnym prawdziwej, wolnej, niczym nie skrępowanej sztuki miejscu, to jest w Internecie. Zapraszam więc państwa do próby zmierzenia z dziełem, którego i tak nie zrozumiecie, bo przekracza ono możliwości waszej intelektualnej percepcji, ale być może docenicie w nim przynajmniej literacką składnię i gramatykę. A więc wejdźcie, zatrzymajcie się, przeczytajcie i wyjdźcie. A wyjdźcie po przeczytaniu koniecznie, żeby swoją niegodną obecnością nie kalać tego wspaniałego dzieła, które to właśnie zostaje wam objawione:


***


Wszyscy mężczyźni są tacy sami


W tamto błyszczące słońcem popołudnie, kiedy poranne chmury świtu wreszcie rozstąpiły się i ustała zalewająca wcześniej miasto anomalia deszczu, podjechaliśmy we trójkę pod las. Zawsze jeździliśmy wtedy we trójkę, zawsze w tym samym towarzystwie, zawsze trzymaliśmy się wtedy razem: Ja, siedzący po mojej prawicy Jezus, jedyny, ostatni mężczyzna, jaki pozostał w całym moim życiu, oraz Anioł Stróż siedząca na tylnej kanapie samochodu.


Samochodu nie było jednak wtedy żadnego, tak jak i nigdy wcześniej nie było żadnego samochodu. Było za to ciężkie życie w tym opresyjnym kraju, który wysysał ze swoich obywateli zarówno wszystkie siły potrzebne do życia jak i większość zarobionych przez nich pieniędzy, równie do tego pozbawionego sił życia potrzebnych. To właśnie dlatego nie było wtedy żadnego samochodu, tak jak nie było go też ani nigdy wcześniej, ani nie było go też nigdy później, zresztą nie ma go do teraz i raczej nigdy już go nie będzie, bo nigdy nie będzie mnie na niego w tym opresyjnym państwie stać. Nie będzie też tego samochodu tym bardziej, że nie mam również prawa jazdy, co jest winą po części tego opresyjnego państwa, ale jeszcze bardziej jest winą dominującego w tym państwie patriarchatu – zauważyliście że wszyscy egzaminatorzy w Ośrodkach Ruchu Drogowego są mężczyznami?


Na przekór jednak wszystkiemu jeździliśmy we trójkę tym wyimaginowanym samochodem, żeby nie poddawać się naciskom społecznym, żeby łamać stereotypy – do dziś przecież pokutuje przekonanie że „baba za kierownicą” – wreszcie po to żeby móc wszędzie zdążyć w tym pędzącym świecie, bo samochodem, wiadomo przecież, jest dużo szybciej niż na piechotę. Jezus siadał zawsze obok mnie, zajmował miejsce pasażera i mówił mi gdzie mam jechać, bo gubiłam się w tych nieprzyjaznych kobietom, planowanych przez mężczyzn miastach, nie mogłam nigdy zapamiętać ani tego, w którą ulicę mam kiedy skręcić, ani tego, kto na tym akurat skrzyżowaniu ma pierwszeństwo przejazdu. Czasami wybieraliśmy się też na wieczorne wycieczki poza miasto, tam z kolei Jezus przypominał mi o światłach. „Długie włącz” – mówił, kiedy jechaliśmy przez ciemną dolinę, bo ja sama zawsze o tym włączeniu długich świateł zapominałam. Moja Anioł Stróż siedziała zaś zawsze z tyłu i robiła tam „Brrrum brrum” naśladując dźwięk pracującego silnika.


W tamto błyszczące słońcem popołudnie podjechaliśmy więc we trójkę tą uliczką prowadzącą do lasu, która kończyła się nagle, urywała się na granicy lasu, zmieniając się w zanikającą w leśnym cieniu ścieżkę, a ja zobaczyłam przybity do drzewa znak ostrzeżenie zakaz wjazdu. Zatrzymałam się wtedy przed tym ostrzeżeniem, niepewna co mam dalej zrobić, bo jednak lata tresury w tym zacofanym, patriarchalnym modelu wychowania zrobiły swoje i reagowałam automatycznie na te wszystkie opresyjne znaki mówiące mi jak mam żyć, co mam zrobić, jak mam się zachować, znaki na pewno wymyślone i poumieszczane wszędzie w przestrzeni publicznej, zaburzające tę przestrzeń publiczną, przez mężczyzn, bo przecież kobiety nie zajmują się takimi rzeczami jak praca fizyczna czy umieszczanie opresyjnych znaków ostrzeżenia zakazu wjazdu.


Stałam tam tak przez chwilę, uciśniona tym patriarchalnym ostrzeżeniem zakazu wjazdu i nie wiedziałam co mam zrobić. Jechać dalej? Zawrócić i pojechać gdzie indziej? Zawrócić i zostawić auto na parkingu (opresyjne parkowanie równoległe!), a do lasu pójść na piechotę? Jezus popatrzył wtedy na mnie i powiedział „No jedź, na co czekasz?”, a ja mu odpowiedziałam „Jezu, ufam tobie” i ruszyłam przed siebie. Pojechałam prosto w las. „Brrrum brrum” – rozchodziło się z tylnej kanapy.


Jechaliśmy tą leśną ścieżką w milczeniu, podziwialiśmy majestat przyrody. Głębokie koleiny, wyżłobione kołami poruszających się ciągle po tej ścieżce patriarchalnych samochodów Służby Leśnej (zauważyliście że wszyscy leśnicy to mężczyźni?) prowadziły nas tak jak szyny prowadzą pociąg po torach. Leśnicy jeździli tymi leśnymi drogami w tę i we w tę utrzymując, że bez ich pomocy las umrze, zniknie, ulegnie zniszczeniu i rozkładowi, jak gdyby Matka Natura nie radziła sobie z utrzymaniem lasów na długo przed nimi, na długo zanim objęli las tą swoją męską, patriarchalną opieką. Na długo zanim się w ogóle na świecie pojawili.


Ten leśnik natomiast pojawił się nie wiadomo skąd, wyrósł nagle obok naszego samochodu, zmaterializował się jego lewej stronie, zaraz obok mnie i zapukał w szybę, a ja sięgnęłam do korbki i opuściłam tę szybę reagując na to jego nieme polecenie w sposób bezrefleksyjny, automatyczny, wynikający z tych wszystkich lat bycia poddawaną tresurze patriarchalnego wychowania, która skutkowała bezzwłocznym i bezwiednym wykonywaniem wydawanych mi poleceń, czego później, już po fakcie, bardzo mocno żałowałam, nieraz wypłakując wieczorem te moje porażki w kołdrę, kiedy po całym ciężkim dniu leżałam ze stoperami w uszach w swoim wynajętym łóżku w wynajętym pokoju odcinając się tymi stoperami od śmiechu, którym za ścianą raz po raz wybuchała moja zindoktrynowana współlokatorka przyjmująca, jak niemal co wieczór, odwiedziny swojego chłopaka.


„Dzień dobry pani, leśniczy Taki a Taki” – funkcjonariusz przedstawił się nie potrafiąc przy tym odmówić sobie tej perwersyjnej, patriarchalnej przyjemności stygmatyzowania mnie przez pryzmat mojej płci, zwracania się do mnie per „pani”. „Zgodnie z artykułem takim a takim” – kontynuował mój oprawca – „obowiązuje zakaz wjazdu pojazdami silnikowymi do lasów, a złamanie tego zakazu wiąże się z nałożeniem na panią mandatu karnego w dużej wysokości. Nie zauważyła pani ostrzeżenia zakazu wjazdu?” – zapytał na koniec z przekąsem, a nawet z pewną złośliwością.


Męskim zwyczajem, wciąż mnie tym nazywaniem „panią” stygmatyzując, leśnik wydał na mnie natychmiastowy wyrok nie pozostawiając zupełnie żadnej możliwości obrony! I jeszcze to pytanie na koniec! Pytanie z tezą, pytanie tendencyjne, pytanie opresyjne i atakujące, zadane wyłącznie po to, żeby mnie w tej całej sytuacji jeszcze bardziej bardziej pogrążyć, żeby jeszcze bardziej zniszczyć moją, już i tak mocno nadwątloną przez życie w tym opresyjnym, patriarchalnym świecie pewność siebie. Pytanie zadane wyłącznie po to, żeby mógł, oprócz triumfu urzędowego, odnieść nade mną jeszcze ten swój mały, płytki, męski triumf osobisty!


Milczałam. Milczałam i wpatrywałam się przed siebie, ignorowałam leśnika, nie chciałam mu dawać satysfakcji, nie chciałam pozwolić mu cieszyć się tym jego jego triumfem. Układałam sobie w głowie myśli, zastanawiałam się co mam mu odpowiedzieć, kiedy w końcu zakończy tę swoją opresyjną przemowę, kiedy przejdzie do konkretów i zażąda ode mnie dokumentów. Zastanawiałam się na którą ustawę mam się wtedy powołać, jakimi faktami zbić go wtedy z tropu, strącić go z tego jego męskiego piedestału żeby odnieść to niespodziewane – bo przecież w jego oczach wyglądałam już na pokonaną – małe, ale jakże istotne dla sprawy oraz dla mnie zwycięstwo.


On jednak zrobić coś zupełnie niespodziewanego, zrobił coś czym zupełnie mnie zaskoczył, zawiódł mnie nawet, można by powiedzieć, bo przecież byłam już przygotowana na dalszy ciąg tej sytuacji, wiedziałam jak powinna się ona potoczyć. Spodziewałam się walki, awantury, przekrzykiwania się, zarzucania mnie przez leśnika jego absurdalnymi argumentami i całkowite przez niego ignorowaniem moich. On jednak pochylił się do mnie i zapytał tym swoim udelikatnionym, sztucznie łagodnym, fałszywie przymilnym głosem: „No to co się stało? Dlaczego pani tutaj wjechała?”.


Już wtedy wiedziałam, że to nie będzie zwykła walka. Zrozumiałam, że ten funkcjonariusz, ten podły przedstawiciel systemu męskiego ucisku, ucieleśniający w tamtej chwili i w tamtym miejscu cały ten męski ucisk w tej swojej własnej, stojącej wtedy obok mnie obrzydliwej osobie, zdecydował się na grę o wiele bardziej wyrafinowaną, grę psychologiczną, opartą na fałszywym, pozorowanym współczuciu, na chwilowym wzbudzeniu poczucia jedności, tylko po to żeby mnie zmiękczyć, żeby mnie osłabić, a później tę moją cynicznie wzbudzoną słabość przeciwko mnie obrócić. Żeby ją przeciwko mnie wykorzystać.


Zaskoczył mnie tym pytaniem i w tym zaskoczeniu instynktownie zrobiłam najgłupszą możliwą rzecz, rzecz przed robieniem której tyle razy mnie ostrzegano, przed robieniem, której sama siebie tyle razy ostrzegałam: powiedziałam mu wtedy prawdę. „Jezus mi kazał tutaj wjechać” – powiedziałam i spojrzałam w prawo, licząc że Jezus potwierdzi moje słowa, że stanie w mojej obronie. Siedzenie pasażera było jednak puste. Jezus opuścił mnie, tak jak opuścił mnie wcześniej też każdy inny mężczyzna, któremu zaufałam, każdy inny mężczyzna, który powiedział mi kiedyś co mam robić, a później, kiedy już to zrobiłam, on się ulatniał i nie było go już przy mnie nigdy więcej. Nigdy więcej już się w moim życiu żaden z tych mężczyzn nie pojawił.


To właśnie wtedy zrozumiałam, że jestem na przegranej pozycji. Że nie mam szans w starciu z tym leśnikiem, że nie mam szans w starciu z tym mężczyzną i że nie mam szans w starciu z jakimkolwiek mężczyzną. Że nawet dwie samotne kobiety są zupełnie bez szans w starciu z jednym, choćby najsłabszym mężczyzną w tym męskim, opresyjnym, patriarchalnym świecie, bo mimo że moja Anioł Stróż nadal siedziała na tylnej kanapie, nadal wydawała tam to swoje „Brrrum brrum”, te dźwięki pracującego silnika, to leśnik nawet nie kazał mi tego silnika wyłączyć.


***


1392 słowa


***


Gdyby ktoś z państwa miałby ochotę zrecenzować powyższe opowiadanie, to proszę bardzo. Recenzje do autoryzacji można przesyłać do mnie poprzez wiadomość prywatną. Jeśli natomiast zdarzyłoby się tak, co uznaję za silnie prawdopodobne, że dzieło to przekroczyłoby waszą intelektualną percepcję i nie wstydzilibyście się ani swojej względem tego dzieła zazdrości, ani nie wstydzilibyście się też przyznania do tego, że ono was przerosło, również wtedy można się do mnie przez wiadomość prywatną zwrócić, a ja odeślę wytyczne merytoryczne do sporządzenia takiej recenzji (nie zwalnia to jednak z obowiązku przesłania jej do autoryzacji!) lub, w ramach dobrej współpracy, mogę również taką recenzję za recenzenta napisać. W tym ostatnim przypadku autoryzacja recenzji nie będzie już konieczna.


***


#zafirewallem

#naopowiesci

@George_Stark

nie chciałam pozwolić mu cieszyć się tym jego jego triumfem

Nie wiem czy te dwa "jego" obok siebie to celowy zabieg, czy przeoczenie, ale nadały tej wypowiedzi takiego specyficznego wydźwięku ociekającego lekko histerycznym obrzydzeniem: (...)tym jego - JEGO - triumfem!

Przynajmniej tak to w mojej zrytej głowie wybrzmiało.

W dodatku damskim głosem.

Niesprecyzowanym, choć niepokojąco znajomym...

Zaloguj się aby komentować

Koleżanka @UmytaPacha gdzieś nam chyba odleciała, ale młoda ponoć jest, to niech się bawi. A my, starzy, przed monitorami będziemy się dziś bawić tak:


temat: ostatnia wieczerza

rymy: strzelanie - kaca - szampanie - raca


#zafirewallem

#naczteryrymy

W ostatnim dniu roku skry mają strzelanie

Wzbijają się w niebo jakby by miały kaca

To po wlanym w ognisko szampanie

W dymie wszystko wraca

33ce7027-2261-451a-9ceb-362c0d0bbabc

Dobra rada na Nowy Rok

(dla Was od mojego taty)


Klinika strzelanie

na giganta kaca,

nie działa po szampanie -

ból głowy wnet wraca.

Zaloguj się aby komentować

1261 + 1 = 1262


Tytuł: Inna dusza

Autor: Łukasz Orbitowski

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter


Tatko ponawia swój wysiłek z podobnym efektem i ryczy w moją stronę, że jestem bezużyteczny. Pyta, czy zdaję sobie sprawę do czego go doprowadziłem: musi kraść, byśmy mieli na jedzenie. Przeze mnie trafi do więzienia, a matka będzie głodować.


Czcij ojca swego i matkę swoją – to właśnie treść czwartego przykazania przyszła mi do głowy zaraz po tym kiedy tylko skończyłem czytać Inną duszę pana Orbitowskiego i zastanowiłem się wtedy nad bezwarunkowością tego przykazania i jego całkowitą niesymetrycznością względem dzieci. Bo spośród kilku wiodących wątków w tej książce to właśnie relacje bohaterów z rodzicami, relacje niepełne, relacje dysfunkcyjne, choć dysfunkcyjne na dwa różne, dwa zupełnie przeciwne sobie sposoby, chyba uderzyły mnie najbardziej. I jest to kolejna w ostatnim czasie książka, po Szczelinach pana Szostaka (zresztą wymienionego w Innej duszy w podziękowaniach od autora dla tych, którzy pomogli przy jej tworzeniu), którą czytałem, a która w jakimś stopniu porusza wątek wpływu dzieciństwa na przyszłe życie. Tak jakby z tego właśnie wszystko inne wynikało i może to właśnie dlatego akurat to uderzyło mnie najbardziej, uderzyło mnie jako przyczyna tego wszystkiego, co zostało w tej książce opisane.


Nie wiem. Ja sobie myślę, że w każdym drzemie coś takiego, tylko w jednym się budzi, a w drugim nie budzi, i tyle – mówi. Inna dusza się budzi. A może diabeł. Chętka by zabić, i już.


Książka Inna dusza inspirowana jest rzeczywistymi wydarzeniami jakie rozegrały się w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku w Bydgoszczy. Chodzi o dwa morderstwa, popełnione przez młodego człowieka w odstępie kilku lat, morderstwa zupełnie bezsensowne, nie mające żadnej motywacji. I takim właśnie nastolatkiem (nie tym, ale takim, autor zastrzega, że fakty stanowiły wyłącznie inspirację, a Inna dusza jest fikcją literacką) pan Orbitowski się zajmuje. Przy okazji odtwarza też nastrój czasów, w których rozgrywa się akcja powieści i to udaje mu się kapitalnie. Ten nastrój buduje zarówno za pomocą szerokiego planu – opisu miejsc i realiów, jak i za pomocą szczegółów – filmy w telewizji, muzyka w radiu i na kasetach, zresztą nawet rozdziały zatytułowane są tak jak utwory muzyczne, które się w danym roku na polskim rynku ukazały.


Nie jest to książka nostalgiczna, czytając ją nie tęskniłem do mojej wczesnej młodości, która na tamten czas przypadła. Ona przedstawia tę gorszą stronę tamtego okresu i w pewnym miejscach może być dla czytelnika dość niewygodna, a nawet bolesna, co jednak ja uznałbym jako jej zaletę – jest mocno naturalistyczna. Ale ta naturalistyczność oprócz tego, że jest jej zaletą, jest również i jej wadą. Bo przez tę beznadzieję opowieść jakoś nie potrafiła mnie porwać (co nie znaczy, że jest zła, to raczej kwestia moich oczekiwań i preferencji) a momentami wręcz mi się dłużyła. Nie wspominając już o tym, że bohaterowi, temu, który zabił (celowo nie podaję imienia), daleko jest do Rodiona Romanowicza Raskolnikowa, szczególnie w kwestii jego przedstawienia.

3d13184d-5bbf-4eff-b192-0fa6d45e9277

Jak człowiek czyta albo słucha o tych różnych patologiach to tym bardziej stara się sam pracować nad tym żeby mieć normalną rodzinę.

O zdrowych relacjach rodzinnych się nie mówi, bo to nudne.

Zaloguj się aby komentować

Co to za wegatrianin co wpierdala schabowe.


Wpadł do kuchni mężczyzna

Drze mordę, że w lodówce włoszczyzna

Zrozpaczona tym kobieta

Z selera robi kotleta

Zaloguj się aby komentować

Obserwuje ostatnio zmniejszony ruch w naszej wspanialej kawiarence #zafirewallem , w tym rowniez i moj zmniejszony ruch, i troche sie tym martwie i zastanawiam się o co moze chodzic. A pozniej czytam, ze chyba i innym, tak jak i mnie, tez udzielila sie ta zaokienna aura. I wlasnie ten nastroj, poza jakimkolwiek konkursem, postanowilem w wytworze ponizszym postarac sie uchwycic:


***


nic mi sie nie chce


i przyszedl znowu jak co rok grudzien

i znowu niestety nie sypnal sniegiem

i zrobil ze mnie jakiegos marude

czy lenia zrobil bo nic tylko leze


wiec sobie leze i patrze w sufit

i licze na tym suficie pekniecia

a takie lezenie moze oglupic

wiec szukam sobie jakiegos zajecia


i w jakis marazm dziwny popadam

cos moze zrobic lub zmienic miejsce

nad takim wyjsciem sie zastanawiam

no tylko co z tego gdy nic mi sie chce


i coraz bardziej nic mi sie nie chce

im nie chce mi sie niczego dluzej

i nawet tego juz mi sie nie chce

zeby alt wciskac na klawiaturze

Zaloguj się aby komentować

1223 + 1 = 1224


Tytuł: Ja to ktoś inny. Septologia III-V

Autor: Jon Fosse

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


a ja siedzę w swoim samochodzie zaparkowanym przed Galerią Beyer i patrzę, patrzę na śnieg pokrywający przednią szybę i myślę, że jedną z najważniejszych rzeczy w malowaniu to umieć skończyć obraz w porę, wiedzieć, kiedy obraz już mówi to, co da się powiedzieć, bo jeśli się maluje za długo, to obraz najczęściej jest zepsuty


Drugi tom Septologii Jona Fosse zawierający części III – V nie przynosi żadnych niespodzianek. Tak w kwestii języka, emocji, jak i w kwestii historii, bo tyle co się tutaj dzieje, to to, że Asle kolejny raz jedzie do Bjørgvin, gdzie zostawia obrazy w galerii Beyera a później wraca do Dylgja, gdzie spotyka się z Åsleikiem i udaje się do niego na obiad, bo taką mają tradycję. I tyle. Tylko że w międzyczasie Asle wspomina. Cała trzecia część na przykład to wyłącznie jazda i wspomnienia. I wspomina to, jak poznał tego drugiego Aslego i to jak poznał Ales, a te wspomnienia się jakby mieszają i, jeśli czyta się uważnie, to one są niejasne i nieraz sprzeczne ze sobą. I jeszcze Asle rozważa, dużo rozważa, o Bogu szczególnie i te rozważania są ciekawe.


Tak, nie dostałem w tej książce niczego nowego, niczego, czego bym się nie spodziewał po przeczytaniu pierwszego tomu i bardzo dobrze, że tego nie dostałem, bo to co dostałem było tym czego się spodziewałem i zupełni mi to wystarcza. Jestem z tego całkowicie zadowolony. Dalej jestem zachwycony tą wspaniale równą i równie wspaniałą narracją jaką zachwyciłem się już wcześniej, dalej uważam, że takie zwykłe rozważania przedstawione w piękny sposób to jest coś o czym chcę i lubię czytać, dalej mam ochotę, nie tylko u pana Fosse, zapoznawać się z mierzeniem się autorów z tematem złudności ludzkiej pamięci. I będę bardzo niecierpliwie czekał na wydanie po polsku ostatniego tomu Septologii, zawierającego części VI-VII licząc na to, że do tego czasu te, które już przeczytałem zostaną mi w pamięci takie, jakimi były wtedy kiedy je czytałem.

774a6ad5-171a-4200-9620-e479152abbea

Zaloguj się aby komentować

1222 + 1 = 1223


Tytuł: Opowieść wigilijna

Autor: Charles Dickens

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 6/10


#bookmeter


Ośmielam się twierdzić, że spotkało mnie w życiu wiele dobrego, choć niekoniecznie miałem z tego pożytek – odparł siostrzeniec. – Boże Narodzenie to jedna z tych rzeczy.


Tak mnie jakoś naszło w tym okresie świątecznym żeby sobie odświeżyć tę nowelkę, którą ostatnio czytałem w szkole chyba i, pamiętam to, nie podobała mi się wtedy. Dziś, nieskrępowany tym, że muszę rozmieć książki, tak jak program sobie tego życzy postanowiłem przeczytać ją jeszcze raz, i postarać się zrozumieć, bo może wtedy jej nie zrozumiałem. Chociaż teraz, po zakończonej lekturze, mogę powiedzieć, że za wiele w niej do rozumienia to jednak nie ma. Ot, prosta historia, choć ładna, ale przy tym i trochę naiwna o „nawróceniu grzesznika” czy też o „skruszeniu zatwardziałego serca”. I chciałem nawet podejść do niej z pozytywnym nastawieniem, święta w końcu, i nawet podszedłem, ale to nastawienie jakoś mi się w trakcie lektury przestawiało. I nawet poczyniłem pewien eksperyment myślowy, starałem się odebrać ją tak, jak wydawało mi się, że mógłby ją odebrać czytelnik współczesny panu Dickensowi, ale i to mi się nie udało. Dlatego, że jestem zbyt współczesny? Zbyt przyzwyczajony do tego co w literaturze rozwinęło się później? Nie mam pojęcia. Chyba nie. Tym bardziej, że przecież lubię te długie, nudne, dziewiętnastowieczne powieści, w tym i te autorstwa pana Dickensa. Więc zastanawiałem się czym one różnią się od Opowieści wigilijnej i doszedłem do wniosku, że swoją złożonością. Więc czegoś się chyba w te święta o sobie dowiedziałem, dowiedziałem się, albo poczyniłem krok w kierunku dowiedzenia się, co mnie w literaturze interesuje a może nawet pociąga.


Sama książka, żeby spełnić wymogi formalne wpisu, opowiada o Ebenezerze Scrooge, człowieku interesu, który nie cieszy się świętami Bożego Narodzenia, a w zasadzie w ogóle nie cieszy się niczym, co nie przynosi mu zysku. I tego Ebenezera Scrooge’a nawiedza w wigilijny wieczór kilka duchów i pokazują mu przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, a Scrooge pod wpływem tego co zobaczył nawraca się i staje się lepszym człowiekiem. Świetne przesłanie, realizacja dużo mniej świetna.


Największym dla mnie plusem z tego, że tę książkę teraz przeczytałem jest to na co na pewno nie zwróciłem uwagi czytając ją w szkole, a mianowicie kapitalne zabiegi narracyjne autora (czytałem przekład pani Patrycji Zarawskiej, to może być w tym miejscu ważne), to kierowanie się wprost do czytelnika, jak choćby w tym miejscu:


Otóż nie ulegało wątpliwości, że Marley nie żyje. Należy to wyraźnie zaznaczyć, w przeciwnym bowiem wypadku nic niezwykłego nie wyniknie z historii, którą zamierzam wam przekazać. Gdybyśmy nie byli w pełni przekonani, że ojciec Hamleta zmarł, zanim rozpoczęła się akcja sztuki nie byłoby nic szczególnego w tym, że przechadzał się nocą wśród wiejącego od wschodu wiatru po murach obronnych swego zamku. Ot, jakiś dżentelmen w średnim wieku nierozważnie pojawia się po zmroku w wietrznym miejscu […]


I to też jest coś za co tę dziewiętnastowieczną literaturę bardzo lubię, więc miło było mi takie rzeczy czytać.

a2dd232e-b45a-4b4c-b81e-7692d6858e46

@George_Stark spoczko, ja wczoraj każdy post musiałam poprawiać bo za każdym razem ktoś mnie ubiegł i dodał swój wcześniej

Zaloguj się aby komentować

Święta już minęły, zbliża się Sylwester. A Sylwester, to wiadomo: eksplozje i wybuchy. Boją się ich psy, boją się ich i klawisze. A już szczególnie boją się ich psy i klawisze w żeńskim zakładzie karnym w Grudziądzu:


***


Tęsknota za Wisłą


W grodzie, w którym rzeka stanowi mogiłę

(choć płynie tamtędy przeciw rozsądności),

mąż się na swą żonę tak kiedyś rozzłościł,

że zakończyć zechciał małżeńskie chwile.


By rozwiązać sprawę sposobów miał tyle:

mógłby wziąć z nią rozwód – byłby koniec troski,

albo ją utopić – rzecz w stylu grudziądzkim;

on był jednak macho, więc zawierzył sile


i pamiątkę po dziadku wyjął ze stodoły,

to kaliber gruby, nie żadne pierdoły:

Stielhandgranate – porządny. Niemiecki.


I wybuchło. I żonę cisnęło do rzeczki.

Wiśle wszystko jedno – ciało skryła lustrem.


Mężowi w Szczecinie Odra teraz pluszcze.


***


#nasonety

#zafirewallem


***


@splash545! Ale żeś rymy powymyślał! Aż trudno tak to nawet ja nigdy nie zrobiłem!


Poza tym to coś Ci się ta miejska legenda wykoślawiła chyba (albo Cię okłamali, w końcu to Grudziądz, więc wszystko możliwe – i tak dobrze, że Cię tam nie utopili!), ale na szczęście zrobiłem risercz i dotarłem do, że się tak wyrażę, źródeł.


No i proszę mnie zdyskwalifikować jakby co, ale nie mogłem przecież tego „pluszcze” nie wykorzystać.

Zaloguj się aby komentować

1219 + 1 = 1220


Tytuł: Kości, które nosisz w kieszeni

Autor: Łukasz Barys

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 5/10


#bookmeter


Choć nienawidziłam tatuśków, których nam sprowadzała, i kibicowałam babci w ich kłótniach, to wiedziałam, że mama po prostu chce być kochana. Po prostu.


Kilka całkiem zgrabnych scen balansujących między światem żywych a zmarłych, kilka dość bystrych rzutów oka na zaprezentowanych wcale ciekawie bohaterów i na ich sposoby radzenia sobie z brakami, kilka przebłysków z napięć między nimi, a to wszystko zszyte w jedną całość i to w zasadzie tyle. Być może ja już jestem stary, być może inaczej rozumiem literaturę niż pan Barys, autor sporo ode mnie młodszy, ale to, czego w tej jego książce najbardziej mi brakowało, to jakiegoś spięcia tych wszystkich wydarzeń w jedną całość. Głównego wątku mi po prostu zabrakło i może jakiejś konkluzji.


Bohaterką tej książki jest mieszkająca w Pabianicach nastoletnia dziewczyna, która, na skutek posiadania porzuconej i (może właśnie z tego powodu) dysfunkcyjnej matki musi zbyt szybko dorosnąć i zając się nie tylko rodzeństwem, ale i swoją babcią. A każdy z tej trójki, którą się opiekuje ma przecież swoje zdanie. I tak to wychodzi że, trochę z biedy, babcia zabiera wnuków na cmentarz, trochę w ramach rozrywki i bohaterka nasza ogląda tam groby. Ma nawet swój ulubiony grób, córki niemieckich fabrykantów. A później tę córkę niemieckich fabrykantów spotyka (naprawdę? w snach? w wyobraźni?) i zaprzyjaźnia się z nią, a nawet są tam jakieś wątki erotyczne.


Wydaje mi się, że wiem co autor chciał zrobić i wydaje mi się, że wyszło mu to tylko po części. Po lekturze tej drugiej (a pierwszej prozatorskiej) książki pana Barysa w moim prywatnym przekonaniu ten autor zapisał się jako człowiek, który umie tworzyć ciekawe sceny, umie operować nastrojem, umie opisać postaci i umie konsekwentnie je prowadzić, ale nie bardzo wyszło mu, przynajmniej w tych Kościach, które nosisz w kieszeni, spięcie tego wszystkiego w całość. I może jednak szkoda?

b83228cc-9420-401a-b1e1-b46b3fea5e85

Zaloguj się aby komentować

1218 + 1 = 1219


Tytuł: Las powieszonych lisów

Autor: Arto Paasilinna

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter


[…] Czyli średnio poziom wód we wszystkich morzach świata podniesie się o cztery i pół metra. Chyba pojmujesz co to oznacza.

Przystanie znajdą się pod wodą – stwierdził major. – Trzeba skierować więcej środków z budżetu armii do marynarki. Wojska lądowe będziemy traktować po macoszemu.


Na początek muszę trochę sobie pomarudzić. Już na samym początku pan autor raczy czytelnika takim oto zdaniem: Do każdego pudła ładowano dwieście kilogramów złota w dwunastokilogramowych sztabach. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że dwieście za cholerę nie chce się przez dwanaście bez reszty podzielić. Tak, wiem – to są zupełnie nieistotny szczegół, ale mnie razi. Tak samo zresztą jak kilka niezgrabnych zdań, które w tej książce raziły moją językową wrażliwość. I tego bym się w niej czepił. A teraz, kiedy już nakarmiłem mój autyzm, kiedy zadowolony klepie się on po brzuszku, mogę spokojnie przejść do chwalenia tej książki. Bo jest w niej co chwalić, dużo więcej mogę w niej pochwalić niż zganić.


Pan Paasilinna kupił mnie już od samego początku, a kupił mnie tym w jaki sposób Oiva Juntunen, jeden z bohaterów tej książki, zwerbował sobie pomocników celem zdobycia kilku sztabek złota. No cudowna była logika tych dwóch pomocników, a dalej było jeszcze lepiej!


Stworzyć bowiem postać człowieka kierującego się swoją własną, wewnętrznie niesprzeczną logiką, ale logiką odbiegającą od standardów jakie znamy i jakie przyjęliśmy za normalne (logiczne?) wydaje mi się zadaniem niełatwym. Zadaniem karkołomnym zaś wydaje mi się konsekwentne utrzymywanie postaci w ryzach tej jej wewnętrznej logiki. Te dwa zadania zaś udały się panu Paasilinie znakomicie, tak w przypadku Oivy Juntunena, jak i majora Remesa. I chyba nie trzeba wspominać tutaj o efekcie synergii. O tym, że zderzenie ze sobą dwóch tak fantastycznie wykreowanych osobowości musi, zgodnie z logiką (tylko którą?) dać jeszcze bardziej fantastyczny efekt. Tutaj, w tym Lesie powieszonych lisów, ta logiczna konsekwencja jak najbardziej zadziałała.


Uśmiałem się przy tej książce ogromnie. Ona prezentuje taki typ humoru, jak znam (i lubię) z pozycji innych skandynawskich autorów, takich jak pan Fredrik Backman czy pan Jonas Jonasson i była akurat w sam raz na tą szarą, smutną pogodę, jaką zafundował nam grudzień (bo ile w końcu można czytać Smażone zielone pomidory?). I nie tylko historia, nie tylko bohaterowie byli w tej książce zabawni. Ogromnie doceniam takie językowe cudeńka wplecione w tekst jak stewardessy z przetrąconymi skrzydłami, a jest ich w tekście sporo. I tylko nie wiem czy powinienem za nie chwalić autora, czy może raczej tłumacza? – ktoś wie, czy w języku fińskim funkcjonuje taki zwrot jak „przetrącić komuś skrzydła”?


Po tę książkę sięgnąłem za sprawą tagu, a konkretnie za sprawą wpisu kolegi @WujekAlien, za które to polecenie, choć pewnie nie do końca świadome i celowe, dziękuję bardzo. A na czytniku mam już Rok zająca tego samego autora i tylko czekam aż ktoś doda wpis na temat tej książki, żebym wiedział czy ją czytać, czy może jednak nie.

183823cb-21e7-4b4d-a216-245c020aa1b4

@George_Stark Niestety jeszcze nie czytałem, więc nie pomogę

A na czytniku mam już Rok zająca tego samego autora i tylko czekam aż ktoś doda wpis na temat tej książki, żebym wiedział czy ją czytać, czy może jednak nie.

Zaloguj się aby komentować

1217 + 1 = 1218


Tytuł: Szczelinami

Autor: Wit Szostak

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


(właśnie nam powiedziano

że nie ma dla nas miejsc pracy

więc sprawy bytowe już nie są

domeną metafizyki

lecz twardą sztuką zasiłku)


Ta książka leżała u mnie na czytniku już od dłuższego czasu, a trafiła tam z trzech powodów. Po pierwsze ze względu na autora, gdyż książka Cudze słowa, również napisana przez pana Szostaka, którą przeczytałem jakiś czas temu urzekła mnie na tyle, że miałem ochotę jeszcze na jakąś inną jego pozycję, a ochota ta była podbudowana nadzieją i może nawet pewnymi oczekiwaniami (tutaj tylko wspomnę że nie zawiodłem się wcale). Po drugie ze względu na przepiękną okładkę. Pan Szostak trochę tych książek już opublikował, a że wolę czytać raczej książki niż o książkach, to, przynajmniej w przypadku autorów, co do których twórczości mam nadzieje i oczekiwania, zdarza mi się wybierać książką po okładce. Po trzecie wreszcie, miałem w zeszłym roku takie postanowienie (nie udało mi się go zrealizować), że przeczytam sobie wszystkie książki nominowane do nagrody Nike.


I tak leżała sobie ta książka w czytniku, aż tutaj ostatnio w jakimś wywiadzie, chyba z panem Twardochem, ale głowy nie dam, usłyszałem zdanie brzmiące mniej więcej tak: a Witek Szostak napisał ostatnio całą powieść wierszem. No i mi się przypomniało wtedy o tej książce i ją zacząłem czytać, a jak już zacząłem, to tak mnie ona wciągnęła, że aż ją skończyłem.


Szczelinami to nie jest poemat w rodzaju Pana Tadeusza czy innych Kwiatów polskich, ta książka wygląda zupełnie inaczej. To nie jest napisane z rozmachem liryczne dzieło, które zachwycałoby swoim rozmachem. To raczej spojrzenie, takie wejście do życia narratorki (bo pan Szostak postanowił uczynić narratorkę a zarazem bohaterkę tej powieści kobietą) trochę właśnie szczelinami, a te szczeliny, którymi można do jej życia zajrzeć to właśnie pisane na różnym etapie jej życia wiersze (albo niewiersze, bo ona sama tak jej w końcu nazywa). Z tego wszystkiego co się przez te wszystkie szczeliny uda dojrzeć można sobie ułożyć mniej więcej historię jej życia, a przynajmniej tego jej życia kluczowe emocjonalnie momenty. I chyba właśnie dwie rzeczy: ta konieczność samodzielnego poukładana sobie, a także dopowiedzenia emocji, bo te niewiersze, przynajmniej w moim odbiorze, są dość lakoniczne, sprawiają, że ta książka wydała mi się tak ciekawa.


Pan Szostak w książce stosuje kilka bardzo ciekawych zabiegów. Począwszy od tego, znanego mi już z Cudzych słów, kiedy drugi raz prezentuje ten sam fragment tekstu wykreślając tylko z niego fragmenty, przez co całkowicie zmienia się tego tekstu wymowa, poprzez stworzenie kilku wersji tej samej historii dziadka za pomocą różnych końcówek wersów aż do zmiany początków wersów z zachowaniem końcówek. Prezentuje też kilka ciekawych spostrzeżeń, tym bardziej mi bliskich, że narratorka wydaje się być mniej więcej moją rówieśniczką, co sprawia, że kulturowo jesteśmy dość blisko, a więc i problemy i spojrzenie na świat mamy w jakiejś części podobne, jeśli nie wręcz te same.


Lubię to nietypowe, na ile zdążyłem się przekonać, pisarstwo pana Szostaka i myślę, że Szczelinami to nie była moja ostatnia przygoda z jego twórczością. Prawda jednak, że żeby czytać tego autora, potrzebuję odpowiedniego nastroju.

9d218bde-68b1-4178-981b-ddb583fd7a3c

Zaloguj się aby komentować

Wydaje mi się, że kiedyś już o tym wspominałem, półżartem być może (ale tylko pół!), że kiedy byłem mały, to chciałem być Andrzejem Poniedzielskim. I, mam takie podejrzenia, że w jakiejś części – być może w połowie? – nawet mi się to udało. Zastanawiam się tylko dlaczego jest to ta mniej satysfakcjonująca mnie połowa.


***


Panu Andrzejowi Poniedzielskiemu

(z pewną jednak zazdrością)


Z tą dynamiką od Mistrza przejętą

na siebie (choć trochę pomimo woli)

w duchu epoki (gdzieś paleolit)

wiersz recytuję. Staram się prędko.


Ale na scenie nogi mi miekną,

od tremy jeszcze żołądek mnie boli,

struny głosowe nie chcą mi stroić...

Więc schodzę ze sceny. Eee – macham ręką.


I tak skończyło przygodę dziecię

w tym artystycznym, kuszącym świecie,

choć czasem bywa – coś jeszcze w nim krzyczy:


tak wiele przecież wy dwaj dzieliście!

W tym samym mieście się kształciliście!

Cóż – mówię – jeśli w innej dzielnicy.


#nasonety

#zafirewallem

#diriposta

Zaloguj się aby komentować

Jest 21 grudnia, godzina jakoś zaraz po dwudziestej, a przed godziną dwudziestą nie miałem nijakiej możliwości manipulacji wynikami, więc spadło na mnie to brzemię. W związku z tym brzemieniem więc:


rymy: wiewiórka - przebrzydła - ogórka - mydła

temat: klęska urodzaju


Wyśmienitej dwudziestopierwszogrudniwej zabawy!


#naczteryrymy

#zafirewallem

Była we wsi taka panna, mówili że wiewórka

Ponoć dużo kradła i przebąkują, że przebrzydła

Spotkałem ją po posianiu na polu mym ogórka

Wycisnęła to wszystko, z olejem formuje mydła

Pół roku przebalowała wiewiórka

lecz gdy przyszła zima przebrzydła

zapasów nie było, miała tylko ogórka

będzie jeść go na przemian z kostką mydła

Robię pyszną zupkę, pomaga mi wiewiórka

A może bardziej szkodzi, franca przebrzydła

Znowu nawrzucała zbyt dużo ogórka

Chyba ją przerobię w jakiś rodzaj mydła

Zaloguj się aby komentować

1146 + 1 = 1147


Tytuł: Łabędzie

Autor: Jacek Dehnel

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter


Ale historia, a zwłaszcza może historia rodzinna, to nie fakty, tylko opowieść o faktach.


Chciałem napisać krótki wstęp i przejść do rzeczy, ale nie udało mi się to wcale. Wstęp krótkim być nie chciał za nic. A pisało mi się go na tyle dobrze, że postanowiłem cały ten długi wstęp we wpisie zostawić. Mając jednak na uwadze czytelników i to, że kogoś może jednak bardziej interesować książka, a moje związane z nią perypetie już mniej, postanowiłem rozdzielić poszczególne części wpisu i nadać im tytuły. O samej książce jest napisane w części ROZWINIĘCIE.


***


WSTĘP: Moja droga do Łabędzi


Bywa i tak że dziwne i skomplikowane drogi prowadzą do mnie do książek, które sobie do czytania wybieram. Aż sam czasami jestem zaskoczony kiedy uświadamiam sobie dlaczego właśnie po tę a nie po inną pozycję sięgnąłem albo dlaczego zrobiłem to akurat teraz a nie kiedy indziej. I tak właśnie było z Łabędziami pana Dehnela.


Pomysł na to żeby po któryś z utworów tego autora sięgnąć przyszedł mi do głowy już jakiś czas temu, kiedy czytałem opowiadanie Syrena autorstwa tej rok młodszej ode mnie gówniary, pani Małgorzaty Boryczki, której tak mocno kibicuję, a opowiadanie to było zamieszczone w tomie O perspektywach rozwoju małych miasteczek. I w tym to opowiadaniu pani Boryczka napisała tak: (…) a ja, wykształcona na tych wszystkich kursach, konserwatoriach i warsztatach, czytająca Dehnela i Twardocha – i opowiadająca się po stronie Dehnela oczywiście, nie dlatego, żebym właściwie rozumiała o co im się rozchodzi, tylko Dehnel ma zwyczajnie lepszą twarz dla mnie (…). Wobec takiego stwierdzenia ja, jako twardy (nie ma to jak żart wysokich lotów, prawda?) orędownik pana Twardocha nie mogłem przecież przejść obojętnie! Co prawda jedną książkę autorstwa pana Dehnela miałem już za sobą, całkiem mi się zresztą podobała (pisałem nawet o tym kiedyś w takim lakonicznym wpisie ), a jeszcze bardziej podobała mi się sztuka na podstawie tej książki wystawiana przez kielecki Teatr imienia Stefana Żeromskiego (ciekawostka: w tej sztuce publiczność usadzono na scenie, a aktorzy grali na widowni), ale, jak mówi przysłowie: jedna książka autora nie czyni i w związku z tym czułem pewien niedosyt, jakiś niedostatek informacji w sprawie mojego stosunku do pana Dehnela. Zainteresowany byłem jednak oczywiście nie twarzami autorów, ale ich dziełami. I tak miałem przez jakiś czas gdzieś tam z tyłu głowy to „trzeba by coś jeszcze tego pana Dehnela w końcu jednak przeczytać”, ale odkładałem to i odkładałem, aż w końcu zupełnie o tym zapomniałem.


Później jestem przez przypadek gdzieś w jakiejś księgarni i oglądam sobie półki, patrzę co tam w tej księgarni ciekawego mają. Wzrok mój zatrzymuje się na dość pokaźnym tomiszczu z obwolutą na okładce, a na tej obwolucie jest wizerunek łabędzia i nazwisko pana Dehnela, i jeszcze tytuł Łabędzie, i, co chyba najważniejsze, jest tam dopisek pod tytułem, który brzmi tak: Książka, którą chciałem napisać. No i voilà! I w to mi graj! No bo jak tu lepiej zapoznać się z twórczością autora, niż właśnie od książki, którą chciał napisać? – tutaj moja pomyłka, bo ja ten dopisek zinterpretowałem sobie wtedy jako książka, którą zawsze chciałem napisać albo coś właśnie w tym rodzaju. Pomyślałem wtedy, że jest to jakaś książka-marzenie tego autora. Być może tak jest, być może nie, ale teraz, już po lekturze, wydaje mi się, że ten dopisek miał znaczyć jednak coś zupełnie innego.


Niemniej zainteresowany książką po jej okładce, ale także dlatego, że przypomniał mi się tamten cytat z Syreny pani Boryczki, wziąłem ją do ręki i (to rzecz chyba naturalna, przynajmniej u mnie) obróciłem ją, żeby sobie przeczytać co też tam na jej tylnej okładce napisano. A tutaj niespodzianka! Bo w tej książce, w tym jej papierowym wydaniu, nie ma tylnej okładki. To znaczy tylna okładka jest, końcowe strony nie latają sobie luźno, nie powiewają w strumieniu powietrza tłoczonym przez klimatyzator do wnętrza tej księgarni, to nowa książka jest przecież, w księgarni nikt też tej tylnej okładki od niej nie oderwał, nie nastąpił też (przynajmniej jeśli chodzi o ten egzemplarz, który trzymałem wtedy w rękach) żaden błąd produkcyjny w wyniku którego byłby on z racji braku tylnej okładki wybrakowany. Więc fizycznie ta tylna okładka tam była, tyle że nadrukowana była na tej tylnej okładce przednia okładka drugiego tomu Łabędzi. Książki, o której istnieniu autor nie miał pojęcia – jak głosi dopisek pod jej tytułem. I, mimo że dla mnie książka rozumiana jako fizyczny przedmiot nie ma w sobie jakiejś szczególnej wartości, ważna jest dla mnie jej zawartość, to uśmiechnąłem się widząc to pomysłowe wydanie. A później poszedłem do domu i ściągnąłem ją sobie na czytnik, bo wtedy można było to zrobić w ramach abonamentu Legimi jeszcze bez żadnej dodatkowej dopłaty (tak, wiem: przez takich jak ja padają księgarnie stacjonarne, ale co ja poradzę na to, że wolę jednak na czytniku?).


I tak leżała sobie ta książka zachomikowana w pamięci mojego PocketBooka pośród stu kilkudziesięciu innych, również czekających na swoją kolej (aż chciałby się napisać „kurzyła się tam”, ale książki zapisane w pamięci flash się przecież nie kurzą, co – właśnie to sobie uświadomiłem – być może jest kolejną przewagą wersji elektronicznych nad wydaniami papierowymi). I, być może, leżałaby sobie tam aż do końca mojego abonamentu Legimi, którego nie zamierzam raczej przedłużać (to szansa dla księgarni stacjonarnych! – o ile do tego czasu jeszcze jakieś przetrwają), gdyby nie niedawna rozmowa z koleżanką.


A rozmowa ta dotyczyła książek, które mamy w planach przeczytać. Przypomniał mi się wtedy pan Dehnel i przypomniały mi się jego Łabędzie, i przypomniało mi się też to ich pomysłowe wydanie, i jeszcze przypomniał mi się ten dopisek pod tytułem pierwszego tomu, to książka którą chciałem napisać, choć przypomniało mi się źle, bo przypomniało mi się w tej nieprawdziwej wersji, w wersji książka, którą zawsze chciałem napisać, a która to nieprawdziwa wersja z jakichś dziwnych i zupełnie dla mnie niezrozumiałych powodów mocno się w mojej pamięci utrwaliła. Ja argumentowałem wtedy nawet tę swoją chęć przeczytania Łabędzi tym właśnie podtytułem, na co koleżanka stwierdziła, że podtytuł ta książka i owszem, ma, ale jest on inny. Powiedziała wtedy jeszcze że ten podtytuł jest ładny, i że jest długi i zaraz po tym wyjęła z torebki telefon w celu sprawdzenia tego jak ten podtytuł rzeczywiście brzmi, bo, jak powszechnie wiadomo, ustalenie właściwego podtytułu książki jest sprawą niezwykle istotną. Rzeczywiście, koleżanka miała rację, bo podtytuł Łabędzi pana Dehnela brzmi Historia pewnej rodziny, pewnej kolekcji, pewnego serwisu, pewnej afery i niepewnej pamięci w pewnym kraju Europy Środkowej.


A ja za czytanie tej _Historii pewnej rodziny, pewnej kolekcji, pewnego serwisu, pewnej afery i niepewnej pamięci w pewnym kraju Europy Środkowe_j zabrałem się dopiero po kilku dniach od tej rozmowy, bo wcześniej koniecznie musiałem jeszcze przeczytać pierwsze dwa tomy Septologii pana Jona Fosse, choć tej akurat książki zupełnie nie miałem w planach.


***


ROZWINIĘCIE: O Łabędziach


Te tytułowe łabędzie to żadne tam ptaki, Łabędzie pana Dehnela to wcale nie jest książka ornitologiczna. Te tytułowe łabędzie to Schwanenservice , porcelanowy serwis wykonany w XVIII wieku w Miśni, na zlecenie hrabiego Henryka von Brühla , urzędnika w służbie Augusta III Sasa, króla Polski i władcy Saksonii, a książka Łabędzie to opowieść osnuta wokół historii tego serwisu.


Bo było tak, że wiele z tych porcelanowych wytworów trafiło później do mieszkania pana Edmunda Mętlewicza, członka rodu Mętlewiczów z którymi pana Dehnela łączą więzy rodzinne. I właśnie o tej części rodziny autor Łabędzi chciał (być może jednak zawsze?) napisać książkę (tak jak wcześniej, w książce Lala napisał o drugiej części swojej rodziny – Lali jeszcze nie czytałem, ale zamierzam), a chciał ją napisać być może z tego powodu, że jeden z synów Edmunda Mętlewicza, Witold, został twarzą afery, która wybuchła w Polsce w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia i dotyczyła nielegalnego handlu złotem oraz dziełami sztuki i antykami (można sobie wpisać w wyszukiwarkę na przykład „sprawa Mętlewicza” ).


Książka Łabędzie to dwa tomy. Pierwszy z nich dotyczy zebranych wspomnień rodzinnych. Aby te wspomnienia zebrać autor udał się do Wiednia, gdzie mieszka część rodziny Mętlewiczów oraz potomkowie Czesława Bednarczyka, również bardzo istotnej postaci w całym tym opisywanym zamieszaniu. Przeprowadza tam rozmowy, spisuje to co usłyszał, konfrontuje wiadomości uzyskiwane od jednej osoby z wiadomościami uzyskanymi od innej, bo bywa i tak, że są one ze sobą sprzeczne. Jednocześnie snuje opowieść o czasach minionych jeszcze wcześniej niż PRL epoki Gierka, bo pisze o wydarzeniach jakie rozgrywały się w tej „naszej” części europy w pierwszej połowie XVII wieku.


I to właśnie ta druga opowieść była dla mnie znacznie ciekawsza. Była dla mnie znacznie ciekawsza, tak mi się wydaje, z tego względu, że pan Dehnel powyciągał z przeszłości niesamowite szczegóły, których próżno szukać w podręcznikach do historii, a przynajmniej w tych, które znam ze szkoły. Nie ma w tej opowieści nudnych dla mnie zawiłości historyczno-politycznych, a przynajmniej nie ma ich zbyt dużo, ot tylko tyle żeby zachować spójność historii i przedstawić kontekst. Są za to anegdoty, opisy wydarzeń, które nie tylko pozwoliły mi poczuć nastrój tamtego czasu, ale nieraz i budziły zdziwienie, tak samą swoją treścią, jak i tym, że mnie ta ich treść aż tak bardzo interesuje. Bo nie tylko zaskakująca, ale i interesująca była dla mnie skala przepychu jaka, według tych przeczytanych relacji, cechowała możnych tamtych czasów. Bo trudno mi było uwierzyć w zamówione przez Augusta III do Pałacu Japońskiego łóżko przyozdobione milionem ptasich piór, bo, nawet teraz, ciężko mi sobie jest wyobrazić porcelanowy serwis składający się z kilku tysięcy elementów. Bo zastanawiające było dla mnie to czym kierowano się wówczas, kiedy to w 1697 August II został bezprawnie – bo poparła go mniejszość szlachty – koronowany na króla Polski i nie pozwolono mu otworzyć skarbca koronnego, uszanowano świętość drzwi i obok w murze wybito dziurę, przez którą wyniesiono insygnia. Bo zafascynowała mnie postać samego hrabiego Henryka von Brühla, któremu autor, ku mojej radości, poświęcił w tym tomie tak wiele miejsca.


Ale Łabędzie mają też i drugi tom. Tom, który, w założeniu autora, w ogóle miał nie powstać. A powstał on między innymi za sprawą łabędzi (tym razem ptaków) uwiecznionych na pewnej fotografii. I to chyba właśnie za sprawą tych łabędzi pan Dehnel przekopywał się przez archiwa zgromadzone przez IPN i grzebał tam w aktach dotyczących „sprawy Mętlewicza” czy też „afery złotogłowych”.


Ten drugi tom Łabędzi to również przede wszystkim opis ludzi. Ludzi zamieszanych w tę aferę, ludzi, którzy w tej sprawie stanęli przed sądem i tych, którzy przed sądem nie stanęli. Ale także tych ludzi, którzy w tej sprawie sąd stanowili albo też chcieli go stanowić, a wszystko to osadzone w PRL-owskiej rzeczywistości z jej brakami, absurdami, inwigilacją, podejrzliwością i szarością. Z tej całej mozaiki bohaterów (a jest ich mnóstwo!) można wyciągnąć mnóstwo przykładów raczej negatywnych cech ludzkich charakterów, a przoduje w tym wszystkim ksiądz Leon Dygas (co mnie trochę martwi, postać to dla mnie najciekawsza, ale też autor poświęcił jej najwięcej miejsca, więc może obiektywnie – o ile obiektywnie da się to stwierdzić – jest to w ogóle postać najciekawsza?). Z tego drugiego tomu można się dowiedzieć trochę o tym jak zorganizowany był przemyt złotaa, dzieł sztuki i antyków, jaka była jego skala (ogromna!) oraz jak funkcjonował półświatek handlarzy w tamtym okresie. A że handlarze też ludzie, to tutaj, dla zobrazowania, może dwa cytaty:


Kontrahenci kłócą się ze sobą, oszukują nawzajem, złorzeczą – podczas jednej z wizyt Tabaka raz tak posprzeczał się z Bednarczykiem o pieniądze, że chciał okładać go laską, na co ten zwyzywał go od bandytów – ale biznes toczył się dalej.


Innym świadectwem zawodowej solidarności waluciarzy była wzajemna pomoc. Przede wszystkim pomagano rodzinom tych, którzy trafili do aresztu lub więzienia.


Jest tutaj pewna niespójność, prawda? Literacko może to się nie zgadzać, powieści się tak nie pisze, w powieści trzeba być konsekwentnym, w powieści jedno musi wynikać z drugiego. Tylko nie nazwałbym Łabędzi powieścią. Jeśli musiałbym już jakoś tę książkę nazwać, nazwałbym ją raczej opowieścią.


Zarówno powieść jak i opowieść nie jest ograniczona do miejsca i czasu w którym się rozgrywa. Coś było przecież wcześniej, coś te opisywane wydarzenia spowodowało albo je umożliwiło. I nie inaczej jest tutaj, w tym drugim tomie Łabędzi. Bo autor sięga też w przeszłość i opisuje losy dzieł sztuki w czasie okupacji Warszawy. Dzieł sztuki i antyków, których duża część znajdowała się wcześniej w żydowskich zbiorach, a Żydzi zostali przecież wtedy zamknięci w getcie i w tym getcie z czegoś żyć musieli. Wyprzedawali więc, często za bezcen, te swoje zbiory, a o tym też można w drugim tomie Łabędzi przeczytać. Mnie zafascynowała w tej części postać Abe Gutnajera i o nim też chciałbym przeczytać więcej.


Trochę więcej napisałem o drugim tomie, bo ten drugi tom podobał mi się bardziej, dla mnie był dużo ciekawszy. Ale jest coś, co te dwa tomy łączy, a są to fragmenty zatytułowane Praca pisarza (jest ich dziesięć) i, jak wskazuje na to tytuł, opowiadają o pracy pisarza. Autor dzieli się w nich wrażeniami, trudnościami i anegdotami związanymi z przygotowaniem tej książki (w tomie pierwszym) oraz prezentuje czytelnikowi co ciekawsze historie czy postacie nie mające bezpośredniego związku ze sprawą, ale które znalazł pośród tych wszystkich przewertowanych dokumentów. Dla przykładu pozwolę sobie przytoczyć jeden cytat, który wśród tych wyjątków spodobał mi się najbardziej:


Józef Iwanicki w sądzie o tym, jak naciskali go śledczy podczas przesłuchań: „W Wielki Piątek kazali mi zeznawać, i ja powiedziałem, że nie, bo musiałbym kłamać, a jestem katolikiem i dlatego zeznawać nie będę”.


***


ZAKOŃCZENIE: Moje wrażenia z lektury Łabędzi


Ta książka zawiera ogrom historii, zawiera mnóstwo informacji. W zasadzie – tak sobie myślę – można by było wiele z nich wyciąć i sprzedać osobno, jako świetne oddzielne opowieści. I to chyba jest mój do niej zarzut. Bo w tym całym natłoku główny jej nurt trochę ginie, rozmywa się w odnogach. Może ta sprawa taka była, skomplikowana i zawiła i nie dało się tego wszystkiego jako całość przedstawić inaczej zachowując jeszcze przy okazji tyle obiektywizmu, ile było możliwe (nie posądzam autora o nieobiektywność, mam tutaj na myśli niemożliwe do wypełnienia luki w dokumentacji i sprzeczne informacje zawarte w aktach i opowieściach, zresztą sam autor tę sprawę porusza w epilogu). Jest też druga rzecz, która trochę odbierała mi przyjemność z lektury. Łabędzie to jest, posługując się pięknym terminem ukutym przez autora, opowieść o faktach. I właśnie: fakty, fakty i fakty, a mnie brakowało emocji. Momentami mogłem je sobie dowyobrazić, zresztą pan Dehnel też czasami dzielił się swoimi spostrzeżeniami co do bohaterów: to trochę księdzu Dygasowi współczuł, to zaraz mu przechodziło. Tylko tutaj pojawia się moje, już całkiem osobiste pytanie: po co ja czytam te wszystkie książki? Wychodzi mi na to, że ja akurat bardziej czytam je po to żeby coś przeżyć niż żeby się czegoś z nich dowiedzieć. I może właśnie dlatego, jeśli miałbym opowiedzieć się teraz, po lekturze Łabędzi, po którejś ze stron – stanąć albo za panem Twardochem albo za panem Dehnelem, to w dalszym ciągu wybrałbym pana Twardocha.


Na szczęście opowiadać się nie muszę. A Lalę przeczytać zamierzam. Zastanawiam się tylko co musi się w moim życiu zdarzyć żeby ten zamiar kiedyś się urzeczywistnił.

402ab9a0-1e00-438d-85b1-93935e5d6233
9a0fe9f1-5c23-46c0-bb3f-d24183b69961

Zaloguj się aby komentować