1219 + 1 = 1220
Tytuł: Kości, które nosisz w kieszeni
Autor: Łukasz Barys
Kategoria: literatura piękna
Ocena: 5/10
#bookmeter
Choć nienawidziłam tatuśków, których nam sprowadzała, i kibicowałam babci w ich kłótniach, to wiedziałam, że mama po prostu chce być kochana. Po prostu.
Kilka całkiem zgrabnych scen balansujących między światem żywych a zmarłych, kilka dość bystrych rzutów oka na zaprezentowanych wcale ciekawie bohaterów i na ich sposoby radzenia sobie z brakami, kilka przebłysków z napięć między nimi, a to wszystko zszyte w jedną całość i to w zasadzie tyle. Być może ja już jestem stary, być może inaczej rozumiem literaturę niż pan Barys, autor sporo ode mnie młodszy, ale to, czego w tej jego książce najbardziej mi brakowało, to jakiegoś spięcia tych wszystkich wydarzeń w jedną całość. Głównego wątku mi po prostu zabrakło i może jakiejś konkluzji.
Bohaterką tej książki jest mieszkająca w Pabianicach nastoletnia dziewczyna, która, na skutek posiadania porzuconej i (może właśnie z tego powodu) dysfunkcyjnej matki musi zbyt szybko dorosnąć i zając się nie tylko rodzeństwem, ale i swoją babcią. A każdy z tej trójki, którą się opiekuje ma przecież swoje zdanie. I tak to wychodzi że, trochę z biedy, babcia zabiera wnuków na cmentarz, trochę w ramach rozrywki i bohaterka nasza ogląda tam groby. Ma nawet swój ulubiony grób, córki niemieckich fabrykantów. A później tę córkę niemieckich fabrykantów spotyka (naprawdę? w snach? w wyobraźni?) i zaprzyjaźnia się z nią, a nawet są tam jakieś wątki erotyczne.
Wydaje mi się, że wiem co autor chciał zrobić i wydaje mi się, że wyszło mu to tylko po części. Po lekturze tej drugiej (a pierwszej prozatorskiej) książki pana Barysa w moim prywatnym przekonaniu ten autor zapisał się jako człowiek, który umie tworzyć ciekawe sceny, umie operować nastrojem, umie opisać postaci i umie konsekwentnie je prowadzić, ale nie bardzo wyszło mu, przynajmniej w tych Kościach, które nosisz w kieszeni, spięcie tego wszystkiego w całość. I może jednak szkoda?
