Ostatnio wraz z kolegą @fonfi wspólnie oddaliśmy się pewnej aktywności, choć, że tak to ujmę, każdy z nas zrobił to na własną rękę (choć dłoń pomocną ku sobie wyciągnęliśmy). Dla kolegi był to pierwszy raz, ja w tych sprawach miałem już większe doświadczenie, bez sukcesów jednak nijakich. Rzecz, jak większość rzeczy w moim życiu (nie wiem jak to wygląda u kolegi, więc głosu nie zabieram) zakończyła się porażką. Trudno. Zresztą: można było się tej porażki spodziewać, o czym (oraz o przyczynach zarówno tego spodziewania się, jak i o przyczynach samej porażki) mówi wytwór poniższy:
***
O konkursach literackich
(i o komisjach w tychże konkursach, które to na literaturze nie znają się wcale)
Uświadom sobie, mój drogi Panie
zanim na konkurs zaczniesz pisanie,
zanim podejmiesz ku temu kroki,
że tam zapadły z góry wyroki.
Więc, jeśli piszesz – to raczej sobie.
Prędzej czy później i tak się dowiesz,
że wśród zwycięzców nie będzie Ciebie.
Dlaczego tak to jest? No, kurde – nie wiem.
Pustym opowieść wybrzmiała echem,
choć, moim zdaniem, to była w dechę!
Więc złość mnie bierze, że ja pierdzielę!
I złościł się będę całą niedzielę
na tych z komisji sprzedajnych psubratów.
Co z nimi zrobić? Oddać ich katu?
Czy uznać, że „to zwykłe dzbany”?
Kolego @fonfi! Jaki plan mamy?
Czy połamiemy im kręgosłupy?
Może wzniecimy jakieś rozruchy?
Chociaż w konkursach nic to nie zmieni.
A żona i dzieci? Czy pozdrowieni?
***
A tak naprawdę to wytwór powyższy (choć rzeczywiście oparty na faktach) powstał dlatego, że po przeczytaniu tego komentarza przyszedł mi do głowy ostatni wers. Później było już z górki. Wystarczyło tylko dopisać poprzedzające go dziewiętnaście pozostałych.
***
#nasonety
#zafirewallem
