BEZ PRACY NIE MA KOŁACZY
Part 11 - konsultantka w call center
#niemakolaczy
2018
Przyjęłam pracę korpo typu call center ponieważ brali tam praktycznie każdego i od razu, a to że potrzebowałam czegoś na już, nie byłam wybredna. No nie będę ukrywać call center było dla mnie trochę ostatecznością jeżeli chodzi o pracę dorywczą, no ale chciałam po prostu szybko coś mieć.
Koniec końców było dość dużo zalet tego zatrudnienia. Począwszy od super elastycznych godzin pracy, czy o kilka złotych wyższej stawki godzinowej niż ówczesna najniższa krajowa, kończąc na tym, że mogłam mieć po prostu wywalone na wyniki - mimo że ciągle nimi straszyli.
Pierwszy miesiąc pracowałam na typowym nagabywaniu ludzi na kupno nowego telefonu na abonament - czyli dzwoniłam do listy klientów sieci komórkowej i pytałam się czy nie chcą nowego telefonu. Bardzo tego nie lubiłam i jak widocznie trafiłam na kogoś kto nie kuma już rzeczywistości, szczególnie jak głos należał do starszej osoby to robiłam wszystko żeby taka osoba nie chciała telefonu, którego totalnie nie opłacało się brać. Zresztą dzięki Bogu najczęściej i tak na umowę decydowały się osoby, które przy weryfikacji odpadały ponieważ miały już za duże zadłużenie i system ich blokował. Także nie byl ze mnie najlepszy sprzedawca xd
Większość czasu na słuchawce czekalo się na odbiór telefonu czasem przez dwie godziny nikt nie odbierał, więc nawet nie dochodziło do rozmowy. Więc w między czasie rysowałam sobie różne szkice w moim zeszycie.
Pamiętam jak zabawne było to jak managerowie nas motywowali do sprzedaży, dawali jakieś bonusy itp za to kto danego dnia sprzeda więcej telefonów xd albo jak grozili zerwaniem umowy jak wyniki będą słabe.
Bawi mnie też to, że call center to miejsce w do którego trafiają ludzie, którym rodzice mówili "po co ci te tatuaże, kto cię z nimi zatrudni" - a no call center zatrudni xd było to idealne miejeace dla ludzi, których ekscentryczny wygląd mógłby zniechęcić pracodawców w innych zawodach. Oczywiście uważam to za duży plus takich firm, ponieważ nie skreśli nikogo że względu na stereotypy i tam kazdy miał swoją szansę.
Co do Atmosfery w pracy to generalnie była dobra, wiadomo klasyczne pilnowanie pracowników i wyliczony czas na przerwę w tym na siku i kupę xd odchodząc od komputera włączał się licznik i jak się przekroczyło limit to było ucinane z wypłaty.
Przyznam, że podobała mi się tam zbierana różnych ludzi, poznałam tam parę osób, ktore miały swoje ciekawe historie do opowiedzenia. Była tam laska, która mówiła że musiała się usamodzielnić po tym jak została wyrzucona z domu przez mamę, które nie pozwoliła jej iść na żadne inne studnia niż na medycyne, a ta chciała być psychologiem i się przez to poróżniły. Była też taka która chyba była zakupoholiczką i miałam wrażenie, że ta praca służy jej tylko do tego, żeby kupować nowe ubrania. A ze smaczków był tam koleś, który był w programie Warsaw Shore i mimo, że nie był zbyt lotny to w sprzedaży radził sobie bardzo dobrze, ale nie oszukujmy się trochę trzeba być pozbawionym moralności, żeby być na szczycie listy sprzedaży. Umilał mimo to czas opowiadając różne wątki z programu lub gadał coś o ruchaniu lasek w ordynarny choć zabawny sposób.
Z śmiesznych wątków to pracował tam typek, co rowniez był na podium choć bawiło mnie za każdym razem jak się przedstawiał klientowi, bo miał nazwisko "idealnie" pasujące do akwizytora. Nie mogę powiedzieć jak się nazywał ale mniej więcej coś na zasadzie "Tomasz Tandeta".
Rozbawił mnie też jeden szczególny telefon, od dwójki małych dzieci, którzy zapytali się mnie czy jak włącza tryb samolotowy to jak zrzuca telefon z 8 piętra to on zacznie latać. W tle tylko było słychać "hihihihihi" . Zaproponowałam im żeby spróbowali
Eh było to serio stereotypowe korpo. Skręcało mnie z żenady jak w firmowej biblioteczce książki do wypożyczenia to były głównie poradniki jak się stać człowiekiem sukcesu. Do dziś mam wstręt do tytułów typu "bogaty ojciec, biedny syn" , "siła nawyku", "7 nawyków skutecznego działania" - być może to dobre książki, ale jak o nich pomyśle to mam przed oczami ludzi, którzy kosztem innych dorabiają się majątku. Coś jak couche, którzy sprzedają webinary "jak stać się milionerem"
Po miesiącu pracy nagabywacza przenieśli mnie do działu "infolinii" to była miła odmiana bo bardziej to się opierało na pomocy ludziom, którzy sami do nas dzwonili i ewentualnym przedstawieniu nowej oferty internetu, TV itp niż wciskaniem biednym ludziom czegoś czego nie potrzebują.
Podsumowując: praca nie była ciężka, nie licząc hałasu na open space i liczenia czasu na siku, to reszta była w porządku choć jak dla mnie cały ten biznes to była jakaś odklejka od rzeczywistości. Na pewno doświadczenie, które tam zebrałam przydało się w kolejnych moich pracach, ale niestety do dziś mam trochę wstręt do korporacji które cisną ciągle wyniki i ciągle, nieważne jak dobre by było, zawsze mogą być lepsze, wg ich mentalu, "Sky is the limit" c'nie?
#pracbaza #praca
















