Duży dom w centrum Madrytu zamieszkują trzy siostry, wśród nich główna bohaterka, 9-letnia Ana (Ana Torrent). Opiekę nad nimi sprawują: ojciec - oficer, sparaliżowana babcia i niania. Matka dziewczynek zmarła przed kilku laty.
Pewnej nocy Ana jest świadkiem śmierci swego ojca. Wybudzona ze snu widzi kochankę opuszczającą w pośpiechu sypialnię ojca, a potem znajduje go martwego. Ana jest przekonana, że to ona go zabiła, dzięki swym dziecięcym czarom.
Dziewczynka żyje w świecie własnych marzeń. Często spotyka się ze swa zmarłą, nieszczęśliwą i zdradzaną za życia, matką (Geraldine Chaplin), która "przychodzi" do niej w snach i marzeniach. Po śmierci ojca opiekę nad osieroconymi dziewczynkami przejmuje ich ciotka Paulina (Monica Randall). Kobieta przywiązuje ogromną wagę do dyscypliny i porządku. W świecie pozbawionym miłości i emocjonalnej bliskości, Ana zaczyna odczuwać coraz większe wyobcowanie i samotność.
Całkiem zabawna komedia, w której nieudolny anioł stróż postanawia zamienić życie ledwo wiążącego koniec z końcem i z myślami samobójczymi Arja z życiem bardzo bogatego Jeffa, żeby pokazać Arjowi, że jego życie jest cenne i warto, by je kontynuował. Zwrot fabularny polega na tym, że główny bohater po zakosztowaniu luksusów... nie chce wracać do swojego marnego żywota. Któż by się spodziewał, prawda?
Dość smutny przekaz o tym, że w USA ludzie często nie potrafią się utrzymać z jednej pracy, więc pracują w dwóch, trzech czy niekiedy więcej, gdy jednocześnie w tym samym kraju żyją niewyobrażalni bogaci ludzie, którzy są oderwani od ziemi i nie rozumieją, że ktoś nie może pozwolić sobie na wyjście do restauracji, za które wyda kilkaset dolarów, został oczywiście przykryty masą mniej lub bardziej zabawnych sytuacji. Oraz bardzo drewnianym aktorstwem całej obsady. Serio. Wiem, że Keanu Reeves nie jest dobrym aktorem (za to bardzo sympatycznym człowiekiem), jednakże tutaj zagrał o wiele gorzej. O jego towarzyszach też nie można powiedzieć nic dobrego.
No i leży logika. Jeff, który nagle stracił wszystko, odzyskał pamięć o swoim dawnym życiu i oczywiście chce je odzyskać. Nagle musi się mierzyć z brakiem funduszy, musi podejmować kiepsko płatne prace, bo jego kandydatury do tych dobrze płatnych pracodawcy nie chcą nawet rozważyć. Tylko że skoro wszystko pamiętał, to dlaczego nie udał się z Gabrielem (aniołem stróżem granym przez Keanu) do swojego domu? Tym bardziej, że różne zabezpieczenia nie zostały zmienione, więc znał kod do schowanej kolekcji drogich zegarków, które mógłby upłynnić. Albo po prostu mogliby tam spać, gdy Arj i tak był w śpiączce po wypadku samochodowym.
Z braku czegoś lepszego można obejrzeć lub po prostu puścić, żeby leciało w tle.
Mam teorie, że oni ten film kręcili na szybko przez co dosłownie recytowali swoje dialogi bez zagłębiania się w postać która grali, max dwa duble i elo. Film mógłby być dobry, gdyby włożyć w niego serducho bo przekaz jest bardzo dzisiejszy a tak to został on spłycony do nieudolnie wykonanej komedii z dobrym pomysłem
Jerry Black składa obietnice matce zamordowanej córki, że schwyta sprawcę zanim przejdzie na emeryturę.
Film z doskonale zagranymi rolami, niejednoznaczny, zakończenie można interpretować niejednoznacznie, ale fajnie jest ogólnie ukazane jak coś może zmienić człowieka i daje do myślenia. Nie chce tu dużo pisać, bo będą to spoilery, ale polecam obejrzeć.
Reżyseria: Minkie Spiro / Derek Tsang / Jeremy Podesta / Andrew Stanton
Czas trwania: 8x ok. 56m
Ocena: 3/10
Grupa genialnych naukowców zauważa, że znane im prawa fizyki zaczynają wariować, a ich koledzy zaczynają ginąć w nie do końca jasnych okolicznościach. W retrospekcyjnym tle rewolucja w Chinach i brzemienna w skutkach decyzja pewnej kobiety.
Serial oparty na książce o tym samym tytule. Mimo ciekawego pomysłu w mojej opinii nieudany - historia nie porywa, a cała naukowa problematyka staje się strasznie płytka. Do tego historia wydaje się miejscami dziurawa. W drugiej połowie sezonu serial staje się lekko nużący. Stąd taka słaba ocena.
Po czekaniu prawie cztery lata na serial o jednym z najpopularniejszych dziecięcych bohaterów książek, zwłaszcza kiedy dowiedziałem się że bierze się za to EGoFilm ("Wiking Tappi", "Kicia Kocia", "Kajko i Kokosz") byłem pełen nadziei na coś "wow" no i się zawiodłem.
Serial jest ślicznie zanimowany, a spokojne i delikatne ilustracje Joanny Kłos zostały przeniesione 1:1 na ekran. Za scenariusz odcinków w większości odpowiadała autorka książek.
Ale. Jeśli Wasze dziecko lubi "duże Pucie" - dłuższe historie gdzie pojawia się jakaś akcja i morał, to zawiedzie się na serialu. Ten jest ewidentnie adaptacją i kontynuacją "małych Puciów" - proste scenki, czasem z jakimś morałem, a czasem bez. Jest to animacja zdecydowanie dla najmłodszych dzieci. W każdym odcinku jest też przemycone ćwiczenie logopedyczne, gdzie Pucio łamie czwartą ścianę i zachęca dzieci by wraz z nim na przykład wydęły usta jak kaczka i cmokały, albo żeby udawały ziewanie i ryczały jak smoki. Autorka książek jest logopedką, więc jest to spójne z ogólnymi założeniami całej serii, która miała być z założenia książką logopedyczną wspierającą ćwiczenie mowy.
Po moim młodym widziałem że nie był jakoś super zachwycony, a nakręcał się na ten serial przez dobry tydzień, chyba też liczył że to będzie coś bliżej "Kici Koci", czy "Basi".
Właśnie te dwa seriale wziąłem jako wyznacznik dla Pucia, bo grupa odbiorców jest podobna. W Puciu ładne są tylko animacje. Zabrakło, według mnie, prostych historyjek jak w Kici Koci, czy wręcz przeciwnie, czegoś bardziej złożonego jak w "Basi". Były dwa fajne odcinki, pierwszy o dzieleniu się zabawkami, drugi o znajdowaniu zabawek na placu zabaw, one były takie "przedszkolne", z pozostałymi nie umiałem się utożsamić jako rodzic czterolatka, wydały mi się mocno nijakie. Nawet muzyka Turnaua tu jakoś nie siadła. Nie zapamiętałem głównego motywu z czołówki, nawet nie umiałbym go zanucić, nie wpada w ucho jak czołówka "Basi", czy właśnie "Kici Koci".
Mam alergię na tę serię, jest tak infantylna, że moim zdaniem godzi w inteligencję już 4 latków - rozumiem, że taka ma być, ale liczba powtórzeń po prostu mnie rani ;P
Zarówno Pucio jak i Kicia Kocia to w mojej opinii historie skierowane typowo do niemowlaków, mające pobudzić mowę - jak dziecko już mówi to polecam serię 'Jadzia Pętelka' czy wspomnianą 'Basię', a w kolejnym kroku gorąco polecam też "Misia i jej pacjenci" (ale to już wymaga nieco skupienia i jak się dziecko nie zainteresuje to też nie ma co na siłę)
@zuchtomek Ja z kolei nie lubię "Jadzi" bo jest za mało tekstu. Próbowałem to czytać młodemu, to musiałem wymyślać pół fabuły, albo bardzo wolno czytać.
Kicia jako książka jest słaba, fakt, ale serial jest nawet niezły według mnie.
No w porównaniu do Pucia czy Kici Koci to wydaje mi się więcej, a przynajmniej jest zwięźle ;P
Jak myślę o Kici Koci to mam fleszbeki
Kicia Kocia będzie robić z babcią ciasto
Kicia Kocia bierze mąkę, wodę i jajka
Kicia kocia miesza mąkę, wodę i jajka
Kicia kocia bierze wałek
Kicia Kocia wałkuje ciasto
Nie powiedziałbym, że ilość tekstu jest tu wyznacznikiem, to ja już wolę jednak krótko i zwięźle, no i nie ma spacanego Packa xD
Na szczęście wyrośliśmy już z wszystkich tych 'krótkowierszówek', ale PTSD zostało
Nie rozumiem zachwytów nad tym filmem. Rozumiem, że mógł się komuś spodobać i tego nie krytykuję, jednakże nie uważam, żeby to było „arcydzieło science fiction”, a z takimi opiniami się spotkałem.
Najjaśniejszym punktem historii jest pierwszy kontakt człowieka z obcą cywilizacją, próby porozumienia się. Uwielbiam ten motyw i z rozczarowaniem zorientowałem się, jak naiwnie zostało to rozwiązane. A szkoda, bo problemy w komunikacji mogłyby być ciekawym urozmaiceniem. Reszta również była naiwna, a zakończenie fabuły bardzo przewidywalne.
Klisza związana z polubieniem słodko wyglądającego stworka, który poświęca się, żeby uratować człowieka, ale tak naprawdę nie umiera? Jest.
Bohater, który musi dokonać wyboru, czy wrócić do domu czy uratować stworka? Jest.
Coraz to poważniejsze problemy, które są coraz groźniejsze, a mimo to postacie wychodzą bez większego szwanku? Są.
Być może film zrobiłby na mnie wrażenie, gdybym nie obejrzał kilku serii „Star Treka”, w którym jest wiele odcinków z podobnym trudnym do rozwiązania problemem. Przez to jestem uczulony na tego rodzaju historie i „Project Hail Mary” nie przypadł mi do gustu.
@cyberpunkowy_neuromantyk pojszłem se dziś na to i wynudziłem sie srogo. Bajeczka dla dzieci, ale w sumie tego się spodziewałem patrząc na dotychczasowy dorobek twórców. Myślałem tylko, że będzie to lepsze niż "Marsjanin", a okazało się jeszcze bardziej infantylne.
Czuć pośpiech żeby zmieścić to wszystko w dwie i pół godziny, powtarzane w kółko żarty irytują jeszcze szybciej niż głupkowatość Goslinga.
Jest to krótka seria z bardzo dobrą animacją co przybliży nam zmagania najlepszych koni rocznika 1999. Przedstawia on trzech wybitnych zawodników gdzie każdy ma na sobie zupełnie inną presję by dotrzeć na swój tytułowy szczyt. Bardzo dobrze zrealizowany dramat sportowy.
Narita Top Road będąca archetypem ciężko pracującego ulubieńca publiczności, który mierzy się z presją odczuwaną przez sam fakt posiadania tak wielu fanów.
Admire Vega pełna poczucia winy za kwestię biologiczną na jaką nie miała wpływu gdzie dla koni ciąża bliźniacza jest bardzo niebezpieczna i najczęściej trzeba usunąć jeden z zarodków by uratować drugi oraz matkę.
Moją faworytką jest jednak ostatnia z bohaterek czyli T.M. Opera O gdzie na początku prezentuje się jako komediowo przerysowana, ekstrawagancka, narcystyczna zawodniczka ale jej prawdziwa historia była rzeczywiście niesamowita i można było zobaczyć wiele szczegółów z prawdziwego życia, w tym jej bardzo znany wyścig w filmie kinowym, który opiszę później.
Prawdziwy koń był tak wybitny i zaczął tak dominować na torach, że stał się najbardziej znienawidzonym zwycięzcą w Japonii. Do tego stopnia, że w szczycie kariery hazardziści rzucali w niego kamieniami i buczeli na niego za to, że niszczył im wrażenia z hazardu. Nienawiść nie ustała nawet po emeryturze gdzie z reguły pozwala się fanom odwiedzać emerytowane konie ale trzeba było zrobić wyjątek dla jego bezpieczeństwa. Nawet jego dżokej pomimo licznych zwycięstw z nim nie został doceniony bo powszechnie uważano, że wygrywałby nawet ze słabym jeźdźcem.
Nie mam pojęcia jak ocenić ten film. Z jednej strony wciąż wygląda bardzo dobrze i musiałem sobie ciągle przypominać na nowo, że to jest z 1968 r.! Próbowałem sobie wyobrazić jakie to musiało robić wrażenie na ludziach wtedy. Z drugiej raził brak nieważkości lub zmniejszonego ciążenia na Księżycu, ale w sumie to było rok przed lądowaniem na nim. Dziwiła "logika" prac poza statkiem, ale znowu - mogli w sumie nie mieć pojęcia jak to powinno wyglądać. Musieli się oczywiście obrócić do kamery, żeby Hal mógł jednak się dowiedzieć o czym rozmawiają. Musieli zrobić drugie wyjście, żeby wymienić nowy element na stary. Oczywiście, że potem nie zabrał ze sobą hełmu i rękawic. No i oczywiście musieli wcisnąć AI, bo teraz musi być wszędzie. Ale najbardziej zadziwia końcówka. Jest pierdylion filozoficznych rozważań na ten temat - pewnie o to chodziło, ale jakoś to do mnie nie trafia.
tl;dr: Klasyka. Całkiem ładna, ale naciągana i dziwna.
Problem z oceną tego filmu polega na tym, że patrzymy na niego za bardzo z punktu widzenia współczesnej wiedzy o kosmosie i prawie wszystkich lotów człowieka w kosmos, które miały miejsce dopiero po premierze. Jak do tego dodamy jeszcze poziom ówczesnych efektów specjalnych to ten film bez kitu zasługuje na 9/10.
@JackDaniels Wizualnie tak. Treściowo - wymieniłem większość problemów z fabułą, a o kosmosie coś jednak musieli wiedzieć, skoro rok później wylądowali na Księżycu (a Gagarin był w kosmosie 7 lat przed premierą).
Film pdobał mi się do momentu, w którym główny bohater nie spotkał tytułowego chłopca. W momencie pojawienia się przyszłego przyjaciela Bruna pojawiło się także kilka nielogiczności, skutecznie wybijających mnie ze śledzonej historii.
Żaden ze strażników nie zainteresował się, co dzieje się przy najbardziej oddalonej części obozu, w której bardzo często znikał jeden z najmłodszych więźniów? Więźniowie nie podjęli próby ucieczki, skoro wystarczyło wykopać mały podkop pod drutem kolczastym? Rodzina nie zainteresowała się, że Bruno na tak długo znika z ich oczu? W końcu mógł bawić się jedynie przed domem, więc powinien być zawsze na widoku.
I jeden kulminacyjny moment (wyparcie się żydowskiego przyjaciela), i drugi (zagazowanie) nie wywarły na mnie takiego wrażenia, jak powinny. Niestety, ale nie cierpię, gdy film poprzez smutną muzykę wprost mówi, że teraz należy się smucić, bo wydarzyło się coś smutnego.
Żeby nie było, że tylko narzekam - dobrze wyszło zderzenie dziecięcej naiwności z brutalną rzeczywistością. Bruno do samego końca był przekonany, że obóz wcale nie jest złym miejscem. Wszystko przez zobaczony ukradkiem fragment propagandowego filmu o obozach właśnie. Chociaż zdziwił mnie brak podejrzliwości, gdy wreszcie znalazł się w obozie i zobaczył na własne oczy, że ludzie są wychudzeni, a nigdzie nie ma kawiarenki.
Reżyser mógł się bardziej postarać o odtworzenie autentycznych realiów.
I jeden kulminacyjny moment (wyparcie się żydowskiego przyjaciela), i drugi (zagazowanie) nie wywarły na mnie takiego wrażenia, jak powinny. Niestety, ale nie cierpię, gdy film poprzez smutną muzykę wprost mówi, że teraz należy się smucić, bo wydarzyło się coś smutnego.
Czasem (często) tak mam, że odkładam w czasie obejrzenie filmu, na którego zobaczeniu bardzo mi zależy. Tak też było z „Lighthouse”, które chciałem obejrzeć, odkąd tylko zobaczyłem zwiastun.
Prawie wszystko mi się spodobało. I podjęta decyzja o czarno-białym filtrze, który podkreśla surowe i pozbawione wygód życie pracownika latarni morskiej. I sparowanie świetnej gry aktorskiej Pattinsona z jeszcze lepszym Dafoe. I zderzenie młodocianej wyrwy i chęci buntu z zatwardziałymi przesądami i życiowym zgorzknieniem. I pokazanie, że czas spędzony w izolacji niekorzystnie wpływa na ludzką psychikę i że morze alkoholu niekoniecznie pomaga ją przetrwać.
Samo tracenie zmysłów jest niejednoznaczne. Widzimy wydarzenia z perspektywy jednego bohatera, by po chwili dowiedzieć się od drugiego, że to ten pierwszy wariuje. I któremu wierzyć? Młodzikowi, który nie jest przyzwyczajony, czy staremu wydze, który już dawno mógł oszaleć?
@cyberpunkowy_neuromantyk Zabawne, że Pattisona te 20 lat temu uważałem za takiego Justina Bibera kina, a to wszystko przez adaptację Zmierzchu, a on rozwinął się tak, że jego udział w filmie to dla mnie zaleta
Do baru wbija chłop wyglądający jak krzyżówka szura z menelem i mówi, że przybywa z przyszłości, w której zbuntowała się AI i dlatego zbiera on ekipę, która ma temu zapobiec. A potem jest tylko dziwniej.
Film śmieszny, dobrze zagrany i ciekawy, cisnący bekę zarówno ze znanych nam problemów jak powszechne zidiocenie czy uzależnienie od telefonów, jak i z typowo amerykańskich jak strzelaniny w szkołach. Z drugiej strony nie mówi nic odkrywczego i oprócz walorów rozrywkowych to wiele tu nie ma.
Dałbym lepszą ocenę, ale po pierwsze im dalej w las tym coraz więcej problemów z tempem filmu, szczególnie jak zaczyna się dziać coś ciekawego i jest przerywane żeby pokazać przeszłość jakiegoś bohatera. Po drugie było trochę brzydkich, ciemnych scen gdzie gówno widać, a nie cierpię tego trendu w kinie.
@boogie bo w książce jest sporo naukowych rozkmin głównego bohatera na temat napotykanych problemów, tak że widzimy jak dochodzi do rozwiązań. A w filmie po prostu robi rzeczy. ¯\_(ツ)_/¯
Po recenzjach tutaj myślałem, że idę na drugi interstellar. W połowie się okazało, że raczej średnio. A pod koniec się okazało, że byłem po prostu na przyjemnym sci-fi - lepszym niż marsjanin, ale daleko mu do Nolana.
Bardzo przyjemny film który nie próbuje być pretenslonajlny i propagować the current thing. Można się pośmiać, wzruszyć, czujesz się pozytywnie nastawiony po wyjściu z kina.
Do filmu podchodziłem trochę jak pies do jeża, wyobrażałem sobie, że to będzie nudny film ktory w większości bedzie pokazywał walki na ringu ale sie myliłem. Okazało sie ze najwięcej Tutaj poświęcono relacji między głównym bohaterem a jego partnerka, problemom jakie wspólnie przeżywają oraz o przyjaźni, co mnie pozytywnie zaskoczyło i fajnie sie ogladalo dzieki temu. Poza tym bardzo podobała mi sie rola jaka zagrał tu Dwayne Johnson, myślałem ze umie grac tylko przygłupich karków a jednak potrafi cos wiecej. Po seansie jeszcze bardziej utwierdziłem sie przekonaniu ze Grzesznicy nie zasłużył na Oscara, bo to kolejny seans z nominowanych filmów ktory moim zdaniem byl lepszy od tegorocznego wygranego. Moze nie zasłużył na Oscara, ale lepszy byl. Pozdrawiam i polecam.
Jak nie przepadam za serialami medycznymi, bo kojarzą mi się głównie z Na dobre i na złe, a jedyny jaki sprawdziłem do tej pory to byl House to ten moim zdaniem przebija Housa'a. Podobają mi się w nim bohaterowie, dynamika, to, że każdy odcinek jest nakręcony jako jedna godzina w szpitalu. Kapitalnie to wszystko wychodzi i ciężko się oderwać.
Taki zwykły akcyjniak, fabuła też zwykła jak to w akcyjniakach o napadzie, Chris Hemsworth w głównej roli ze swoją klasyczną miną cwaniaka, lubię go w tego typu filmach, nic nadzwyczajnego, ale zabawa dobra i można polecić.
Dokument średni, ale podejrzewam, że najprawdopodobniej miał na celu uświadomienie rodziców obecnych nastolatków, że istnieje coś takiego jak manosfera, redpill i tak dalej. Stwierdzenia raczej mało znane ludziom nieobeznanym z internetem. Taka przestroga, że ich pociechy mogą oglądać różnych „kołczów” i brać ich za wzór męskości.
Moim zdaniem ci „kołczowie” po prostu wyczuli, że tego typu treści będą się sprzedawać. Jak powiedział jeden z nich: brzydzi się OnlyFansem i „modelkami”, jednakże nie przeszkadza mu to zarabiać na nich poprzez firmę, która zajmuje się promowaniem tych kobiet. Myślę, że wiele głoszonych przez nich poglądów to tylko gra pod łatwowierną publiczkę.
Co oczywiście może mieć i pewnie ma szkodliwy wpływ na społeczeństwo.
Trzeci sezon serialu. Akcja przenosi się o 2 i pół roku do przodu. Anonimowe miasto żyje kończącym się tysiącleciem i zbliżającym rokiem 2000. W lesie na Grontach trwają ekshumacje, w trakcie których zostaje odkryty szkielet kobiety z tajemniczym wisiorkiem. Pojawia się też nowa, bezwzględna grupa przestępcza, która przemyca spirytus, narkotyki i żywy towar. Jass i Mika ponownie łączą siły, szczególnie że w międzyczasie nagle znika córka redaktora Zarzyckiego.
Serial stracił trochę na swoim uroku. Za dużo toczących się równolegle wątków i postaci jak na tak mało czasu ekranowego. Fabuła straciła już trochę na świeżości, te same wątki ciągnące się od pierwszego sezonu stają się już trochę nużące.
2024*
Schuhardt czy jak to się pisze, to ma czas swojego życia. Wszędzie występuje, wszędzie go pełno, ja swego czasu tego, co grał Rahima i młodego Beksińskiego i księdza, a teraz jakoś zniknął czy zlał się z tłem.
@RogerThat Fakt, my też z różową mieliśmy taki okres, że co coś włączyliśmy to pojawiał się Schuhardt. Strach już było lodówkę otworzyć żeby stamtąd nie wyskoczył
Drugi sezon serialu Netflixa. Akcja przenosi się o 12 lat do przodu. Anonimowe miasto znane z poprzedniego sezonu pada ofiarą powodzi tysiąclecia. W jej skutek las na Grontach zaczyna odsłaniać swoje mroczne tajemnice. Woda wyrzuca także ciało młodego chłopaka, którego okoliczności śmierci nie są do końca jasne. Sprawą zajmuje się Jass. policjantka przysłana ze stolicy, która stara się przebić przez lokalne układy i rozwikłać zagadkę.
Sezon lepszy od poprzednika, fabuła jest ciekawsza, jednocześnie udanie nawiązując i rozwijając wątki poprzednika. Bohaterowie są realistycznie. Jedyne co mierzi to strasznie naiwne i tendencyjne przedstawienie losów ludności niemieckiej po wojnie - Qui ventum seminat, turbinem metet.
Zgadzam się z panem Andrzejem Sapkowskim, więc staram się oddzielać ekranizacje od pierwowzorów. W przypadku „Wielkiego marszu” jest to o tyle łatwiejsze, że książki... jeszcze nie przeczytałem.
I jest to dobry film. Nie zgodzę się, że nudny - dialogi bohaterów zostały tak dobrze napisane, że nie zdziwię się, że przeniesiono je żywcem z powieści. Uwielbiam talent Kinga do pisania dialogów i tym bardziej go doceniam, że tego typu historia musiała się opierać na dialogach właśnie, żeby nie przesadzić z „akcją”. Czyli śmierciami kolejnych postaci, mniej lub bardziej ważnych.
Jednocześnie przeszkadzało mi parę rzeczy.
Przede wszystkim sam dystans i brak sensownego przygotowania niektórych postaci. Pójście w trampkach na taki marsz to zdecydowanie bardzo głupi pomysł. Szkoda, że nie została wyjaśniona kwestia, jak bardzo biedni są ludzie, którzy decydują się na wzięcie udziału w marszu z dwuprocentową szansą na wygranie. No ale jak powiedział jeden z głównych bohaterów, nie zna nikogo, kto by się nie zgłosił - tym bardziej więc powinni się przygotowywać. Ale i tak dystans, który przeszli, wydaje się nieprawdopodobny.
No i nie ma co ukrywać, że historia jest przewidywalna. Od początku wiadomo, kto zostanie na samym końcu. Brakuje więc tego elementu zaskoczenia i trwogi, czy przypadkiem ci bardziej sympatyczni bohaterowie nie odpadną jako jedni z pierwszych.
Przeszkadzało mi samo zachowanie uczestników marszu. Wszyscy byli rywalami, skąd więc empatyczne podejście i pomaganie innym? Gdy słuchałem relacji z gett żydowskich, to jednocześnie dziwiło i nie dziwiło mnie, że zamknięci tam Żydzi potrafili skazywać na śmierć „mniej potrzebnych” albo po prostu biednych mieszkańców, żeby tylko odsunąć od siebie widmo śmierci. Dlaczego więc chłopaki nie zachowywały się inaczej? Po co pomagać komuś, kto mógłby wygrać i tym samym doprowadzić do twojej śmierci? To tym bardziej niezrozumiałe, że mieli jasne motywacje: nie tylko przeżyć, ale zdobyć także górę pieniędzy i spełnić jedno życzenie.
Jedynym wytłumaczeniem może być to, że sama historia jest alegorią wysyłania młodych mężczyzn na często bezsensowną wojnę. I w tym poczuciu braku sensu oraz śmierci, która może nadejść w każdej chwili, szukają pocieszenia w towarzyszach dzielących ten sam los.
Pierwotnie chciałem wystawić ocenę osiem na dziesięć, ale jak zacząłem myśleć o tych przeszkadzających mi wątkach, obniżyłem ocenę do siedmiu. To dobry film, z potencjałem na coś więcej, ale niestety, tak się nie stało.