Zaintrygował mnie opis na LubimyCzytać, tym bardziej, że kiedyś przeczytałem bardzo dobre opowiadanie mojego kolegi o bokserach właśnie. I mimo że nie jestem miłośnikiem oglądania ludzi okładających się po mordach, czytanie o tym sprawia mi nielichą satysfakcję. Pewnie dlatego, że to nie ja obrywam. :' )
Oczywiście „Fat City” nie opiera się wyłącznie na opisach walk bokserskich. To opowieść o zmęczonym życiem mężczyźnie, który uważał, że miał wszystko: karierę, sławę, piękną żonę, pieniądze. Wszystko to stracił i możemy obserwować, jak z ogromnym trudem próbuje się wygrzebać z równie ogromnego dołka, do którego trafił prawdopodobnie na własne życzenie.
Przeciwwagą jest historia drugiego, młodszego o jakieś dwanaście lat mężczyzny, który przedwcześnie i też trochę na własne życzenie wszedł w dorosłe, niekoniecznie łatwe życie.
Mówi się, że po każdym potknięciu czy upadku trzeba wstać, odzyskać równowagę i iść dalej. Wydaje się to bardzo logiczne i słuszne. Jednakże co w sytuacji, kiedy przy próbie podniesienia się człowiek otrzymuje kolejny cios, a gdy już leży rozłożony na deskach, życie postanawia nie posłuchać sędziego przerywającego walkę i zadać następny cios kompletnie bezbronnej osobie?
Myślę, że łatwo jest wtedy pogrążyć się w poczuciu totalnej beznadziei. Że trudno jest myśleć i postępować logicznie - skoro upijanie się przeszkadza w odzyskaniu dawnej formy, po co wlewać w siebie alkohol? Po co wdawać się w toksyczną relację, która w niczym nie pomoże, a jedynie przysporzy dodatkowych problemów? I tak dalej, i tak dalej.
Jest to 3 część cyklu. Akcja dzieje się prawie 300 lat po upadku sieci. Tytułowy bohater dostaje misje przejęcia pewnej dziewczynki która ma wyjść z grobowców czasu. Na jego nieszczęście na dziewczynkę czeka też Pax czyli nowe imperium rządzące światem ludzi.
Dalej będę sypał spojlerami więc w skrócie powiem że ogólnie warto przeczytać bo jest to całkiem fajna powieść przygodowa i ciekawie rozbudowuje historię uniwersum.
Zacznę może od tego co mi się najbardziej podobało a jest to koncepcja odrodzonego kościoła dzięki krzyżokształtom i ich mocy zmartwychwstania. No po prostu genialne. Podróże na statku gdzie załoga ginie żeby zmartwychwstać na miejscu, super. Papież który po śmierci jest wybierany kolejny raz, super. Chociaż w tym miejscu mocno zgrzyta mi osoba samego papieża. Jakoś nie trafia do mnie że człowiekiem który poprowadził kościół do takiego stanu jest Hoyt. Może w ostatniej części będzie to jakoś lepiej wyjaśnione.
W sumie oceniłbym bez problemu wyżej gdyby nie środkowa część książki. Początek i późniejsza ucieczka statkiem konsula mówiła mi że może ta część jednak nie jest tak zła jak mówią. No ale później przyszła ta nieszczęsna podróż tratwą i wszystko siadło. Bo ani mi się nie kleiła sama koncepcja tej podróży, jak i same lokacje które były odwiedzane. Padaka. Bohaterowie też jakoś mnie nie porwali. Ciekawszą postacią był ojciec-kapitan de Soya. Sytuacja poprawia się pod koniec gdy na scenę wchodzi Nemes. Napięcie podskoczyło i ciekaw byłem jak uda im się jej wymknąć. No i tu przy okazji kolejny minus czyli Dzierzba który robi za Deus ex Machina. Zjawia się wtedy kiedy trzeba wyprostować sytuację bez wyjścia. Rozczarowujące. Jak Dzierzba to można wspomnieć też o „ochroniarzach” de Soyi czyli żołnierzach gwardii szwajcarskiej. Mieli być rambo w sutannach, a praktycznie nic nie pokazali. Równie dobrze mógł podróżować z trzema ministrantami i nic by to nie zmieniło.
Podsumowując, historia w tle, cała otoczka super, bohaterowie i fabuła gorzej. Mam nadzieję że w ostatniej części wyjaśni się sporo wątków i będzie można podciągnąć ocenę.