Przyszedł mi do głowy dziś głupi pomysł jak jechałem autem.
Mam stara drukarkę laserowa, sprawna, drukuje, zero problemów.
I podłączył bym ją do sieci, bo przepinanie się pomiędzy trzema urządzeniami jest lekko upierdliwe.
Uprzedzam, że nie mogę się wpiąć bezpośrednio w router, bo drukarka nie może stać przy routerze, a 20 metrowy kabel USB nie wchodzi w grę.
W związku z tym wymyśliłem, że mogę podłączyć pod wifi. I tu rodzi się drobny problem, bo drukarka nie ma modułu wifi.
Mogę natomiast kupić coś małego, i wpiąć się w to usb żeby udostępnić drukarkę. Myślałem wpierw o jakimś arduino, ale nigdy z tego nie korzystałem. Później do głowy wpadł mi pomysł z raspberry pi zero. Wpiąć się nim w usb z drukarki, i udostępniać ją jako sieciowa. A na rpi wrzucić linuksa z cupsem (czy co tam teraz się używa), i udostępnić ją w sieci.
Nawet jeśli by się udało, to bym zasilał rpi z portu usb drukarki.
Dobra, pewnie będziecie ze mnie kręcić bekę ale pisze na serio.
Mam duży problem ze spalinami z komputera. Spaliny - w sensie gorące powietrze z peceta.
Ogółem to moje biurko to typowa meblościanka z 2000s. No i mam komputer, poinstalowane wewnątrz jego jakieś wiatraczki push-pull. Komputer zaciąga chłodne powietrze z przodu, przepycha wewnatrz siebie i wypluwa rozgrzane powietrze z tyłu.
Problem jest, że potem powietrze nie ma gdzie uciec dalej i gorące powietrze zbiera się dookoła komputera robić strefę wulkaniczną i w końcu komputer ponownie to zasysa więc po kilku godzinach
jest wybitnie gorąco dookoła komputera
temperatura komputera też skacze
Jest to strasznie upierdliwe latem. Ciężko w cokolwiek pograć trochę dłużej. I teraz pytanie do ekspertów:
Jak mogę ukierunkować te "spaliny"?
Dzięki partactwu PRLu i wielkiej płyty to meblościanka jest odsunięta około 5cm od ściany bo ściana jest tak krzywa. Minimalnie to pomaga bo czuję jak żar ciągnie przy ścianie. Myślałem, czy mogę to powietrze jakoś wypchać w górę zza meblościankę ale nie wiem czy to byłoby skuteczne. Pierdolnąć jakieś rury z budowlanego? Wydrukować coś na drukarce 3d? Zamontować rurę i wewnątrz jej dodatkowe wiatraczki? Zrobić jakiś system aby zimne zaciągało z lewej a gorące zawracało do przodu ale wypluwało na prawą strone?
Poniżej prosta wizualizacja taka na 30% aby zobrazować jak to wygląda. Wiercenie w meblach odpada. Obok też jest szafa więc dziura w biurku nic nie da. Komputera też nie mogę przenieść
Może ktoś mądrzejszy pomoże bo tu się zbliża nowy sezon w PoE 2 a tu taki klops nagle. Od paru tygodni większość gier mi się crashuje po paru minutach. Z początku myślałem że to już czas pożegnać windowsa 10, wgrałem nowiutki win11, wszystko wyczyszczone, dyski sformatowane, sfc scannow poszło i pokazuje że jest wszystko git no to odpalam gierkę i jest blue screen w dwie minuty.
Dopiero teraz po zainstalowaniu apki pokazującej temperatury na cpu, widzę że rośnie z 50 stopni do 100 w parę minut po odpaleniu PoE2 i po prostu cpu się wyłącza żeby się nie przegrzać. Wnętrze peceta jest odkurzone, wiatrak się kręci, zmieniałem ustawienia wiatraka w biosie na full speed ale nic nie pomogło. Jedyne co mi do głowy przychodzi to że przy okazji wymiany karty graficznej jakiś miesiąc temu, nakładali mi w komputroniku przy okazji nową pastę termiczną na cpu. Ale o tyle dziwne że po tym zabiegu wszystko działało przez jakieś 2 tygodnie, więc nie jestem pewien czy to źle nałożona pasta i gonić do nich do sklepu czy to może być coś innego?
@radek-piotr-krasny Ktos tu juz dzis pisał, ze to zmasowany atak na open source. Sa tez głosy, ze jest to spowodowane przez korporacje zachęcające do "tworzenia bezpiecznego oprogramowania". Problem jedt taki, ze czasami syatemy sa napisane w taki sposób za załamanie jednego buta otwiera nowy z innej strony, a załamanie tamtego buga ponownie otwiera ten pierwszy.
@dziad_saksonski Akurat w wypadku jądra Linuxa to nie powiedział bym, że to jest sam atak na open source. W community linuxiarzy, programistów itp zrobienie commita do jądra Linuxa który zostanie potem zmergeowany to zawsze było coś w rodzaju "osiągnięcia" którym można było się pochwalić. Zwłaszcza jak się jest zwykłym szaraczkiem nie pracującym dla żadnego big korpo które śle commity setkami.
Ludzie po prostu odkryli, że za pomocą AI mogą łatwo zdobyć tego achievmenta. A że każdy ma dostęp do takich samych modeli i działa na tym samym kodzie to oczywiste, że AI będzie znajdowało te same błędy.
Linus Torvalds ogólnie nie jest przeciwko używaniu AI przy pisaniu jądra Linuxa, wypowiadał się już, że o ile dobrze pisze to jest pomocne i pozwala na to. On teraz narzeka po prostu na AI spam takich sammych commitów. No i nie on jeden bo z tym samym problemem mierzą się inne duże projekty open source. No bo każdy by chciał mieć w swojej historii GH commita do jakiegoś dużego projektu open source. Więc nie koniecznie to jest jakiś skoordynowany atak na open source a bardziej ludzka próżność i głupota która się szybko skończy bo popularne repozytoria szybko zamkną swoje drzwi dla takich kontrubucji.
No właśnie, mamy już tabletki na depresję i ADHD, to teraz jeszcze na próżność i głupotę. A najlepiej to w ogole na ludzką małpie naturę i gadzi mozg oraz korpochciwość.
Dzisiaj jest u mnie dzień polowania na waszą atencję (bo wrzuciłem artykuł autorski) więc dołożę jeszcze coś z mojego #diy
Pamiętacie komputery z dwoma stacjami dyskietek na 3,5 oraz 5,25 cala. Pewnie że tak bo to portal dla starych ludzi. Pamiętacie też zapewne, że w środku kompa siedziały dyski twarde 3,5 cala a potem kiedy nadeszła nowoczesność to pojawiły się małe dyski 2,5 cala. Ale tego, że kiedyś dyski twarde miały też standard 5,25 nie pamiętacie. Ja też nie. Natomiast mam jeden taki dysk. miał zapewne porażającą pojemność w okolicach 40 MB i chyba trzy talerze. Od lat robi u mnie za zegar ścienny.
Mniejsze też takie robiłem ale się rozeszły po znajomych.
@bori kiedyś mój tata postanowił że kupi komputer. I że to nie będzie jakiś tam sobie sprzęt, tylko najmocniejsze co jest w sklepie. To było tak: dysk twardy 20GB 512MB ramu, karta graficzna GeForce 4. Do tego porządny monitor kineskopowy z płaskim przodem. No i komputer przyszedł nie było wiadomo co na nim uruchomić. Na pierwszy ogień poszły gry od kolegi. On miał specjalny przycisk na swoim żeby gry chodziły powoli a u mnie wszystko działo się szybko, dźwięk zlewał się w jeden pisk albo był odtwarzany jeszcze długo po animacji albo w ogóle nic nie było widać xD ale potem tata zalatwilminne gry. Settlers IV, StarCraft, diablo 2. I jakieś tam jeszcze.... Ale to wchodziło jak złoto. Ale nie dlatego że to były jakieś tam sobie gry. To była absolutna złota klasyka, i po prostu najlepsze co można było na takim kompie odpalić xD tete zarwał kilkanaście nocy łupiąc w pierwszego Wolfensteina ale potem dał sobie spokój bo widział jak to wpływa na życie i już sobie dawkował.
4 grudnia 1995 roku. Robert Metcalfe usiadł, by napisać swoją cotygodniową kolumnę dla magazynu InfoWorld. Metcalfe nie był przypadkowym ekspertem technologicznym rzucającym gorącymi opiniami. Był człowiekiem, który współtworzył Ethernet w Xerox PARC w 1973 roku – technologię, która umożliwiła łączenie komputerów w sieć. Założył 3Com, firmę wartą miliardy dolarów. Gdy Bob Metcalfe mówił o sieciach, ludzie słuchali.
A to, co miał do powiedzenia tamtego grudnia, było niepokojące.
„Prawie wszystkie z wielu przewidywań dotyczących 1996 roku opierają się na ciągłym wykładniczym wzroście internetu” – napisał. „Ale przewiduję, że internet wkrótce spektakularnie wybuchnie jak supernowa i w 1996 roku katastrofalnie się załamie”.
Nie zwolni. Nie będzie miał trudności. Katastrofalnie się załamie.
Pomyślcie o kontekście. W 1995 roku internet był ledwie dekadę obecny w świadomości publicznej. Większość ludzi wciąż używała modemów wybierających numer, które piszczały jak umierające roboty. Załadowanie pojedynczej strony internetowej mogło zająć minuty. Określenie „World Wide Wait” nie było żartem – było rzeczywistością.
Metcalfe spojrzał na infrastrukturę – routery, serwery, przepustowość, protokoły – i zobaczył system uginający się pod niemożliwym ciężarem. Zbyt wielu użytkowników napływających zbyt szybko. Za mało kabli. Za mało przepustowości. Internet, argumentował, został zbudowany dla naukowców i naukowców, a nie dla milionów zwykłych ludzi próbujących jednocześnie sprawdzić pocztę e-mail i przeglądać strony internetowe.
Załamanie wydawało się nieuniknione.
A Metcalfe był tak pewny swojej analizy, że złożył obietnicę: jeśli internet NIE załamie się w 1996 roku zgodnie z przewidywaniami, dosłownie zje swoje słowa.
Napisał to w druku. Publicznie. Bez żadnego pola manewru.
Dla ludzi budujących firmy internetowe w 1995 roku ta przepowiednia była przerażająca. Metcalfe był ich bohaterem. Dał im Ethernet – sam fundament ich sieci. To było tak, jakby bracia Wright ogłosili w połowie lotu, że samoloty są skazane na zagładę.
Sky Dayton, który w tym czasie budował EarthLink, pisał później o wstrząsie: „Bob Metcalfe wynalazł Ethernet w Xerox PARC w 1973 roku i był eponimem prawa Metcalfe’a. Był naszym idolem, inżynieryjnym bóstwem, któremu wszystko zawdzięczaliśmy. Więc kiedy wystąpił i ogłosił, że ta sieć, którą pomógł stworzyć, nie przetrwa, przeszły przez społeczność dreszcze”.
Klienci dzwonili z pytaniem, czy wali się niebo. Inwestorzy stali się nerwowi. Przewidywania Metcalfe’a były nie tylko błędne – były niebezpieczne.
W ciągu 1996 roku Metcalfe wypatrywał oznak apokalipsy. Udokumentował każdą awarię sieci. Każdą awarię America Online. Każdy problem Netcomu. Każdą awarię serwera. Wskazywał na nie jako dowód: „Widzicie? Zaczyna się. Załamanie nadchodzi”.
Ale działo się coś innego.
Zamiast się załamać, internet się dostosowywał. Inżynierowie ulepszali infrastrukturę. Firmy kładły nowe kable. Wdrażano lepsze routery. Strategie dystrybucji treści ewoluowały. Społeczność open-source wprowadzała innowacje. Prywatny przemysł inwestował miliardy.
Internet ciągle rósł.
Rok 1996 nadszedł i minął.
Żadnego katastrofalnego załamania. Żadnej supernowej. Żadnego stopienia. Tylko... więcej internetu. Więcej użytkowników. Więcej stron internetowych. Więcej ruchu.
A Robert Metcalfe miał obietnicę do dotrzymania.
10 kwietnia 1997 roku. Szósta Międzynarodowa Konferencja World Wide Web. Centrum Kongresowe Santa Clara w Kalifornii.
Metcalfe miał wygłosić przemówienie programowe. Wszyscy w świecie technologicznym wiedzieli, co się zbliża. Wieść się rozniosła. Człowiek, który przepowiedział śmierć internetu, będzie teraz musiał zjeść swoją przepowiednię.
Metcalfe wszedł na scenę. Stanął przed publicznością inżynierów sieciowych, przedsiębiorców i programistów – ludźmi, którzy udowodnili mu, że się myli, budując silniejszy internet, niż uważał za możliwy.
Próbował sprytnie wybrnąć.
Wyciągnął ogromne ciasto. Było udekorowane, by wyglądać dokładnie jak jego drukowana kolumna, z lukrem imitującym tekst jego katastroficznej przepowiedni. „A co powiecie na to?” – zasugerował z uśmiechem.
Tłum wygwizdał go. Głośno.
„Mówicie, że zjedzenie tylko kawałka ciasta nie wystarczy, by was zadowolić?” – powiedział Metcalfe z udawanym zdziwieniem. „Podejrzewałem, że zrobi się nieprzyjemnie”.
Żadnego ciasta. Chcieli prawdziwego.
Metcalfe sięgnął za podium i wyciągnął coś, co tam ukrył: blender.
Publiczność wiwatowała.
Chwycił poprzednie wydanie InfoWorld – z 4 grudnia 1995 roku – i otworzył na swojej kolumnie. Tej z przepowiednią. Tej, która wywołała miesiące niepokoju w kręgach technologicznych. Wyrwał stronę z magazynu. Podarł ją na kawałki. Wrzucił pocięty papier do blendera. Dodał przezroczysty płyn. Wcisnął przycisk.
Blender zaszumiał. Papier i atrament i woda zmieszały się w mętną, papkowatą breję – ten paskudny szlam, który powstaje, gdy niszczysz drukowane słowa i redukujesz je do płynnej zawiesiny.
Metcalfe przelał miksturę do miski. Wziął łyżkę. Zrobił pauzę dla efektu dramatycznego. A potem, przed setkami ludzi, którzy zbudowali internet, który uznał za skazany na zagładę, Robert Metcalfe zjadł swoje słowa.
Wychłeptał całą miskę.
Tłum oszalał. Brawa. Aplauz. Świętując nie tylko jego odpowiedzialność, ale to, co reprezentowała jego błędna przepowiednia: internet przetrwał swojego najbardziej sceptycznego twórcę.
Oto, co sprawia, że ten moment jest tak potężny: Metcalfe nie musiał tego robić. Mógł to zbagatelizować. „Mówiłem metaforycznie!”. Mógł twierdzić, że został wyrwany z kontekstu. Mógł po cichu usunąć kolumnę z archiwów i udawać, że nigdy nie istniała. Mógł kłócić się o szczegóły techniczne – „Cóż, były awarie, więc częściowo miałem rację”. W 2024 roku tak robi większość osób publicznych. Zła przepowiednia? Obwiniaj algorytm. Obwiniaj swoich pracowników. Obwiniaj za złe zinterpretowanie. Wydaj niejasne nie-przeprosiny. Idź dalej.
Metcalfe przyznał się do tego całkowicie. Postawił śmiałą prognozę. Postawił na szali swoją wiarygodność. Obiecał konsekwencje. A gdy się mylił – spektakularnie, publicznie, niezaprzeczalnie – dotrzymał obietnicy w najbardziej dosłowny, absurdalny, niezapomniany sposób.
Robert Metcalfe otrzymał Nagrodę Turinga w 2023 roku – najwyższe wyróżnienie w informatyce. Cytat chwalił jego wynalezienie Ethernetu i wkład w sieci. Nie wspomniał o przepowiedni. Nie musiał. Ponieważ historia, którą wszyscy pamiętają, nie jest taka, że Metcalfe pomylił się w jednej prognozie. Ale że dotrzymał obietnicy, gdy się pomylił.
W erze, w której odpowiedzialność wydaje się wymarła – gdzie osoby publiczne unikają, wymigują się i zaprzeczają – moment Metcalfe’a wyróżnia się. Nie dlatego, że miał rację. Ale dlatego, że gdy się mylił, przyznał się do tego w najbardziej namacalny, niezaprzeczalny, niezapomniany sposób.
Nobel prize-winning economist Paul Krugman is famously quoted as writing in 1998 that "By 2005 or so, it will become clear that the internet's impact on the economy has been no greater than the fax machine's."