Moje pierwsze zetknięcie z kryminałami tego autora ale jak najbardziej na plus. Na pewno nie arcydzieło gatunku ale przyzwoita lektura.
Żona znanego lekarza z Zielonej Góry zgłasza jego zaginięcie a kilka dni póżniej na dwóch zielonogórskich bachusikach zostają znalezione owinięte ludzkie jelita a zapis z monitoringu wskazuje na zaginionego lekarza jako sprawce. Dodatkowo poszukiwany lekarz jest sobowtórem warszawskiego komisarza policji Igora Brudnego. Wygląda na to że panowie mogą być braćmi bliźniakami tym bardziej że inspektor spędził dzieciństwo w zielonogórskim sierocińcu prowadzonym przez siostry zakonne. i było to nieszczęśliwe i bardzo traumatyczne dzieciństwo. Brudny dołącza do zespołu śledczego ale, jak to bywa z tego typu bohaterami, na własnych zasadach. Książka spełnia warunki dobrego kryminału, może kilka rzeczy mnie raziło ale nie odbierając przyjemności z lektury. Drugi tom już się czyta.
@bojowonastawlonaowca Chyba potrzebujemy pomocy z poprawieniem liczników w ostatnich postach, bo skrypt średnio ogarnia 2 osoby wrzucające recenzje w tym samym/podobnym czasie. Ta książka ma numer 299
@serotonin_enjoyer już wcześniej widziałem, że skrypt nadaje numer po kliknięciu dodaj post i nie sprawdza później, dlatego piszę sobie w innym toolu i do niego tylko przeklejam ;)
Ten tom jak dla mnie najsłabszy z cyklu. Przez pół książki niewiele się dzieje. Uhtred daje się wciągnąć w niepotrzebny pościg za fałszywym księciem a tym czasem wróg atakuje z innej strony i bohater traci bardzo bliską osobę, później musi dokonać zemsty akcja trochę rusza i książka wskakuje na normalny znany z reszty cyklu poziom. Tym razem przeciwnikiem sześćdziesięcioletniego już Uhtreda jest Norweg Skoll ze swoją armią wojowników wilków, wprawiających się w szał bitewny maścią z lulka.
Taki sobie kryminał oparty na historii polskich kanibali znad jezior Osiek. Główny bohater, znowu nie neurotypowy chłopak mieszkający z ojcem. Jego świat się wali gdy ojciec zostaje zaaresztowany pod zarzutem morderstwa popełnionego jakoby przed laty. Kosma razem z córką innego współoskarżonego prowadzą swoje śledztwo żeby oczyścić swoich ojców z zarzutów. Można przeczytać, można sobie darować
Nie wiem skąd takie dobre recenzje tej książki na LC bo jak dla mnie to takie czytadło. Główna bohaterka to dorosła ale na pewno nie neurotypowa kobieta, która po śmierci swojego adopcyjnego ojca jego ciało wyrzuca na śmietnik i pali. Nie dlatego że go nie kochała czy nie szanowała ale dlatego że kiedyś w rozmowie powiedział że może tak zrobić bo jemu i tak już będzie wszystko jedno. Sally ma dużo cech ludzi z zespołem Aspergera, nie rozumie przenośni, żartów. Nie odczytuje emocji innych ludzi więc nie rozumie kiedy mówiąc coś co dla niej jest po prostu faktem, może zranić lub obrazić inną osobę. Gdy prawda o tym co zrobiła Sally z ciałem ojca wychodzi na jaw koło niej robi się głośno i zaczynają wychodzić fakty z jej życia o których ona sama nie miała pojęcia. I teraz uwaga będzie spojler:
! Najważniejszy z nich to to, że jej biologiczna matką była dziewczyna, która została porwana i uwięziona przez pedofila i urodziła Sally w niewoli. Po tym jak zostały uwolnione a jej dziadkowie biologiczni nie chcieli przyjąć wnuczki z gwałtu pod swój dach a jej matka umiera trafia pod opiekę psychiatry który pracował z jej matką i jego żony. Oczywiście w trakcie czytania dowiadujemy się coraz większej ilości faktów z życia bohaterki zarówno sprzed adopcji jak i pewnych faktów z jej życia u adopcyjnych rodziców które rzucają trochę inne światło na to jakie były rzeczywiste fakty. Jest też wątek kryminalny bo w jakimś czasie po śmierci ojca Sally dostaje pocztą przytulankę, którą rozpoznaje jako swoją, zna jej imię a nie wiadomo kto jest nadawcą a wiadomo że porywacz jej matki nigdy nie został złapany.Koniec spojlera
Wszystko to zapowiada się jako dobry materiał na bardzo mroczny thriller. No ale otóż nie. Książkę czyta się jak zwykłą obyczajówkę o nudnym życiu zwykłych ludzi. Brak jakiejś głębi psychologicznej sprawia że o tych wszystkich strasznych rzeczach czytamy jakby to w sumie nie było nic takiego. Nie wiem jak się udało autorce tak strywializować problem porwania, pedofilii, znęcania się, i tego jaki to wszystko ma wpływ na psychikę osób których to dotyka. I żeby była jasność nie chodzi o to że w książce jest za mało makabry - chodzi o to że jest ona opisana jak szara codzienność z jakaś taką lekkością (nie nie jest to taki zabieg stylistyczny żeby coś podkreślić), że nie robiło to na czytelniku (w mojej osobie) wrażenia. Trudno mi nazwać swoje odczucia ale jak dla mnie czegoś ewidentnie tej książce brakuje. Nie czuć że którakolwiek postać z książki przeżyła jakiś dramat a raczej że no takie trochu ciężkie życie mieli.
Książka była już tutaj recenzowana dużo razy. Od siebie tylko dodam że początek mi się czytało bardzo dobrze, fakty z tej książki nie były dla mnie jakimś szokiem bo moja mam urodziła się przed wojną na wsi i z jej opowieści miałam już niejakie pojęcie jak wtedy życie kobiet na wsi wyglądało. Książka uszczegółowiła i doprecyzowała to moje wyobraźenie. Dowiedziałam się z niej wielu ciekawych faktów i w kilku miejscach dała mi do myślenia. Natomiast przez końcówkę już trochę brnęłam. Ale ogólnie książka warta tego żeby się z nią zapoznać.
P. S Przepraszam zaciągnęło mi i osadziło okładkę z czyjejś recenzji bo dane książki zaciągałam z aplikacji i nie bardzo wiem jak to teraz po publikacji zmienić
Na wstępie warto zaznaczyć że to fanfiction. Na tyle udane, że Cixin Liu dał błogosławieństwo (i udzielił praw do wykorzystania swojej marki przy publikacji), niemniej nadal fanfic.
Głównym bohaterem jest znany już z "Końca śmierci" Yun Tianming i poznajemy jego wersję tej opowieści. W końcowej części książki autor stara się ładnie zamknąć wątki innych powieści Cixina Liu, spinając je całkiem ciekawą klamrą kompozycyjną.
Na minus - w porównaniu do pozostałych książek z uniwersum (poza "Piorunem Kulistym", którego jeszcze nie czytałem i pod tym kątem nie mogę ocenić) widzimy typową dla fanficów fascynację nagością i rozwinięcia wątków romantycznych pomiędzy bohaterami. Do tego tracimy najważniejszą zaletę całej serii - tracimy wyczerpujące wyjaśnienia zjawisk fizycznych, z pogranicza fizyki i fantastyki. Nowe rozważania są płytsze i mniej skomplikowane. Ma to sens, bo oglądamy świat z perspektywy bohatera niebędącego fizykiem, jednak całość traci na tym magię oryginału.
Ogólnie polecam, ale jednak wrócę do autora "Wspomnienia o dniu Ziemi" i przejrzę pozostałe jego książki.
@Cerber108 chyba dlatego taka wysoka, bo nadal jestem pod wpływem "Wspomnienia" i cokolwiek z nią związanego od razu milej się czyta. Ale jak to bywa z niektórymi historiami - niedopowiedzenia wspomina się milej niż domysły czytelników.
Książka ukazuje nieco zapomniane dziś początki Donalda Trumpa w polityce, ale głównym wątkiem są organizacje i osoby popierające posunięcia amerykańskiego prezydenta. Ukazanie zmiany poglądów tych ciał na Trumpa pokazuje jak skrajnie prawicowe środowiska europejskie najpierw reagowały nieufnością na obecność takiego człowieka na tak wysokim stanowisku, po czym zdają sobie sprawę, że mogą wiele zyskać dzięki poparciu.
Ogromna bibliografia, całość wygląda na rzetelnid napisany kawał reportażu. Zabrałem się do czytania od razu po wypuszczeniu. Polecam przede wszystkim tym, którzy chcieliby dowiedzieć się więcej o amerykańskim prezydencie i jego wpływie na politykę w naszej części świata.
Z góry ostrzegam, że poniżej znajdziecie sporo spoilerów, ale trudno jest mi opowiedzieć o swoich przemyśleniach bez odwoływania się do różnych wydarzeń. To w końcu już piąty zbiorczy tom. :')
Przede wszystkim: Kirkman chyba wziął lekcje od Hitchcocka, ponieważ na początku jest istne trzęsienie ziemi, a potem napięcie tylko rośnie.
Tak jak przeczuwałem, Mark dowiedział się, że Cecil i Globalna Agencja Obrony, dla których pracował, współpracują ze złoczyńcami, których wcześniej pokonał i oddał do uwięzienia. I nie muszę chyba dodawać, że cholernie się wkurzył, prawda? Do tego stopnia, że Cecil zmuszony był do skorzystania z tajnej broni przygotowanej na Invincible'a. Przypomniało mi to trochę szok Supermana z „Supermana i Lois”, gdy odkrył, że amerykańska armia przygotowała cały arsenał broni wykorzystującej kryptonit tak na wszelki wypadek, gdyby Supermanowi nagle odbiło i postanowiłby zaatakować ludzkość. Z bardzo podobnego założenia wyszedł Cecil.
Tym bardziej, że jak się okazało w zeszycie poświęconym historii Cecila, tak samo podszedł do Omni-Mana, więc zdrada ojca Marka wcale nie była tak niespodziewana, jak na początku zostało to przedstawione. Ale wtedy też nie mieliśmy całego obrazu sytuacji.
Jestem prawie pewien, że zmienił się styl graficzny komiksu. Niestety, nie mam już przy sobie czwartego tomu, więc nie porównam, ale w sumie zmiana jest na plus. Komiks stał się też bardziej drastyczny - więcej tu krwi, wnętrzności et cetera.
Co mi się zaś nie spodobało, to decyzja o zmianie kostiumu. Rozumiem, że po pięćdziesięciu zeszytach to samo wdzianko głównego bohatera mogło się znudzić autorom, jednakże nowe podoba mi się o wiele mniej niż poprzednie.
Kirkman postanowił też wykorzystać motyw podróży w czasie i co nieco zdradził z przyszłości Marka - pytanie tylko, czy rzeczywiście wydarzy się tak, jak to zasugerował, czy jednak postanowi zrobić psikusa i trochę zmieni bieg historii.
Fajna była krytyka ze strony młodszego brata Niezwyciężonego, który jest kosmitą-kosmitą i niedługo w komiksie prześcignie umiejętnościami Marka, mimo że ledwo co pojawił się w tej historii. Wracając do krytyki: Oliver stwierdził, że oszczędzanie łotrów jest nielogiczne i jak najbardziej się z nim zgadzam. Superbohaterowie pokonują superłotrów i wtrącają ich do więzień, a ci po pewnym czasie uciekają i ponownie sieją terror, zabijając ludzi. Pytanie, czy w ogóle czują jakikolwiek respekt przed Strażnikami Globu, którzy może i spuszczą łomot, ale zostawią niemilców przy życiu.
Warto jeszcze wspomnieć o nienachalnym budowaniu podwalin pod rozwinięcie niektórych wątków. Co jakiś czas autor pokazuje czytelnikom, że o niczym nie zapomina, i podrzuca wskazówki, kolejne tropy i tak dalej, że coś tam w mniejszym lub większym ukryciu się szykuje i niedługo mleko może wykipieć.
Jak na razie z tomu na tom historia podoba mi się coraz bardziej i kurczę, nie mogę się już doczekać, aż kolejne będą dostępne do wypożyczenia z biblioteki. x)
"W świecie to dzieło zostało uznane za tak ogromne osiągnięcie w dziedzinie lania wody, że aż w 1924 przyznano mu (Reymontowi - przyp. mój) Nobla" - Mietczynski, "Streszczenia lektur - "Chłopi""
Biorąc pod uwagę powyższe, uważam, że Lem powinien był dostać Nobla za "Cyberiadę". Nie dlatego, że to wybitna opowieść, tylko ze względu na ilość lania wody, w postaci potoku neologizmów i niezrozumiałych czasem słów, które pomagają odczuć inną erę i odległe światy. W kilku cięższych fragmentach miałem przycinki i zmęczony doczytywaniem tego późnymi nocami, prędko oddawałem się we wdzięczne ramiona Morfeusza (ciekawe co na to moja różowa).
Więc nie zdziwi chyba nikogo, że to właśnie ze względu na język trwało to dość długo... mimo, że same opowieści całkiem przyjemne i raczej lekkie. Poza wątkami teologiczno-mesjańskimi, te mnie wynudziły.
W tej pozycji Pan Stanisław z lubością używa słów k⁎⁎as ("3. daw. «ozdoba z nici, jedwabiu, wełny, sznurka itp. w kształcie pędzla»") i atoli (daw. «spójnik wyrażający przeciwieństwo, kontrast lub odmienne ujęcie treści łączonych zdań lub ich części»). Pierwsze znałem, co nie zmienia faktu, że czytając to słowo w tym kontekście nadal uśmiecham się pod nosem - coś jak gdy dojdziecie do 69 podczas liczenia, uśmieszek obowiązkowy.
Polecam, przygody Trurla i Klapaucjusza wchodzą jak spacerek z psem w tę piękną (za moim oknem) pogodę, późniejsze dłuższe opowiadania różnie. A chyba najbardziej powalone były opowieści odmrożeńców, przynajmniej pod względem językowym.
Wracam do reportaży, na chwilę Lema dość, chociaż "Solaris" i "Niezwyciężony" czekają.
„W sprzedaży pojawiło się właśnie lutowe wydanie "Nowej Fantastyki", w którym każdy ma szansę znaleźć coś dla siebie.
Miłośnicy kina mogą zaznajomić się z nowymi propozycjami z Azji, które pojawiły się na Festiwalu Pięciu Smaków. Osoby zainteresowane technologią mogą poczytać rozważania o kolejnych zimach sztucznej inteligencji. Fani klasycznej polskiej fantastyki na pewno chętnie poczytają o twórczości Marka S. Huberatha, a ci, których interesują zagraniczne nowości, dostaną wywiad z Victorią Schwab. Do tego tradycyjnie felietony, recenzje i powrót Lila i Puta.
W dziale prozy tym razem sześć opowiadań, w tym m.in. nowy tekst Marty Krajewskiej, opowiadanie Momira Iseniego z rzadko odwiedzanej przez nas Serbii oraz nominowany do Nebuli tekst Angeli Liu.
"Nową Fantastykę" możecie kupić w szanujących się kioskach i empikach, a także w księgarni stacjonarnej wydawnictwa Prószyński i S-ka przy ul. Rzymowskiego 28 w Warszawie. Niezmiennie najbardziej korzystną opcją kupna jest roczna prenumerata, którą możecie znaleźć w Gildii - towarzyszy jej nowa promocja z prezentem książkowym.
NF jest też dostępna w Nexto oraz Legimi - w formatach czytnikowych epub i mobi oraz w pdf.
Prenumeratę "Nowej Fantastyki" znajdziecie pod tym adresem internetowym:
Ponownie niezmiernie podoba mi się przyziemność problemów głównego bohatera, któremu, spoiler, z ogromną trudnością przychodzi łączenie życia prywatnego i zawodowego. Trudno uczęszczać na zajęcia na studiach i spotykać się z dziewczyną, kiedy na przykład na dwa miesiące leci się w kosmos.
Nawet nie wiedziałem, że tego mi brakowało w superbohaterskich historiach, za którymi do tej pory nie przepadałem. Spider-Man jakoś „normalnie” pracował, podobnie jak Superman. Batman to w ogóle nie musiał pracować, skoro był nieprzyzwoicie bogaty.
Podoba mi się też to, jak Kirkman prowadzi historię. Często pozornie mało znaczące wydarzenia albo takie, których kontynuacji czytelnik się nie spodziewa, po jakimś czasie dostają dalszą część. Na przykład wydarzenia na Marsie czy zapowiedź inwazji rasy obcych, do której należy między innymi Mark czy jego ojciec.
No i jestem ciekawy, jak główny bohater zareaguje, gdy okaże się, że poniekąd kolejny raz został zdradzony, tym razem przez swojego pracodawcę.
Świetna seria komiksów i jestem w stanie się zgodzić, że prawdopodobnie najlepsza, jaka powstała. Przede wszystkim ma tę przewagę nad Marvelem czy DC, że... nie trzeba się zastanawiać, od którego bohatera zacząć. Albo od której serii, bo tych jest przecież wiele. To jak z MCU - żeby móc w pełni docenić najnowsze filmy czy seriale, trzeba się przedrzeć przez ogrom poprzedzających ich tytułów, żeby wychwycić wszelakie smaczki czy nawiązania. Rozpoczęcie przygody z „Invincible” jest na szczęście o wiele prostsze - wystarczy chwycić za pierwszy tom.
Komiks i serial mają tego samego scenarzystę i uważam, że historia została bardzo ładnie przeniesiona na mały ekran. W serialu wydaje się też mniej poszarpana, no ale Kirkman miał wiele lat na przemyślenie sprawy i dostosowanie fabuły do potrzeb telewizyjnych.
Zmiany są dosyć kosmetyczne i dotyczą mało istotnych szczegółów. Na przykład Amber w komiksie jest seksowną blondynką, a nie czarnoskórą outsiderką jak w serialu, natomiast William jest heteroseksualny i przez pewien czas spotykał się z Eve, zaś Rick był jedynie jego dobrym kumplem, a nie obiektem westchnień.
Kolejne zmagania Uhtreda. Ten tom szczególnie na początku jest dosyć rozwlekły, zbyt dużo tu rozmów i rozważań bohaterów a niewiele się dzieje. Ale wkrótce bohater przystępuje do kolejnej próby odbicia swojej siedziby rodowej i akcja nabiera tempa. Jak ktoś przeczytał wszystkie poprzednie tomy to i ten łyknie. Na pewno nie jest to jeden z najlepszych tomów serii ale poniżej pewnego poziomu Cornwell nie schodzi więc się jakoś specjalnie nie wynudziłam.
Dzięki za przypomnienie, że muszę się kiedyś wreszcie zabrać za ten cykl, bo na razie tylko go zacząłem, a pozostałe tomy póki co jedynie zdobią półkę.
Jestem fanką prozy Masłowskiej odkąd przeczytałam "Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną" Bardzo podoba mi się język jakiego używa Masłowska, uwielbiam jej metafory, słownictwo. "Magiczna rana" to zbiór opowiadań. Poznajemy w nich jakieś małe wycinki życia różnych bohaterów zmagających się z hmm, chyba życiem po prostu. Wydarzenia jakie opisuje autorka mogłyby dotyczyć każdego normalnego człowieka, bohaterowie też są normalni dopiero język jakim operuje nadaje im wyjątkowości. Sprawia że uniwersum w którym przeżywają swoje większe lub mniejsze dramaty bohaterowie wydaje się trochę nierzeczywiste i komiksowe. Pewnie nie jest to proza dla każdego, Masłowska ma dużo przeciwników ale ja bardzo lubię.
Mnie wpierw fascynowało, że ona tak myśli pisząc jakbym to ja sam myślał sobie. Ale z czasem stało się to straszne (a jest moją rówieśnicą), bo poczułem jak to obserwowanie jej dojrzewających niechlujnych uproszczeń w zestawieniu z własnymi coraz bardziej niechlujnymi myślami, zaczęło więcej mi odbierać niż dodawać, a konkretnie własną umykającą wyjątkowość, taką samą w swej inności i tak samo psującą się od świata jak u wszystkich.
Choć bez wątpienia to bardzo miła osoba :)
Jak i ja. Przeważnie
Moja tożsamość, moja ukochana kolekcja bzdur, tak skwapliwie poskładana ze wspomnień, myśli, śmieci, gustów, obsesji, przykrości zostaje wchłonięta, zassana, rozproszona. Rozpierzcha się, rozpełza, rozpływa w oceanie innych...
Kolejny bardzo udany tom, którego cała fabuła została już przeze mnie poznana w postaci ekranizacji. Co tylko dobrze świadczy o animacji, ponieważ historia została wiernie przeniesiona na mały ekran... co z kolei nie powinno dziwić, skoro za nią również odpowiada autor komiksów. :')
Mark staje się coraz bardziej świadomy swoich mocy - można się pokusić o stwierdzenie, że mimo swojego wieku został już najpotężniejszym bohaterem na Ziemi. Oczywiście wciąż zaniedbuje edukację (chociaż z jego szybkością pewnie bez problemu może nadrobić zaległości), swoją dziewczynę (ciągle przerywając randki i znikając nawet na miesiąc lub dwa), dodatkowo pojawiają się pierwsze rozterki miłosne, gdy główny bohater dowiedział się o tym, że ktoś w sekrecie się w nim podkochuje. Fajnie, że ta przyziemna część superbohaterstwa nie została zaniedbana przez autora, ponieważ ona najbardziej przyciąga mnie do tej serii.
Oczywiście wszystkie główne wątki są dalej rozwijane.
Na koniec tego tomu został dołączony czwarty zeszyt „The Pact”, którego autorem jest oczywiście Kirkman. Na scenę wraca stary znajomy w postaci Doca Seismica, z którym Invincible wraz ze swoimi nowymi znajomymi ponownie się mierzy. Niezbyt udana historia, jednocześnie wyjaśnia, co działo się z łotrem międzyczasie pomiędzy pierwszym zeszytem, w którym wystąpił, a kolejnym z jego zaspoilerowanym przez Kirkmana we wstępnie udziałem.
Też nie mogę się doczekać tym bardziej, że w komiksach jeszcze nie dotarłem do momentu, w którym kończy się drugi sezon. A myślałem, że będę na bieżąco z serialem. :')