Co można było kilkadziesiąt lat temu kupić za 10 tysięcy lirów? Dziewczynę o imieniu Gelsomina. Taką to istotę bierze ze sobą w podróż Zampano, gburowaty siłacz, który jeździ po kraju motocyklem z przyczepą (w której zresztą mieszka wraz z Gelsominą) i daje występy. Czasem też występuje w cyrkach.
Gelsomina jest głupiutka, naiwna, nie znająca życia ani świata dostaje surową lekcję. Tam, gdzie "tresura" nie działa Zampano przyucza nową współpracownicę przemocą. W sumie nowe, artystyczne życie, nawet pasuje Gelsominie - próbuje się w nim odnaleźć, choć jest nieudolna czym wiecznie denerwuje naburmuszonego Zampano.
Nawiązuje nawet dziwaczny rys przyjaźni z jednym z innych cyrkowców - linoskoczka Głupca, który prowokuje dziewczynę do opuszczenia Zampano. Jednak ona nie potrafi się odnaleźć sama, zostaje przy wielkim siłaczu.
Jednak, gdy Zampano pewnego dnia przesadzi w swoich działaniach (trochę przypadkowo, bez premedytacji, trzeba to przyznać), Gelsomina nigdy już nie będzie taka sama. Trauma zdarzenia wprawia dziewczynę w depresję, takiego zachowania nie umie zrozumieć mężczyzna, który ją wziął w podróż. Dlatego pewnego dnia odchodzi po cichu, zostawiając ją samą - chociaż to ona miała lepsze powody by go opuścić, ale nigdy tego nie zrobiła.
To opowieść o ludziach nieprzystosowanych, czego skrajnym wyrazem jest Gelsomina. Możesz jej nawet podać pomocną dłoń, ale ona nie będzie wiedziała co z nią zrobić. Tak bardzo nie jest gotowa żyć sama w tym świecie.
Skutki opuszczenia przez Zampano będą tragiczne, ale dzięki temu zobaczymy wreszcie jego ludzką twarz - że też ukrywa gdzieś uczucia, tylko schował je głęboko i daleko za ciasnym murem nieprzystępności.
To bardzo piękny i smutny film zarazem. Giulietta Masina jako główna bohaterka przykuwa nasz wzrok i jej twarz jest dosłownie "twarzą" tego filmu. Ani na krok nie ustępuje jej Anthony Quinn. Zresztą dzieł pana Felliniego nie trzeba rekomendować, choć na pewno warto!
"La strada" moim zdaniem to obowiązkowy seans dla każdego kinomana.
@Mahjong z facebooka za bardzo nie korzystam, mam jakies konto do przegladania, zostawiłem ci lajka i followa, może wrzucaj jakieś głośne filmy na początek, pewnie lepiej się klika, ale ja się gówno znam na algorytmach
Myślę, że warto byłoby „zdywersyfikować” działalność i udostępniać posty także na Instagramie oraz innych social mediach.
Ale obecnie największą popularnością cieszą się chyba krótkie filmiki - nagrasz jeden i możesz wrzucić na Facebooka, Instagrama, YouTube'a, TikToka i nie wiem co jeszcze.
Sam zdecydowanie wolę pisać i czytać teksty, ale coraz częściej zastanawiam się, czy nie przerobić tego, co już mam, w formę właśnie filmikową.
Bądź co bądź zaobserwowałem na Facebooku i życzę powodzenia! : )
@cyberpunkowy_neuromantyk no ja właśnie chcę iść w pisanie (wciąż wierzę, że gdzieś na mnie czeka taka praca), ale wezmę twoje rady pod uwagę, te profilie filmowe które obserwuje na FB spokojnie sobie radzą z samym pisaniem
W końcu jakiś porządny #marvel. Już w Spider-Man: Into the Spider-Verse Spider-Noir był jednym z najaśniejszych punktów filmu. Cage widać, że ma fun z odgrywania tej postaci.
Co za dno. Bezduszny film, boleśnie nieśmieszny, żenujący i zwyczajnie nudny. Ch⁎⁎⁎we żarty, które muszą być dodatkowo tłumaczone. Niesamowite, jak wykwintne wydają się poprzednie części w retrospekcji. Nie polecam.
Obejrzałem właśnie film, który rozwalił mi łeb. Włączyłem go tylko przez wzgląd na 1 aktora ale film okazał się absolutnym fenomenem i długo nie zapomnę
Tytuł Wizyta Inspektora wersja bbc z 2015 roku bazuje na sztuce z 1945 roku ale serio jestem pozamiatany
Tyle pięknych moralnych tematów.
Metafizyka imo gra dużą rolę
Zapewne można to interpretować na swoje 100 sposobów
Obsada: Bette Davis, Anne Baxter, George Sanders, Celeste Holm, Gary Merrill, Marilyn Monroe
Czas trwania: 2h 18min
Ocena: 8/10
Życie aktorki Margo Channing to pasmo sukcesów, zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym do czasu, kiedy poznaje swoją fankę, ambitną Ewę Harrington.
Póki co najlepszy film od Mankiewicza jaki oglądałem.
Archeolog Angus znajduje dziwną czaszkę, nie potrafi zidentyfikować do jakiego zwierzęcia mogła należeć. Wraz parą sióstr idzie na przyjęcie gdzie poznaje lorda D'Amptona (w tej roli Hugh Grant), na którego posesji Angus znalazł czaszkę. Jak się okazuje istnieje mit, że przodek lorda zabił swego czasu strasznego potwora - białego wielkiego węża. Siostry wciąż natomiast przeżywają zniknięcie rodziców. Tajemnicze zniknięcia w tym regionie mogą zaraz stać się normą. Niedaleko stąd mieszka lady Sylvia Marsh - przedziwna, seksowna kobieta, która jak się okazuje wyznaje kult Białego Węża - Dionina, który przegrał z Bogiem i musiał opuścić Eden.
Kult sięga czasów rzymskich, a ukąszenie lady zamienia ludzi w wampiry. Nasza czwórka zamierza odkryć tajemnicę potwora oraz zmierzyć się ze złem panującym w wiosce.
Brzmi jak zwyczajny horror, prawda? Ale to horror Kena Russella. Więc sorry, ale nie może być zwyczajny. "Kryjówka Białego Węża" jest wręcz wypełniona erotyzmem, często zahaczającym o przedziwne fetysze jak na przykład wielkie zaostrzone dildo, które posiada (a nawet ubiera w wiadomym celu) nasza femme fatale, lady Marsh.
Niektóre wizje pojawiające się w tym filmie miały nawet taki vibe "Diabłów" tego samego reżysera - w "Kryjówce" zakonnice gwałcone przez rzymskich legionistów, w tle ukrzyżowany Jezus, którego krzyż oplata wielki biały wąż.
Obraz ten jest bardzo campowy, czasami wręcz mocno kiczowaty, ale wizja artystyczna Russella, który z chęcią sięga w inspirację starymi brytyjskimi horrorami, staje się w pewnym momencie miszmaszem tego wszystkiego co właśnie Russell wielbi umieszczać w swoich filmach czyli mocniejsze wątki erotyczne oraz wręcz mityczna lub religijna groza.
Te elementy budują film dziwny, dziwaczny, choć nie odbiegający wcale od prawideł standardowego horroru. Specyficzne ujęcia, nagość i motyw gore - to ujarzmia efektownie definicję filmu grozy i tworzy nową - horror według Kena Russella.
To przeżycie dość intensywne, zabarwione humorem, obrazoburcze. Russellowskie klimaty w swojej pełni. Nie każdemu może przypaść do gustu, bo to czasem jechanka bez hamulców, których brytyjski reżyser nigdy nie umiał zaciągać.
Dla fanów filmów tego pana to będzie gratka. Taka jak dla mnie.
@Mahjong obejrzane, musze przyznac, ze z przyjemnoscia(?). Na pewno z ochota. Ostatnio niewiele mialem sytuacji, ze film mnie wciagnal na tyle, ze nie mialem ochoty co chwile sprawdzac, ile jeszcze do konca. Tutaj caly seans przebiegl bez takiej potrzeby. Oczywiscie juz wiedzialem po Twoim opisie, czego moge sie spodziewac, wiec pewnie i moje reakcje na niektore sceny nie byly takie jakbym to ogladal "z marszu", ale wydaje mi sie, ze widywalem juz bardziej "hardkorowe" sceny ( ͡~ ͜ʖ ͡°) a ze nie mam nic przeciwko takowym to zaliczam ten film do kategorii "podobal mnie sie" i czekam na kolejne propozycje
Tytuł: Koszmar z ulicy Wiązów 2: Zemsta Freddy'ego
Rok produkcji: 1985
Kategoria: Horror
Reżyseria: Jack Sholder
Czas trwania: 1h 27m
Ocena: 4+/10
To nie był tak dobry seans jak pierwsza część. Widać brak ręki Cravena. Fabuła oscyluje wokół chłopaka Jessego, który z rodzicami wprowadza się do domu przy ul. Wiązowej. Jakiego domu to chyba nie muszę wspominać. Oczywiście zaczyna śnić okropne koszmary o spalonym mężczyźnie w pasiastym sweterku.
To Freddy Krueger, który chce przejąć chłopaka by już na całego mordować także na jawie. I idzie mu nawet całkiem nieźle, ale chłopak zaczyna rozkminiać o co się rozchodzi i podejmuje nierówną walkę z psychopatycznym potworkiem.
Film jest wybornie homoerotyczny. Zamiast krzyczących panienek z latającą biustem mamy mokre męskie torsy i nawet parę razy gołe męskie pupcie się pojawiły.
Znów seans współdzielony, więc zabawa była niezła, co jednak nie skusiło mnie do podwyższenia oceny. To po prostu średni horror, powstały na pewnej bazie. Może i można było się pośmiać, pobawić, ale gdybym oglądała sama to bym była rozczarowana ostro. Za tydzień kolejna część - już się boję co tam będzie na mnie czekać
Tak sobie rozmyślam na temat recenzowania dzieł kultury.
Bardzo podobają mi się opinie @WujekAlien o książkach czy @Mahjong o filmach. Czuć i widać, że zapoznali się z danym utworem, potrafią też sporo opowiedzieć, dzięki czemu wiadomo, czego się spodziewać. Przez to dodałem już wiele powieści czy filmów do swoich list na przyszłość.
Ostatnio na Instagramie trafiłem na kilka filmików o książkach, które opierały się na generycznych sformułowaniach. Przykładowo: „porusza współczesne problemy” albo „zamyka współczesny świat w pigułkę, którą naprawdę trudno przełknąć, a jak się ją przełknie, to można porządnej psychodeli”. Jakie współczesne problemy? Nierówności społeczne? Wojnę na Ukrainie? Rosnącą polaryzację? Rasizm? Coraz bardziej popularne zjawisko samotności? Choroby psychiczne? No nie dowiemy się.
Może Instagram nie sprzyja dłuższym formom? Może trzeba przekazywać informacje w jak najszybszy sposób, jeszcze z milionem cięć (nie cierpię tego), żeby przypadkiem odbiorca się nie znudził? A może to tylko mój pech, że akurat natrafiłem na takie filmiki i istnieje wiele profili, którzy tworzą lepsze, krótkie opinie?
@cyberpunkowy_neuromantyk Instagram, to jest chyba najgorsze miejsce (poza TikTokiem, ale z tego nie korzystam) do zapoznawania się z recenzjami filmów, książek czy płyt. Tam jest byle szybciej i dalej, dalej... kolejny filmik, fotka.
11 lutego 1909r. urodził się Joseph Leo Mankiewicz
amerykański reżyser, scenarzysta i producent filmowy.
Napisał ponad czterdzieści scenariuszy i wyreżyserował 22 filmy. W latach 1949 i 1950 zdobył po dwa Oscary za scenariusz i reżyserię filmów List do trzech żon oraz Wszystko o Ewie[3].
Uzyskał także nominacje za reżyserię filmów Detektyw (1972) i Kryptonim Cicero (1952), za scenariusze do filmów Skippy (1931) oraz Bosonoga contessa (1954).
Nominację do Oscara dla najlepszego filmu uzyskała także wyprodukowana przez niego w 1941 Filadelfijska opowieść
Film opowiada o Williamie "Buffalo Billu" Codym (Paul Newman), który w 1885 roku prowadzi rewię "Wild West". Zatrudnia on wodza Siedzącego Byka, by uświetnić show, lecz ich zderzenie ukazuje mistyfikację legendy Dzikiego Zachodu.
Doborowa obsada a mocno średni. Liczyłem na normalny western a tu było tyle tyle go co kot napłakał