Do powrotu do tej książki zachęciła mnie styczniowa premiera: "Łuskanie bobu w blasku księżyca" Xue Mo i choć to książka zupełnie o czym innym i nie jest nawet jedną całością, a zbiorem opowiadań, to pomyślałem, że czas na dzieła pana Myśliwskiego jest zawsze i każda okazja jest dobra, żeby po nie sięgnąć
Myśliwski pokazuje, że zwykłe życie bywa niezwykłe, jeśli umie się o nim opowiedzieć w ten właściwy sposób. Cała powieść to jeden, hipnotyczny monolog - rozmowa z nieznajomym, który przyszedł po fasolę, a dostał w prezencie cudowną historię życia. Rytm łuskania staje się metronomem pamięci: klik, klik i spada kolejne ziarnko, a z nim anegdota, wyznanie, wspomnienie wojny, pracy, wędrówek, miłości, rozczarowań. Z prostych czynności, prostych słów i prostych rzeczy autor buduje architekturę sensu.
Największą siłą książki jest głos - skromny, nieśpieszny, pełen namysłu i wstydu człowieka, który wie, że pamięć nie jest archiwum, tylko rzeką. Narrator nie moralizuje, układa życie w opowieść, która wraca do miejsc z przeszłośći, ale pod trochę innym kątem i z perspektywy lat. Z drobiazgów - od zapachu kuchni po skrzypienie drzwi - rodzi się metafizyka codzienności. Kiedy mówi o losie, brzmi przekonująco, bo stoi obiema nogami na ziemi, kiedy filozofuje, robi to z garścią fasoli w ręki, nie z ambony.
Myśliwski potrafi jednym zdaniem otworzyć całe panoramy: dom, który już nie istnieje czy ludzi, którzy odeszli. Rzeźbą dla bohatera jest tu opowieść: dłutem - pamięć. Każde zdanie wykuwa z kamienia małą, brutalną prawdę o tym, jak się żyje.
Formę monologu autor wykorzystuje mistrzowsko. Długie frazy mają rytm mowy, nie papieru. Dygresje nie rozpraszają, tylko nawlekają sens na jak nić przez ucho igielne - wracamy, zawracamy, i dopiero widać, że ta spirala prowadzi nas w głąb. To literatura, która nie epatuje pomysłem, tylko pracuje czasem: czytelnik dojrzewa razem z narracją, a kiedy pada ostatnie zdanie, czuje, że dostał coś własnego, nie "cudzą historię". Drugim bohaterem nie jest człowiek, który przyjechał po fasolę, a my sami i to nas narrator wciąga w tę historię.
Jeśli miałbym Was przed czymkolwiek przestrzec, to tylko tyle:
Traktat… wymaga poddania się temu rytmowi. To nie jest książka na "szybkie trzy rozdziały" przed spankiem, tu trzeba usiąść na spokojnie, żeby móc jej w pełni doświadczyć, a zapewniam Was, że warto
Osobisty licznik: 27/128 (zamykam styczeń łącznie z 27,5 ksiązki, ukończonym czytelniczebingo i 6 wyzwaniami Goodreads)
Żałuję, że nie robiłem notatek, więc poniższa "recenzja" oparta na tym co utkwiło mi w pamięci.
Autor, Rick Strassman jest lekarzem, który wpadł na pomysł przeprowadzenia badań nad DMT na ochotnikach.
Na początku lat 90 zgromadził 60 ochotników którym podawano DMT w szpitalu, pod nadzorem medycznym.
Dr Strassman opisuje jak musiał zmierzyć się ze sporą biurokracją aby uzyskać zgodę na badania, a następnie kombinować gdzie taki środek zamówić (nie było łatwo, laboratoria bały się, że mogą nie sprostać normom czystości, a nawet jakby sprostały, to bały się, że w razie problemów mogłyby odpowiadać prawnie).
No ale się udało, papierologia i dostawa.
Czas na ochotników. Z różnych miejsc, często znajomi znajomych, ale zasada była prosta: celować w osoby które miały już kontakt z używkami, gdyż mogą one w relacjach porównać doświadczenia z DMT do innych używek i innych metod aplikacji DMT (niektórzy wcześniej palili DMT, a w badaniach podawano dożylnie).
I pojawia się kolejna kwestia: ile im tego ładować dożylnie? Okazało się, że 0.6mg/kg masy ciała to dużo. Dawki małe jak 0.05 mogły dawać delikatne objawy, jak uśmiech i dobre samopoczucie. Dawka 0.4mg na kg masy ciała okazała się strzałem w dziesiątkę. Badani doświadczali wtedy swoistego "przejścia", czyli uczucie umierania, opuszczania ciała czy utraty ego.
Hipoteza szyszynki.
Autor wysnuwa hipotezę, że skoro śladowe ilości DMT są w naszych organizmach, to może DMT bierze udział w tworzeniu świadomości? Autor stawia pytanie: co jeżeli DMT jest naturalnie produkowane przez szyszynkę i w przypadku nagłej produkcji w znacznych ilościach, ludzie doznają mistycznych przeżyć lub doświadczają "uprowadzenia przez kosmitów"?
Oczywiście dowodów brak... Wiec do tego trzeba podchodzić bardzo z dystansem.
Ochotnicy mieli być zdrowi, unikano m.in. wysokociśnieniowców, gdyż doznania DMT mogły podnosic ciśnienie, zazwyczaj nieznacznie, ale bywały sytuacje, że wybijało ponad 200mm hg, aż ciśnieniomierz włączył alarm.
Od chwili podania DMT dożylnie, do pierwszych efektów mijało około 15-30sekund. DMT pokonuje barierę krew-mózg bardzo szybko.
Szczyt działania to tak około 3-5minuta.
Ochotnicy najczęściej wracali do realu tak w ciągu 15-30m od podania DMT.
A co doznawali?
Tak u około 30-50%(czyli wg mnie b. dużo) badanych pojawiały się te same motywy i doświadczenia, co właśnie uważam za FASCYNUJĄCE:
Na początku dźwięk buczenia, coś niby transformator. Później częste były wizje figur geometrycznych. Ale dopiero przy tej większej dawce następowało kluczowe doznanie: umierania bądź zatracenia ego, rozpłynięcia się, opuszczenia ciała.
Te około 1/3 badanych widywała jakieś istoty, które przyjmowały różne formy: często clowny :clown_face: lub coś innego na kształt ludzi, czasem owady, czasem rośliny. Niektóre z tych istot atakowały ochotników, ale sami ochotnicy opisywali te doznania ambiwalentnie (?) coś w stylu: rozszarpywały mnie, bałam się, ale czułam miłość.
Ochotnicy opisywali, że te istoty czekały na nich, badały ich, niektóre z uczuciem miłości, inne z obojętnością.
Tak jak przy badaniach LSD ("LSD moje trudnej dziecko" autorstwa odkrywcy LSD, Alberta Hofmanna) ludzie doznawali mistycznych odczuć, trudnych do opisania; często nie chcieli się dzielić nimi, ale tak jak w przypadku książki o LSD, dało się odczuć podczas lektury, że doznania te były tak mistyczne, że ochotnicy żałowali iż inni nie doznali tego samego.
Poza tymi mistycznymi doznaniami były przypadki traumatycznych doznań (coś około 1/3 badanych!). Np. facet miał wizję, że jest gwałcony przez 2 krokodyle.
Ale i w tej kwestii nieprzyjemnych doznań sprawa skomplikowana, bo badani, z którymi się później kontaktował dr, stwierdzali, że nie wywarło to na nich długofalowych negatywnych skutków. Z czasem coraz mniej o tym myśleli.
Ogólnej ciekawa lektura, ale te hipotezy z szyszynką produkująca DMT, to zalatuje takim hmmmm... Nie wiem jak to opisać: nieprofesjonalnością zahaczająca o szurię?
Pod koniec autor słusznie zwraca uwagę, że z powodu tematyki podawania narkotyków, temat badań nad DMT natrafia na opór, są małe szanse na kontynuacje badań - zbyt silna niecheć środowisk naukowych i rządowych; a szkoda, bo w takich badaniach leży ogromny potencjał ulżenia w cierpieniu osobom terminalnie chorym, czy też mogłyby zaowocować opracowaniem nowych leków dla osób leczących się psychiatrycznie (w końcu przecież mogłoby to zaowocować odkryciem nowych mechanizmów działania mózgu).
Z ciekawostek poruszona jest historia asystenta, który trochę nieprofesjonalnie zaczął się spoufalać z badanymi. Czyli zadawał się z nimi w relacje koleżeńskie i zażywał z nimi narkotyki, w ich domach. Gdy dr Strassman zakazał mu takich praktyk, to asystent zareagował oburzeniem, bo przecież "on musi nadrobić lata doświadczeń z używkami!". :rolling_on_the_floor_laughing:
Gdy asystent jednak dał się później przekonać do podpisania stosownego oświadczenia, to.... to zaczął nalegać na zażywanie używek wraz z prowadzącym, dr. Strassmanem... :rolling_on_the_floor_laughing::rolling_on_the_floor_laughing::rolling_on_the_floor_laughing:
Książkę oceniam 7/10. Dobra książka.
Ps. W recenzjach innych osób widzę narzekania, że chcieli tylko głównie relacje o "innych światach" osób będących pod wpływem narkotyku, co wydaje się infantylnym podejściem. Mało tego: książce mogę zarzucić, że za mało poświęca uwagi badaniom wpływu DMT od strony medycznej... Bo zasadniczo co się z niej dowiadujemy na temat wpływu na organizm? Ze szybko zaczyna działać, szybko mija, może podnieść ciśnienie krwi... :face_with_diagonal_mouth:
Sorki jezeli za długie i z recenzji zeobiłem "streszczenie"
Zgrabne omówienie, o chodziło podczas wojny stuletniej. Najpierw Anglicy wykorzystujący niemożliwości Francuzów, wojny domowe obu stron, epidemia, Joanna d'Arc i "przebudzenie" Francji. Same reperkusje dla Europy i obu krajów były dość znaczące. Podobnie jak ze sztuką wojenną. Słynni angielscy łucznicy przestali być tacy super, jak Francuzi zaczęli stosować nowe, niestandardowe i niezbyt przewidywalne manewry na polu walki. Zorganizowanie coś na wzór strzelcy i organizacji pozwoliło Francji ustabilizować sytuację. A Joanna d'Arc podniosła morale króla Francji jak i samego społeczeństwa. Z tego względu Francji przestała opłacać się jako możliwość szybkiego dorobienia się kasy i glorii. Trzeba też wspomnieć o rokowaniach pokojowych, w których to my mieliśmy swój większy w osobie biskupa Lasockiego i mniejszy wpływ. Król Polski jako rozjemca i gwarant pokoju między krajami Europy? Szkoda, że nie wyszło, bo renomę na "dzielni" to wtedy mieliśmy.
Tytuł: Wyobrażone Życie. Wyprawa na egzoplanety w poszukiwaniu inteligentnych istot pozaziemskich, stworzeń lodu i zwierząt supergrawitacyjnych
Autor: James Trefil, Michael Summers
Kategoria: popularnonaukowa
Wydawnictwo: Copernicus Center Press
Format: e-book
ISBN: 9788378865278
Liczba stron: 287
Ocena: 10/10
Książka traktuje o życiu szeroko pojętym. Bo czym tak na prawdę jest życie? Jak jest definiowane? Czy życiem są tylko struktury węgla i wody? Czy mogą być oparte na innych pierwiastkach? Jakie planety sprzyjają rozwojowi życia. Czy planeta na której żyją musi obracać się wokół gwiazdy? Na te pytania i o wiele więcej odpowiadają autorzy książki. Opowiadają o życiu takim jak nasze, następnie jest sekcja o życiu innym niż nasze a na koniec jest o życiu kompletnie zupełnie nie takim jak nasze.
Polecam czytać ja jednak w formie papierowej (albo na kolorowym czytniku, ja miałem tylko cz/b). Wydawnictwo wyprzedaje ją za jakieś grosze. Jest w niej masa ciekawych grafik NASA z turystyki gwiezdnej. Do zobaczenia tutaj: https://www.jpl.nasa.gov/galleries/visions-of-the-future/
Siembieda składa historię zemsty, która nie kończy się na jednym życiu - przeskakuje między pokoleniami jak iskra, aż w końcu nikt już nie pamięta, od czego właściwie się zaczęło. I to jest największa siła Głoborza: opowieść o dziedziczonej wrogości, o lojalnościach i nienawiściach, które przekazuje się razem z rodzinnymi opowieściami przy stole. Do pewnego stopnia przypomina to słynny „eksperyment z małpami i drabiną” - po pewnym czasie w klatce zostają już tylko te, które nigdy nie zaznały polewania zimną wodą, a mimo to pilnują rygoru, bo „tak tu u nas jest”. W powieści dokładnie tak pracuje pamięć zbiorowa: zasady są twarde, choć ich źródło dawno się rozmyło.
Autor świetnie prowadzi tło historyczne i społeczne. Realia kolejnych dekad i życia kolejnych pokoleń - są wiarygodnie podszyte codziennością: prowincjonalne układy, milicyjno-urzędnicza biurokracja, lokalne święta i żałoby, język plotki i szeptanej reputacji, która potrafi zburzyć czyjeś życie szybciej niż wyrok. Czuć smak i zapach tamtych czasów: skromność stołów, chłód urzędów, ciężką rękę władzy i prywatne, cichutkie wojny sąsiadów. To nie jest dekoracja - to mechanizm nacisku, który pcha bohaterów do decyzji, jakich w innym świecie pewnie by nie podjęli.
Sama intryga zemsty zbudowana jest solidnie: tajemnice sprzed lat, dokumenty, które wypływają w najmniej dogodnym momencie, przysięgi i półprawdy – to wszystko zazębia się w satysfakcjonujący sposób. Podobało mi się, jak Siembieda pokazuje koszt odwetu: kiedy „spłacasz dług”, płacisz sobą, swoim domem, relacjami. W tle chodzi też o godność i przynależność - komu wolno wyjść z roli przypisanej przez starszych, a komu nie.
Nie wszystko gra idealnie. Bywają chwile dłużyzn - rozdziały, które bardziej dokładają tła niż stawkę i kilka zwrotów akcji, które zbliżają się do melodramatu. Zdarza się też, że postaci drugiego planu pełnią funkcję „przekaźników” rodzinnych podań, zamiast wybrzmieć pełnym charakterem. To drobiazgi, ale miejscami rozrzedzają napięcie i odejmują mocy świetnym scenom konfrontacji. W bilansie jednak Głoborze to bardzo dobra powieść o zemście, która staje się tradycją, i o świecie, gdzie prawo bywa słabsze od pamięci i zadry.
Kurde, właśnie się zastanawiam, czy przeczytać, bo to moje strony w sumie, gdybym miał okna na drugą stronę, to bym widział gołoborza. A tu jeszcze książka nominację do Nike dostała!
Ostatnio był czytany Mariusz Szczygieł, a więc znany czechofil, więc naszła mnie ochota na książkę o Czechach. A muszę wspomnieć że bardzo lubię książki o naszych południowych sąsiadach, i z czystym sercem mogę polecić przy okazji "Gottland" Szczygła właśnie.
Książka przedstawia sylwetki kilkunastu Czeszek, ale tak na prawdę jest to tylko pretekst do opowiedzenia historii Czech w XX wieku. W kilku rozdziałach to nawet cieżko zapamiętać kto jest niby hohaterką xD Jest to druga książka autora w tym stylu. Poprzednia czyli "Pepiki, dramatyczne stulecie Czechów" według mnie jest sporo lepsza bo historię śledzimy z perspektywy dużo bardziej znanych osób jak Masaryk czy Milan Stefanik ( polecam poczytać o nim bo to mega ciekawa postać).
Solidna pozycja. Z jednej strony nie zachwyciła mnie aż tak bo sporo z historii Czech już znałem wcześniej. Ale z drugiej strony bardzo ciekawe były rozdziały o czeskich osadnikach na Wołyniu i ich losów podczas wojny, o polsko-czeskich przepychankach na Zaolziu, czy o losie Niemców w czeskich Sudetach.
Samotny astronauta musi uratować Ziemię przed katastrofą.
Z załogi, która wyruszyła na straceńczą misję ostatniej szansy, przeżył jedynie Ryland Grace. Teraz od niego zależy, czy ludzkość przetrwa.
Tylko że on na razie nie ma o tym pojęcia. Z początku nawet nie pamięta, kim jest, więc skąd ma wiedzieć, czego się podjął i jak ma tego dokonać?
Na razie wie tylko tyle, że przez bardzo długi czas był pogrążony w śpiączce. A po przebudzeniu znalazł się niewyobrażalnie daleko od domu. Całkiem sam, jeśli nie liczyć ciał zmarłych towarzyszy.
Czas płynie nieubłaganie, a oddalony o lata świetlne od innych ludzi Grace jest zdany wyłącznie na siebie.
Ale czy na pewno?
Opis skopiowałam z lubimyczytać, bo idealnie obrazuje co nas czeka w książce bez spoilerów
Z a j e b i s t a pozycja.
Mnóstwo smaczków naukowych. Sporo biologii, fizyki, chemii etc. Bardzo lubię ten zabieg, dlatego Marsjanin napisany przez tego samego Autora też mi mocno siadł.
Spodziewałam się, że dostanę tu sporo samej akcji sci fi. Ale pojawiły się też i emocje. Na ostatnim rozdziale aż się wzruszyłam. Pierwszy raz przy książce.
@Trypsyna miałem to na liście do czytania od kiedy to miało premierę, ale jakoś tak nie miałem czasu, ochoty, cholera wie co... Aż zobaczyłem, że będzie film. A później się dowiedziałem, że będę czekać niemal dwa lata zanim film będzie miał premierę xD Świetna historia i Gosling pasuje do tej roli idealnie.
Chemowie to rasa inteligentnych, nieśmiertelnych istot, które władają galaktyką. Ich panowanie rozciąga się także na Ziemię, gdzie rządzi niejaki Frafin. Jako istot nieśmiertelnych, głównym zagrożeniem Chemów jest... nuda. Z tego względu, na licznych planetach powstają kreocentra, w których, na urządzeniach zwanych pantovivorami, nagrywane są poczynania mieszkańców tychże planet. Oczywiście to coś więcej niż zwykły film - nagrywane są także postrzegania zmysłowe i nastroje "aktorów". Puszczane potem jest to ku uciesze wszystkich Chemów na różnych planetach. Wszystko było by dobrze, ale ów Frafin nieco przesadził, gdyż nie tylko nagrywa, ale też kreuje i aktywnie wpływa na historię Ziemi, co najmniej od czasów starożytnego Rzymu. Odkrywa także, że Chemowie mogą łączyć się z Ziemiankami, więc dużo z nich jest porywanych ku hmm... dalszej uciesze Chemów, tym razem nieoficjalnej.
Na Ziemię wysłany zostaje specjalny agent Urzędu Zwalczania Przestępczości, który ma za zadanie sprawdzenie niepokojących doniesień...
Bardzo ciekawy koncept inteligentnej rasy, która de facto rządzi kosmosem uważając, że wszystkie pozostałe rasy to tylko pionki w ich grze, mało ważne robaki, bez żadnej wartości. Choć znowu ich powierzchowność typu "małe zielone ludziki" ehhh.. Powieść oryginalnie wydana w latach 60 więc jest ten gęsty klimat złotej ery SF, seksizmu jak u Dick'a i całej tej otoczki. Niestety gdzieś od połowy, gdy porwana przez Chemów zostaje ważna dla jednego z bohaterów Ziemianka, a jej ojciec morduje swoją żonę, całość skręca w stronę nudnego jak flaki z olejem dramatu sądowego, przetykanego psychologicznymi badaniami zabójcy. Jak to często bywa - pomysł fajny, wykonanie do d⁎⁎y.
Szklana pułapka na bezludnej wyspie z ukrytym skarbem. Chłopiec zostaję uwikłany w morską ekspedycję po spotkaniu z pewnym starym wygą morskim. I jakkolwiek wyprawa nie wydawała się być zapowiedziana z tych długich i skomplikowanych, to zmienia to rola pewnego kulawego kucharza.
Jakkolwiek powieść była wydawana w częściach do przeglądu dla młodzieży, to trup tutaj potrafi ścielić się sporawo z rąk podstępnych, jakkolwiek zachowujących grzeczność osiemnastego wieku ludzi. Załoga marynarska chleję oczywiście rum i śpiewa jedną, tą samą piosenkę (raz miała więcej niż dwie zwrotki!). Chłopak Jim relacjonujący wszystko to dobry, posłuszny dzieciak, w którym odzywa się Mowgli i zuchwale przeistacza plany w czyn, sprowadzając tym ryzykiem samo dobro. Z Bogiem wszystko możliwe. Długi John Silver pod względem charakteru zjada go w każdym calu.
Ładnie rozrysowane dialogi, opisy przyrody, pływanie statkiem nie jest najważniejszym wydarzeniem
Tytuł: Endorfiki czyli mniej lub bardziej udane wiersze zebrane
Autor: Tomasz Fąfara
Kategoria: Poezja
Format: książka papierowa
Liczba stron: 206
Ocena: 8/10
To zbiór krótkich, lekkich w formie wierszy – „endorfików” – oraz towarzyszących im komentarzy prozatorskich, które wyjaśniają okoliczności ich powstania. Autor opisuje swoją codzienność i niecodzienność codzienności: bieganie, jazdę na rowerze, rodzinne wyprawy, sportowe wyzwania i drobne epizody z życia. Z tych zwyczajnych sytuacji rodzą się rymowane miniatury.
Czas powstania wierszy to głównie 2020 i 2021 rok, pojawia się w nich wiele wydarzeń ze świata polityki - protesty, obostrzenia covidowe - trudne do pojęcia decyzję rządzących wywołują w autorze chęć wyartykułowania niezgody na nie.
Drugim biegunem są teksty, w których autor opowiada o swojej rodzinie - ciepło, z humorem i ogromną miłością, od której robi się ciepło na sercu.
A, i są jeszcze są przypisy, żadna poezja nie daje mi tyle radości jak ta z przypisami
Czytali: Robert Więckiewicz, Magdalena Cielecka, Adam Woronowicz i inni
Kontynuując nadrabianie klasycznych dzieł literackich fantastyki naukowej wróciłem na krajowe podwórko, by odnaleźć prawdziwy diament.
Kris Kelvin przybywa z Ziemi na stację badawczą orbitującą wokół pokrytej oceanem planety Solaris. Zachowanie załogi jest dziwne, a sama stacja okazuje się być dotnięta niewytłumaczalnymi fenomenami.
Solaris to inteligentne i nieco filozoficzne hard sci-fi, niezwykła powieść o pierwszym kontakcie z obcą inteligencją, niepojętą i bardzo różną od ludzkiej. To emocjonujący dreszczowiec, w którym niewiele jest akcji, często zwalnia za sprawą obszernych opisów i który nie udziela jasnych odpowiedzi. Najbardziej mi się spodobały rozmowy Krisa i Snauta, szczególnie rozważania tego drugiego. Warto dać się ponieść klaustrofobicznej atmosferze, izolacji, tajemnicy i refleksji. Chapeau bas. Gorąco polecam!
Audiobook również zrealizowany został perfekcyjnie: teatralna gra aktorska na najwyższym poziomie uzupełniona subtelną ambientową oprawą muzyczną.
#czytelniczebingo - książka starsza od ciebie - o ponad dwie dekady
“Nie chcemy zdobywać kosmosu, chcemy tylko rozszerzyć Ziemię do jego granic.” Snaut
Książka dużo lepsza niż zmierzch bożyszczy. Bardziej klarowna i napakowana przemyśleniami. Szukanie "nadczłowieka" i odpowiedzi na pytanie jak wyrwać się z cyklu "silni ludzie tworzą dobre czasy, dobre czasy tworzą słabych ludzi, słabi ludzie tworzą ciężkie czasy". Wyśmiewanie religii oraz innych filozofii. Ludzie to zwierzęta i nie powinni tłumić swoich instynktów i emocji. Spojrzenie na przemiany następujące w społeczeńtwie i wytłumaczenie dlaczego jest im przeciwny.
O książce pisali już @bojowonastawionaowca (TU ) i @JapyczStasiek (TU ), więc ja się skupię na czymś innym przy moim podsumowaniu.
Andrea pisze powieść-spowiedź. Głos bohatera - rzeźbiarza, który po dekadach wraca do własnej historii - jest cichy, pełen skromności i lekkiego wstydu. Nie unosi się nad życiem, tylko je czyści jak kamień przed pracą dłutem: centymetr po centymetrze. Największą siłą książki jest właśnie ta perspektywa "po czasie" - bez tromtadracji, z uczciwym uznaniem błędów i tego, że nie da się ich naprawić, z podejrzliwością wobec własnej pamięci. Ale także z bardzo krótkimi lakonicznymi opisami wspomnień, w których podkreśla tylko to co ważne, bez zbędnych słów czy ucieczek w dygresje.
To także piękna historia zwyczajnego życia i pięcia się po drabinie społecznej detalami. Andrea nie opowiada o awansie wielkimi gestami, robi to przez drobiazgi: zapach pracowni, pył na mankiecie, spostrzeżenia, których nikt innych nie zauważa, pierwszą zamówioną figurę, reakcję klienta, która zmienia cenę i pozycję. Rzeźba jest tu jednocześnie ekspresją "kim jestem" i buntem "kim nie chcę być" - pracą przeciwko oczekiwaniom innych, ale też przeciwko własnym iluzjom. Ale nie same rzeźbiarstwo jest tu najważniejsze, a to co się dzieje między kolejnymi uderzeniami dłuta.
W tle i w środku - alkohol. Nie jako efektowny rekwizyt, tylko ucieczka, gdy życie skręca nie tam, gdzie miało. Bohater nie jest z tej przyczyny ani demonizowany, ani rozgrzeszany. Andrea pokazuje mechanikę nałogu: małe wymówki, drobne porażki, powolne osuwanie się, które niszczy relacje, talent, zdrowie. To bardzo wiarygodne, bo niepodkręcone i zwyczajne, wpadające w nawyk.
Jest też miłość-przyjaźń z kobietą "spoza jego ligi". On idzie w górę, ona spada w dół i dopiero gdzieś pośrodku ich trajektorie się przecinają ponownie. Autor unika melodramatu - ukazuje czułość, ale nie łzawość. Ta relacja jest latarnią i przestrogą zarazem: pokazuje, że sukces bez oparcia kosztuje, a bliskość bez opieki - parzy.
Jeśli miałbym szukać zastrzeżeń, to momentami bohater przeciąga ciszę - jego skromność, zamknięcie w sobie bywa ucieczką w półsłówka. Zdarza się też, że opisy pracy z kamieniem lekko spowalniają rytm. A czasem nie słyszymy o tym nic. Ale bilans jest oczywisty: to rzadko spotykana powieść o tym, jak codzienność i charakter rzeźbią człowieka nie mniej niż on rzeźbi swój kamień.
Poruszająca, pięknie napisana opowieść o pamięci, wstydzie, pracy i miłości, która nie potrzebuje fajerwerków, by zostać pod skórą. Dla mnie - trafiona idealnie i będąca jednocześnie świetnym zwieńczeniem #czytelniczebingo
@LeniwaPanda Literacki język Nietzschego jest trochę złudny - jego książki sprawiają wrażenie powieści ze swoją narracją, a faktycznie są rozprawami filozoficznymi, nastawionymi na trochę inny rodzaj odbiorcy. Przygotowanie filozoficzne ze starożytności i filozofii niemieckiej jest wskazane. Dzięki temu wyłapuje się znacznie więcej niuansów, rozpoznaje się złożoność problemów.
Nadeszła pora napocząć jeszcze jednego autora, któremu zdarzyło się w życiu kilka książek spłodzić. Jako że nie za bardzo wiedziałem od czego zacząć, a nie chciałem też na sam początek zabierać się za co popularniejsze pozycje (niemal zawsze tak robię), postanowiłem wyjątkowo poszukać rady na Reddicie i sięgnąć po tę książkę, która po prostu rzuci mi się w komentarzach w oczy. Wybór padł na ten tytuł i w sumie nie wiem, dlaczego ktoś miałby go polecać na dobry start z Dickiem.
Cała sprawa tyczy się niejakiego Jasona Tavernera - piosenkarza i prowadzącego programu przyciągającego przed ekrany telewizorów bite 30mln widzów, jak to zresztą często jest powtarzane na przestrzeni całej książki - który w wyniku nieskomplikowanego ciągu wypadków, jednakże w niewyjaśniony sposób, ląduje w wersji świata, w której nigdy nie istniał. Pomysł prosty, ale ciekawy. Realizacja powiedziałbym, że taka sobie.
Zacznijmy od aspektów związanych stricte z nieistnieniem głównego bohatera: do samego jego zachowania w obliczu tej dosyć niecodziennej okoliczności generalnie nie mam zastrzeżeń, to samo mogę powiedzieć o obszarach okołoprawnych związanych z papierologią i biurokracją. Stopniowe poruszenie przyjąłem z nieukrywaną ciekawością, jednak samo wyjaśnienie nie podobało mi się; działa w sposób nazbyt nielogiczny (wiem, odważne stwierdzenie w odniesieniu do historii fantastycznej).
Świat przedstawiony nie jest jakoś bogato przedstawiony, ale jedno wiem o nim na pewno: nie chciałbym tam mieszkać. Na naukę nałożona jest sroga cenzura, biedni studenci kryją się w piwnicach zdewastowanych uczelni i w wolnym czasie sieją uzasadniony ferment. Ludzi złapanych bez przepustki lekką ręką wysyła się do obozów pracy (dawniej śmierci), donosicielstwo jest powszechną praktyką, a zabicie człowieka nie stanowi czegoś niepojętego. Ogólnie gruba wiksa: pedofilia, kazirodztwo, zwyczajni psychole, zniszczeni ludzie, grupowy seks przez telefon robiący z mózgu papkę. Jednakże praworządni i zwyczajnie obywatele nie mają jakoś najgorzej.
Najbardziej jednak kuleje warstwa narracyjna i dialogowa. Akcja przechodzi z miejsca na miejsce w sposób niezdecydowany, obecne są niekiedy sceny czy opisy pojawiające się zupełnie z czapy i niewnoszące nic istotnego do fabuły. Dialogi z kolei często stanowią po prostu abstrakcyjny pokaz dziwactwa, gdzie połowa kwestii często ma niewiele wspólnego z tą drugą. Do tego mamy do czynienia z przykładem tego typu lektury, gdzie magnetyzm bohatera osiąga tak niebotyczne wartości, że kobiety same oferują oddanie mu się, co prowadzi do dosyć żenujących rozmów.
Nawet jeżeli niewiele mi się w tej książce podobało i jeszcze mniej z niej wyniosłem, a jeden z jej morałów może brzmieć "korzystaj z życia, póki możesz", tak w jakiś pokrętny sposób nie żałuję jej przeczytania. Czego by jednak nie mówić, Wam raczej nie polecam tego robić. Za dużo tutaj chaosu.
Nie pamiętam też w sumie, kiedy ostatnio zdarzyło mi się przeczytać książkę w tym samym miesiącu, w którym ją kupiłem. Patrzy na spis i zdaje sobie sprawę, że coś takiego miało wcześniej miejsce ledwie 3 razy, ostatnio we wrześniu 2024. Tak to jest, jak się kupuje tyle na zapas.
@Cerber108 właśnie odświeżam sobie Dicka i on ma taki styl jaki ma. To, że ładował w siebie różne substancje i nie był całkowicie neuronormatywny zapewne ma też na ten styl wpływ. No i jak każdy pisarz ma pozycje lepsze i gorsze.
Mieszkający we współczesnym Londynie Cormoran Strike, prywatny detektyw ledwo wiążący koniec z końcem, nieoczekiwanie dostaje lukratywne zlecenie od brata zmarłego kolegi ze szkoły i zaczyna badać okoliczności z pozoru samobójczej śmierci supermodelki Luli Landry, przyrodniej siostry zleceniodawcy. Razem z zatrudnioną na czarno asystentką Strike zagłębia się w sprawę i odkrywa, że podejrzenia klienta, które początkowo zbywał jako wyraz zrodzonej z głębokiego żalu paranoi, mają pokrycie w rzeczywistości…
Przegadana i rozwleczona generyczna obyczajówka z wątkiem kryminalnym. Można przeczytać z nudów, ale podczas spontanicznego wypadu do Empiku da się wyhaczyć znacznie lepsze kryminały. Gdyby nie nazwisko Rowling, książka (i nie oszukujmy się, reszta serii pewnie też) nie osiągnęłaby nawet 1/3 swojego późniejszego rozgłosu.
4 tylko za Cormorana, który, trzeba to przyznać, rzeczywiście jest interesującą personą, aż szkoda go na taką słabą literaturę.
Ósmy tom cyklu Expanse stanowi bezpośrednią kontynuację wydarzeń ze Wzlotu Persepolis, ale narracja jest podzielona pomiędzy starych członków załogi Rosynanta na kształt podobny do tego jak to miało miejsce w Grach Nemesis. Wyszło znakomicie. Nieco nostalgiczny początek utrzymany w tonie “kiedyś to było” dość szybko się rozkręca, pojawia się wiele postaci znanych z poprzednich książek serii, a poszczególne wydarzenia mają dramatyczny przebieg. Nie za bardzo da się przybliżyć szczegóły bez spojlerów, ale pojawiają się takie tematy, które zawsze robią wrażenie jak np. czarne dziury, a pewne wątki zakończono bardzo satysfakcjonująco. Jak dla mnie jedna z lepszych książek serii.
Ostatni zbiór opowiadań Gaimana jaki mi został do przeczytania - idealnie do #czytelniczebingo
Każdy zbiór opowiadań jest jak bombonierka - czasami przytrafiają się zjadliwe kawałki, ale większość to badziewne czekoladki nugatowe (bleh). Tak też mamy tutaj. Niestety większość opowiadań jest średnia, a bardzo krótkie teksty, to Gaiman mógłby sobie darować. Najlepsze w tym zbiorze moim zdaniem są "Prawda to jaskinia w czarnych górach" oraz "Czarny pies". Ogólnie nie polecam, chyba że się jest wielkim fanem twórczości Gaimana.
Są takie książki, które nie tyle się czyta, co w nich zamieszkuje. "Dworzec Perdido" wciągnął mnie właśnie w ten sposób: jakby ktoś otworzył właz do kanału pod miastem i powiedział: "wskakuj i chłoń to, co tu znajdziesz". Nowe Crobuzon - miasto bohater - nie jest ładne, nie jest wygodne i nie jest moralne. Jest za to gęste, lepkie od pary, sadzy i głosów. Jest brudne w sensie dosłownym i społecznym. Fascynujące w taki sposób, w jaki fascynuje przemysłowa ruina, kiedy odkrywasz, że w środku wciąż coś pracuje. Dawno żadne fantasy nie zachwyciło mnie tak bardzo bogactwem świata, który jest jednocześnie przenikający i nielitościwy, choć odkrywamy tylko jego mały skrawek - a jednak daje poczucie, że dla każdego znajdzie się w nim miejsce. Tyle że nie każde miejsce jest warte tego, żeby w nim zostać.
Nowe Crobuzon jest miastem-bohaterem, ale nie takim, które dostaje romantyczny filtr. Ono ma temperaturę ulicy i maszynowni: z jednej strony bazary, dzielnice zamieszkałe przez gatunki, których nie da się wrzucić do jednego worka z typowymi rasami fantasy, z drugiej - infrastruktura: dworce, tory, magazyny, fabryki i całe połacie przestrzeni, które wyglądają jakby cywilizacja dawno tu przegrała, a mimo to dalej się uparcie kręci i nie poddaje. Wrażenie jest takie, jakby miasto było organizmem: ma swoje organy (dzielnice), swoje infekcje (przemoc, bieda, uzależnienia), swój układ odpornościowy (milicja, mechanizmy kontroli), a także własne mutacje. Mieville świetnie rozumie, że metropolia nie musi być scenerią. Może być czymś, co naciska na bohaterów, zmienia ich, popycha do decyzji, których w spokojniejszym świecie nigdy by nie podjęli.
To organiczne podejście nie kończy się na metaforze. Świat "Dworca Perdido" ma obsesję na punkcie ciała: tego, co żywe, przerabiane, sklejane i wymuszane. Najbardziej poruszający (i jednocześnie najbardziej obrzydliwie fascynujący) jest motyw przetworzonych - ludzi i istot przerabianych przez system na narzędzia, ostrzeżenia, tanich robotników. Kara staje się tu technologią państwa: wymierzoną nie tylko w wolność, ale w anatomię, w wygląd, w przyszłość. To jest brudne fantasy w najlepszym znaczeniu: nie brudne, bo przeklina, tylko brudne, bo dotyka tego, co władza robi z ciałem, gdy przestaje uznawać osobnika za człowieka.
A jednak ta książka nie opiera się wyłącznie na budowie świata. Ma w sobie wyraźny, napędzający całość wątek kryminalny i to jest jeden z tych momentów, kiedy Mieville pokazuje klasę. Z jednej strony mamy narkotykowy podbrzusze miasta: obieg, który działa jak osobny układ krwionośny, z własnymi bossami, przemocą i paniką, kiedy zaczyna brakować towaru. Z drugiej pojawiają się "ćmy", które mordują ludzi w sposób, który jest koszmarem psychologicznym dla innych mieszkańców. Ich ataki mają w sobie coś z kryminału i epidemii naraz: są ofiary, są ślady, są plotki, jest narastająca paranoja, jest pytanie "kto następny?" i jest desperackie szukanie reguł, zanim reguły zjedzą miasto od środka. Najmocniejsze jest to, że mordy nie są tylko scenami grozy - one przestawiają miasto: zmieniają jego rytm, jego oddech, jego noc. Czujesz, że Nowe Crobuzon, choć na co dzień cyniczne, zaczyna reagować jak organizm w gorączce i z nią walczyć.
W tle działa klasyczny może trochę oklepany motor fabuły: naukowiec z ambicją większą niż zdrowy rozsądek, zlecenie "niemożliwe do wykonania", więc bardziej kuszące niż zwykle i konsekwencje, które rozlewają się na wszystko i które poniosą wszyscy mieszkańcy. Wątek przetworzonego gerudy, który za złamanie prawa został pozbawiony skrzydeł, a teraz chce je odzyskać z pomocą nauki, twórzy główną oś fabuły i sprawia, że nie da się od niej oderwać. Tyle że tutaj nauka nie jest czysta ani heroiczna. Jest brudna, warsztatowa, półlegalna. I tu dochodzę do czegoś, co uwielbiam w tej książce: do jej technologii. Technologia w "Dworcu Perdido" jest wspaniale hybrydowa. To nie jest steampunk, w którym wystarczy dodać mosiądz i zębatki. To świat, w którym para miesza się z chemią, biologią i czymś, co jest jednocześnie magią i nauką - taumaturgią, praktykami, które nie pytają o granice, tylko o to, czy zadziała. Laboratoria pachną jak rzeźnie i warsztaty, a wynalazek może być zrobiony z tego, co da się kupić, ukraść albo wyżebrać. Jednocześnie jest tu technologia wysokiego poziomu, ale w wersji Mieville’a: Rada Konstruktów jako zbiorowa inteligencja maszynowa zrodzona ze złomu i przypadku. To genialne odwrócenie typowej fantazji o AI: zamiast sterylnego komputera - świadomość, która buduje się z odpadów miasta, rozumie je po swojemu i negocjuje jak obcy byt polityczny. To zaskoczenie, gdy twój robot sprzątający gdzieś w kącie, zaczyna odpowiadać i rozumieć pytania. Technologia staje się tu częścią ekosystemu: coś powstaje, bo miasto wyrzuciło śmieci i dało pole temu, żeby w śmieciach obudziła się myśl.
Do tego dochodzą elementy stricte magiczne, ale znów - nie w formie zaklęć. Magia w "Dworcu Perdido" ma charakter narzędziowy i często jest równie obca jak biologia. Tkacz to przykład idealny: byt, który nie jest czarodziejem, tylko czymś spoza ludzkiej logiki, działającym według własnej estetyki. W kontakcie z nim widać, że magia u Mieville’a nie służy spełnianiu życzeń. Ona jest jak zjawisko naturalne: można ją wykorzystać, ale równie łatwo można zostać przez nią potraktowanym jak element układanki, który da się przesunąć bez pytania o zgodę.
I chyba dlatego ta książka tak mocno mi zagrała: bo to fantasy, które nie udaje, że świat jest po to, żeby bohater miał przygodę. Tu bohater ma przygodę, bo świat jest tak skomplikowany i tak nieuczciwy, że musi go przeżuć, a nie pokona. Nowe Crobuzon ma miejsce dla każdego - dla ludzi, dla khepri, dla garud, dla przestępców, dla uczonych, dla odmieńców i dla tych, którzy powstali z odpadów. Tyle że to miejsce bywa ciasne, bywa upokarzające, bywa śmiertelne. I nawet jeśli uda się wygrać z potworem, to nie znaczy, że wygrało się z miastem.
A i zapomniałem o najważniejszym, w tym mieście ludzie są tylko jedną z wielu współistniejących ras i nikogo nie dziwi, że człowiek (Isaac) jest w związku z khepri (kobietą z głową chrabąszcza), a ich związek jest jedną z tych rzeczy, która oboje trzyma przy życiu. Nie jest to książka lekka ani przyjemna, ale jest magiczna w tym, jak potrafi połączyć brud, zachwyt, obrzydzenie, kryminał, horror i politykę w jeden organizm. "Dworzec Perdido" to jedna z tych powieści, po których człowiek ma ochotę wyjść na ulicę i przez chwilę patrzeć na miasto inaczej - jak na coś, co żyje obok nas. I czasem na nas i wbrew nam.
Jest to 1 tom trylogii Nowe Crobuzon.
Osobisty licznik: 24/128
#czytelniczebingo (24/25) - pole 19 - Nietypowy system magii lub technologia
Nie mam w pracy dostępu do PPT z bingo, więc wrzucę screena do 25 książki