Powiem tak - więcej jak Bajki Robotów: dobrze. Więcej jak reszta opowiadań: gorzej. Im dalej w las tym bardziej mi się dłużyły i serio ostatnie to już mocno po łebkach przeczytałem, bo zmuszać się nie lubię. Za⁎⁎⁎⁎ste pomysły i humor, jak siądzie, ale niekiedy połączenie wybitnego słowotwórstwa i filozoficznego pierdolenia to było za dużo, żeby się tym delektować. Dziwna mieszanka. Przynajmniej tłumacze dostają atencję, jak coś wyjdzie w zagramanicznym języku (bo trzeba się nastarać, żeby było dobre).
Geniusz Sapkowskiego wylewa się z każdej stron. Zorientowanie tej części na Geralcie i budowaniu drużyny to strzał w 10. Wszystkie interakcje między postaciami... Uwielbiam pierwsze spotkanie z Regisem, "sąd" nad czarownicą, robienie zupy rybnej... Każda scena to majstersztyk. Wisienką na torcie jest oczywiście bitwa o most i pasowanie Geralta xD No k⁎⁎wa geniusz. Piękne, po prostu piękne.
Autora poznałam przy okazji absolutnie absurdalnej książki Cud w dolinie Poskoków o rodzinie wspaniałych degeneratów i bardzo polubiłam.
W Dzieciach świętej Małgorzaty zabiera nas na małą chorwacką wyspę, gdzie oprócz stałych mieszkańców poznajemy syryjskiego uchodźcę z wielkim talentem do pieczenia ćevapów, milionera-bankruta i parę, która przyjeżdża na święto patronki wyspy, aby modlić się o dziecko.
Jest usiłowanie morderstwa, żarty z gejów, osioł, który ryczy, gdy ktoś na wyspie uprawia seks - to opowieść, która ani przez moment nie zatrzymuje się, żeby dać czytelnikowi odetchnąć.
Mnie się podobało, ale autor momentami jedzie po bandzie, a jego poczucie humoru bywa kontrowersyjne, więc nie jest to książka dla każdego.
Opowieść o tym, jak - powstała na gruzach Imperium Osmańskiego - rywalizacja brytyjsko-francuska stworzyła warunki, by dziś siwy z Izraela mógł sobie robić ludobójstwo. Starcia Wielkiej Brytanii i Francji, toczyły się równolegle do współpracy w czasie obu wojen, a w tym wszystkim ropa, Arabowie, Żydzi, a przez jakiś czas nawet dwie Francje, a w końcu też USA.
To wszystko dużo mniej fascynujące niż się zapowiadało, znaczna część książki to opisy walk dyplomatycznych, gdzie ciężko nadążyć za dziesiątkami nazwisk.
Książka o kowalstwie, kowalach, hutnikach, rudnikach, alchemikach, odlewnikach z terenów Polski ale z podań ludowych, ksiąg z X wieku, przypowieści chrześcijańskiej Polski etc
Przypowieść o Jezusie, który kazał Św. Piotrowi znaleźć sobie żonę = 10/10
Albo że pierwszym kowalem na świecie był Cygan, który ukradł wiedzę od małp xD
Ciężko mi jest ocenić te książkę
Więc:
Jeśli ktoś lubi metaloplastykę - 8/10
Jeśli ktoś lubi historie, kulturę słowińska i polską - 10/10
Przepiękna, poetycka a zarazem całkowicie przyziemna opowieść o babci i wnuczce, które latem mieszkają na niedużej wyspie na Zatoce Fińskiej.
Sophie ma kilka lat i niedawno straciła matkę, babcia urodziła się w XIX wieku i wie, że śmierć jest coraz bliżej.
Ich świat latem ograniczony jest do wyspy i morza, które daje i odbiera. Morze, niebo, sztormy, drzewa, wodorosty, ptaki, dżdżownice i komary są ważnymi bohaterami ich codzienności.
Integralną częścią opowieści są ilustracje autorki, na których pojawiają się raczej zwierzęta czy kwiaty - ludzie widziani są na nich raczej od tyłu lub z odległości.
Podobało mi się, podobało bardzo, więc polecam. Bardzo.
Czytelnicze bingo: Powrót do autora, którego już lubisz
W ramach nadrabiania dwóch zaległych roczników, postanowiłem, że będę wrzucał opinie także na bookmeter. Oczywiście nie o wszystkich tekstach - jedynie o tych, które zrobiły na mnie jakieś wrażenie.
Zacznę od narzekań: nie rozumiem, dlaczego Witold Vargas wciąż publikuje teksty o bestiariuszu słowiańskim. Robi to od ładnych paru lat i po tym czasie odnoszę wrażenie, jakbym ciągle czytał o tym samym. Redakcja mogłaby przekazać tę jedną stronę komuś innemu.
Z przyjemniejszych rzeczy:
Świetny tekst Przemysława Gula „Selkie”. Fabuła może i nie jest wybitna, zwroty akcji zaskakujące i nieprzewidywalne, jednakże autor nadrabia świetnie wykreowanym, podwodnym światem. Algokawa, pasujące do historii powiedzonka i inne takie.
Drugim bardzo zapadającym w pamięć jest „Przed lustrem” Valentino Poppi. Opowiada o staruszku, który został odwiedzony przez pracownicę socjalną. Zauważyła, że mężczyzna pozbył się wszystkich identycznych przedmiotów - nawet skarpetki nosi nie do pary. Ekscentryczne zachowanie wyjaśnił zauważeniem mimika, w co kobieta oczywiście nie wierzy.
Postępowanie staruszka bardzo przypomniało mi zabawne zachowanie naukowców z „Prey”, którzy naklejali na różne przedmioty karteczki samoprzylepne z napisanym „not a mimic!”. : D
Na wyróżnienie zasługuje także „Złomiarz” Lavie Tidhar. Taka przyjemna w odbiorze historia o kosmicznym złomiarzu, który otrzymuje szansę od losu (a raczej swojej byłej) na odbicie się od coraz zbliżającego się dna.
„Szlam” Anthony'ego M. Ruda to także ciekawa lektura, jednak trochę czuć, że opowiadanie zostało po raz pierwszy opublikowane ponad sto lat temu.
Nastoletni, tytułowy Bartek uczeń jednej ze stołecznych podstawówek udaje się z rodzicami na wakacje w okolice Nidzicy. Tamże, korzystając z zaobserwowanej u siebie wcześniej umiejętności, przenosi się w czasie do 17 wieku, kiedy Nidzica była pod władaniem pruskim i zwana była Nibork. Poznaje tam alchemika imieniem Adalbert von Bimb Tylkau i zostaje jego uczniem. Niestety jego pomoc przynosi więcej szkód niż korzyści, a na dodatek do miasta zbliżają się Tatarzy. Podczas oblężenia grodu też nic nie idzie tak jak to opisano w podręczniku, więc Bartek musi trochę pomóc historii.
Całkiem zgrabna książka młodzieżowa, bez dłużyzn, wypchana akcją, humorem i zabawnymi przygodami. Czy to wcześniej w szkole, gdzie poznajemy głównego bohatera, jego kolegów ze szkoły i rodzinę Parkerów czy potem na wakacyjnej przygodzie chłopca. Dużo oczywiście dzieje się we wspomnianym 17 wieku, więc jeśli ktoś ma uczulenie na historię to może mu się nie spodobać. No ale to książka z PRL, musi "uczyć bawiąc". Jak dla mnie OK, można się uśmiechnąć. Ulubiony fragment to ten gdy Bartek przeniósł w czasie reklamówki z napisem Pepsi-Cola za co oskarżono go o czary i sprzedanie duszy diabłu
Wydanie z dedykacją z epoki się trafiło, niestety nie dla mnie.
Jeśli mowa o bombardowaniu podczas II wojny światowej to najczęściej czyta się o Coventry, Hamburg, Drezno i czasami o Norymberdze. Autor dość szczegółowo podszedł do tematu. Tytuł dotyczy tylko jednego miasta, ale właśnie zaczął od Coventry. Następnie jest opis uzbrojenia, technik i lotnictwa bombowego Wielkiej Brytanii w ujęciu czasowym. Kazus Hamburga ma tu kapitalne znaczenie. Cały czas towarzyszą nam relacje, czy to opisy zwykłych ludzi, lotników, dowódców, etc. Oczywiście też są powody, dla których Drezno zostało zbombardowane. Przewija się temat niby żądań Rosjan, stacji rozrządowych jak i ustalenia z Krymu dotyczącego kilku milionów uchodźców. Autor, mimo że nie jest jednoznacznie "przeciw" bombardowaniu miasta to czasami daje emocjonalne "wstawki".
Poezję pana Antoniego Słonimskiego polubiłam w liceum, jego felietony pokochałam na studiach - za cięty dowcip i uniwersalność - niektóre pozostają niepokojąco aktualne także dziś.
Książkę Joanny Kuciel-Frydryszak zaczęłam czytać jakoś w sierpniu i skończyłam dopiero dzisiaj i to nie z powodu mojego rozczarowania życiorysem Słonimskiego. Ta książka jest nudna i choć widać w niej ogromną pracę włożoną w dotarcie do osób związanych z poetą i rozmowy z nimi - to książka jest po prostu przeładowana, a przez to męczy. Zbyt wiele w niej postaci pobocznych, były nawet takie momenty, w których czułam jakbym czytała książkę o Iwaszkiewiczach, a nie o Słonimskim.
Książkę wcześniej zrecenzował nasz @bojowonastawionaowca tu, inną książkę autorki czytała ostatnio @Wrzoo i opisała ją tu.
Natsuki poznajemy gdy jest dziewczynką, która stara się przetrwać. Jej życie oglądane z zewnątrz jest zwyczajne - mieszka z rodzicami i siostrą, chodzi do szkoły, gdzie spotyka się z koleżankami. Natsuki ma jednak wiele bolesnych tajemnic i posiłkując się karmioną filmami animowanymi wyobraźnią tworzy dla siebie miejsca bezpieczne.
To opowieść momentami bardzo trudna i przejmująca, z kompletnie odjechanym, zaskakującym zakończeniem.
Polecam!
Czytelnicze bingo: Książka autora z Dalekiego Wschodu
Tytuł: Okno z widokiem na Fuji. Japonia - kraina szeptów i niedomówień
Autor: Dominika Giordano
Kategoria: inne
Wydawnictwo: Bezdroża
Format: książka papierowa
ISBN: 978-83-289-2256-3
Liczba stron: 254
Ocena: 5/10
Autorka przez pewien czas była konsulem w Japonii, dlatego liczyłam na ciekawe spojrzenie na ten kraj z perspektywy osoby, która poznała ciekawych ludzi i dotarła w miejsca niedostępne dla innych.
A figę.
Dostajemy tu mnóstwo banałów i tekstów wprost z pierwszych lepszych przewodników, które są raczej bardziej rozbudowanymi wpisami na bloga podróżniczego z mnóstwem nic nie wnoszących zdjęć. Nawet fragmenty o tym jak wyglądają japońskie więzienia, które autorka odwiedzała zawodowo są nudne i płaskie, okraszone wątpliwej jakości humorem. Autorka była konsulem w czasie tragicznego tsunami w 2011 - nawet tutaj nie dostajemy nic ciekawego, pani Giordano stwierdza, że była zmęczona, bo było dużo pracy.
Nie polecam!
Czytelnicze bingo: Świeżaczek - książka wydana w/lub po 2025
Miał być mój ulubiony klimat postapo: lepka, przyziemna codzienność w trakcie i po końcu świata, opowieści o zwykłych ludziach próbujących przetrwać, ciężar epidemii, który czuć w każdym oddechu. A tymczasem dostałem opowieść, która - mimo rozmachu - rzadko pozwala poczuć klimat świata, o którym tak dużo mówi.
Bohaterowie są jak figury na wielkiej szachownicy dobra i zła, trudno się do nich naprawdę przywiązać, a sama zaraza szybko ustępuje miejsca alegorii i "wielkim ideom". W efekcie, jak na powieść o końcu cywilizacji, zaskakująco mało tu postapokaliptycznej samotności i jednocześnie dusznośći, które lubię najbardziej.
Wielka mapa Ameryki po epidemicznym ciosie, kilka naprawdę mocnych scen. Ale kiedy liczyłem na obezwładniający, namacalny koniec świata, Bastion coraz częściej uciekał mi w przypowieść. Jeśli szukasz esencji postapo (gnuśnego chłodu, logistyki przetrwania, brudu codzienności) - to nie tutaj. Jeśli natomiast kręci Cię monumentalna, symboliczna walka dobra ze złem, to jest szansa, że ta książka przypadnie Ci do gustu.
Bardzo duży zawód, bo książka mianuje się jednym z kilku Opus Magnum autora, a w wielu elementach ustępuje innym pozycjom, które nie przytłaczają tak rozmachem i na siłę nie starając się być epickim dziełem. Respekt dla skali, ale niedosyt emocji, postaci i świata, którego nie czuć pod palcami. A dodam, że książka w ebooku na legimi dobija do 2000 stron
Osobisty licznik: 13/128
#czytelniczebingo i Bingo! (pierwsza kolumna z lewej 1+6+11+16+21) ;)
Oznaczam jako: 1 - książka, która sprzedała się w milionach
Profesorowa Szczupaczyńska, choć z pewnymi oporami, rusza do Zakopanego, wzywana przez Rajmunda Klossowitza do pomocy w rozwiązaniu zagadki zaginięcia pewnego górala.
Poświęcony Zakopanemu tom przygód profesorowej wydaje mi się raczej słabszy niż poprzednie, autorzy szarżują przez cudowne metafory, porównania i nawiązania niezbyt przy tym mocno skupiając się na prawdopodobieństwie psychologicznym postaci. Zawiązanie akcji i cała zagadka kryminalna są naciągane, a rozwiązanie - rozczarowujące.
Co mi się podobało? - oczywiście Zakopane sprzed stu lat, to Zakopane, którego szukałam w te wakacje - z mnóstwem fascynujących postaci o różnych pomysłach na to miejsce. Wędrowałam tego lata tymi samymi uliczkami i mieszkałam w miejscu, do którego profesorowa włamała się, by przeszukać pokój dwóch młodych mężczyzn.
Bawiłam się świetnie, pomimo poważnych usterek w konstrukcji tej książki, którymi właściwie postanowiłam się nie przejmować. Profesorowa Szczupaczyńska wraz ze swoim bagażem poglądów jest bowiem absolutnie przecudowna i tyle.
Tytuł: Boska cząstka. Jeśli wszechświat jest odpowiedzią, jak brzmi pytanie?
Autor: Leon M. Lederman, Dick Teresi
Kategoria: popularnonaukowa
Wydawnictwo: Prószyński
Format: e-book
Liczba stron: 576
Ocena: 8/10
Amerykański fizyk, noblista, zabiera nas w fascynującą podróż przez historię fizyki.
Od Demokryta i jego koncepcji cząstki niepodzielnej — atomu, uznawanego za najmniejszą cząstkę materii — aż po nowoczesne akceleratory cząstek i odkrycia, które one umożliwiły.
Po książkę sięgnąłem po obejrzanym wywiadzie z panem Gryżewskim, autorem kilku książek z szeroko pojętej seksuologii. Najbardziej mnie zafascynowała "Sztuka obsługi waginy" - no i się zawiodłem. Nic ciekawego się nie dowiedziałem. Książka jest bardzo ogólnikowa, porusza kilkanaście różnych tematów i każdy jest ledwie liźnięty po wierzchu (hehe xD).
Ale po kolei: czytałem i nic nowego się nie dowiedziałem. Czy książka jest zła i zasługuje na 5/10? Nie.
Podejrzewam że wiesz jak obsługiwać waginę, ja też. Ale - jest masa ludzi, którzy wiedzę czerpią z pornoli i/lub z opowiadań kumpli. I właśnie dla nich jest ta książka.
Podobnie jak "Sztuka obsługi penisa". Jedna kobieta uzna że to "piaskownica" inna przeczyta z wypiekami na twarzy i być może zastosuje to i owo
@Yes_Man to nie do końca jest o tym co robić z waginą, tak jak sztuka obsługi penisa to nie jest przewodnik masturbacji. Te książki są głównie o psychologii i poruszają tematy edukacji seksualnej. Ale tak, ci co mieli dobrą edukację seksualną nie wyciągną za wiele z nich, ale ci co tej edukacji nie mieli... To jest przełom, dla mnie był :P
Ogólnie uważam że Sztuka obsługi penisa jest lepszą książką, dużo więcej się z niej dowiedziałem o sobie niż o kobietach ze Sztuki obsługi waginy. Ta druga w ogóle jest też w dużym stopniu o związkach. Niemniej polecam obie
Elina musi co roku wrócić w swoje rodzinne strony, do Laponii, aby złowić szczupaka żyjącego w jeziorku Oś. Zależy od tego jej życie. Do tego ściga ją policjantka w sprawie o morderstwo. Jak to się wszystko ze sobą wiąże? O tym dowiadujemy się już w trakcie tej magicznej podróży w te tajemnicze regiony.
Książka jest pełna lokalnego folkloru wymieszanego z magią, mitologią i gwarą w której porozumiewają się mieszkańcy tych ziem. Wszystko to daje specyficzną, ale bardzo smaczną mieszankę. Mamy tu niepowtarzalny klimat - zastanawiałem się jak to opisać i powiedziałbym, że to mieszanka świata Wiedźmina, lekko doprawiona przaśnością Jakuba Wędrowycza, osadzona na dalekiej północy Finlandii.
Czytało się to bardzo przyjemnie, jedynie wspomniana gwara którą pisane są wszystkie dialogi na początku ciekawiła, po chwili zaczęła trochę irytować, ale szybko się do niej przyzwyczaiłem i później wydawała się już naturalna. Z resztą bez niej była by to kompletnie inna książka, co fajnie opisuje w posłowiu polski tłumacz.
Dołączam też do czytelniczego bingo. Książka pasowałaby mi do kilku kategorii, ale niech będzie "nowy autor"
@onpanopticon no tak, to 3 raz w tym miesiącu się pojawia. Ale zacząłem to czytać przed pierwszym wpisem xD https://www.hejto.pl/wpis/15-1-16-tytul-polowanie-na-malego-szczupaka-autor-juhani-karila-kategoria-fantas?commentId=d17b0340-3f37-4d0c-bc1a-183ecd7afcd8
W 1464 roku Elżbietę Grey de domo Woodville ciężko było uznać za dobrą partię – miała już 27 lat, dwóch osieroconych synów i żyła na garnuszku rodziców, bowiem majątek po zmarłym mężu zagarnęła jej teściowa. Niespodziewanie jednak Elżbieta zwróciła na siebie uwagę Edwarda IV, świeżo ukoronowanego króla z rodu Yorków, który pod wpływem gorącego uczucia zdecydował się na czyn w owej epoce niewyobrażalny, mianowicie poślubił zubożałą wdowę. Ożenek ów wywołał nie tylko skandal na dworze królewskim, ale też stał się przyczynkiem do nowej fazy Wojny Dwóch Róż, bowiem dotychczasowy zwolennik Yorków, earl Warwick, zmienił strony i zaczął wspierać zdetronizowanego Henryka VI. Chociaż ostatecznie w tej fazie konfliktu między Plantagenetami Edward IV znów zatriumfował, nikt nie spodziewał się, jak szybko skończy się pokój…
Z dotychczasowo przeze mnie przeczytanych tomów cyklu o Plantagenetach i Tudorach, Biała królowa jest najsłabsza.
Przede wszystkim, autorka nie dowiozła do końca kreacji głównej bohaterki. Elżbieta Woodville oceniana jest przez historyków raczej negatywnie, jako nadambitna parweniuszka, która królową została umiejętnie manipulując napalonym młokosem, a jako monarchini dbała przede wszystkim o interes własnej rodziny i była na tyle krótkowzroczna, że zraziła do siebie i rodu Wooville’ów większość angielskiej arystokracji. Był więc materiał na stworzenie wzbudzającej silne emocje antybohaterki, takiej jak Anna Boleyn w Kochanicach króla tej samej autorki. I owszem, chociaż nadmiaru ambicji protagonistce odmówić nie można, to poza tym nie budzi ona w czytelniku żadnej reakcji, ani pozytywnej, ani negatywnej, ciężko jej kibicować, ale też zżyć się z nią na tyle, by współczuć jej straty kolejnych członków rodziny. Elżbieta Woodville trochę jest bo jest, i tyle.
Biała królowa jest też ogólnie kiepsko napisana. Dużo irytujących powtórzeń, ze wzmianek o Meluzynie albo nienawiści protagonistki do braci męża można by sobie było zrobić alkoholowe bingo. Strasznie mnie irytuje, jak autor zakłada, że potencjalny czytelnik to emeryt z demencją i powtarza wszystko po 2137 razy – jeśli na pierwszych stronach dostaję jakąś informację, to pamiętam o tym przez resztę powieści!
Zirytowało mnie też znaczne (o wiele większe, niż we Władczyni rzek) rozdmuchanie wątków fantastycznych, tutaj zakrawające już o robienie z czytelnika debila, gdyż kobiety z rodu Woodville zostały przedstawione niemal jak czarodziejki w Wiedźminie, zabrakło im tylko, by ciskały kulami ognia. Ogólnie, jeśli chodzi o logikę świata przedstawionego i wydarzeń, to Biała królowa jest z nimi na bakier. O ile są wątki, w których licentia poetica Philippy Gregory była w miarę sensowna, tak były też takie, na które można było zareagować jedynie facepalmem (np. nienawiść Cecylii York do pierworodnego syna tak wielka, że kobieta była gotowa rozgłaszać, iż król był bękartem, byle koronę dostał jej drugi syn).
Jedyne, co tę książkę ratuje, to tocząca się na drugim planie Wojna Dwóch Róż. Podczas lektury pomyślałam sobie, że historia tego konfliktu zbrojnego byłaby świetnym materiałem na wielowątkowy cykl historyczny w stylu Królów przeklętych Maurice’a Druona. Sprawdziłam Google i niestety, wydaje się, że oprócz Gregory i leniwego grubasa Martina żaden autor nie dostrzegł w „wojnie kuzynów” wystarczającego potencjału na stworzenie historycznej sagi.
Zabić drozda podobała mi się, ponieważ na początku kojarzyła mi się z lekkością Dzieci z Bullerbyn, jedną z moich ulubionych książek za gówniaka. Głównie przez ukazanie zabaw i codziennego życia z perspektywy dziecka oraz problemów, które dorośli postrzegają zupełnie inaczej. W książce dużo miejsca poświęcono tematowi rasizmu i choć myślę, że poruszyłby mnie on jeszcze bardziej, gdybym żył w czasach, w których ta książka się ukazała, to najmocniej zapadła mi w pamięć relacja ojca z dziećmi. Przypomniała mi ona, za co jestem wdzięczny własnemu ojcu i jak bardzo się starał jako rodzic, nawet jeśli nie zawsze to okazywał, a ja nie zawsze to dostrzegałem. Momentami książka wywoływała we mnie smutek ze względu na sposób, w jaki traktowano czarnoskórych, ale w dużej mierze miała też w sobie spokój i beztroskę dzieciństwa, która działała na mnie relaksująco.
Ta książka bardzo mi się podobała, głównie ze względu na czasy, w których się rozgrywa – są one dla mnie niecodzienne, bo zazwyczaj sięgam po powieści osadzone we współczesności. Szczególnie wciągnęła mnie rzymska intryga i brutalność tamtego świata, gdzie zabójstwa były czymś powszechnym i służyły nie tylko walce o tron, ale także załatwianiu znacznie mniejszych spraw. Było to dla mnie szokujące, choć jednocześnie byłem świadomy realiów epoki. Dzięki temu historia jest niezwykle dynamiczna i wciągająca – to thriller osadzony w czasach rzymskich, który pozytywnie mnie zaskoczył i mocno wciągnął.