Książka naprawdę bardzo solidna i dobra, ale trochę nie dla mnie xD Gdybym był bardziej zafascynowany ptakami, to spokojnie byłoby 8/10, a tak widziałem u siebie sporo patrzenia ile jeszcze stron do końca rozdziału, które sobie bardzo powoli dawkowałem. Autora bardzo cenię i lubię go słuchać w radiu, ma bardzo szeroką i głęboką wiedzę i w naprawdę dobry dla pasjonatów sposób ją oddał w tej książce.
Bardzo duża liczba ciekawostek w ogólnej tematyce zachowań ptaków w sytuacjach stresowych zgrupowana pod poszczególnymi tematami (np. jak rozmnażanie, żerowanie czy komunikacja), dla mnie aż za duża - dosłownie przechodziło się z ciekawostki do ciekawostki, z jednego gatunku ptaka do drugiego. Zdjęcia piękne, ale wolałbym je nawet mniejsze niż na całą stronę, ale za to częściej. Czasem autor w swoim flow odpływał ze wstawkami personalnymi czy w porównaniach zachowań ptaków do ludzi, acz dla mnie to nie było problemem.
Osobie, która jest zainteresowana ptakami, zdecydowanie polecam. Dla mnie niespecjalnie (ale kupiłem ją dla narzeczonej w prezencie, więc ja tu tylko przechodzę bez tragarzy)
@bojowonastawionaowca taki typ książki, którą się docenia bardziej dopiero jak człowiek się mocno interesuje ornitologią. U mnie ocena była przez to bardzo wysoka i miałem odwrotnie. Nie chciałem, żeby ta książka się kończyła. XD
Dobra, wreszcie coś się udało skończyć. Jako, że gram sobie na spokojnie w Star Wars: Outlaws, miałem pewne ciągoty, by spróbować książek z tego uniwersum. Mistrz i uczeń wydawał się najlepszą kanoniczną opcją, bo nie wymagał znajomości poprzednich książek (związanych z Wielką Republiką) i nie ma łatki Young Adult. Choć w sumie po ukończeniu stwierdzam, że na spokojnie mógłby ją mieć.
Książka opowiada o misji Qui-Gona i Obi-Wana na planecie Pijal i w sumie jedną z osi fabuły jest relacja mistrza z padawanem, którzy nie wydają się być w pełni kompatybilni. Autorka uznała, że między tymi postaciami musi być lekki konflikt, który wydawał mi się naiwny prawie przez całą opowieść. Głównie przez sposób w jaki został zainicjowany. Już na początku książki Qui-Gon dostaje propozycję, by dołączyć do rady Jedi. Nie mówi o tym Obi-Wanowi, a ten ma ból pośladków, jak dowiaduje się o tym przypadkiem i jeżeli ten pomysł wam też wydał się naiwny, to witajcie w klubie.
Byłem blisko odłożenia tej książki i po prostu nie ukończenia, bo na dobrą sprawę autorka nie wydawała się być zainteresowana zaciekawieniem czytelnika czymkolwiek. To taka książka, co przez około pierwsze 30% objętości nie ma w sobie nic interesującego. Historia płynie, ale nie wnosi nic do kanonu, nie zawiera odkrywanych tajemnic. Całość swojego istnienia opiera na tym, że czytelnik może znać te postaci i może chcieć poznać historię jednej z ich misji pobocznych. Może to norma w Star Wars, nie wiem. Mnie takie coś męczy.
Możesz zadać sobie pytanie - skąd ocena 6/10? Ano bo potem jest lepiej. Nadal występuje masa głupawek, ale historia nabiera tempa, a do tego coraz częściej dostajemy retrospekcje z czasów, gdy mistrzem Qui-Gona był hrabia Dooku, co chyba podobało mi się najbardziej. Zwrot akcji na końcu też był całkiem spoko i śledzenie pewnych wydarzeń było naprawdę przyjemne, a i relacja mistrza z uczniem staje się ciekawsza. W pewnym momencie po prostu pojawia się intryga z ciekawymi implikacjami. To Star Wars, więc zakończenie jest siłą rzeczy cukierkowe na wielu płaszczyznach. Trochę szkoda, no ale to takie IP.
Czy polecam? Zależy. Jak wiesz kim są Qui-Gon i Obi-Wan, i nie przeszkadza ci to, co napisałem wyżej, to pewnie tak. Nie jest to ambitne dzieło, miejscami bardziej miałkie, ale w pewnych okolicznościach, zjadliwe.
Książka opowiada o dwóch wrogich do siebie rasach: dzieciach-robaka, które żyją na powierzchni, ich bóstwem jest biały robak a ich duchowy przywódca człowiek-robak operacjami chirurgicznymi upodabnia się do robaka i jękolach, humanoidalnej rasie, która żyje w podziemnych tunelach, ma 6 kończyn, widzi w ciemnościach i jest postrzegana przez powierzchniowców jako zwierzęta i zabijana dla mięsa.
Grupka bohaterów wyrusza do tuneli w podróż nieco dłuższą niż zakładali. Fajny klaustrofobiczny klimat, konstrukcja świata nawet mnie zaciekawiło, chociaż chyba w pełni nie zrozumiałem genezy tego świata i zależności między rasami.
Minusem jest zakończenie, które wydało mi się jakby nieco nagłe.
Donato Carrisi po raz kolejny robi to, co wychodzi mu najlepiej - wrzuca czytelnika w historię, w której bardzo szybko przestajemy być pewni czegokolwiek. Główna bohaterka (Serena) dowiaduje się, że w schronisku w którym przebywa jej córka był pożar, ale dziewczynka jest bezpieczna i nie ma powodów do niepokoju. Gdy dociera na miejsce okazuje się, że była to pomyłka i opiekunka pomyliła imiona dziewczynek, a córka Sereny nie uratowała się z pożaru. Problem w tym, że jej ciała nie odnaleziono. Serenie rzeczywistość zaczyna się rozmywać, dni zlewać, a do tego wpada w nałóg alkoholowo-narkotykowy. My razem z nią coraz bardziej tracimy grunt pod nogami.
Czy ktoś manipuluje bohaterką? Czy sama coś ukrywa? Co ukrywają inni? A może prawda jest znacznie bardziej niepokojąca?
Największą siłą książki jest atmosfera psychozy i ciągłego niepokoju. Dowiadujemy się, że bohaterka nie chciała urodzić córki, planowała oddać ją do adopcji, bo na przerwanie ciąży było już za późno. Niestety z powodu komplikacji zdrowotnych do adopcji nie doszło, a dziecko wróciło z matką do domu. Gdy dowiadujemy się, że dziewczynka "zginęła" w pożarze, (choć określenie: nie uciekła z budynku razem z opiekunkami i innymi podopiecznymi, bardziej tu pasuje), zaczynamy się zastanawiać, czy matka nie miała przypadkiem nic wspólnego z jej "śmiercią". Carrisi świetnie buduje poczucie zagubienia - czytelnik praktycznie do samego końca jest zagubiony, nie wie, co jest prawdą, a co tylko interpretacją albo wspomnieniem zniekształconym przez traumę. Bardzo łatwo wpaść w tę historię i zacząć kwestionować wszystko razem z bohaterką.
Gdy w połowie dowiadujemy się, że pewne wydarzenia to było oszustwo, tracimy punkt zaczepienia, bo wszystkie tropy prowadziły donikąd, ale czy napewno?
Podobało mi się też tempo. To jedna z tych książek, które bardzo skutecznie zmuszają do czytania "jeszcze jednego rozdziału", choć nie pędzą na złamanie karku, a akcji prawie nie ma, choć sporadycznie pojawia się na 1-2 strony. Carrisi dobrze dawkuje informacje i regularnie podrzuca nowe elementy układanki, dzięki czemu napięcie praktycznie cały czas się utrzymuje.
Jednocześnie to nie jest klasyczny thriller oparty wyłącznie na akcji. Znacznie ważniejszy jest tutaj stan psychiczny bohaterki i sposób, w jaki postrzega rzeczywistość, swoje emocje, swój stan upojenia alkoholowego i tropy podrzucane przez innych. Autor mocno gra emocjami, paranoją i poczuciem osaczenia. Momentami miałem wręcz wrażenie, że sama historia jest mniej ważna niż doświadczenie zagubienia, które ma wywołać.
Książka nie jest idealna - niektóre rozwiązania balansują na granicy przesady i efektowności kosztem realizmu. Ale jeśli zaakceptuje się tę konwencję, dostaje się bardzo angażujący thriller psychologiczny. A nie ukrywam, że własnie tego mi było trzeba, gdy po nią sięgałem. Przez co trafiła na podatny grunt.
Szczecin 1957. Milicjant alkoholik - Litwin po obozie pracy, ale za to dobry w swoim fachu. Do tego inspirowana faktami historia o kanibalu szczecińskim, niechęci Polaków do Niemców i generalnie nastrojach tamtych lat. Całkiem dobra książka.
Tytuł: Mieczysław F. Rakowski, Biografia polityczna
Autor: Michał Przeperski
Kategoria: naukowa, historyczna, biogram
Wydawnictwo: Instytut Pamięci Narodowej
Format: książka papierowa
ISBN: 9788382292213
Liczba stron: 448
Ocena: 7/10
Biografia naukowa poświęcona ostatniemu I sekretarzowi KC PZPR, premierowi, współtwórcy "Polityki". Rakowski to ciekawa postać, głównie za sprawą beznadziejnego lawirowania w systemie komunistycznym, gdzie chciało się być liberalnym w systemie, który miał za zadanie kontrolować każdy aspekt życia i w którym jedyna droga awansu wiodła przez ciągłe umizgiwanie się władzy komunistycznej i ściąganiu w dół każdego niezależnie myślącego, stanowiącego zagrożenie. Przeperski zdecydował się przedstawić Rakowskiego jako człowieka sukcesu, który zbudował swoją karierę, korzystając z możliwości, jakie dawał komunizm.
Z racji tego, że mówimy tutaj o biografii naukowej, dość ciężko mi polecić każdemu tę książkę, bo ta jest po prostu trudna i sucha w treści. Nie jest to zarzut, książki naukowe tak po prostu piszemy. Źródeł było tak dużo, że autor momentami chyba sam nie wiedział, na czym należy się skupić, na co należy położyć większy akcent i gdzie należy wyznaczyć granice, by treść pozostała spójna. Najważniejszy dla Rakowskiego okres życia, przypadający na lata 80., został napisany chaotycznie, autora przerosła skala źródeł, relacji i informacji.
Nie wiem czy ktoś z was miał okazję czytać "Dzienniki" Rakowskiego, ale Przeperski mając wgląd do oryginałów w książce pozdrawia zwolenników Rakowskiego machającym_papieżem.jpg. Autor wykonał dobrą robotę, weryfikując relacje Rakowskiego, zarówno ze wcześniejszymi wersjami notatek jak i z relacjami innych świadków. Po weryfikacji wyszedł Rakowski "liberał", który mając do wyboru postawienie na swoim a zaufanie Gomułce, Gierkowi czy Jaruzelskiemu stawiał prawie zawsze na to drugie.
Jako historyk z wykształcenia jestem zadowolony z lektury, ale wiem, że większość z was na pewno wolałaby książkę napisaną żywszym językiem, gdzie autor odważniej polemizuje z bohaterem książki. Też lubię takie książki, ale mając przed sobą biogram naukowy oczekuje, że przeczytam właśnie taki biogram.
(No dobrze, gdybym był autorem tegoż biogramu to pewnie waliłbym śmielej w Rakowskiego za oportunizm i jednocześnie chwalił za krytykę megalomańskich żądań Solidarności, przy których PRL po dziesięciu latach Gierka byłaby krajem naprawdę dobrze zarządzanym)
Ciekawostka. Rakowski jako premier wycofywał wiele przepisów regulujących gospodarkę. Ale deregulując gospodarkę nie sprawdzał, czy dany przepis nie odnosi się do innego lub też czy nowe, prostsze prawo, nie jest sprzeczne z jakimś innym. Wychodził z tego taki bałagan, że po kilku miesiącach urzędowania połowa regulacji wróciła, bo na bieżąco odkrywano sprzeczności w przepisach i trzeba było coś z tym zrobić. Cóż, Mentzen nie byłby pierwszy ze swoimi stoma ustawami.
Druga (a do niedawna pierwsza) najobszerniejsza pozycja w zbiorze wreszcie za mną. Działo się tu - co oczywiste, mając na uwadze potworną objętość - mnóstwo, ale wreszcie choć część z tych rzeczy wzbudzała jakieś większe emocje - o tym później.
Bohaterowie nie mają za dużo czasu na złapanie oddechu po zakończeniu poprzedniego tomu, jako że wpływy Czarnego coraz wyraźniej oddziałują na tkankę rzeczywistości i tych, którzy mają w tej kwestii coś do powiedzenia. Drużyna znowu dzieli się na inne niż poprzednio grupy, wyruszające w zupełnie różnych kierunkach z zadaniami odmiennymi, ale jednak ważnymi dla każdego członka w zazębiający się sposób. Sam Rand, choć niechętnie i wbrew sobie, uczy się układać plany wykorzystywania ludzi; do faktycznego czynu jeszcze trochę brakuje, choć jest na dobrej drodze do stania się rzeczą, którą ledwie rok wcześniej by gardził.
W tym tomie trochę bardziej niż w poprzednich dają się we znaki 2 kwestie: miłosne i uczuciowe komplikacje przybierają na sile i tak jak dotychczas były dosłownie tłem tła, tak tutaj momentami wychodzą na pierwszy plan - i wychodzi im to dwojako: czasem niezręcznie (w naturalny sposób), czasem za szybko, przeważnie jednak dosyć żenująco. Również okazjonalne zacietrzewienie, upierdliwość i zdziecinnienie postaci (praktycznie zawsze dziewczyn) przechodzą niekiedy ludzkie pojęcie, a najlepszym tego przykładem jest zachowanie towarzyszki Perrina przez dobrą pierwszą połowę książki: dla czystej satysfakcji i utarcia nosa zamierza narażać go na niebezpieczeństwo, a Loiala na dyshonor. Strasznie irytujący to był epizod; ogólnie interakcje między tą dwójką i ich mini-ekipami działały na mnie drażniąco.
Przerywając na chwilę smęcenie przejdę do wspomnianych ekscytujących wydarzeń: dłuższy fragment, rozpoczynający się mniej więcej w okolicach 40% książki, wprowadza wreszcie pierwszą wielką rewelację dotyczącą, ogólnie mówiąc, przeszłości i teraźniejszości oraz łączącego je przez wieki elementu. Niekiedy wydawało się to trochę zagmatwane przez skakanie po scenach, ale najważniejszy przekaz był jasny. No i po prostu zostało to świetnie zaplanowane i napisane, z odpowiednim podziałem i stopniowym wzrostem napięcia, tak że w trakcie człowiek co chwilę mówił "o kurde", a na sam koniec mógł to tylko podsumować dosadnym "ooo jasna cholera". O kolejnym zdarzeniu napiszę tylko, że nie spodziewałem się, iż Jordan ma na tyle duże jaja, aby coś takiego tutaj zrealizować. Owszem, czasami miewa przebłyski brutalności i bezkompromisowości, ale tego nie oczekiwałem, choć miało miejsce "poza ekranem". Efekt jednak jest aż nadto odczuwalny.
Korekta ma się coraz gorzej: na stronie 233 na przestrzeni 5 linijek znalazły się 2 literówki. Strona 647 powiedziała "potrzymaj mi piwo" i w ledwie dwóch linijkach 3 razy nie postawiono spacji po spójniku.
Jak dotąd tom najbogatszy w najciekawsze wydarzenia, będący jednocześnie wstępem do widoczniejszego zaznaczania swojej obecności przez bolączki pokroju nieznośności bohaterów, tymczasowej zmienności ich charakterów, miłosnego pierdololo i powtarzalności pewnych specyficznych elementów jak szarpanie przez Nyaneve swojego warkocza. Poza powyższymi zarzutami styl i język dalej utrzymują poziom i nie uprzykrzają lektury, nawet pomimo uświadczenia pięćdziesiątego opisu wnętrza gospody lub dwusetnego określenia ubioru i urody jakiejś Minetty z Tik'Tokoowa.
Opowiadanie z serii "Opowieści z Meekhańskiego Pogranicza". Opowiada przebieg bitwy o stolicę imperium Meekham.
Same planowania niezbyt mnie interesowały, nie bardzo mnie interesują militaria, ale sam przebieg wydarzeń fajnie się czytało. Jest troche zwrotów akcji, kilka ciekawych postaci, szczególnie charyzmatyczny Imperator. I taki swojski język trochę mi przypominał czytanie wiedzmina.
"- Wstawaj, zasrańcu! Wstawaj! Słyszysz?! Może i umrzemy! Ty umrzesz i ja umrę! Wszyscy umrzemy! Ale nie na kolanach, sukinsynu!
Ale Nie Na Kolanach Sukinsynu."
Fajne epickie opowiadanie z dużą dozą patosu. Może kiedyś się wezmę za to serię, ale na razie skupiam się na krótkich książkach, bo mam takie tempo, że czytałem te 80 stron 2,5h xD Nie wiem jak to zrobiłem, bo audiobook tyle samo wychodzi xD
Jedyny minus to te imiona brzmią tak egzotycznie, że już żadnego nie pamiętam.
#czytelniczebingo muszę użyć środeczka, bo nigdzie indziej nie pasuje
Jedyny minus to te imiona brzmią tak egzotycznie, że już żadnego nie pamiętam.
To mnie właśnie zniechęca do tego cyklu. Imiona brzmiące jak onomatopeja gruźlicy albo spadające ze schodów wiadro śrub, nie da się tych przypadkowych zlepków liter zapamiętać.
Sapkowski miał prostszą metodę - brał oto zagraniczną książkę telefoniczną i lepił przy jej pomocy imiona i nazwiska swoich postaci, czasem tylko zmieniając literę lub dwie.
Jest to pierwsza, pełna wersja książki wydanej pierwotnie pod tytułem 'Kim jesteś?'. Ujrzała ona światło dzienne dopiero 60 lat po napisaniu i stanowi pierwotny koncept historii, którą najlepiej znamy z filmu J. Carpentera z 1982 r. o tym samym tytule 'The thing'.
Film ten ma specjalne miejsce w moim serduszku i dozgonny szacunek. Natomiast po książkę sięgnęłam po raz pierwszy i w ten sposób dowiedziałam się, że ma ona dwie wersje.
Odnosząc się do tej pierwotnej, nie ulepszonej, czuć świeżość pomysłu oraz potencjał pisarski młodego Campbella.
Nie jest to powieść pisana pod publikę, lecz dzika, naturalna i wpasowująca się w złote czasy fantastyki.
Część wydarzeń i postaci może być znana z filmu, ale fabuła zdecydowanie się różni.
Część wydarzeń i postaci może być znana z filmu, ale fabuła zdecydowanie się różni.
Brzmi dobrze. Nie wiedzę sensu czytania zekranizowanych książek jak już obejrzałem film, bo to +/- ta sama historia. Tu bym sie skusił. Gdzie można dostac tą książkę?
@FriendGatherArena przyznaj, że spodobała ci się okładka, która wygląda jak album cover jakiegoś grindcore'a z wylistowanymi na odwrocie 64 kawałkami w 28 minut
Zacznę od historii, która najbardziej mnie poruszyła – o Franciszku Druckim-Lubeckim.
To przykre, że osoba, która miała ogromny wpływ na rozwój gospodarczy Polski na początku dziewiętnastego wieku, została zapomniana i częściej wspomina się o powstaniu listopadowym niż o niej. Winą jest oczywiście beznadziejny romantyzm społeczeństwa polskiego, który preferuje wychwalanie równie beznadziejnych spraw, jak powstanie właśnie. Wydaje się, że machanie szabelką zawsze było ważne dla Polaków, niezależnie od skutków. Parafrazując historyka: przegra, to postawi mu się pomnik, wygra, to postawi mu się dwa.
Z jednej strony rozumiem takie podejście - brak poczucia sprawczości potrafi być frustrujący i nie dziwię się, że Polacy chcieli odzyskać niepodległość jak najszybciej. Szkoda tylko, że decyzja najwidoczniej nie była przemyślana i zaprzepaściła większość tego, co zbudował Drucki-Lubecki. A doprowadził chociażby do tego, że ściągnął zaległe podatki i wyciągnął Polskę z deficytu budżetowego. Ba, tak sprawnie poprowadził negocjacje z Prusami i Austrią, że nie tylko Polska nie musiała im zwracać żadnych pieniędzy, ale dodatkowo otrzymała je od nich, co Drucki-Lubecki skrzętnie wykorzystał do wspomożenia rozwoju gospodarczego. Wiedział, że na samym rolnictwie daleko nie zajedziemy i zaczął rozwijać w Polsce przemysł. Przekonał Rosjan do otwarcia ichniejszego rynku na Polskę i wykorzystał zaporowe cła do zmuszenia pruskich kupców do inwestowania w Polskę, by zmaksymalizować zyski. Dzięki czemu powstał chociażby przemysł włókienniczy w Łodzi.
Drucki-Lubecki prezentował podejście, w którym ważne było między innymi edukowanie społeczeństwa, co bardzo pochwalam. Niestety, na efekty przemian gospodarczych i społecznych trzeba poczekać, czasem nawet kilkadziesiąt lat. Nie każdy jest na tyle cierpliwy i cóż, powstanie listopadowe zniweczyło to wszystko. Po jego stłumieniu został wydany nakaz o rusyfikacji społeczeństwa i wszyscy dobrze wiemy, jak to się skończyło. Skutki widać do dziś.
Brakuje takich ludzi.
Doceniam, że Tomasz Czukiewski nie koncentruje się wyłącznie na drugiej wojnie światowej (choć w tym tomie również nie obyło się bez takiego rozdziału). W „Bez znieczulenia” opowiedział o tym, jak wyglądały operacje przed wynalezieniem znieczulenia. To zabawne, że mimo że rozwiązanie zostało podane na tacy, mało kto chętnie po nie sięgnął i trzeba było jeszcze trochę poczekać, zanim znieczulenie rozpowszechniło się. A same opisy operacji przeprowadzanych bez anestezji… bardzo nieprzyjemne.
Gdy niedawno oglądałem wywiady z uczestnikami manifestacji pierwszomajowych, zobaczyłem kobietę, która negowała czystkę przeprowadzoną przez Stalina. Rozumiem śmieszki z tego, że austriacki malarz o niczym nie wiedział i mimo że nie jestem przekonany, to mam nadzieję, że tamta pani również nie mówiła tego na poważnie.
Równie fascynującą historią, co opowieść o Druckim-Lubeckim, była ta o rodzinie, która przez kilkadziesiąt lat ukrywała się w tajdze, kilkaset kilometrów od najbliższej osady. I sam opis Pierwszego Kontaktu, i historyczne tło, które doprowadziło ojca rodziny do podjęcia takiej decyzji były równie ciekawe. Podziwiam nie tylko umiejętność wyszukiwania wdzięcznych tematów, ale także umiejętność ciekawego opowiadania o nich.
W zasadzie tytuł zdradza (ale częściowo!) tematykę książki. "Okupowanej Warszawy dzień powszedni" to synteza naukowa przedstawiająca życie codzienne mieszkańców podczas II wojny światowej. Książka dzieli się na następujące rozdziały: strukturę ludności i jej problemy, warunki bytowe warszawiaków, życie kulturalne, życie codzienne Niemców, nastroje i postawy wobec wojny i wroga. Praca ta obejmuje jednak okres od września 1939 do lipca 1944, próżno tu więc szukać informacji o powstaniu warszawskim czy też robinsonach warszawskich.
Dość ciężko ocenia mi się książkę, ponieważ wydanie, które miałem w dłoni, pochodzi z 1988 roku. Tuż przed końcem czytania książki dowiedziałem się, że książka doczekała się reedycji w 2011 roku, gdzie m.in. poruszono reakcje warszawiaków na wiadomość o zbrodni w Katyniu. Egzemplarz z 1988 ma propagandowe naleciałości, ale w zasadzie tylko ostatnia część "nastrojów i postaw" jest pełnoprawną propagandą, którą trzeba pominąć lub przeczytać z wyraźną rezerwą. W pozostałej części tekstu wstawki propagandowe (w tym o Gwardii Ludowej/Armii Ludowej czy też Polskiej Partii Robotniczej) są nieliczne i wydają się być "dla zasady, by cenzor puścił". Opisy działalności Armii Krajowej są w zasadzie rzeczowe i neutralne. Jak na czasy, w których ta książka powstała, wyszło dobrze. Faktem jest jednak, że łatwiej wybrnąć z "kontrowersyjnych tematów", jak pisze się o życiu codziennym, gdzie trzeba skupić się na cenach żywności czy też czytelnictwie. Sporą część książki zajmują cytaty z relacji świadków, co przybliża tekst czytelnikowi, który może być znudzony encyklopedycznymi opisami poszczególnych aspektów życia mieszkańców stolicy.
Nie bez przyczyny "Okupowanej Warszawy dzień powszedni" uchodzi w Polsce za kanon literatury dotyczącej II wojny światowej. Opisy są rzeczowe, a wszystkie informacje podane w odpowiedniej kolejności. Napisałbym, że również nie ma się odczucia, że autor pominął lub zbagatelizował jakąś kwestię, ale to zapewne mógłbym spokojnie napisać o ostatnim wydaniu. Ogólnie polecam książkę każdemu, ale w ciemno ostatnie wydanie z 2011.
Autor: Dan Abnett, Aaron Dembski-Bowden, John French, Graham McNeill, Gav Thorpe
Kategoria: fantasy, science fiction
Wydawnictwo: Copernicus Corporation
Format: książka papierowa
Liczba stron: 407
Ocena: 8/10
“Jedyne co możesz, to zaakceptować swój strach. [...] Uznaj go za to, czym jest w istocie: twoją czystą, ludzką poczytalnością, wstrząśniętą widokiem zaraźliwego, duszącego szaleństwa”
Antologia opowiadań stanowiąca XXII część cyklu Herezja Horusa
Zbiór zawiera następujące opowiadania:
John French - Karmazynowa Pięść - 8/10
Graham McNeill - Mroczny Król - 8/10
Dan Abnett - Wieża Błyskawicy - 8/10
Graham McNeill - Projekt Kaban - 7/10
Gav Thorpe - Kruczy lot - 7/10
Graham McNeill - Śmierć Złotnika - 9/10
Aaron Dembski-Bowden - Książę Wron - 9/10
Tym razem antologia ma nieco inną konstrukcję - zaczyna się i kończy dłuższymi nowelami, natomiast pomiędzy nimi zamieszczono króciutkie miniatury.
Tematyka jak zwykle jest zróżnicowana: epicka kosmiczna bitwa, rozterki prymarchów po obu stronach konfliktu, przygotowania Terry do wojny, tajny projekt marsjańskiej kuźni, czy ostatnie chwile rzemieślnika na usługach legionu.
Książka o tyle fajna, że w końcu dostajemy trochę historii o legionach jak dotąd pomijanych: Imperialnych Pięściach i Władcach Nocy. Wyróżnia się znakomicie napisana postać upartego i sarkastycznego kapitana Sevatara.
Nadzwyczaj mocny poziom całego zbioru, nie potrafię wskazać słabego punktu. Świetnie się czytało i znów szybko poszło, jakoś mi te opowiadania dobrze wchodzą, szczególnie w deszczowe popołudnia.
Książka ma oficjalną premierę w połowie czerwca, ale Audioteka dała ciała i wypuściła audiobooka ponad miesiąc przed premierą. Mówi się trudno i słucha sie dalej
Trzeci tom serii z Cecilie Mars niestety potwierdza coś, czego trochę obawiałem się już po "Bestiach nocy" - ta historia z każdą kolejną częścią traci część swojej świeżości i siły. Tym razem Cecilie zostaje szefową wydziału, co samo w sobie jest ciekawym kierunkiem, bo zmienia jej pozycję i sposób działania. Pokazuje presję z góry, ze strony prasy i polityków. Problem w tym, że wraz z awansem coraz trudniej ignorować jej przeszłość. Jeden ze współpracowników zaczyna mocno drążyć wcześniejsze sprawy i powoli dochodzi do wniosku, że Cecilie nie zawsze pozwalała wymiarowi sprawiedliwości działać zgodnie z procedurami. Coraz wyraźniej wychodzi z jego śledztwa, że część morderców (z poprzednich tomów) mogła paść ofiarą jej prywatnej vendetty.
I to jest chyba najciekawszy element książki. Seria coraz mocniej odchodzi od klasycznego kryminału w stronę historii o bohaterce, która nocą zmienia się w Batwoman, a do tego sama zaczyna przypominać potwory, które ściga. Problem polega jednak na tym, że im lepiej poznajemy Cecilie, tym mniej interesująca się staje. W pierwszym tomie działała dzięki moralnej niejednoznaczności i presji sytuacji. W drugim dzięki temu, że sama staje się ofiarą. W trzecim co raz częściej wygląda po prostu jak osoba, która że jest ponad prawem, a układ z polityczką (podobna relacja jak z Łazarzem z 1 tomu), tylko to potwierdza.
Fabularnie dostajemy serię brutalnych zbrodni na kobietach - okaleczone ciała, organy na wierzchu, charakteryzacja ofiar, trofea i pytanie, czy te przypadkowe ofiary coś ze sobą łączy. Sam motyw jest mocny i momentami naprawdę niepokojący, ale Chris Carter mnie już do takich przyzwyczaił. Mam natomiast wrażenie, że cała intryga wypada słabiej niż wcześniej. Autor nadal próbuje budować ciężki klimat skandynawskiego noir, tylko że coraz częściej przykrywa nim fabularne uproszczenia.
Największym problemem jest chyba to, że seria zaczyna zjadać własny ogon. To, co początkowo było świeże i nieoczywiste, staje się coraz bardziej przewidywalne i oparte na eskalowaniu brutalności oraz moralnej degeneracji głównej bohaterki. Świeżości dodaje tu tylko śledztwo wewnętrzne przeciwko Cecilie, które zdaje się pokazywać czytelnikowi, że nie ujdzie jej to na sucho.
Mimo wszystko polecam fanom kryminałów, bo nieźle się to czyta i daje jednak sporo ciekawych pomysłów w tym mimo wszystko, dość zamkniętym i skończonym gatunku, w którym trudno zaskoczyć czytelnika.
Mam ostatnio jakiś zastój czytelniczy, czytam mniej, a jak już czytam to same ksiązki 5-6/10, więc nic wybitnego. Zazwyczaj receptą na czytelnicze zastoje był Reacher, więc tę samą pigułkę połknąłem tym razem.
17 tom przygód Jacka Reachera:
Początek jest zbliżony do każdej innego tomu: Jack robi to, co wychodzi mu najlepiej - stoi przy drodze, łapie okazję i trafia prosto w środek problemów, które spróbuje za wszelką cenę rozwiązać. Tym razem zostaje zabrany przez trójkę niepokojąco spiętych ludzi jadących przez nocne Stany. Już od początku wiadomo, że coś jest nie tak. Reacher zaczyna analizować pasażerów, ich zachowanie, rozmowy i napięcie wiszące w aucie, próbując zrozumieć, w co właśnie się wpakował. 2 mężczyzn i kobieta, cała trójka ma te same koszule na sobie i udaje, że jest to ich służbowy wyjazd z pracy. Jadą daleko i mogą po drodze wyrzucić Reachera. Dość szybko dostaje on również propozycję miejsca za kółkiem i odciążenia pozostałych kierowców, by mogli odpocząć. Szybko okazuje się, że na autostradach ustawione są policyjne blokady, a FBI poszukuję 2 sprawców napadu. Z racji tego, że samochodem podróżują w 4, szybko zostają przepuszczeni w dalszą drogę.
I muszę przyznać, że pierwsza połowa książki (prawie połowa) jest naprawdę świetna. Właściwie niemal całość rozgrywa się w samochodzie i opiera głównie na dialogach, obserwacjach, tajnych wiadomościach i rosnącym napięciu. Child bardzo dobrze wykorzystuje ograniczoną przestrzeń i paranoiczny klimat. Reacher robi to, co w tej serii lubię najbardziej - analizuje ludzi, wyłapuje szczegóły, buduje w głowie obraz sytuacji i krok po kroku dochodzi do prawdy. To bardziej thriller psychologiczny niż sensacyjny i działa znakomicie.
I tu się pojawia problem, bo w momencie, gdy Racher wysiada z auta (nie będę spoilerówał dlaczego), książka siada. Gdy auto nie jest już jedynym miejscem historii i akcja przeradza się w bardziej klasyczny pościg za poszukiwanymi oraz ich zakładniczką, książka wyraźnie traci energię. Tempo niby rośnie, ale napięcie paradoksalnie spada. Wszystko staje się bardziej schematyczne, mniej subtelne i coraz bardziej przewidywalne. Mam wręcz wrażenie, że z każdą kolejną stroną było trochę gorzej.
To jeden z tych tomów, które pokazują zarówno największą siłę, jak i największą słabość serii. Child fenomenalnie buduje krótkoterminowe napięcie i sceny oparte na obserwacji oraz dedukcji, ale kiedy musi domknąć większą akcję sensacyjną, często robi się dużo bardziej sztampowo. Natomiast świetnie wypada relacją Reachera z zakładniczką i agentką FBI, nie wiem, czy nie jest to jedna z lepszych takich, zbudowanych w dotychczasowych tomach serii.
Mimo tego nadal dobrze się to czyta - głównie dlatego, że Reacher pozostaje Reacherem. Jego sposób myślenia, chłodna analiza sytuacji i poczucie, że jest najniebezpieczniejszym człowiekiem w każdym pomieszczeniu, nadal robią robotę. I chyba właśnie dlatego finalnie ocena zostaje wyższa, niż pewnie powinna - po prostu bardzo lubię tę serię i tego bohatera.
To książka bardzo gęsta emocjonalnie, ale jednocześnie dziwnie chłodna. Akcja rozgrywa się w Holandii lat 60., gdzie Isabel żyje samotnie w domu po zmarłej matce, kurczowo trzymając się rutyny, porządku i kontroli. Jej świat zaczyna się rozpadać, gdy do domu wprowadza się Eva - partnerka jej brata. Obecność nowej osoby wywołuje w Isabel coraz większy niepokój, napięcie i emocjonalny chaos, którego sama do końca nie rozumie.
I właśnie ten chaos jest dla mnie największym problemem książki. Nie chodzi nawet o fabułę, bo ta jest dość kameralna i stosunkowo prosta. Bardziej o emocje głównej bohaterki, które momentami wydają się bardzo niespójne i trudne do uchwycenia. Isabel przez dużą część książki sprawia wrażenie osoby jednocześnie odpychającej innych i desperacko potrzebującej bliskości, ale sposób, w jaki autorka prowadzi te zmiany, nie zawsze mnie przekonywał.
Jednocześnie trudno odmówić tej książce klimatu. Van der Wouden świetnie buduje napięcie poprzez drobiazgi: spojrzenia, przemilczenia, codzienne rytuały i naruszanie przestrzeni bohaterki. Dom staje się tu niemal osobnym bohaterem - symbolem pamięci, kontroli i tłumionych emocji. Im dalej w historię, tym bardziej czuć, że pod tą spokojną powierzchnią kryje się coś bardzo niezdrowego.
Najbardziej podobało mi się chyba to, jak książka stopniowo odsłania swoje prawdziwe tematy. Z początku wygląda jak obyczajowa historia o samotności i zazdrości, ale z czasem coraz mocniej wchodzą tu kwestie pamięci, przeszłości i tego, co ludzie próbują ukryć - zarówno przed innymi, jak i przed sobą.
Mam jednak wrażenie, że emocjonalnie książka trochę mnie zgubiła. Rozumiem, co autorka chciała osiągnąć, ale nie zawsze czułem więź z bohaterką i przez to całość momentami bardziej męczyła niż angażowała.
To ciekawa i dobrze napisana literacko powieść, ale jedna z tych, które bardziej się podziwia niż naprawdę przeżywa. Raczej nie zostanie ze mną na dłużej i będzie mi się kojarzyła tylko z gruszkami na okładce.
Dostałem to czego się oczekiwałem. Nietrudna książka o typowej historii od zera do bohatera. Traktuję to jako rozrywkę, zamiennik wieczornego odcinka serialu, czy filmu. Rozdziały czyta się tak po 30-50 minut, więc jeden dziennie wieczorem przed snem jak znalazł.
W bliżej nieokreślonych przyszłości Ziemię spowiły wieczne ciemności, wśród których czają się tajemnicze i krwiożercze bestie, bezwzględnie i okrutnie mordujące każdego, kto się zapuści w niekończącą się noc. Resztki ludzkości schroniły się w gigantycznej piramidzie, która ich chroni i żywi w tym niegościnnym świecie.
Po uzyskaniu informacji, że gdzieś daleko istnieje inna piramida i po nawiązaniu z nią kontaktu, śmiałkowie postanawiają do niej dotrzeć, próbując przebić się przez niezliczone hordy nieznanego zła. Mimo porażek pierwszych grup, główny bohater wyrusza na straceńczą misję, wędrując samotnie przez mroki i miazmaty tytułowej Krainy Nocy.
Książkę przeczytałem zachęcony zapowiedzią opublikowaną przez kolegę @whoresbane. Jeśli miałbym jednym słowem opisać to dzieło, to byłby to przymiotnik "rozwlekła". Mimo całkiem ciekawego i oryginalnego pomysłu - książka powstała w 1912 roku, kiedy tego typu literatura była jeszcze relatywnie nową rzeczą - rozpisanie go na prawie 600 stron sprawiło, że w wielu miejscach po prostu się dłużyła. W mojej opinii spokojnie można by było zmieścić się w 300-400 stronach, bez jakiejkolwiek straty na fabule i jakości. Odbioru nie ułatwiał także archaiczny język, którym została napisana, ale z drugiej strony nadawał jej on pewnego dodatkowego uroku. Ale największą jej słabością w moim odbiorze były jednak dziury w konstrukcji świata przedstawionego - autor w wielu miejscach ostentacyjnie pomijał wyjaśnienia i wytłumaczenia swych zamysłów - czemu zapadła ciemność, skąd wzięły się bestie, czym są siły zła oraz wszelką mechanikę wspominanych technologii. W jednym miejscu, przy opisie tak zwanego "ziemskiego prądu", ustami głównego bohatera wręcz ostentacyjnie mówi, że nie zna i nie rozumie tej technologii.
Pomijając powyższe, książkę da się przeczytać, chociaż mieć do niej trochę cierpliwości. Końcówka i pewna fabularna wolta w niej zawarta pozostawia po sobie lekkie rozczarowanie, za co powieść traci jeden punkt w mej finalnie ocenie.
Już się chwilę przymierzałem do przeczytania tego tytułu i jakoś nie mogłem się zabrać a w przypływie impulsu kupiłem ją w biedronce za 12 zl i tak przeczytałem je na przerwach w pracy.
Nawiązując do treści książki to bardzo fajnie się rozwijał wątek robienia oddolnej rewolucji a za chwilę na kolejnych stronach czułem się jakbym dostał bejsbolem zapoznają się z późniejszą akcją.
Zakończenie mnie zaskoczyło takie trochę podobne do Procesu Kafki a w zasadzie tak samo człowiek tu i tu jest niczym wobec władzy.
Nie jestem zbyt dobry w pisaniu recenzji czy innych opisów więc wybaczcie.