840 + 1 = 841


Tytuł: Wschodzący cień

Autor: Robert Jordan

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Format: książka papierowa

ISBN: 9788382021257

Liczba stron: 1284

Ocena: 8/10


Druga (a do niedawna pierwsza) najobszerniejsza pozycja w zbiorze wreszcie za mną. Działo się tu - co oczywiste, mając na uwadze potworną objętość - mnóstwo, ale wreszcie choć część z tych rzeczy wzbudzała jakieś większe emocje - o tym później.


Bohaterowie nie mają za dużo czasu na złapanie oddechu po zakończeniu poprzedniego tomu, jako że wpływy Czarnego coraz wyraźniej oddziałują na tkankę rzeczywistości i tych, którzy mają w tej kwestii coś do powiedzenia. Drużyna znowu dzieli się na inne niż poprzednio grupy, wyruszające w zupełnie różnych kierunkach z zadaniami odmiennymi, ale jednak ważnymi dla każdego członka w zazębiający się sposób. Sam Rand, choć niechętnie i wbrew sobie, uczy się układać plany wykorzystywania ludzi; do faktycznego czynu jeszcze trochę brakuje, choć jest na dobrej drodze do stania się rzeczą, którą ledwie rok wcześniej by gardził.


W tym tomie trochę bardziej niż w poprzednich dają się we znaki 2 kwestie: miłosne i uczuciowe komplikacje przybierają na sile i tak jak dotychczas były dosłownie tłem tła, tak tutaj momentami wychodzą na pierwszy plan - i wychodzi im to dwojako: czasem niezręcznie (w naturalny sposób), czasem za szybko, przeważnie jednak dosyć żenująco. Również okazjonalne zacietrzewienie, upierdliwość i zdziecinnienie postaci (praktycznie zawsze dziewczyn) przechodzą niekiedy ludzkie pojęcie, a najlepszym tego przykładem jest zachowanie towarzyszki Perrina przez dobrą pierwszą połowę książki: dla czystej satysfakcji i utarcia nosa zamierza narażać go na niebezpieczeństwo, a Loiala na dyshonor. Strasznie irytujący to był epizod; ogólnie interakcje między tą dwójką i ich mini-ekipami działały na mnie drażniąco.


Przerywając na chwilę smęcenie przejdę do wspomnianych ekscytujących wydarzeń: dłuższy fragment, rozpoczynający się mniej więcej w okolicach 40% książki, wprowadza wreszcie pierwszą wielką rewelację dotyczącą, ogólnie mówiąc, przeszłości i teraźniejszości oraz łączącego je przez wieki elementu. Niekiedy wydawało się to trochę zagmatwane przez skakanie po scenach, ale najważniejszy przekaz był jasny. No i po prostu zostało to świetnie zaplanowane i napisane, z odpowiednim podziałem i stopniowym wzrostem napięcia, tak że w trakcie człowiek co chwilę mówił "o kurde", a na sam koniec mógł to tylko podsumować dosadnym "ooo jasna cholera". O kolejnym zdarzeniu napiszę tylko, że nie spodziewałem się, iż Jordan ma na tyle duże jaja, aby coś takiego tutaj zrealizować. Owszem, czasami miewa przebłyski brutalności i bezkompromisowości, ale tego nie oczekiwałem, choć miało miejsce "poza ekranem". Efekt jednak jest aż nadto odczuwalny.


Korekta ma się coraz gorzej: na stronie 233 na przestrzeni 5 linijek znalazły się 2 literówki. Strona 647 powiedziała "potrzymaj mi piwo" i w ledwie dwóch linijkach 3 razy nie postawiono spacji po spójniku.


Jak dotąd tom najbogatszy w najciekawsze wydarzenia, będący jednocześnie wstępem do widoczniejszego zaznaczania swojej obecności przez bolączki pokroju nieznośności bohaterów, tymczasowej zmienności ich charakterów, miłosnego pierdololo i powtarzalności pewnych specyficznych elementów jak szarpanie przez Nyaneve swojego warkocza. Poza powyższymi zarzutami styl i język dalej utrzymują poziom i nie uprzykrzają lektury, nawet pomimo uświadczenia pięćdziesiątego opisu wnętrza gospody lub dwusetnego określenia ubioru i urody jakiejś Minetty z Tik'Tokoowa.


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #robertjordan #koloczasu #zyskiska #ksiazkicerbera

cee1f13a-4f24-4db2-b9e8-51fd609f9a5d

Komentarze (2)

@saradonin_redux to prawda. Kiedyś z ciekawości sprawdziłem i Na południe od Brazos waży ok 1,8kg. Nie wiem czy coś cięższego mam w kolekcji.

Zaloguj się aby komentować