Wydawnictwo Vesper ogłasza nową powieść w serii Eony. "Kagen Przeklęty" Jonathana Maberry'ego rozpocznie swój bój 3 czerwca 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie liczy 704 strony, w cenie detalicznej 99,90 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Kagen Vale to kapitan straży pałacowej w stolicy Srebrnego Imperium - wybitny wojownik, którego obowiązkiem jest strzec cesarskich dzieci. Cieszy się zaufaniem władcy, jest powszechnie szanowany i podziwiany. Wszystko traci, gdy pewnej nocy budzi się w lokalnej gospodzie z potężnym kacem. Niewiele pamięta, głowa pęka mu z bólu, a ruchy ma dalekie od precyzji, która uczyniła go legendą.
Tymczasem na ulicach jego miasta trwa rzeź. Wrogowie zdobyli stolicę, a Kagen - wiedziony przysięgą i poczuciem obowiązku - rusza do walki. Jest jednak za późno. Imperium upada.
Złamany i dręczony poczuciem winy, Kagen zostaje porzucony przez swoich bogów i przeklęty. Napędzany wściekłością topi żal w alkoholu i krwi wrogów, planując zemstę na uzurpatorze. Wokół niego magia, niegdyś wygnana ze świata, powraca w dziwnych i przerażających formach.
Aby pomścić swoich bliskich, Kagen musi wyruszyć w obce krainy, stawić czoła koszmarnym, plugawym i bluźnierczym kreaturom i wraz z grupą sojuszników podjąć się samobójczej misji w samym sercu imperium Wiedźmiego Króla.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Dom Wydawniczy REBIS ogłasza finał trylogii historycznej. "Inferno" Conna Igguldena ukaże się 2 czerwca 2026 roku. Wydanie w miękkiej oprawie ma 456 stron, w cenie detalicznej 49,99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Rzym lśni bogactwem i tonie w intrygach.
Neron, odurzony władzą, wielbiony jest za wygląd i błyskotliwy umysł, jednak budzi strach z powodu nieprzewidywalnego temperamentu. Jego imperium rozciąga się od leśnych ostępów Brytanii po pustynie Partii, lecz wrogowie zawsze czają się gdzieś blisko – dowódcy legionów, senatorowie, lud, który oklaskuje go w cyrku, ale przeklina na ulicach.
Władzy się z nikim nie dzieli, tylko się ją przejmuje. Usunął już niejednego wroga, w tym także swoją matkę Agrypinę. Tymczasem teraz na północy zagraża mu Boudika, królowa plemienia Icenów, która wszczęła rewoltę przeciwko Rzymowi. A nieco bliżej Gajusz Juliusz Windeks, wyższy urzędnik rzymski, który jawnie potępił zepsucie Nerona i stanął na czele galijskiego powstania przeciwko cesarzowi.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Światowy blackout opowiedziany z perspektywy szwedzkiej. Bardzo nijaka książka. Zabrakło oryginalnych pomysłów na fabułę, bohaterów jest dużo, ale nikt się nie wyróżnia, nie ma budowania gęstego klimatu, literacko dzieje się niewiele. Miałem wrażenie, że autor bardzo na siłę próbował zlepić spójną historię.
A przepraszam, czy można się spytać, czemu nie ma już Vampiress? Pisała ciekawie o książkach i filmach i zostawiała mi komentarze i pioruny na filmeterze
Hm. Ta książka mnie nie porwała, choć nie mogę powiedzieć, że nie miała elementów, które mi się podobały - bo takich było całkiem sporo. Poszła trochę poza kolejką, bo chronologicznie dzieje się przed Mieczem Przeznaczenia, a do tego to chyba ostatni audiobook przygotowany przez już upadłe studio. Pani Jeziora musi jeszcze trochę poczekać, bo obecnie nie mam aż tyle czasu na formę pisaną.
No ale wróćmy do tematu. Sezon burz jest z mojej perspektywy opowieścią dość chaotyczną, którą można by trywialnie streścić jako: „Stary, gdzie moje miecze?”. I choć na początku średnio kupowałem ten motyw, to ostatecznie myślę, że się obronił. Poza scenami mocno memicznymi - jak walka deską - wreszcie dostajemy tu wiedźmina, który pamięta, że potrafi używać znaków, bo w sadze dzieje się to dosłownie kilka razy, a tutaj w jednej książce jest ich chyba kilkanaście. Niby trochę gryzie się to z wyznaniem Geralta, że używanie znaków wyczerpuje, więc ich nie nadużywa, ale nigdy nie byłem fanem takiego ograniczenia. Do tego pojawia się przynajmniej jeden znak, którego wcześniej w ogóle nie kojarzyłem - ten wywołujący sen, Somne.
Jest też scena przygotowania do walki - wreszcie. Wcześniej raczej dostawaliśmy opisy z perspektywy innych osób, które Geralta nie znały, a tutaj pokazano coś więcej. Pod względem samej walki Geralt z Sezonu burz przypomina tego Geralta z gier CD Projekt Red. W sadze jest głównie kozakiem od miecza, a tutaj faktycznie wygląda jak „ten” wiedźmin: niby mag, naszprycowany eliksirami mistrz walki. Same eliksiry też dostały więcej ekspozycji, co uznaję za plus. Ogólnie całe poszerzenie wiedźmińskiego lore odbieram pozytywnie.
W ogóle Sapkowski kiedyś wyjaśnił, co spowodowało tę burzę na końcu? Bo pewna czarodziejka wydaje się dość mylnym tropem. Widziałem też teorie o benkarcie ze Starszą Krwią, ale nie pamiętam, czy mężczyźni z tym genem również mogli wywoływać podobne zjawiska, jak Pavetta.
Dobre mamy za sobą, więc czas na złe. Przede wszystkim coś, za co pewnie ktoś mnie zaciuka jak Geralt kuroliszka: sposób, w jaki do pewnego momentu prowadzona jest ta historia, zwyczajnie nie pasuje do estymy, jaką cieszy się Sapkowski. Jeśli masz masę wiedzy do przekazania czytelnikowi, to robienie tego w sposób sztuczny, na zasadzie „siadaj, teraz opowiem ci niezłą historię”, jest po prostu słabe. A to dość często miało miejsce w tej książce. Od listów wysyłanych między ważnymi postaciami, po sceny, w których Geralt musi wysłuchiwać ekspozycji podanej niemal jak wpis z Wikipedii. Dobry pisarz potrafi wpleść takie informacje w fabułę tak, że nie czuć sztuczności. Tutaj momentami miałem wrażenie, że autor mówi: „siadaj, teraz będzie encyklopedia”, i trzeba tego słuchać. Kompletnie mi to nie podeszło. Gdyby był to jeden moment - spoko. Ale tego jest naprawdę sporo. Jasne, poszerzało to lore, ale w sposób bardzo nienaturalny.
Odniosłem też wrażenie, że w książce było znacznie więcej powtórzeń niż zwykle. Nie wiem, może mi się tylko wydawało, ale mam to zapisane w notatkach. No i sporo knurzenia na początku - również mam to zanotowane. Chodzi oczywiście o „związek” z Koral.
Ogólnie nie żałuję, że ukończyłem ten tytuł. Miejscami było bardzo ciekawie, w innych momentach raczej przeciętnie, ale ocena 7/10 to nie są pipeloki. Nadal było całkiem dobrze. Jezu, właśnie spędziłem godzinę nad pisaniem recenzji dla nikogo. Co ja robię ze swoim życiem. xD
Przynajmniej @fonfi się ucieszy, bo nie porzuciłem Wiedźmina przed ostatnią książką. xD
@Dziwen czyli mówisz że Sapkowski w końcu napisał książkę wierną grze. Jego szczęście - nie wiem po co CD Projekt go trzymał na etacie tyle czasu wcześniej...
@Dziwen Ja czytam te recenzje! I nawet dałem pioruna, ale z obrzydzenem bo 7 dla tej abominacji to tak o 5 za dużo
A audiobook "Pani jeziora" jest, ale to bardzo stary audiobook nagrany przez jednego lektora dla związku osób niewidomych. Bez porównania z tymi od fonopolis/auditeki ale jakbyś chciał to pisz.
Jest takie pytanie, które ta książka stawia już od pierwszych stron i które potem nie daje spokoju przez całą resztę lektury: ile człowiek jest w stanie unieść, jeśli ciężar, który dźwiga, sam sobie wybrał?
Tom Sherbourne wraca z I wojny światowej i szuka spokoju, jakiejś dalekiej, pustej przestrzeni, gdzie nikt nie zadaje pytań. Zostaje latarnikiem na wyspie Janus Rock - kawałku skały przy wybrzeżu zachodniej Australii, oderwanym od świata bardziej niż cokolwiek, co można sobie wyobrazić. W trakci, krótkiej przerwy od obowiązków i powrotu na ląd poznaje Isabel, kobietę, która się w nim błyskawicznie zakochuje i planuje spędzić z nim resztę życia. Biorą ślub i w latarni zaczyna się historia, która jest jednocześnie piękna i druzgocąca. Isabel jest dwukrotnie w ciąży i dwukrotnie traci dziecko.
Pewnego dnia do brzegu dobija łódź. W łodzi martwy mężczyzna i płaczące niemowlę. Isabel, tuż po kolejnym poronieniu i wypełniona bólem po stracie, którego już nie ma gdzie pomieścić, prosi Toma, żeby zostawili dziecko i wychowali jak swoje. Tom wie, że to złe, że tak nie można, że ktoś za tym dzieckiem tęskni i rozpacza. Tom zapisuje to w dzienniku, bo jest człowiekiem procedur i zasad. I mimo to - robi to, czego oczekuje od niego jego żona - Isabel.
To, co Stedman zrobiła z tym materiałem, jest naprawdę rzadkie. Ona nie ocenia. Nie ustawia Toma i Isabel jak winnych na ławie oskarżonych, żeby czytelnik mógł sobie spokojnie rzucać w nich argumentami. Zamiast tego każe im żyć z tym, co zrobili - dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu i rok po roku. W tej izolacji, gdzie są sami we trójkę, a oprócz nich latarnia, ocean i piętno tej decyzji. I właśnie to jest serce tej książki: konsekwencje nie przychodzą nagle jak kara z nieba, tylko wrastają w człowieka powoli, jak coś, co zaczęło się od jednego złego kroku, a potem okazało się, że nie da się go już cofnąć i nagle stał się fundamentem całego życia. Kiedy w końcu na horyzoncie pojawia się Hannah - prawdziwa matka dziecka - Stedman ani przez chwilę nie pozwala nam cieszyć się z prostego podziału na ofiarę i sprawcę. Bo wszyscy tu są ofiarami własnych decyzji albo cudzych, i to boli tak samo.
Tom jako bohater to jeden z lepiej napisanych moralnych przypadków, jakie ostatnio spotkałem w literaturze. Człowiek, który dobrze wie, czym jest prawo i czym jest wina. Całe życie był skrupulatny i dokładny, myślał, że najgorsze co go spotkało to wojna i jej konsekwencje. Po wszystkim, co w życiu zrobił, wybiera miłość i potem przez lata nosi w sobie oba te światy. Nie krzyczy, nie szuka rozgrzeszenia, nie próbuje siebie tłumaczyć i swojej żony. Po prostu żyje z tym, co zrobił. I to jest tak bezboleśnie i precyzyjnie napisane, że momentami fizycznie czułem ten ciężar. To we mnie narastały konsekwencje tych decyzji, to ja zastanawiałem się, co bym zrobił na jego miejscu. I czy pokochałbym dziecko, którego matce pękło serce, a ja jestem jedno zdanie, od wyjawienia jej prawdy.
Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to do kilku wątków, które są trochę zbyt dramatyczne, jakby autorka za bardzo się bała, że czytelnik nie poczuje wystarczająco cierpiania i kary bohaterów. Ale to naprawdę drobna rzecz przy całości, która działa jak jeden świetnie namalowyany obraz. "Światło między oceanami" to jedna z tych książek, która nie pyta, czy byłeś dobry czy zły. Pyta tylko: czy potrafiłbyś z tym żyć i ze sobą niosącym krzyż konsekwencji?
Świetna książka, ale nie polecam, jeśli macie akurat gorszy czas lub doła, bo tylko go pogłębi. I to jest w niej piękne.
Już kilka książek o historii danego państwa miałem za sobą, a po dłuższej przerwie postanowiłem wrócić. Nie jest wbrew liczbie stron pokaźnych rozmiarów w stosunku do jej niektórych sióstr, gdyż pierwotnie miał to być po prostu zarys. Jakkolwiek kto chciałby wiedzieć o Szkocji jak najwięcej, to na pewno nie uwłaczy szerokiemu pragnieniu wiedzy jej poznać, chociaż dla chcących odnależć klimaty kiltu, haggisu, brodaczy z claymore'ami i górskiego whisky będzie to poniekąd rozczarowujące przeżycie. Jak to w podręcznikach.
Najlepsze w niej to, że nie wyróżnia się niczym specjalnym, ale masz wrażenie o odkrywaniu całej tej charakterystyki odnośnie antologii historii ludzkości w losach państewka na rubieżach. Rozświetla sprawę anglicyzacji Szkotów, która nie zaczęła się od wstąpienia w unię oraz udział słynnych klanów, niepozbawionych śladów kolaboracji i ciążenia na negatywnym stanie królestwa. Ujawnia postać narodowego kościoła Szkocji z jego dziwacznymi elementami uskutecznionego prozelityzmem oraz dynastii Stewardów/Stuartów, nad którą chyba ciąży zła klątwa. "Na kobiecie się zaczęło i na kobiecie się skończy" rzeknie na łożu śmierci Jakub V po spuszczonym wpierdzielu, gdy zostawia tron dziesięciodniowej córce Marii. W ogóle Stuartowie byli porywani przez własnych poddanych częściej niż to się odbywa w Trylogii Husyckiej. A Szkoci tyle bitew poprzegrywali, że dziw bierze ich skończenia w lepszej sytuacji od Irlandczyków. Za dużo mieli wiary we Francuzów.
Prawdziwy prezbiterianin nie obchodzi Bożego Narodzenia. Przynajmniej owieczki na stokach Highlands może podziwiać.
Czytali: Jacek Rozenek, Leszek Filipowicz, Paulina Holtz, Janusz Zadura, Adam Bauman, Andrzej Hausner i inni
Doświadczony pilot międzyukładowy dostaje ofertę nie do odrzucenia: ma przewodniczyć wyprawie na planetę Ksi, której zadaniem będzie zbadanie losów zaginionej ekspedycji osadniczej.
Monotematyczny ten Zajdel. Intrygujący początek znów prowadzi do infantylnej rozprawy o głupawym i oczywiście dla większości obywateli niezbyt działającym ustroju w izolowanym społeczeństwie. Retrospekcja mogłaby być czymś w rodzaju kontynuacji “Paradyzji” albo kosmiczną interpretacją “Jądra ciemności”, a nigdy nie lubiłem Conrada. Niestety znów wszystko jest wyłożone wprost w formie rozważań pierwszoosobowego narratora, które w pewnym momencie zaczynają przypominać farmazony jakiegoś samozwańczego “freethinkera”. Opowieść ratują pełne napięcia fragmenty, będące po części zasługą znakomicie przygotowanego słuchowiska.
Meh, znów to samo. Muszę jednak przyznać, że ostatnio gorzej mi się książek słucha (jednak preferuję wydania papierowe) i to mogło rzutować na ocenę.
Wydawnictwo Replika prezentuje najnowszy tom serii Wierzenia i zwyczaje. "Lud polski, jego zwyczaje i zabobony" Łukasza Gołębiowskiego w księgarniach od 9 czerwca 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie zawiera 368 stron, w cenie detalicznej 59,90 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Dawne zwyczaje i zapomniane zabobony – żywa kronika polskiej wsi.
Fascynująca, historyczna panorama życia codziennego polskiej wsi na początku XIX wieku, spisana przez jednego z pierwszych polskich etnografów, Łukasza Gołębiowskiego powstańca kościuszkowskiego, historyka i badacza kultury ludowej.
Autor wnikliwie opisuje codzienne obyczaje, wierzenia, obrzędy i zabobony chłopów z różnych regionów kraju, zestawiając je z regionalnymi różnicami i podobieństwami. Znajdziemy tu zarówno barwne opisy tradycyjnych strojów, jak i przejmujące relacje o ludowych wierzeniach – od przesądów związanych z pogodą po obrzędowe praktyki lecznicze. Jego tekst ukazuje świat, w którym sacrum i profanum, praca i rytuał splatały się nierozerwalnie, tworząc bogatą mozaikę polskiej kultury ludowej.
Ta książka to cenny dokument etnologiczny i zarazem żywy portret polskiego ludu sprzed dwóch wieków – źródło wiedzy dla historyków, antropologów, folklorystów i wszystkich miłośników kultury tradycyjnej.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Trzeci tom z Krzyskim i Majskim. Lepszy niż poprzedni. Pan autor trochę namieszał w życiu czy też nieżyciu niektórych bohaterów z poprzednich części. Generalnie może być.
Drugi tom o Krzyskim i Majskim. Taki średniaczek, ale może być. Główny bohater dalej wkurzał, autor się starał wprowadzić trochę okultyzmu czy innego mistycyzmu, ale to jakieś takie nie wiem. No średniaczek.