To film Dreyera, wiec musik dać punkt więcej, ale moim zdaniem nie był to wyjątkowy film, na pewno nie o takiej sile rażenia jak Męczeństwo Joanny d'Arc.
Jest rok 1623. Anna wyszła za mąż za o wiele starszego od siebie Absalona, szefa inkwizytorów. Mniej więcej w tym samym czasie wraca do domu dorosły syn Absalona - Martin. Anna udziela schronienia kobiecie, która została oskarżona o czary - i dzięki temu dowiaduje się szczegółów zawarcia swojego małżeństwa - matka Anny też była oskarżana o czary, ale Absalon uniewinnił ją za rękę córki. Wyżej wspomniana kobieta zostaje złapana jednak, torturowana przyznaje się i zostaje spalona na stosie.
Anna wpada w romans z synem męża i coraz częściej nie kryje się z tym, że chciałaby by ten stary dziad zdechł. Watch what you thinking. Pewnego razu Anna nie wytrzymuje i wyjawia prawdę Absolonowi o romansie z jego synem, co zabija starego inkwizytora.
Najgorzej czuję się z samą sobą, że nie poczułam "dzieła". Ale wątpię bym chciała kiedyś powtórzyć ten seans, jak coś do wolę kolejny raz popatrzeć na męki Joanny d'Arc.
Nareszcie coś perfekcyjne byle jakiego w #piechuroglada
----------
Tytuł: Before and After
Rok produkcji: 1996
Reżyseria: Barbet Schroeder
Kategoria: #dramat #thriller
Czas trwania: 108 min
Moja ocena: 5/10
W małym miasteczku odnalezione zostają zwłoki młodej dziewczyny. Dostępne poszlaki wskazują, że związek z jej śmiercią może mieć syn miejscowego artysty i jego żony.
Film, który na początku zapowiada się ciekawie ostatecznie zawodzi i jest mało interesujący. Rodzice, których grają Meryl Streep i Liam Neeson, zachowują się po prostu kretyńsko i egoistycznie, a każda ich chęć pomocy powoduje kolejne problemy. Dialogi są jakieś sztuczne i nieprzekonywujące, a dziewczynka grająca córkę bohaterów jest potwornie drewniana. Edward Furlong grający syna również nie zachwyca. Całość jest nakręcona jakoś bez polotu, nie czuć napięcia. Polecam chyba tylko jako coś, co leci w tle przy innych zajęciach.
Film, który wtłacza w fotel. W taki sposób można go opisać i aż byłem zaskoczony, że nikt go tu nie opisywał. Może dlatego, że ciężko go znaleźć w necie (jakby co - pw). Opowiada nam o tytułowej drodze na południe, tj. tułaczce nienazwanego ojca i syna. Łączy ich bardzo mocna więź przetrwania szaro-burym, post-apokaliptycznym świecie przypominającym Bytom przez 8 miesięcy w roku. I mimo iż można odnieść takie wrażenie patrząc na skalę zrujnowanych budynków i wszędobylską biedę oraz patologię, rzecz się dzieje w USA.
Film skupia się przede wszystkich na ich relacji, trudach, daje szczyptę uśmieszku, ale przede wszystkim zadaje pytania o człowieczeństwo w kryzysowych sytuacjach. Ukazuje ich przygody w owej tułaczce, gdzie liczą że na południu dotrą do miejsca, w którym jest bezpiecznie i będą mieli jedzenia pod dostatkiem. Nie ma fajerwerków, nie ma zombie ani nic takiego. Po prostu walka o przetrwanie z interesującym zakończeniem.
Film charakteryzuje bardzo mroczny, ciężki klimat i naprawdę skłania do wielu rozmyślań. Jedyne do czego mogę się przyczepić to 3 rzeczy:
Chłopak drze pi... ryjca. Nawet jak powinien być cicho, to ciągle gada i wydaje odgłosy. Nie jest to małe dziecko i powinien już to rozumieć.
Brakuje mi wyjaśnienia takiego stanu rzeczy post-apokaliptycznego świata. Co to spowodowało, od jak dawna trwa?
Te szare kolory to aż miejscami do przesady, rozumiem że jest to efekt tak jak pomarańcz w Meksyku, ale jednak miejscami było to aż prześwietlone.
Niemniej mimo to bardzo, bardzo polecam. Dawno żaden film mnie tak nie zaskoczył. Gdyby nie te 3 rzeczy, a nawet dwie (bez dwójki) to film miałby dziesiątkę. A jak dotąd na kilkaset filmów tylko Zielonej Mili, Ojcu Chrzestnemu, Przełęczy Ocalonych oraz Królestwo Niebieskiemu takie dałem.
No nie wiem, tam było więcej takich rzeczy, z tego co pamiętam to była scena z jakimiś ludźmi zombie trzymanymi w piwnicy i kilka podobnych ukłonów w stronę amerykańskiego widza. Dla mnie w filmach postapo najbardziej przerażający jest realizm, pokazanie jak świat może faktycznie wyglądać. Natomiast tutaj momentami ten ciężki mroczny klimat przypomina horror klasy B.
A szkoda, bo takimi zagrywkami wycelowanymi w przyciągnięcie amerykańskich fanów zombie zepsuli naprawdę fajny film. Przynajmniej tak to pamiętam, może obejrzę ponownie...
@voy.Wu Spojler: w książce i w filmie to nie byli zombie a ludzie. McCarthy chciał pokazać "Żywą spiżarnie". Tak jak krety obgryzają dżdżownicom końcówki by nie uciekały tak nawet w książce był opis człowieka z obciętymi nogami aż do bioder i przypalonymi kikutami.
@Atexor parę razy ten film był tutaj przytaczany. Idea szarości wzięła się z tego że zatrzymała się cała wegetacja, stąd młody przy scenie pod wodospadem krzyczy "Kolory!".
Właśnie sobie uświadamiam jak bardzo mnie ten film i książka wgniotły mimo tego że widziałem to z 15 lat temu.
Edit:
W książce jest jeszcze scena z noworodkiem, jedyne co mogę powiedzieć że "Ludzkość zjada własną przyszłość". Podobno nawet nagrali ten fragment ale reżyser uznał to za zbyt drastyczne.
@m_h Tak, też mnie zaskoczyła ta scena. Razem z małym bunkrem to była miła odskocznia. A z noworodkiem nie znałem, ale domyślam się... Z tą wegetacją też mialem rozminę, bo było widać zimę, a wiele drzew czy krzewów miało jakieś stare liście itp. Ta apokalipsa trwała parę lat, więc powinny się one rozłożyć :P. No i dziwne, że wszystko przestało rosnąć a powietrze jest zdatne do oddychania. Dlatego brakuje mi jakiegoś wyjaśnienia.
Co do przytaczania filmu to ostatnio ktoś go wspomniał na jakimś tagu VHS cos tam, ale #filmmeter go nie pokazał. Sam uzupełniłem parametry.
@voy.Wu - kolega wyżej wyjaśnił. To ludzie, jeden pamiętam w ogóle bez kończyny. Żywy inwentarza trzymany w ciemnicy dla kanibali, a w łazience były resztki z ich oporządzania. Przecież nikt by zombie nie jadł.
Mam na liście do obejrzenia. Książka bardzo utkwiła mi w pamięci.
Ciekawostka: jest fanowska teoria, mówiąca, że przyczyną apokalipsy był wybuch superwulkanu. Ma to sens a jak ja uslyszałem to nawet jeszcze bardziej "poczułem" ten świat. I jeszcze bardziej uderzył mnie opis świata z martwymi roślinami.
@dyskretna_transformata_fuhrera to w sumie miałoby sens, już takie wywołały male epoki lodowcowe i mniej światła. No i te trzęsienia ziemi (wtórne?). Po takim Yellowstone pewnie byłoby ich sporo. Tylko opadu tego syfu z nieba brakuje.
W Niemczech czasów II WŚ żydowski chad badboy dyma puszczalskie ni3mki.
Powyższy opis może zwiastować gunwo, ale to całkiem dobry film, nakręcony bez typowego dla rodzimego kina martyrologicznego zacięcia, ze świetną główną rolą. Co prawda prawdopodobieństwo hajlajfu kelnerów w stylu Orgazmusa budzi moje wątpliwości, ale wyjątkowo zawieszę mój sceptycyzm na kołku, bo zwyczajnie nie chce mi się teraz robić researchu, w jakim procencie Tyrmanda (autora pierwowzoru książkowego, przyp. tłum.) poniosła fantazja.
Obejrzałem za poleceniem (7/10 zachęca). Zrobił na mnie spore wrażenie i to nie tym ruch@niem Niemr. Świetna kreacja głównej roli, dobrze oddany klimat, niezła reżyseria. Warto.
Chciałam obejrzeć sobie film o tym ruskim tenisiście co jak przegrywa to uderza się rakietą w udo, ale to nie było o nim. Uważajcie co włączacie!
A teraz na poważnie: zawsze gdy włączam Tarkowskiego mam ten sam problem - film mi się podoba MEGA, ale nie wiem czy wszystko rozumiem.
W tym przypadku jest trochę łatwiej, bo to historia średniowiecznego mnicha i twórcy ikon - Andrieja Rublowa. Przez pryzmat lat obserwujemy jego losy, ale przede wszystkim obserwujemy jego rozterki, falę cierpienia i przemocy i średniowieczną Ruś, którą przemierza tytułowy bohater.
Rublow jest niczym Chrystus - widać od samego początku po jego umęczonej twarzy, że zmierza ten człowiek ku jakiemuś niewyobrażalnemu cierpieniu. Na początku drogi towarzyszą mu dwaj mnisi, niczym jezusowe łotry w drodze na Golgotę. Potem ich drogi się rozejdą, ale będą się czasem pojawiać znowu. To bardzo ważne i symboliczne postacie w życiu samego ikonotwórcy.
Akcja zaczyna się w roku 1408, gdy Rublow wędruje z towarzyszami. Potem dostaje propozycję stworzenia ikon w jakieś katedrze (wybaczcie brak szczegółów, nie robiłam notatek ;), co sprawia, że jeden z jego towarzyszy, nie mogąc znieść zawiści wobec kolegi, sam odchodzi z zakonu.
Rublow pracuje nad ikoną, obserwujemy jego poczynania. Jednak najazd Tatarów burzy jego dotychczasowe życie. Jest świadkiem przemocy i mordów - sam w akcie obrony pewnej kobiety zabija człowieka. To sprawia, że Andriej porzuca tworzenie ikon i zamilczy (dosłownie) na wiele lat.
Lata mijają, a świat niby się nie zmienia, a jednak zmienia. Artysta jest świadkiem wielu wydarzeń - jednym z najlepszych i najbardziej zapadających w pamięć fragmentów filmu jest odlewanie wielkiego dzwonu dla księcia Rusi oraz jego pierwsze uruchomienie - tutaj obserwujemy postęp twórczy syna ludwisarza, Borysa. To wielkie oddanie chłopaka przebudzi dawnego Andrieja - Andrieja twórcę.
Co tu dalej opowiadać. Kto lubi Tarkowskiego nie będzie się nudził. To są filmy ciężkie, powolne, nie dają łatwych odpowiedzi. I znowu film o religii, co dla mnie, ateistki, jest zawsze trudne w filmach Tarkowskiego. Ale mistrzowska narracja i realizacja nie pomaga mi się bawić w ocenę takich poglądów. Mogę tylko ocenić skalę odczuć - ta jest wymaksowana, ten film daje tak wiele do myślenia.
Na przykład czym jest pokuta? Pod koniec jeden z dwójki towarzyszy Andrieja narzeka, że za swoje grzechy musi przepisać Biblię kilkanaście razy - straszna sprawa, bo lat zostało mało a to taka żmudna robota. Tymczasem Rublow bez zastanowienia sam na siebie narzuca pokutę - pozbawia siebie możliwości tworzenia i mówienia.
To tylko jeden z przykładów. Ten film można rozkładać na tak wiele czynników. Wszystko ma mocny związek z religią, ale czyż religia nie była i nie jest czasem lustrem ludzkich rozterek?
Nie wiem jak to wszystko ocenić całościowo, czy 9/10 czy 10/10, a może przesadzam i wystarczy 8/10?. Dla mnie jak na razie każdy film Tarkowskiego to arcydzieło. Nie inaczej jest z tym tytułem.
Grupa emerytów mieszkają w domu spokojnej starości co czwartek spotyka się, by rozwiązywać zagadki kryminalne. Wskutek chciwości lokalnego biznesmena sami lądują w środku kryminalnej intrygi, którą próbują rozwiązać zanim zrobi to policja.
Strasznie sztuczny dla mnie to był film. Świat jak z żurnala, mało brudu i "elementu" społecznego. Do tego sama intryga kryminalna też średnia. Filmu nie ratuje plejada wybitnych aktorów.
Czwórka debili popełnia największy błąd życia i daje się zaprosić na obchody święta przesilenia letniego w odizolowanej sekcie na północy Szwecji.
Największymi atutami tego filmu są niewątpliwie zdjęcia i ścieżka dźwiękowa, które tworzą intrygujący klimat.
I na tym zalety się kończą, ponieważ:
Fabularnie za wiele tu nawiązań (i to na serio, a nie w ramach pastiszu) do opowiadającego bardzo podobną historię Kultu z 1973 i szczerze powiedziawszy, mając do wyboru oba dzieła, prędzej poleciłabym komuś do obejrzenia Kult;
Nie da się ukryć, że filmu by nie było, gdyby nie ujemne IQ paczki Amerykanów - jak widzę, że reżyser robi debila z widza poprzez zaserwowanie upośledzonych umysłowo bohaterów, to zawsze zaniżam ocenę;
Last, but not least, można by spokojnie wywalić ok. 45 minut z tego dzieła i historia niewiele by straciła; tutaj dłużyzny były tak męczące, że w pewnym momencie autentycznie mi oczki śpioch pokleił.
Aktorsko było tylko poprawnie.
Przy okazji pohejtuję również tłumaczenie tytułu, które jest kolejnym przykładem niedojebania umysłowego polskich dystrybutorów. Już to kiedyś pisałam na Hejto - połączenie oryginalnego tytułu i polskiego swobodnego tłumaczenia jest idiotyczne, albo zostawiamy tytuł oryginalny, albo przekład.
@Vampiress czytałem same pozytywne opinie o tym filmie, no i obejrzałem. Wg mnie takie 3-4/10. Tłumaczenie tytułu to jakaś pomyłka, choć ja na szczęście znam osoby tylko oryginalny tytuł.
Jak go zobaczyłem w "Warfare" jako żołnierza to się uśmiałem, bo ten gość to co najwyżej może zagrać takie role jak w "Midsommar" - upośledzonego i pizdowatego.
@Vampiress Wiem, bo niestety widziałem. Gość zdecydowanie ma odchyły. W "Beau Is Afraid" zrobił plagiat Borata z tymi zapasami gołych facetów. Tyle że tam to chociaż było śmiesznie a tu żałośnie.
Wyprawa eksperymentalna człowieka z kamerą, a za nim innego człowieka z kamerą. Vertov podpowiada nam co można wyczyniać z kamerą, gdy pokazuje ujęcia kręcenia.
Kamera wędruje po ulicach miasta, jego zakątkach i przede wszystkim po życiu ludzi. Czasem najpierw widzimy montowane skrawki taśmy, a kilkanaście minut później odkrywamy te sceny w pełnym ruchu. Z jednej strony ciekawy film dokumentujący życie miastowych pod koniec lat 20. XX wieku, z drugiej strony to laur miłości położony na szczyt kamery, za to, że można z nią robić tak wiele, prawie wszystko.
Vertov lubi eksperymentować i ten film tego jest wyrazem, ale nie jest to eksperyment toporny, wprost przeciwnie - dynamika filmu jest wręcz powalająca. Ten film mógłby powstać i dziś - jego wymowa jest niezmienna. Życie w oku kamery zyskuje, czemu tak jest, któż to wie? Ale tak jest i koniec - grzmi nieco z tego obrazu taka sentencja. Czy jest prawidłowa, czy się z nią zgadzamy to już mniej ważne. Ważne jest by patrzeć, obserwować. I kamerować.
/film można zobaczyć i usłyszeć między inymi na Flixclassic ze wspaniałym podkładem muzycznym The Cinematic Orchestra!/
Cast Away, tylko zimno. Zapraszam do #piechuroglada
----------
Tytuł: Arctic
Rok produkcji: 2018
Reżyseria: Joe Penna
Kategoria: #dramat #survival
Czas trwania: 97 min
Moja ocena: 7/10
Ocalały z katastrofy lotniczej mężczyzna stara się przeżyć w surowym środowisku Arktyki, oczekując na przybycie pomocy.
Film jednego aktora, w którym pada dosłownie kilkanaście słów. Historia tego, jak silna w ludziach jest wola przetrwania, ale pokazująca także, że nawet w najtrudniejszych warunkach można zachować swoje człowieczeństwo. Męczą tu Madsa Mikkelsena okrutnie i kiedy wydaje nam się, że bardziej nie można, nagle zostajemy wyprowadzeni z błędu. Postawiono tu sporo na realizm, co widać zwłaszcza w surwiwalowych aspektach filmu - rzecz warta docenienia. Polecam fanom kina o charcie ducha i mocy charakteru.
Rewolucje to ja miałem w bebechach po obejrzeniu tego filmu. Moim zdaniem - najgorsza część i nawet Lord Elrond tego nie uratował. Podczas oglądania myślałem, że się zaziewam.
Wydaje mi się, że problem z dwójką (2 i 3 część traktuje jako jedno dzieło) polega na tym, że poszli mocno w symbolizm i nawiązania i wiele osób nie nadążało.
No i starali się nie wspominać o tej bzdurnej idei bateryjek xD
Szczerze mówiąc - ta część mnie totalnie nie porwała. Nie mogę powiedzieć, że się bawiłem podczas oglądania tej części, jednakże nie było źle (jak przy oglądaniu "trójki"). Ocena w dół za długą, niepotrzebną i ciągnącą się scenę tańca/seksu (po co to komu?). Do jedynki nie ma podjazdu.
Trudny film do opisania, poprzez łatwość do zaspojlerowania.
Niech będzie więc: dziewczyna obejmuje posadę w roli pomocy domowej u pewnego małżeństwa. Obydwie strony mają swoje sekrety xD
Książki nie czytałem, czego po seansie trochę żałuję, bo pewnie by mi podeszła, a tak to trochę bez sensu do niej siadać. Film w każdym razie polecam, bardzo mi się spodobał. Ocena może ciut nad wyrost, ale z kolei 7 byłoby małym niedociągnięciem.
PS. Jak zawsze "spóźniliśmy się" na film aby uniknąć reklam, dzisiaj jedyne 11 minut... i przeżyliśmy szok, bo film się właśnie zaczynał. 11 minut w Cinema City, wieczorem, w dzień wolny od pracy - niebywałe.
Takie tam o problemach rasowych w USA. Produkcja z 2011 roku, kiedy jeszcze się dało kręcić takie rzeczy, bo ludzie nie mieli łbów przeżartych przez Twittera.
Ładny, z głupkowatą i nieciekawą fabułą, ale jednak ładny. Efekty 3D nienachalne - nie wiem, czy to kwestia ekranu (seans odbył się w kinie studyjnym) czy taka była decyzja twórców. Pod koniec prawie już nie mogłem wysiedzieć, ale to w końcu ponad trzy godziny oglądania.
W swojej kategorii, czyli czystej rozrywki, solidne 8/10. Jakby zadbano o lepszą fabułę, to mógłbym pomyśleć o wyższej ocenie.
Filmy trzeba oceniać w osobnych kategoriach. Na „Avatarach” bawiłem się znacznie lepiej niż na dowolnym filmie od Marvela i nie oczekuję od tej serii niczego innego oprócz „ładnych ruchomych obrazków”.
Podczas wykonywania ściśle tajnej misji oficer służb specjalnych ginie z rąk przełożonego. Po pięciu latach zostaje jednak wskrzeszony i powraca na Ziemię.
Fabuła średnia, CGI daremne. Chyba najsłabszy film jaki oglądałem w ostatnich latach.
Pierwszy film jaki obejrzałem w 2026 roku to Sny o pociągach. Spodobał mi się głównie przez spokojne tempo akcji i sposób, w jaki pokazano przemijanie. Bardzo na plus były widoczki i leśny klimat, które budowały fajną, naturalną atmosferę. Całość dawała takie powolne, relaksujące doświadczenie — bez pośpiechu, bardziej do odczuwania niż do analizowania. Niekiedy smutny, ale ostatecznie chillujący film godny polecenia.
USA, schyłek I WŚ. Młodziutka Pearl pod nieobecność męża walczącego na froncie mieszka na farmie z apodyktyczną matką i sparaliżowanym ojcem. Dziewczyna marzy o wyrwaniu się z rodzinnego zadupia i karierze w showbiznesie, czemu zdecydowanie sprzeciwia się jej matka. Narastający konflikt między nimi prowadzi do tragedii.
Ciekawy film, ale trochę nie rozumiem spuszczania się nad nim przez rozmaite tuzy kina (np. Martina Scorsese, który ponoć spać nie mógł po seansie), bo fabularnie ten film to trochę skrzyżowanie Psychozy i randomowego slashera dziejącego się na farmie, a wizualne nawiązania do kina lat 30-50. nie do końca się tu sprawdzają (nie ta epoka, tutaj powinny być nawiązania do estetyki kina niemego).
Dom Dobry Wojciecha Smarzowskiego od piątku 23 stycznia będzie można obejrzeć na platformie streamingowej Prime Video. W kinach film zobaczyło aż ponad 2,3 mln widzów.
@kodyak oj tak. Sama miałam pokusę, aby to obejrzeć. Ale stwierdziłam, że nie chcę się karmić tego typu emocjami i otaczać treściami, które mogą zaburzyć ciągle wypracowywana i kruchą równowagę emocjonalną