Dziś mam kilka wniosków dla ludzi którzy się wahają, nie wiedzą, boją.
-
Rodzicielstwo wychodzi tylko wtedy kiedy czujesz się gotowa na zmiany. Nie na posiadanie dziecka, na to nigdy nie jest się gotowym. Jeśli jesteś w stanie zaakceptować że twój świat taki jaki dzisiaj znasz zmieni się totalnie, ty się zmienisz, nawet ludzie wokół ciebie się zmienią. Ja jak decydowałem się na dziecko to czułem że stoję w miejscu, dużo rzeczy zaczęliśmy w życiu zmieniać, i ta zmiana też się załapała.
-
W związku: Nie ma rodzicielstwa bez partnerstwa. To zrozumienie że i jedna i druga strona musi coś poświęcić, ale też i jedna i druga strona będzie korzystać, oraz że obie strony dbają o siebie nawzajem. To też zrozumienie, że każdy powinien zadbać o siebie, bo jak jedna strona zacznie się za bardzo poświęcać bez zgody na to, to to wywali szambem prędzej czy później. Dużo rozmów o tym jak chcecie żeby wyglądało wasze życie, oraz 100% zaufania i odpowiedzialności w to żeby to się wydarzyło przez obie ze stron.
-
Wewnątrz siebie: To zaakceptowanie że moje nie musi być na górze i nastawienie się na słuchanie i bycie otwartym na potrzeby: dziecka, partnerki i swoje, oraz umiejętność ich i komunikacji.
Rodzicielstwo absolutnie nie jest dla hedonistów (i nie krytykuję tu hedonizmu, po prostu (w mojej ocenie) jedno wyklucza drugie), oraz osób które "wiedzą najlepiej". Znam pary gdzie facet chciał być zaangażowanym ojcem i słyszał wiecznie "zostaw, nie umiesz, źle robisz" czy to od żony, matki, teściowej, i w końcu zabijały w nim tę wolę. Znam parę która po wpadce zaczęła się szczerze nienawidzić bo żadne nie umiało się pogodzić ze zmianami jakie to niosło, a wyszło że łączą ich jedynie wspólne hobby na które zabrakło czasu.
Ja sam nigdy nie żałowałem decyzji, ale znam ludzi którzy żałują i, z moich obserwacji, najczęściej dzieje się tak w parach które zwyczajnie nie rozmawiają tak szczerze między sobą. Nie o serialach, nie o hobby, nie o tym co jutro kupić, tylko o swoich głębokich potrzebach, uczuciach, bólach, radościach.
Jeszcze odniosę się do tego:
Lubię sobie czilować przy komputerku i grać w jakieś badziewie i na rower swobodnie wyskoczyć, urwać się na nieplanowaną wycieczkę, a później się nie da.
Oczywiście że się da, ale nie od razu. Pierwszy rok to po prostu walka o przetrwanie dla wszystkich. Później zaczyna się robić przestrzeń na powolny (podkreślam - powolny) powrót do życia. U nas to były prawie trzy lata, kiedy oboje zaczęliśmy mieć czas i swobodę na to żeby każde robiło swoje rzeczy w spokoju. Na pewno nie z taką intensywnością jak dawniej, ale pojawiło się mnóstwo rzeczy które zaczęliśmy lubić robić (nie przehandlowałbym choćby 5 minut budowania lotniska z duplo za cały wolny weekend dla siebie).
Ogólnie fajnie że o tym myślisz, myślę że gdyby więcej ludzi porządnie takie coś przemyślało, to może i demograficznie bylibyśmy w dupie bardziej niż jesteśmy, ale może bylibyśmy zdrowsi jako społeczeństwo.