pisowcy politycy dzisiaj pokazali jakiś nowy poziom głupoty
#polityka


pisowcy politycy dzisiaj pokazali jakiś nowy poziom głupoty
#polityka

Zaloguj się aby komentować
Wojna
Treść dla dorosłych lub kontrowersyjna
Wojna
Treść dla dorosłych lub kontrowersyjna
Na 12:00 miasta +5.04p, wsie +3.83p (względem frekwencji z 1. tury)
#polityka

Zaloguj się aby komentować
Sprawdzam co w przypadku remisu, a tu takie cudo
#polityka

Zaloguj się aby komentować
Chłop w radiu opowiadał, że jak pracował w komisji, to ktoś zamazał całą kartę rysunkami, bzdetami, na dole narysował świnkę Peppę i na nią zagłosował. W parę osób siedzieli nad tą kartą i dwie linie z bazgrołów przypadkiem przecięły się w kratce. Głos ważny.
#polityka
Zaloguj się aby komentować
436 + 1 = 437
Tytuł: Telemaniak
Rok produkcji: 1996
Kategoria: Dramat / Komedia
Reżyseria: Ben Stiller
Czas trwania: 1h 36m
Ocena: 6/10
Durny film z dzieciństwa na starość jeszcze durniejszy.
#filmmeter

Zaloguj się aby komentować
I tak to się żyje na rynku książek
#ksiazki

Zaloguj się aby komentować
434 + 1 = 435
Tytuł: Jojo Rabbit
Rok produkcji: 2019
Kategoria: Dramat / Komedia / Wojenny
Reżyseria: Taika Waititi
Czas trwania: 1h 48m
Ocena: 7/10
Gdzieś tam czają się Rosjanie. Oni są najgorsi. Podobno jedzą dzieci i sekszą się z psami. Anglicy tak samo. Trzeba ich zatrzymać i ratować nas i nasze psiaki.
Dzieciak próbuje spełnić oczekiwania społeczne i być nazistą, w czym pomaga mu zmyślony przyjaciel Adolf Hitler. Sprawę komplikuje poznanie młodej Żydówki.
Głównie zabawnie, ale trochę też straszno. Bardzo sympatyczny film.
Wygenerowano za pomocą https://filmmeter.vercel.app
#filmmeter

Zaloguj się aby komentować
Grażyna Plebanek została prezydentką Europejskiej Rady Pisarzy, która zrzesza autorki i autorów:
Big Techy, takie jak Meta, zasysają nasze dzieła bez pytania o zgodę, bez wynagrodzenia i bez przejrzystości - nie ma informacji ani rozliczeń. To jest szara strefa. Meta przyznała nawet, że wykorzystała nasze dzieła z pirackiej strony Library Genesis, którą w 2008 r. stworzyli Rosjanie. Ta strona spiratowała około 7,5 mln książek, w tym moje i wielu moich znajomych z różnych krajów. Mamy więc do czynienia z kradzieżą dzieł literackich na największą skalę w historii.
W Polsce rynek działa patologicznie. Z raportu Instytutu Książki wynika, że autorzy zarabiają średnio 2,5 tys. brutto miesięcznie, czyli 5-7 proc. od ceny widocznej na okładce. Pozostałe pieniądze trafiają do innych graczy na rynku, ale przede wszystkim do dystrybutorów.
We Francji, Belgii, Holandii czy Norwegii wprowadzono stałą cenę książki. To rozwiązanie nie jest idealne, ale przynajmniej autor wie, ile mniej więcej może zarobić. Natomiast w Polsce książka już w dniu premiery jest przeceniona, a następnego dnia dostępna jest na pirackich stronach za darmo. Nie ma zabezpieczeń dla autorów.
Brak danych dotyczących sprzedaży książek to w Polsce zjawisko powszechne. Zorganizowaliśmy kiedyś w Brukseli z EWC konferencję dla Komisji Europejskiej, żeby opowiedzieć, jak funkcjonują autorzy i rynek książki. Było mi wstyd, kiedy ze wszystkich krajów spływały dane dotyczące sprzedaży, tylko nie z Polski.
W tej chwili niektórzy już zastępują tłumaczy literackich i wykorzystują programy. To samo może się przytrafić autorom. Wkrótce sztuczna inteligencja, zbierając informacje o określonym użytkowniku, będzie w stanie wytworzyć taką literaturę, którą chcielibyśmy przeczytać.
#wiadomoscipolska #ksiazki
Zaloguj się aby komentować
kończcie tę ciszę wyborczą, bo tvnowi już odbija
#heheszki

Zaloguj się aby komentować
Czym jest afera reprywatyzacyjna w Warszawie i co ma z nią wspólnego Bierut.
___
Nieruchomości w obrębie miasta stołecznego Warszawy znacjonalizowane zostały „hurtem”, odrębnym aktem prawnym, tzw. dekretem Bieruta. Przy całej drastyczności tego posunięcia stały za nim racje, których można bronić: przejęcie na własność dosłownie „całego miasta” miało umożliwić jego odbudowę. Warszawa w 1945 r. była morzem ruin, zniszczeniu uległo 67% zabudowy. Odbudowa Warszawy w ramach spójnego założenia urbanistycznego bez nacjonalizacji nie byłaby najprawdopodobniej możliwa.
Prawdziwym problemem w III RP okazało się jednak – paradoksalnie – to, że dekret przewidywał w miarę cywilizowane mechanizmy gwarantujące ochronę byłych właścicieli: wywłaszczonym przysługiwało odszkodowanie lub odrębne prawo własności budynku, mieli też oni prawo żądać przyznania im prawa wieczystej dzierżawy gruntu. Gwarancji tych władza ludowa nie zamierzała jednak przestrzegać: termin na złożenie stosownych wniosków był – biorąc pod uwagę powojenne realia – bardzo krótki, wynosił zaledwie 6 miesięcy; ci zaś, którzy mimo wszystko zdołali taki wniosek złożyć, najczęściej spotykali się z odmową, bądź też złożone przez nich wnioski nie były rozpatrywane w ogóle.
Oznaczało to, że po upadku komunizmu byłym właścicielom (a właściwie najczęściej – ich spadkobiercom) nadal przysługiwały uprawnienia wynikające z dekretu Bieruta, który – zgodnie z przyjętą tak przez polityków, jak i przez prawników zasadą ciągłości prawnej Polski Ludowej, PRL i III RP – wciąż obowiązywał. Mogli więc oni żądać wydania decyzji w sprawie, w której właściwy wniosek złożyli ich poprzednicy prawni lub też domagać się stwierdzenia nieważności decyzji odmownej.
Władza ludowa, dążąc po wojnie do zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych ludności, zamierzała jednocześnie w jak największym stopniu osłabić własność prywatną i nie dopuścić do jej upowszechnienia w państwie „realnego socjalizmu”. Stąd też podstawową formą „uprawnienia” do korzystania z mieszkania stała się w Polsce Ludowej i w PRL decyzja przydziałowa. Możliwość zajmowania lokalu mieszkalnego zależała od otrzymania od właściwego organu „przydziału”, czyli decyzji zezwalającej na zajęcie określonej powierzchni. W początkowym okresie, bezpośrednio po wojnie, przyznawano w ten sposób „uprawnienie” do zamieszkiwania w zachowanych zasobach mieszkaniowych, również wtedy, gdy stanowiły one własność prywatną. W przypadkach, w których właściciel był nieobecny (co dotyczyło zwłaszcza kamienic należących przed wojną do Żydów), organy administracji przejmowały nad taką nieruchomością zarząd, pobierając czynsze od zakwaterowanych w niej lokatorów.
Najemcy zajmujący lokal w oparciu o przydział przyzwyczaili się uważać zajmowane mieszkania za swoje. Wynikało to z relatywnie wysokiego poziomu bezpieczeństwa socjalnego, jakie władza zapewniała za czasów PRL tej formie korzystania z nieruchomości oraz z długiego okresu, w jakim rozwiązanie to funkcjonowało jako forma użytkowania lokalu. W tym sensie polityka komunistów odniosła przewrotny sukces: ludzie rzeczywiście zapomnieli, czym jest „prawdziwa” własność w rozumieniu prawa cywilnego; za pewnego rodzaju – intuicyjnie rozumianą – własność uważali natomiast zajmowane w ramach kwaterunku lokale.
Co szalenie istotne – płacone przez lokatorów w czasach komunizmu czynsze były bardzo niskie, wręcz symboliczne.
Powrót stosunków rynkowych po 1989 r. i zgłaszanie się spadkobierców byłych właścicieli, pragnących odzyskać swoje kamienice, spowodowały ostry konflikt społeczny, w którym po jednej stronie stała stosunkowo niewielka grupa potomków wywłaszczonych, po drugiej zaś – kilka milionów lokatorów kwaterunkowych.
W świetle prawa cywilnego ci ostatni byli bez szans: przysługiwał im wyłącznie najem zajmowanych mieszkań, najem zaś można wypowiedzieć – lub podnieść należny za niego czynsz. Rozwiązanie tego problemu mogło być tylko polityczne, uwzględniające czynniki pozaprawne, takie jak subiektywne przekonanie lokatorów, że zajmowane lokale są „ich”, biorące pod uwagę potrzebę zapewnienia bezpieczeństwa socjalnego dużej (i relatywnie ubogiej) grupie obywateli, wreszcie – uwzględniające potrzebę zaspokojenia roszczeń byłych właścicieli.
Idealnie sprawiedliwe wyważenie interesów obu grup nie było możliwe.
Państwo jednak, podobnie jak we wszystkich sprawach związanych z reprywatyzacją, ponownie umyło ręce i to w sposób najgorszy z możliwych, przyjmując rozwiązanie krzywdzące zarówno lokatorów, jak i byłych właścicieli: uchwalono ustawę ograniczającą możliwość podwyższania czynszu lokatorom kwaterunkowym przez prywatnego właściciela kamienicy i zakazując jednocześnie wypowiadania takich stosunków najmu. Czynsze miały zostać uwolnione dopiero od 2005 r.
Rozwiązanie to nie rozwiązywało niczego: wobec rosnących cen nieruchomości większość lokatorów nie miała szans na zebranie w ciągu 9 lat funduszy wystarczających na kupienie mieszkania na własność, najbardziej bezradnym z nich dało natomiast złudne poczucie chwilowego bezpieczeństwa. Właściciele, odzyskujący swoje kamienice, zostali obciążeni kosztami ich remontów i utrzymania (w wyniku wieloletnich zaniedbań zwykle bardzo wysokimi), bez możliwości czerpania zysków ze swojej świeżo odzyskanej własności. Wielu z nich w tej sytuacji decydowało się sprzedać – po mocno obniżonej cenie – odzyskane kamienice inwestorom, którzy mogli sobie pozwolić na czekanie, aż czynsze zostaną uwolnione bądź aż lokatorzy wymrą. Albo też takim, którzy potrafili pozbyć się lokatorów metodami pozaprawnymi.
Powszechne stało się ich szykanowanie i „zachęcanie” do rezygnacji z najmu kwaterunkowego przy wykorzystaniu rozbudowanego repertuaru zachowań przemocowych; spadkobiercy byłych właścicieli sprzedawali też przysługujące im prawa do nieodzyskanych jeszcze nieruchomości na rzecz ludzi, którzy uważali, że poradzą sobie zarówno z ich odzyskaniem, jak i z problemem lokatorów. Zjawiska te występowały w całej Polsce, jednak ze szczególną intensywnością skumulowały się w Warszawie, gdzie – ze względu na dekret Bieruta – uzyskanie praw do nieruchomości było relatywnie łatwiejsze (co nie znaczy, że proste), zaś ich ceny rosły najszybciej.
W ten sposób doszło do powstania zjawiska określanego jako „mafia reprywatyzacyjna”: dobrze zorganizowanych grup, dysponujących wiedzą, kontaktami, a nierzadko również zdolnością do stosowania bezprawnej przemocy.
Dziwnym zbiegiem okoliczności, wnioski reprywatyzacyjne składane w warszawskim ratuszu przez osoby powiązane z takimi grupami rozpatrywane były z reguły sprawnie i przychylnie, zaś odzyskane przez nich kamienice skutecznie „czyszczone” z lokatorów.
Cały ten problem społeczny pozostawał właściwie w cieniu i nie budził zainteresowania mediów – do momentu, w którym w Lesie Kabackim znaleziono spalone zwłoki Jolanty Brzeskiej, lokatorki i aktywistki, działaczki Warszawskiego Stowarzyszenie Lokatorów.
Pomimo że działania tzw. handlarzy roszczeń w ramach „dzikiej reprywatyzacji” stały się w końcu przedmiotem debaty publicznej i zostały nagłośnione w atmosferze skandalu, to statystyki nie dają podstaw do przyjęcia, że warszawskie procesy reprywatyzacyjne opierały się w większości na działaniach przestępczych, korumpowaniu urzędników i tym podobnych zachowaniach: zgodnie z Białą księgą reprywatyzacji, opublikowaną przez Urząd Miasta Warszawy, 88% zwrotów nieruchomości nastąpiło na rzecz bezpośrednich spadkobierców byłych właścicieli (choć duża część z nich następnie szybko odzyskane nieruchomości sprzedawała). Z 1201 warszawskich decyzji reprywatyzacyjnych poddanych analizie przez Centralne Biuro Antykorupcyjne w 2016 r., nieprawidłowości zarzucono… w dwunastu z nich (ostatecznie trzy trafiły do prokuratury). Reprywatyzacja gruntów miejskich postrzegana była przez dużą część społeczeństwa jako niesprawiedliwa i bezprawna nie dlatego, że dochodziło podczas niej do szczególnej ilości nadużyć. Zawiodło samo prawo.
Zawiedli przede wszystkim politycy, którzy je stanowią. W przypadku reprywatyzacji warszawskiej rola sądów była bardzo ograniczona. W społecznym odczuciu ich działania postrzegane były jednak jako wsparcie osób bezwzględnie dążących do pozbycia się lokatorów kwaterunkowych (przede wszystkim na skutek procesów eksmisyjnych). Zaciążyło to dodatkowo nad postrzeganiem wymiaru sprawiedliwości przez Polaków i miało swoje konsekwencje po 2015 r.
W szerszym wymiarze reprywatyzacja stanowi szczególny case study funkcjonowania państwa postkomunistycznego: państwa, w którym władza polityczna nie potrafi rozwiązać istotnego problemu społecznego i nieudolnie odsuwa go od siebie, cedując rozstrzyganie związanych z nim kwestii na innych – w tym wypadku na sądownictwo, niedysponujące możliwością rozwiązywania problemów politycznych. W ostatecznym rozrachunku wszyscy zainteresowani czuli się przez to państwo pokrzywdzeni.
(Fragmenty książki Transnaród. Polacy w poszukiwaniu politycznej formy)
#historia #nieruchomosci





Reprywatyzacja, czyli kto miał plecy albo dużo na posmarowanie, to dostał. Cała reszta po dziś dzień się procesuje, a sądy robią co mogą, żeby sprawy uwalać.
Dekret Bieruta, to też piękny przykład, że dziś masz majątek, a jutro może zostać znacjonalizowany.
@Miedzyzdroje2005 o tym że jakieś odszkodowania za mienie zaburzańskie dostaniesz też zapomnij. Kiedyś był pomysł, żeby obligacje dawać i na pomyśle się skończyło. Chłopstwu rozdali ziemie odzyskane, a "pany" guano dostały.
Zaloguj się aby komentować
Dlaczego partie obecnego duopolu robią tak niewiele w porównaniu z poprzednikami?
___
Z dzisiejszej perspektywy, po dwóch kadencjach rządów najpierw Platformy Obywatelskiej, a następnie Prawa i Sprawiedliwości, podczas których obydwie te formacje unikały podejmowania dużych i złożonych przedsięwzięć nakierowanych na przebudowę instytucji państwa, może zadziwiać, że dwa rządy post-solidarnościowe epoki postkomunistycznej zdołały przygotować, uchwalić i wdrożyć szereg reform instytucjonalnych.
Większość z nich oceniamy dzisiaj surowo i rzeczywiście – stworzone w ich wyniku instytucje często były bardzo niedoskonałe. Tym niemniej od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej przedsięwzięcia reformatorskie o porównywalnej skali nie były już podejmowane niemal w ogóle. Słabe, koalicyjne rządy, stojące permanentnie w obliczu nieprzychylnego prezydenta były jednak zdolne – w przeciwieństwie do tych z okresu późniejszego – do realizowania ambitnych projektów legislacyjnych.
Wydaje się, że – paradoksalnie – wynikało to ze słabości partii politycznych tego czasu. W przeciwieństwie do dzisiejszych aktorów sceny politycznej, partie okresu postkomunistycznego były mocno zdecentralizowanymi organizmami (co dotyczyło nawet najpotężniejszej formacji, czyli SLD), dysponującymi bardzo skromnymi środkami finansowymi. Czyniło to ministrów w rządach koalicyjnych relatywnie silniejszymi wobec partii niż obecnie. Choć całość życia społecznego i gospodarczego kraju była w znacznie mniejszym stopniu kontrolowana przez instytucje polityczne, niż ma to miejsce dzisiaj, to jednak wycinek rzeczywistości podlegający indywidualnemu ministrowi stawiał mu mniejszy opór przy próbach narzucenia nowych reguł, niż ma to miejsce w dzisiejszych rządach. Działania polityków-indywidualistów były też w mniejszym stopniu kontestowane przez ich partyjnych kolegów, w dużej mierze dlatego, że – z reguły – nikt nie dysponował projektami alternatywnymi. Stąd też duża ilość reform zrealizowanych przez rząd Hanny Suchockiej i Jerzego Buzka miała charakter pomysłów autorskich.
Z punktu widzenia dalszej ewolucji systemu politycznego najistotniejszą (i najtrwalszą) z nich okazała się reforma administracyjna kraju, przeprowadzona w roku 1998. Jej autorem był prof. Michał Kulesza, pełnomocnik rządu ds. reformy samorządu terytorialnego. To właśnie jemu zawdzięczamy trójszczeblowy samorząd i podział na gminy, województwa i powiaty. Oprócz tego, że podział ten skutecznie osłabiał administrację centralną (co było zamierzonym celem reformy), to przede wszystkim wygenerował on olbrzymią ilość stanowisk, które w praktyce politycznej szybko zaczęły być obsadzane według klucza partyjnego. Przyczyniło się to w bardzo dużym stopniu do stopniowego powstania warstwy zawodowych polityków, tworzących lojalny i zdyscyplinowany aparat partyjny, co z kolei wzmocniło proces konsolidacji sceny politycznej. Dzisiejsza jej dwublokowość jest nie tylko konsekwencją wprowadzenia systemu finansowania partii z budżetu, ale również przyjętego modelu podziału terytorialnego. Wbrew intencjom autorów reformy, polityka lokalna oderwana od życia partyjnego funkcjonuje – do pewnego stopnia – wyłącznie na szczeblu gminy; organy powiatu i województwa (rada i sejmik) zdominowane zostały przez ogólnopolskie partie polityczne, stając się dla nich ważnym rezerwuarem stanowisk, których rozdzielanie stanowi ważną część polityki intrapartyjnej.
(Fragmenty książki Transnaród. Polacy w poszukiwaniu politycznej formy)
#polityka #ciekawostki
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
a ja przed ciszą chcę tylko napisać, że słaby wynik Trzaskowskiego (nawet wygrany), to nie jest wina Trzaskowskiego, wyborców PiSu, PiSu, konfederatów, zandbergowców, demokracji, symetrystów i czego tam jeszcze, a jest to wina przede wszystkim Donalda Tuska (no i trochę też sztabu wyborczego), tam powinniśmy kierować frustrację
#polityka
Zaloguj się aby komentować
Jakaś Pani doktór powiedziała fajną rzecz, że te wybory i emocje z nimi związane, to tak samo jak każde efekt nieprzepracowanej transformacji. Klasa wielkomiejska, która transformację wygrała walczy z klasą średnią niższą w dół. Jedna walczy o to by było jak jest, druga walczy o sprawiedliwość z ich punktu widzenia.
To wojna klasowa, której skrajnymi obrazkami są bójka patusów z blokowisk i rozdawanie przed kamerą ziemniaków ubogim.
#polityka
Zaloguj się aby komentować
Polecam cały artykuł, wspaniały jest, polityka z punktu widzenia młodego wyborcy Mentzena:
trafiłem do Łukasza, w październiku skończy 28 lat. W pierwszej turze zagłosował na Mentzena. Zaproponowałem mu, żebyśmy wspólnie spisali jego dziennik wyborczy przed rozstrzygającym głosowaniem. Jak dojrzewa do decyzji: pójść, nie iść, na kogo zagłosować? Zaczęliśmy w poniedziałek, zaraz po pierwszej turze.
– Po co to wszystko? – dopytywał.
– Żebyś pokazał mi świat zetek, wasze strachy, dylematy…
– Dobra, ale musimy się na coś umówić.
– OK.
– Nie chcę słyszeć o żadnych zetkach.
– Dlaczego?
– Bo wkurw mnie łapie. Wszędzie słyszę, że zetki to, zetki tamto. Chcesz zetek, to idź do jakiegoś baru śniadaniowego w Krakowie, zamów prosecco z wisienką i się porozglądaj. Poznasz ich po ciuchach, pewności siebie, luzie, bąbelkach w kieliszku. Zetki mają hajsy, pracują w korporacjach albo w firmach tatusiów. A ja jestem synem robotnika i nauczycielki. Żeby przetrwać na studiach, kelneruję w podrzędnej restauracji w centrum Krakowa. Na zleceniu za tyle, że godzinę na kilo truskawek muszę pracować. Sharma, kebab, kotlety i tak w kółko – wydawka za wydawką. Nie mogę już patrzyć na to żarcie, a i tak biorę, co mi dadzą, z czystej oszczędności.
No i ci moi znajomi, na pokojach mam dwójkę Zandbergowców i jednego pro-Trzaskowskiego. Fajne chłopaki, ale inny świat. Na śniadanie płatki owsiane ze świeżymi owocami, a przecież, mówię, kilo truskawek dwie dychy już kosztuje! Albo guacamole, albo te gotowe bułki, co im Ukrainki po biurze roznoszą.
Żaden ze mnie zetek, tylko zwykły chłopak. Wychowywałem się 80 km od Krakowa, nie jakaś tam dziura, ale hipstera nie uświadczysz. Z tymi moimi roomie łączą nas tylko proteinki przed siłką, czasem jakiegoś skuna zapalimy. No i jeszcze zrzuta na subskrypcję Netfliksa. I tyle mamy do pogadania.
W mieście już czwarty, czy piąty rok żyję. Z boku na to wszystko patrzę, ale zza talerzy w knajpie. I myślę sobie, że łatwo być lewicowcem, jak starzy przelewają ci co miesiąc hajs na chatę. Jak masz pełną lodówkę i opla corsę od starego na parkingu, to może masz czas dywagować o tym, jaki piękny mógłby być równy świat.
#polityka
Zderzenie dwóch pierdoleń
pierdolenia starych dziadów o zetkach, którym się wydaje, że całe pokolenie jest takie samo i oczywiście gorsze niż ich
i pierdolenie "prostych chłopaków konserwatystów" że zetki to jakieś banany od kawy ze starbucksa i płatków owsianych z prosseco.
K⁎⁎wa, ja jestem zetką. Wczesną, nawet chyba pierwszą, bo 97. Jestem trzy miesiące starszy od "Łukasza", bo z sierpnia. Jestem też ze wsi, kasy to widziałem tyle, co zarobiłem, bo szału nie było nigdy. W najgorszym momencie wpierdalaliśmy kaszę gryczaną w różnych postaciach, którą dostawaliśmy od znajomych.
I jakoś nie głosuję na konfę. Jakoś nie utożsamiam się z ich światem. Z wrogością do wszystkiego, do nacjonalistycznych zapędów, do postrzegania statystyk jako odpowiedzi na rasizm. Staram się patrzeć na świat mniej powierzchownie, nie brać najprostszych odpowiedzi jako pewnik, nie przyjmować, że co najgorsze to "ci drudzy" i wszystko chcą mi odebrać.
I jak czytam te wszystkie wypowiedzi, jak bardzo to kwestia tego, że zetki to albo tamto, albo jak bardzo to wina koalicji, bo zapomniała o wsiach, to mnie strzela jasny c⁎⁎j. Bo jak ktoś bierze za pewnik, że ktoś chce im zabrać i wystarczy nie brać od ludzi, że aborcja to zło i c⁎⁎j, że pedalstwo to plaga i będą masturbować dzieci, albo że ruskie to obrona konserwatyzmu, to choćby koalicja czy lewica na c⁎⁎ju stanęła i kankana zatańczyła, to do tych ludzi nie dotrze.
Bo oni nie chcą, żeby do nich dotrzeć. Oni nie chcą skomplikowanych wyjaśnień i wytłumaczeń. Chcą mieć proste odpowiedzi na trudne pytania i proste rozwiązania na trudne problemy. Nie ważne, czy prawdziwe i czy działają. Ważne, że są proste. A najprościej jest walczyć z wrogiem, którego sobie wymyślisz i na którego możesz zwalić wszystko.
Rzekłem
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Wasze dzieci mogą mieć zupełnie inny duopol
#polityka

@JapyczStasiek no to rzeczywiście za⁎⁎⁎⁎sta alternatywa, że zamiast partii centroprawicowych typu PiS czy PO byłaby po prawej banda pojebów śmierdzących onucami, chcących wprowadzać prawo boże, likwidować wszystko co państwowe bo komunizm czy likwidować prawo pracy żeby biedni psiembiorcy wreszcie odetchnęli mogąc znowu zatrudniać dzieci w fabrykach na 16 godzin dziennie. Nie mogę się doczekać.
Zaloguj się aby komentować
#nowosciksiazkowe
Dwie premiery od Prześwitów
Zagubiony hegemon. Zmarnowana szansa Ameryki i rewolucja Trumpa
Jak to się stało, że jeszcze na początku XXI wieku Ameryka była niekwestionowanym globalnym hegemonem, a dziś jej wpływy wyraźnie zmalały i inne mocarstwa z coraz większą pewnością siebie kontestują jej wpływy?
Dlaczego jeszcze do niedawna Ameryka była orędowniczką globalizacji i liberalizmu, a teraz zwraca się ku nacjonalizmowi i protekcjonizmowi?
Dlaczego Donald Trump stał się najważniejszą postacią w amerykańskiej polityce i co sprawiło, że duża część społeczeństwa uwierzyła, że tylko on może przywrócić Ameryce wielkość?
Nvidia - droga do sukcesu
Założona w 1993 roku Nvidia jest obecnie jedną z najwyżej wycenianych korporacji na świecie. Ta książka pokazuje, jak działania jej prezesa Jensena Huanga pozwoliły firmie osiągnąć niewiarygodny sukces.
#ksiazki

Zaloguj się aby komentować