Halo, panie @RogerThat. Poranna dwójka bez pana contentu się nie uda. Proszę nas poratować karteczką z kalendarza. Bo nie wiem co dzisiaj się stało... Zwłaszcza w '39.
Albo, że hiszpański fort Sancti Spiritu, będący pierwszym na terenie Argentyny, został zrównany z ziemią przez tubylców w 1529. Jak widać już wtedy obawiali się emigrantów z Europy Zachodniej, bo wiedzieli co się będzie święcić za 416 lat.
Albo, że amerykańsko-francuska ekspedycja odkryła Tytanica dopiero w 1985 r. I po co to robili? Mogli go zostawić, bo tam ciągle gra muzyka.
Albo, że w 1895 r. urodził się Engelbert Zaschka. Niemiecki wynalazca mięśniolotu (w 1927 pierwszy koncept). Czyli takiego helikoptera-samolotu napędzanego siłą mięśni. Aby nie zapomnieć o dniu nóg.
Albo, że zmarł... No dużo ludzi niestety zmarło, zwłaszcza w 1939.
#dziendobry , albo raczej #dobrywieczor , bo coś ciemno się robi (wtf dopiero był czerwiec). Niemniej - niedawno popełniłem pewien wpis o urokliwym miejscu na Ziemi, gdzie jest sporo kotów i do którego równocześnie kobiety nie mają wstępu. @bori nie mógł uwierzyć, że taki raj rzeczywiście istnieje i wybrał się sprawdzić temat osobiście dla Hejtowej Braci*. No i kurde istnieje! I ponoć airfrejerów też nie ma, ani kieleckiego ani bojowonastawionychowiec (ale niestety barany są... cóż, wszędzie są barany, no jedną wadę może mieć). Niemniej miejscówka sprawdzona, można jechać i odpoczywać od osobników z chromosomami XX ( ͡° ͜ʖ ͡°)
*te 2 kobiety na hejto to błąd statystyczny, nie liczą się... wybaczcie!
PS. Dziękuję za magnesik, dołączy do lodówkowej kolekcji ʕ•ᴥ•ʔ
Wiedzieliście, że istnieje autonomiczny region na świecie, gdzie panuje czysty komunizm i wstęp do niego mają tylko mężczyźni, nawet wśród większości zwierząt? Miejsce, gdzie był przypadek jednego mieszkańca, który nigdy nie widział żadnej kobiety na oczy mimo dożycia bardzo sędziwego wieku?
Nie? Tak więc zapraszam na półwysep Athos w Grecji. Ma on wymiary ok. 10 x 55 km. Oznacza to, że umieścić wzdłuż niego ok. 275 000 dwudziestocentymetrowych bananów, a wszerz średnio tylko 50 000. Uproszczając, że owoc ten ma 4cm średnicy i jest prostokątem, to na całym obszarze zmieściłoby ich się ok. 68 750 000 000, co przekłada się na 0,00000509% wszystkich możliwych kombinacji kostki Rubika 3x3x3, albo moje szanse u płci damskiej.
Zamieszkuje go jedynie ok. 1740 prawosławnych mnichów zrzeszonych w 20 klasztorach. Od 1060 roku panuje tu zasada abaton (z gr. „ἄβατον” oznaczającego dosłownie „Nie do przejścia ”) - absolutny zakaz wstępu kobiet. Nie mogą one dodatkowo mogą zbliżyć się do brzegu na odległość mniejszą niż 500 metrów, a strażnicy bardzo pilnują tej zasady. Dotyczy ona także zwierząt hodowlanych. Wyjątek stanowią koty, które pełnią rolę strażników przeciwko myszom, oraz ptaków, które przylatują same. Mimo to najbardziej na wyspie czczą Maryję. To jest dopiero miłość na całe życie.
Centralna władza Athos jest sprawowana przez Święte Zgromadzenie liczące 20 przedstawicieli wszystkich klasztorów, spotykających się dwa razy w tygodniu. Czyli jak w komunizmie: brak jednego lidera, decyzje podejmowane kolektywnie, a interes wspólnoty stoi ponad jednostką, z małą różnicą, że tutaj „plan pięcioletni” zastępuje plan modlitw i postów.
Znany jest przypadek mnicha z Athos imieniem Mihailo Tolotos (na ostatnim zdjęciu) który podobnie jak ja nie miał z kobietami żadnej styczności. No... może troszeczkę mniej, gdyż podobno nigdy w życiu nawet nie widział żadnej na oczy, ponieważ do klasztoru został przygarnięty już jako osierocone niemowlę (którego matka zmarła przy porodzie) i pozostał w nim aż do śmierci w 1938 roku w wieku 82 lat. A ja przynajmniej miałem kilka nauczycielek w szkole.
Mimo, iż teren ten jest rajem od babskiego plotkowania, to ma także wady. Otóż na terenie klasztoru wszystko jest wspólne dla całej wspólnoty monastycznej, podobnie jak w idealnym komunizmie, który może kiedyś gdzieś się w końcu uda. Dodatkowo na całym terenie nie może znajdować się więcej niż 10 męskich turystów naraz niebędących wiary prawosławnej. Nie mogą też oni posiadać sprzętu fotograficznego (poza wyjątkami ze specjalnymi zezwoleniami), a co za tym idzie współczesnych smartphonów.
Głównym źródłem utrzymania mnichów jest praca rolnicza, hodowla zwierząt i rzemieślnictwo, a dzienny harmonogram jest ściśle uregulowany przez Święte Zgromadzenie i wspólne dla wszystkich.
#ciekawostki #podroze #gruparatowaniapoziomu i trochę #heheszki
Dostałem ostatnio zestawik LEGO na urodziny. Sam w rodzinie czasem kupuję dzieciakom Lego, ale sobie ostatnio kupiłem z 15 lat temu a dostałem... z 20 lat temu? Na pewno to pierwszy zestaw jaki ułożyłem od A do Z sam w ciągu prawie 2 dekad. A zajęło "tylko" większość dnia. Już zapomniałem jaka to frajda, Minecraft się chowa ʕ•ᴥ•ʔ
Ułożona roślinka poniżej. Na żywo wygląda lepiej niż na zdjęciu, jak prawdziwa. Ale dla utrudnienia pozwolę Wam zgadnąć które (ewentualnie) jest fejkiem ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Dawno nic nie wrzucałem na Redakcję, więc pora nadrobić zaległości. Na zakończenie dnia i wysuszenie poduchy czerstwym przed Państwem dziwenowe zwierzątka i ich problemy...
Dawno nie pisałem żadnego wpisu, jakoś głowy nigdy do tego nie było (wybaczcie), a i człowiek nigdzie nie wychodził z piwnicy. Ale dziś się "pochwalę". Latałem sobie w Bielsku szybowcem i było bardzo fajnie. Naprawdę bardzo fajne widoczki, z góry zasięg "renderowania" grafiki bardzo wysoki, bo nawet było widać zarys Tatr. Zdziwiło mnie, że aż tyle fotowoltaiki ludzie pomontowali na dachach.
Jedyne co, to polecam zjeść co najmniej 3h wcześniej śniadanie, mało oraz lekkie, bo może mdlić przy kołowaniu jak ktoś nieprzyzwyczajony. To nie ma porównania do paralotni albo kolejek w energylandii. Niby czas lotu 20-40 minut, ale mi się udało ok. 45 bo dobre wiatry (warto było jeść fasolkę xD).
Właśnie sobie przypomniałem, że miałem taką sytuację w szkole ( ͡° ʖ̯ ͡°)
W ogóle mam mega rzadko sny, ale jak już coś mi się śni to właśnie jakieś szkolne mixy. Ostatnio w jednym z nich prosiłem nauczycielkę czy mogę wcześniej wyjść jak napiszę maturę, bo się spóźnię do pracy (u mnie w szkole nauczycielka mocno "przymuszała" że mamy siedzieć do końca, bo to tylko raz piszemy a nuż coś wymyślimy).
Dość stary film z młodym jeszcze Robertem de Niro ze świetną muzyką skomponowaną przez mistrza Ennio Morricone. Oparty jest na wydarzeniach historycznych i ma miejsce w Ameryce Południowej, na pograniczu dzisiejszej Brazylii i Paragwaju. Opisuje od misję jezuitów w próbach nawiązania kontaktu z lokalnymi Indianami, nawrócenia ich na chrześcijaństwo i rozwoju lokalnej społeczności. W trakcie tej misji dołącza do nich były łowca niewolników Rodrigo (Robert de Niro) szarpany wyrzutami sumienia za swe popełnione zbrodnie i wspólnie z nimi pragnie rozwinąć osadę i znaleźć odkupienie win.
Film ukazuje trudy w kontaktach z tubylcami, ale także problemy z ówczesną biurokracją i polityczną grą ze strefami wpływów mocarstw starego kontynentu. Bohaterowie staną się zarówno świadkami, jak i uczestnikami różnych wydarzeń i przyjdzie im w ich trakcie dokonać trudnych wyborów.
Osobiście film bardzo mi się spodobał, zwłaszcza początkowa scena z grą na flecie przez ojca Gabriela (od 0:55, hejto nie ogarnia timestampów):
Jest to praktycznie główny motyw muzyczny od Ennio Morricone. Szkoda, że nie nagrał tam więcej kawałków. Film ogólnie bardzo polecam, nawet ateistom jak ja
Niestety polska wersja jest chyba niedostępna publicznie necie, nie licząc CDA premium, ale nie wiem czy z napisami czy lektorem. Przynajmniej mi się nie udało, a sprawdziłem kilkanaście stron. Szkoda, że taki Netflix ochoczo umieszcza u siebie gnioty, a pomija klasyki kina. Jest na YouTube, ale tylko oryginalna wersja. Niestety czasem ciężko było mi zrozumieć co mówią postacie, więc znalazłem osobno napisy i w paru miejscach dokonywałem w nich ew. korekt, bo szkoda aby taka perełka poszła w zapomnienie i na końcu całość scaliłem (burn-in). Na życzenie mogę udostępnić na PW.
Film jest remakem innego z roku 1959 o tym samym tytule (ang. On the Beach), który zaś jest na podstawie powieści z 1957. Porusza on wątek losu amerykańskich żołnierzy na łodzi podwodnej. Szybko dowiadujemy się, że na świecie, przed wydarzeniami z filmu wybuchła III wojna światowa, która skończyła się skażeniem radioaktywnym całej północnej półkuli. Ostatnim miejscem, gdzie ludzkość przetrwała jest południowa półkula - głównie Australia. Niestety i ona jest zagrożona ze względu na nadciągające promieniotwórcze chmury. Załoga okrętu zmierza ku niej, a następnie dowiaduje się że zaczęto odbierać tajemnicze nadawane sygnały z północy. Dostaje więc zadanie przepłynięcia pod radioaktywnym obszarem i sprawdzenia, kto je nadaje i czy istnieje tam szansa na przetrwanie ludzkości.
Wbrew pozorom akcja filmu nie dzieje się cały czas na łodzi podwodnej. Zamiast tego skupia się na kilku wątkach, zarówno na okręcie, jak i na lądzie. Widzimy tutaj walkę człowieka z nieznanym, dążenie do celu mimo poczucia bezsilności, próby prowadzenia zwykłego życia oraz dość dobrze pokazaną ludzką naturę w obliczu nieuchronnego zagrożenia. Nie zabraknie też tutaj trudnych wyborów przed którymi zostaną postawieni bohaterowie. Czy uda się odnaleźć osobę nadającą sygnał? Czy załodze uda się znaleźć bezpieczną przystań? Czy uda się odwrócić nadciągające zagrożenie? Czy uda się gdzieś schronić? Film odpowie na wszystkie te pytania, trzyma wręcz do samego końca. Klimat miejscami wydaje się lekki, sielankowy, a miejscami bardzo ciężki.
Przede wszystkim film daje jednak do myślenia, że jako gatunek stanowimy dla siebie samych i innych zarówno nadzieję, jak i zagrożenie i pomimo pewnych wad to z czystym sercem go polecam.
Długo wahałem się co do oceny i kusiło mnie dać 7/10, jednak ze względu na przesłanie dodaję mu oczko wyżej. Zaniżają go jednak następujące rzeczy (bez większych spoilerów):
oprawa wizualna, a dokładniej niskiej jakości piana na domach (nie spoilerując). Bardzo mizernie to wygląda. Poza tym efekty i jakość pracy kamery są bardzo dobre,
kilka wstawek pod-erotyczne. Nie było NSFW i przeciąganych spółkowań, ale nie przepadam za takimi działaniami w filmach,
pewne różnice względem książki (czytałem je w internecie). Nie lubię takich zmian względem oryginału, bo później tworzą rozmaite linie czasowe i jest problem gdy potem pojawia się sequel a np. kogoś uśmierciliśmy (jak np. Netflixowy pseudoserial Wiedźmina),
sposób wysłania wiadomości, której nie da się odczytać z powodu błędów - widzimy zarówno wiadomość tekstową o rozmiarze 12 Kb, jak i film co ma ponad 1 Gb, który pobiera się szybciej niż niektórzy nadal mają internety na wioskach. Są to zmiany względem powieści, wszak wtedy internetu nie było, a co dopiero jeszcze z taką przepustowością. Dziwnym dla mnie było to, że tak szybko dane się pobierały, a i tak były uszkodzone i był problem z ich odczytem.
ostatnim minusem jest zakończenie - jest dość książkowe, ale jak dla mnie mało logiczne. Niemniej mimo niego warto sięgnąć po ten tytuł.
Film jest dostępny na cda, niestety wszystkie playery mają coś nie tak z dźwiękiem i aby dało się normalnie słuchać, w ustawieniach Windowsa musiałem zmniejszyć sobie głośność na prawej słuchawce, aby było równe stereo.
PS. Wie ktoś jak dodawać przez ten filmmeter? Jak się na to "zalogować" i połączyć z hejto? Przycisk dodania mam na szaro i dlatego przekopiowałem całość, sformatowałem i dodałem ręcznie.
Eh, rzadko piszę tu posty, ale muszę się pożalić bo nie mam za bardzo komu.
W pracy przez 3 miesiące kombinowałem głównie z jedną rzeczą (powiedzmy "X") w projekcie która wpływała na cały efekt mojej pracy. Wymyślałem przeróżne rozwiązania, a może to, a może tamto, przerabiałem niektóre rzeczy aby "X" mogło działać. Po drodze dochodziły dodatkowe wytyczne, o których klient zapomniał na pierwszym etapie projektu. Na niektóre zmiany musiałem uzyskać różne zgody, poprzedzone długimi "meetingami" i przemyśleniami oraz e-mailami. Nieraz również czekałem aż inni jego podwykonawcy i on sam przygotują mi potrzebne elementy układanki. I co rozwiązałem dany problem, to dochodziły kolejne zapomniane wytyczne które musiałem zaadaptować, aby znowu pasowały z tym cholernym "X". I cudem, ale się udało. Wszystko co najgorsze dopięte na ostatni guziczek jakby z tego mieli strzelać.
Dzisiaj się dowiedziałem, że jednak nie chcą kompletnie "X" w projekcie. Jakbym wiedział o tym od początku, to projekt byłby dalej w etapie o co najmniej 2 miesiące bo nie marnowałbym czasu na tyle przeróbek. Niby mam zapłacone i powinienem mieć wywalone, ale po prostu jest mi smutno, bo naprawdę robiłem nadgodziny i cuda na kiju aby wszystko zrobić na czas
W tym czasie musiałem zostać opłacony ja, moja firma (która zarabia na mojej pracy), osoby z firmy klienta, wszelacy podwykonawcy i klient główny czyli właściwy niemiecki koncern motoryzacyjny. Do tego dochodzi samo opóźnienie, czyli np. że produkcja będzie mogła ruszyć z dodatkowym opóźnieniem. A każdy dzień przestoju na fabryce to koszta idące w setki tysięcy euro (jeśli nie lepiej), więc zakładam że taka obsuwa to już grube utracone miliony...
I potem my się dziwimy, że samochody tak dużo kosztują jak ludzie nie mogą się dogadać i wtrącać swoje 3 grosze zamiast po prostu dać mi wolną rękę bez ograniczeń w szukaniu rozwiązań. Dodam, że wcześniej była też podobna decyzja tego klienta, która spowodowała opóźnienie może o dodatkowe 2 tygodnie i wpłynęła zarówno na mnie i na wszystkich kolegów, co brali w nim udział, bo każdy musiał przerabiać wiele rzeczy.
Zdjęcie poniżej z neta, ale jego istota powiązana bardzo z moją pracą. A gdzie inne działy, odpowiedzialne za fotele, silniki, lampy, elektrykę, deskę rozdzielczą itp.? Tam też mogą dziać się podobne cyrki.
@Atexor to z zasady przykre kiedy coś co robiłeś i wsadzałeś w to serce idzie do kosza, można to przełożyć na wiele kwestii - ale zawsze jest przykro. Ja się bardzo staram do takich sytuacji w mojej pracy nie dopuścić ale czasem i tak klient tupnie nozką i wracamy do początku...
To co robisz w pracy nie jest Twoje. To jest własność firmy w której pracujesz. Jeśli naprawdę zaczniesz na to tak patrzeć, to nie tyle przestanie Ci zależeć (bo w końcu jesteś częścią tej firmy), co będziesz reagował na takie rzeczy spokojniej.
Ludzie z pasją są bezcenni, więc to że masz takie wątpliwości i rozkminy dobrze o Tobie świadczy. Po prostu rzeczy które dzieją się wokół Twojej dziedziny mają większe znaczenie niż Twoja dziedzina.
Co nie zmienia faktu, że jeśli firma marnuje kasę i podejmuje błędne decyzje co do alokacji kasy to jest to coś co być może da się poprawić. A być może nie, patrz SpaceX, które wysyła kolejne iteracje nowej rakiet które wybuchają w pissdu, wiesz ile z rzeczy które w nich są okazują się potem niepotrzebne? A ile z rzeczy nad którymi ktoś pracował nie trafiają finalnie do rakiet?
Tak często wygląda iteracyjne podejście do tworzenia produktu. Z punktu widzenia "trybiku" (no offence) to marnotrawstwo. Z punktu widzenia firmy to np minimalizowanie opóźnień, gdyby jednak się na końcu okazało że stworzyłeś coś niezbędnego - time to market jest bogiem w nowych technologiach.
Natrafiłem na filmik z lotu ptaka - czyt. drona - który pokazuje drogę na Mount Everest, od 5300 m.n.p.m. do samego szczytu (8849). Dron niby wznosi się "tylko" na wysokość 3,5 km, ale widowiskowo oddaje potęgę natury przy widocznych gdzieniegdzie malutkich dwunożnych postaciach, które to starają się dotrzeć na samą górę mimo licznych wyzwań, chcąc udowodnić przed sobą, że są w stanie pokonać własne ograniczenia.
Jak to mówią na Podlasiu - dla mnie się filmik bardzo podoba, dlatego się nim z Wami dzielę ʕ•ᴥ•ʔ
Muzyka w tle: Two Steps From Hell - Victory, jakby ktoś był ciekaw (nie ja dodawałem, tak było oryginalnie), choć w mój gust trafia (wg. Spotify jestem w 0.5% top słuchających tego zespołu xD)
@Poji w sensie od punktu startowego. W lewym dolnym rogu masz gdzie zaczyna, a na końcu sam szczyt.
Osobiście również mnie dziwiło, że był w stanie latać - z drugiej strony Ingenuity na Marsie latał w jeszcze bardziej rozrzedzonym. W tym zdaniu chodziło mi tu o dystans. Autem to parę minut, a spacerem w godzinę. Tymczasem przejście z obozu Base Camp na wysokości niemal 8 km na szczyt nawet kilkanaście godzin. "Tylko 900 metrów", a ile trudu trzeba sobie zadać
@GrindFaterAnona masz rację. Zrobiła się z tego spora komercha turystyczna, co zresztą widać w jednym miejscu na filmiku w jakim sznurku idzie długa grupa jeden za drugim. Niemniej to jest straszne jak ludzie idą w góry! Nie zdają sobie sprawy z zagrożenia! Ja wchodziłem w zeszłym roku na Giewont, lipiec, skwar, wszyscy w krótkich spodenkach, japonki, klapki, małe dzieci - koszmar! Ja jedyny byłem przygotowany: dwa czekany, raki, profesjonalna odzież, specjalistyczny mocno spłaszczony namiot (żeby opierał się wiatrom), butle z tlenem - najgorsze były te ich drwiące spojrzenia ignorantów. A przecież to GÓRY i wszystko może się zmienić w sekundę! Wejście podzieliłem na 4 dni, co paręset metrów obóz, aklimatyzacja, oczywiście poręczówki na każdym etapie i ostatniego dnia atak na szczyt. Co dzień rano znajdowałem w przedsionku mojego namiotu puszki po Coli i opakowania po chipsach! Przeklęci amatorzy! W końcu zdobyłem szczyt, zużyte butle zostawiłem w pod krzyżem w strefie śmierci, gdzie - o zgrozo! - spotkałem babcię z dwójką wnucząt! Schodziłem kolejne 4 dni, ale przeżyłem tę próbę umiejętności i charakteru. Pod koniec sierpnia planuję wejść na Kopiec Kościuszki, w stylu alpejskim - ale jak zobaczę turystów z dziećmi i watą cukrową, to dzwonię na policję.
~Prawdziwy człowiek gór, alpinista, profesjonalista
@GrindFaterAnona widać, że im wyżej tym ścieżka cieńsza. Chyba sporo ludzi wymiękło. Ja bym się na taką wyprawę nie wybrał, albo chodzenie po ciasnych jaskiniach.
Jest już 0:04 w środę, a nadal nie ma nic (nie)świeżego pod szyldem #czerstwyhumor? Geriatria Redakcji Czerstwego Humoru już śpi? Pobudka! Nadrabiamy zaległości ( ͡° ͜ʖ ͡°)
- straszenie diabłem liżącym stopy jest dziwne, nie ma efektu strachu
- eat ass to bardzo konkretna czynność seksualna, której Pani z obrazka zapewne brakuje
- za to polizanie tyłka znowu kojarzy się co najwyżej z dziwną czynnością na samych pośladkach i tak jak zniknął efekt strachu tak i zniknął podtekst seksualny
Czy to ptak, czy to samolot? Nie, to czerstwiak, a.k.a. #czerstwyhumor z nutą czarnego, a także filozoficznymi pozdrowieniami dla @splash545. Wybacz, ale wiesz że lubię Twoje stoickie wpisy
@PanNiepoprawny aaa faktycznie. Szczerze nie sądziłem, że aż tak aktywnie z tego korzystacie. Mam tagowe przyzwyczajenia z rogalowego portalu. Obiecuję poprawę
W końcu powrót na łono natury oddychać świeżym powietrzem (Odra przy Czechach). Już musiałem po 2 miesiącach nadgodzin w pracy przed kompem. Nie sądziłem, że moje wewnętrzne akumulatory mogą się tak naładować. Od razu głowa lżejsza.
Co do samej miejscówki, to widać jeszcze sporo zniszczeń jakie narobiła tu woda w ostatnich miesiącach. Mnóstwo mułu i połamanych drzew (w tym jedno wiszące na drugim drzewie) w kolorystyce szaro-brązowo-zielonej. Mam skojarzenia z zoną ze Stalkera... Natura potrafi się upomnieć o swoje
@m-q pytanie tylko czy są świadomi, że te skutki są przez ich głupotę, np. uzależnienie od narkotyków, albo olanie całkowicie edukacji w szkole przez co robią w kołchozach na minimalnej. Wielu zwala pewnie na kraj i na prywaciarza, że mu nie chcą dać...
@Atexor częściowo pewnie świadomi, nie zmienia to jednak faktu że cierpią z powodu swojej głupoty. Z drugiej strony, głupota to również beztroska, głupi wielu zmartwień nie mają, bo nie są ich świadomi.
Trudno obiektywnie ocenić, czy lepiej być mądrym czy głupim
Prize Sheep (ok. 1838) - William Henry Davis (1786 – 1865)
Prize Pig (1872) - Richard Whitford - (ok. 1821 – 1890)
Sussex Cow "Joan" (1874) - James Clark Senior (1860–1902)
Wyobraź sobie, że przenosisz się w przeszłość, do XIX-wiecznej Anglii. Na płótnie samotna @bojowonastawionaowca stoi pośród spokojnego wiejskiego krajobrazu - znajomy widok, ale z niespodzianką. Jest to zagadka „prostokątnych zwierząt Anglii”, artystyczna tajemnica, która intryguje umysły od lat. W XIX wieku w Anglii zamożni rolnicy starali się pokazać swoje bogactwo i status, zamawiając dzieła sztuki przedstawiające ich zwierzęta gospodarskie, w tym krowy, świnie i owce.
Te zamówione dzieła często zawierały przesadne wizerunki zwierząt o nietypowych proporcjach. Na przykład świnie mogły być przedstawiane jako okrągłe jak napompowane piłki nożne, krowy wydłużone do prostokątnych kształtów, a owce rozciągnięte do owalu. Ten artystyczny trend zbiegł się w czasie z okresem, w którym rolnicy aktywnie eksperymentowali z selektywną hodowlą i innowacyjnymi metodami karmienia, aby hodować większe zwierzęta gospodarskie. Duże zwierzęta miały ogromną wartość jako dowód sukcesu ich właścicieli w hodowli pod względem wielkości i wagi.
Zamożni i doświadczeni rolnicy osiągnęli to, stosując selektywne metody rozmnażania, które doprowadziły do wzrostu szybko rozwijających się, masywnych zwierząt gospodarskich. Oprócz tych wysiłków hodowlanych, innowacyjne praktyki rolnicze i żywieniowe przyczyniły się do ogólnego wzrostu wielkości zwierząt. Zamówione obrazy i druki komercyjne często zawierały szczegóły, takie jak wymiary zwierzęcia i informacje o wysiłkach hodowlanych właściciela.
Czasami na obrazie pojawiał się właściciel zwierzęcia (tutaj @AdelbertVonBimberstein), dumnie wpatrujący się w swój cenny dobytek. Alternatywnie, zwierzęta stały samotnie, często przedstawiane tak, jakby mogły pochłonąć całą pobliską wioskę. Powstałe w ten sposób obrazy służyły zarówno jako reklamy, jak i urzekające widowiska.