Krótki opis: król Henryk II Plantagenet zaprasza na święta w zamku Chinon swoich trzech synów, żonę Eleonorę Akwitańską oraz króla Francji. Po przybyciu na miejsce członkowie rodziny królewskiej natychmiast zaczynają żreć się między sobą o władzę.
Świetny film ze świetnymi rolami aktorskich legend (imo Katharine Hepburn najlepsza, ofc nie ujmując reszcie obsady). Moim zdaniem dzieło oczko wyżej niż utrzymana w podobnej konwencji, o rok późniejsza Anna tysiąca dni.
Ocena 6,4 dla tego filmu na Filmwebie to jakiś żart - rozumiem, że ktoś może nie przepadać za adaptacjami sztuk teatralnych, ale żeby Lew miał średnią na poziomie amerykańskich paździerzy klasy B?
Krótki opis: USA, 1941 rok. Spierdoksowaty dramatopisarz dostaje propozycję napisania scenariusza dla hollywoodzkiej wytwórni. Po przeprowadzce do L.A. traci wenę, a zebrania sił twórczych nie ułatwiają mu spotykani w Fabryce Snów ekscentrycy oraz dziwne wydarzenia, w które się przez nich wplątuje.
Porąbana komedia, a scena z Walter Sobchak's origins to creme de la creme xD
Wstawaj samuraju, nad Starym Majdanem znów zaświeciło słońce.
Kto śledził moje wpisy na tagu w tamtym roku ten dobrze wie, że przestałam mieć wygórowane oczekiwania odnośnie serii o Wędrowyczu. Kiedy sięgnęłam po najnowszą odsłonę przygód najsłynniejszego wojsławiczanina, myślałam, że to będzie kolejny miałki tom z jedynie paroma dobrymi opowiadaniami. I tak na początku się zapowiadało, ale po przeciętnym wstępie autor nieźle się rozkręcił i kolejne opowiadania, z jednym wyjątkiem, osiągnęły poziom początku serii.
Standardowo zamieszczam tytuły historii wartych uwagi: Szara tynktura, Burzowa kuchnia, Fortepian, Zielony czynnik, Syrenka, Program Ikar i Sygnet.
Oczywiście polecam zapoznanie się z Wojsławicką masakrą w jak zwykle świetnej interpretacji Grzegorza Pawlaka :slightly_smiling_face:
W postapokaliptycznej dystopii (tak bardzo wzorowanej na USA, że w sumie King mógł dać sobie siana z tworzeniem nowego uniwersum) tajemniczy rewolwerowiec wędruje przez pustynię w poszukiwaniu legendarnej Mrocznej Wieży oraz złowrogiego faceta w czerni.
Z surrealizmem zawsze mam taki problem, że o ile jestem jeszcze w stanie go znieść, a nawet polubić w filmie, tak w formie powieści nigdy mi nie podchodzi. Nie wiem, może jeszcze zależy to trochę od autora, o ile metafizykę w Terrorze łatwo przyswoiłam, tak kingowska była już dla mnie nie do przełknięcia, straszny bełkot. Widocznie nawet na⁎⁎⁎⁎ny i nafurany King nie był w stanie się wspiąć na wyżyny sztuki literackiej dostępne wieszczom. A szkoda, bo sam pomysł na historię był intrygujący i były fragmenty (głównie te napisane zwięzłym stylem, a nie filozoficzno-religijne pierdololo), które czytałam z prawdziwym zainteresowaniem.
Ponieważ czytałam wersję poprawioną i się od niej odbiłam, nie mam zamiaru kontynuować serii. Czytałam na necie, że poziom zwyżkuje przy czwartym albo piątym tomie, ale bez kitu, nie będę brnąć przez kolejne setki stron bełkotu, bo kiedyś tam niby historia się rozkręca.
Uważam, że akurat pierwsza część była spoko. Dobrze się zapowiadała cała historia. Dopiero w kolejnych tomach King trochę popłynął z dziwnymi i wg mnie niepotrzebnymi wątkami.
@AndzelaBomba Podchodzilem do tej serii kilka razy ale no nie da sie przez to przebrnąć. Ostatnio doczłapałem chyba aż do 4 tomu ale dałem sobie spokój Kingowi się ulała jakaś retrospekcja która trwała chyba z poł książki xD
Wydarzenia w Stopie prawa rozgrywają się ponad 300 lat po obaleniu Ostatniego Imperatora (Z mgły zrodzony) oraz apokalipsie i odrodzeniu świata podczas Ostatniego Wstąpienia (Studnia wstąpienia i Bohater wieków). Obecne realia Scadrialu przypominają przełom XIX i XX wieku w naszym świecie – wynaleziono już elektryczność i samochody, a duże korporacje zaczęły wznosić drapacze chmur jako swoje nowe siedziby.
Po wielu latach do stolicy powraca Waxillium Ladrian, potomek arystokratycznego rodu wywodzącego się od Breeze’a z Ery 1. Wax przez dwie dekady strzegł prawa w Dziczy, czyli mistbornowym odpowiedniku Dzikiego Zachodu, jednak tragiczna śmierć ukochanej i wkrótce później śmiertelny wypadek wuja sprawiły, że porzucił rolę stróża prawa i przejął na siebie obowiązki związane z zarządzaniem znacznie uszczuplonym rodowym majątkiem. Aby podreperować finanse domu i przedsiębiorstw Ladrianów, Wax postanawia ożenić się z posażną lady Steris. Kiedy jednak narzeczona zostaje porwana przez zuchwały gang Znikaczy, Wax, z pomocą byłego współpracownika Wayne’a i Marasi, kuzynki Steris, z powrotem wkracza na ścieżkę walki z przestępczością.
Jakbym miała jednym staniem opisać tę powieść, powiedziałabym, że to zaginiony scenariusz nigdy nie zrealizowanej przez Guya Ritchiego trzeciej części Sherlocka Holmesa, z pozmienianymi dla niepoznaki imionami i nazwami własnymi oraz dodanymi supermocami.
Serio, ta książka jest tak bardzo sherlockowsko-ritchie’owska, że ciężko nie wizualizować sobie Waxa jako Jude’a Law, Wayne’a jako Roberta Downeya Jr., a ich adwersarza Milesa jako Marka Stronga. Ba, nawet pojawiające się na trzecim planie postaci Ranette i Pana Garnitura sprawiają wrażenie napisanych specjalnie pod Noomi Rapace i Jareda Harrisa.
Stop prawa nie posiada wad Z mgły zrodzonego, czyli często nudnawej fabuły i akcji oraz głównej bohaterki – irytującej Mary Sue. Ucierpiało jednak na tym światotwórstwo, uniwersum wydaje się mniej intrygujące, chociaż może to kwestia tego, że Stop nie wprowadza praktycznie nowych konceptów świata, poza tym, jak już pisałam, daje mocny vibe Sherlocka by Guy Ritchie.
Być może z tego względu ciężko mi było uznać powieść za niezwykłą, twór, który mogłabym włączyć do swojej biblioteczki. Fakt, że czytało się Stop szybko, łatwo i przyjemnie, ale nie czuję potrzeby ani kontynuować serii, ani wracać do tej książki w przyszłości.
Tutaj słowo ostrzeżenia dla osób, które chciałyby rozpocząć przygodę z uniwersum Mistborn od serii Waxa i Wayne’a: jeśli chcecie w pełni zrozumieć fabułę Ery 2, musicie sięgnąć po Erę 1. Chociaż wydarzenia w obu erach dzieli 300 lat, to w serii Waxa i Wayne’a pojawiają się ciągłe nawiązania do postaci z Ery 1, a pod koniec powieści pojawia się nawet dwóch ziomków Kelsiera.
Ostatnie Imperium ciężko uznać za miejsce przyjazne do życia. Na świecie trwa wieczna zima wulkaniczna, ludzkość podzielona jest na szlachtę mającą pełnię praw i nie mających żadnych praw niewolników skaa, a sprawujący od tysiąclecia władzę absolutną Ostatni Imperator trzyma wszystkich za mordę dzięki Stalowemu Zakonowi, swojej tajnej policji, której funkcjonariusze obdarzeni są nadludzkimi mocami.
Jeśli już o nadludzkich mocach mowa, posiadają je również allomanci – ludzie potrafiący spalać we własnym ciele połknięte drobne kawałki metalu i zyskujący przez to rozmaite umiejętności rodem z Matrixa. Darem allomancji obdarzeni są głównie członkowie najwyższych arystokratycznych rodów, lecz zdarza się, że dziedziczą je także szlacheckie bękarty spłodzone z niewolnicami.
Pewnego dnia grupka złożona głównie z takich szlacheckich bękartów obdarzonych darem allomancji zawiązuje spisek celem obalenia panującego ustroju. Od początku największą rolę w spisku odgrywają Kelsier (legendarny „Ocalały z Hathsin”, czyli owianego mroczną sławą obozu pracy, skąd nikt wcześniej nie wyszedł żywy) oraz eks-złodziejka Vin.
Podczas lektury wahałam się, czy wystawić ocenę 4/10, czy 5/10. Ostatecznie daję tej książce 5/10, ale taką naciąganą jak plandeka na żuku.
Propsy dla autora za stworzenie nietuzinkowego uniwersum. Szkoda, że fabuła i kreacja postaci nie dorastają do poziomu światotwórstwa. Jeśli chodzi o fabułę, to już po krótkim opisie powyżej łatwo się zorientować, że mamy do czynienia ze sztampową do bólu historią „bohater z plebsu spotyka tajemniczego senseja i dowiaduje się o swoich ukrytych mocach, a potem dołącza do grupki rebeliantów i dzięki sile przyjaźni pokonuje złego władcę”. Generalnie, jest to historia wpisująca się bardziej w YA nurt fantastyki, niż mroczniejszy grimdark, mimo pewnych ponurych wątków i ogólnie dystopijnego obrazu świata. Akcja też zawodzi nierównym poziomem – myślę, że więcej w tej powieści było dłużyzn, niż porywających fragmentów. Jeśli chodzi o postaci, to co prawda pojawia się kilku interesujących bohaterów drugoplanowych (Kelsier, Sazed, Renoux, Dockson i Breeze), jednak prymat w historii wiedzie Vin, będąca klasyczną Mary Sue, dodatkowo nierówno poprowadzona - na początku jest ostrą paranoiczką, by gdzieś w 3/4 powieści stać się naiwną pensjonarką. Po intrygującym prologu z POV Kelsiera żal mi było, że to nie on został główną postacią i szybko został zepchnięty do roli Obi Wana tego uniwersum.
Po Z mgły zrodzonego sięgnęłam dlatego, że chciałabym przeczytać osadzoną w tym samym uniwersum serię Waxa i Wayne i w związku z tym postanowiłam zapoznać się z poprzedzającą ją trylogią. Lecz po lekturze pierwszej części daruję sobie trylogię tzw. Ery 1 (zawierającą jeszcze Studnię wstąpienia oraz Bohatera wieków) i przejdę od razu do przygód Waxa i Wayne’a. Zwyczajnie nie chce mi się męczyć z Mary Sue Vin i jej mdłym lowelasem.
@AndzelaBomba Sandersona znam z Archiwum Burzowego Światła, wiem, że z Mgły Zrodzony to też to samo uniwersum tylko inna planeta. ABŚ czytałem zaraz po Pieśni Lodu i Ognia więc miałem wrażenie, że jest ona za "grzeczna" nie wiem jak to w innych książkach Brandona wygląda. Alw na pewno zgodzę się z Tobą jeżeli chodzi o światotwórstwo, Sanderson ma łeb do tego. Mechaniki działające w jego uniwersum są przede wszystkim inne, nie ma elfów, krasnoludów, ale są przepastne bestie krążące po strzaskanych równinach
@zjadacz_cebuli Pan Sanderson, to praktykujący mormon. U niego nigdy nie będzie "niegrzecznie", max na co można liczyć to jak się dwóch facetów pocałuje :P
Imho kolejne części są nieco lepsze. Swiatotworstwo się poprawia i postacie nabierają głębi. Ale to nadal Sanderson, czyli chodzimy od jednego zwrotu akcji do drugiego. Jeśli cię nie zaangażuje jakaś postać, to współczuję, bo moze być ciężko przez to brnąć.
Ja teraz czytam trylogię W&W i jest co najwyżej średnio. Bohaterowie są nudni, jako kryminał zaczęło się to w pewnym momencie bronic, ale jak przeszliśmy z takiej ograniczonej historii do ratowania świata i cosmere to jest źle :/
Krótki opis: opowieść o ostatnich latach życia Nikifora Krynickiego (właśc. Epifaniusza Drowniaka), malarza prymitywisty z Krynicy.
Największe atuty to rola życia babki Kiepskiej i częste malarskie kadry. A tak poza tym to przyzwoity polski biopic, na poziomie Ikara albo Sztuki kochania.
Hmmm kojarzę kawałek o Nikiforze, ale Szczecińskim. Co ciekawe według mnie twarz na teledysku wygląda jak twarz Krynickiego. Tworzyli oni jednak trochę inną sztukę i lokalizacja też nie ta, dodatkowo w tekście pojawia się "A może był Łemkiem jak krynicki" co sugerowałoby bezpośrednie nawiązanie właśnie do Krynickiego, który był Łemkiem, tylko czemu wszędzie pojawia się tam twarz jego, a nie Szczecińskiego? Ktoś wie coś więcej?
Dobra, jednak pojawia się też Szczeciński w teledysku, ale zdecydowanie mniej. Fajnie, że zobaczyłem ten wpis, bo miałbym powiązanie, że Szczeciński wyglądał jak Krynicki. Komentarza nie usuwam, zostawię jako ciekawostkę, a i nutka całkiem fajna.
Kornwalia, lata 80. XVIII w. Ross Poldark, syn drobnego szlachetki, powraca do domu z wojny z USA. Na miejscu czekają na niego same rozczarowania – ojciec zmarł, rodzinna posiadłość podupadła pod „opieką” pary leniwych i niekompetentnych służących, a ukochana Rossa zaręczyła się z jego kuzynem. Mimo poczucia porażki, Poldark zabiera się do odbudowy rodzinnego majątku. Jego sojuszniczką w tym trudnym zadaniu staje się Demelza, maltretowana przez ojca pijaka pracującego w jednej z okolicznych kopalni, którą Ross zatrudnia pod wpływem impulsu.
Dużo czasu zajęła mi lektura tej książki, lecz nie dlatego, że była męcząca czy nudna. Wręcz przeciwnie, to typowa „kocykowa” książka, lekka i wciągająca (jeśli już ktoś ma czas przysiąść nad nią - ja go ostatnio nie miałam ), nadająca się zarówno na jesienne wieczory, jak i chill na plaży.
Jak szukacie prezentu dla kobiety, która lubi historyczne sagi rodzinne pokroju Cukierni pod Amorem, to Ross Poldark idealnie się nada.
Obecnie nie wiem jeszcze, czy sięgnę po kolejne tomy. Lektura była całkiem spoko, jednak nie zapadła mi jakoś głębiej w serce, a mam na liście do przeczytania sporo bardziej intrygujących pozycji, żeby decydować się teraz na 12 tomów kocykowej sagi. Może obejrzę serial z Aidanem Turnerem.
Rok 1902. 14-letni Tomek Wilmowski po ucieczce ojca rewolucjonisty za granicę i śmierci matki wychowuje się u wujostwa w Warszawie, gdzie też uczęszcza do jednego z gimnazjów. W życiu chłopca następuje niespodziewany zwrot, kiedy przyjaciel jego ojca, Jan Smuga, przybywa zabrać Tomka na wyprawę do Australii, w której uczestniczyć będą Smuga i Wilmowski senior. Obaj panowie parają się bowiem intratnym zajęciem łapania zwierząt do europejskich ZOO. Podekscytowany Tomek chętnie rusza ku przygodzie.
Po raz pierwszy po serię o Tomku Wilmowskim sięgnęłam w czwartej klasie podstawówki. Wtedy ta seria była dla mnie absolutnym GOAT. Jednak, jak można zauważyć po ocenie, wrażenia po ponownej lekturze po wielu latach mam inne.
Wydaje mi się, że przygody Tomka gorzej znoszą upływ czasu, niż oryginalny (pisany przez Nienackiego) Pan Samochodzik. Może to kwestia wieku głównego bohatera (nastolatek vs. dojrzały mężczyzna) i związanego z tym odmiennego sposobu narracji. Wydaje mi się, że opisy historyczno-geograficzne były u Szklarskiego podane w bardziej toporny sposób, co po latach też jest in minus. Dodatkowo miałam pewien problem z kreacją głównego bohatera. Tego, że to lekki Gary Stu nie będę się przesadnie czepiać, bo literatura dziecięca rządzi się swoimi prawami, ale jego sposób postępowania wydał mi się niespójny – raz zachowywał się jak 8-latek, nie 14-latek, raz wykazywał się większą dojrzałością, niż dorośli członkowie wyprawy.
Przygody Tomka to świetne polecajki dla dzieci z klas 4-6, szczególnie tych zainteresowanych geografią i historią, ale dorosłym mającym do serii sentyment z dzieciństwa raczej nie będę polecać ponownej lektury.
A już na pewno nie polecam audiobooka, strasznie toporny lektor.
Mam do nich duży sentyment, ale też sie boję, że przy ponownym podejściu mogę sobie popsuć wspomnienia. Ksiazki dla dzieci trzeba czytać, kiedy się jest dzieckiem :)
@AndzelaBomba pamiętam, że za dzieciaka też się odbiłem od Tomka, mimo poleceń mamy, która sama zaczytywała się w tych powieściach jako dziecko. Właśnie coś kojarzę, że te opisy przyrody były rozwleczone. Wolałem poczytać Przygody Mikołajka czy Trzech Detektywów
- To ten, który bez przerwy wydaje kolejne części książek o zwyrodnialcu? Zwyrodnialec w mamrze, Zwyrodnialec na wolności, Zwyrodnialec pośród swoich.
- Ten sam - roześmiała się. - Nie mogę tego czytać. Pornole, pełno krwi i przemocy.
Daria Doncowa Poker z rekinem
Powyższy cytat odnosi się do fikcyjnego rosyjskiego pisarza, który w powieści Poker z rekinem jest jedynie wzmiankowany. Gdyby jednak personalia owej postaci zmienić na „Remigiusz Mróz”, a tytuły książek z serii o zwyrodnialcu na Kasacja i Langer, mielibyśmy adekwatne podsumowanie twórczości Ove Løgmansbø.
Piotr Langer nie wymaga opisu.
Piotra Langera nie trzeba nikomu przedstawiać.
Ja go jednak przedstawię – Piotr Langer Junior to arcywróg pojawiający się w serii o Mary Sue Chyłce, obiekt mokrych snów czytelniczek Mroza. Chad pierdyliarder by day i psychopatyczny morderca by night, ma na koncie kilkadziesiąt zabitych w bestialski sposób ofiar, jednak dzięki rozgrywaniu szachów 2137D i układom politycznym unika odpowiedzialności karnej za swoje czyny.
W książce Langer, zapoczątkowującą serię o tym samym tytule, Mróz wychodzi naprzeciw oczekiwaniom wiernych fanek i tworzy spin offy w całości poświęcone Sadyście z Mokotowa (pseudonim Langera w uniwersum Chyłki, przyp. tłum.).
W zeszłym tygodniu pastwiłam się nad ekranizacją powieści https://www.hejto.pl/wpis/464-1-465-tytul-langer-rok-produkcji-2025-kategoria-thriller-rezyseria-lukasz-pa . Ktoś mógłby pomyśleć, że kiepska adaptacja powinna zniechęcać do sięgnięcia po materiał źródłowy, ale ja zawsze byłam odwrotny człowiek i postanowiłam zapoznać się z pierwowzorem z myślą, że może głosy na Filmwebie miały rację i książka jest lepsza od serialu.
No i po ocenie widać, że nie xD
Zacznę od tego, że tak jak sporo użytkowników na forum Filmwebu pisało, scenarzyści nieźle namieszali w fabule i rzeczywiście, różnice między książką a serialem są znaczne. Nie są to jednak różnice na lepsze. Intryga jest podobnie absurdalna, a plot twisty, jak to zwykle u Mroza, wzięte z d⁎⁎y i wymuszone.
Jakbym miała oceniać książkę za samą fabułę, dałabym 3/10, bo pod względem opowiadanej historii to słaby kryminalik.
Jednak za przedstawienie tytułowej postaci obniżam ocenę o 1
Zawsze myślałam, że to Gierszał swoją dziwaczną grą aktorską uczynił z Langera aberrację, ale teraz widzę, że Mróz zrobił to sam. Jak słuchałam audiobooka nie mogłam wyjść z wrażenia, jak bardzo można spartolić bohatera literackiego. Postać Piotra Langera powinna się znaleźć w jakimś poradniku dla pisarzy kryminałów w sekcji „Karykatury, czyli jak NIE pisać postaci”. Zacznę od tego, że autor tworząc Langera wrzucił do kreatora postaci każde zboczenie realnych seryjnych morderców i każdą literacką kliszę dotyczącą psychopatów, z dręczeniem małych kotków włącznie. Chciał zapewne, by Langer budził jak największe przerażenie i obrzydzenie, oczywiście z nutą mrocznej fascynacji. We mnie postać ta budziła jedynie głęboki cringe, momentami do tego stopnia, że ciężko mi było słuchać audiobooka z zażenowania.
No co ja mogę powiedzieć, stworzyć dobrze napisaną i pełnokrwistą postać psychopaty trzeba umieć. Mróz pewnie myśli, że umie wykreować tak fascynujących psycholi jak to zrobili Thomas Harris i Bret Easton Ellis (gość od American Psycho), ale prawda jest taka, że już scenarzyści polskich telenowel potrafili stworzyć o wiele, wiele, wiele lepszych villainów.
Do tej beczki dziegciu dołożyć należy toporne dialogi, robiące wrażenie copy paste z monografii o psychopatologii i opisy przeładowanie nic nie wnoszącymi szczegółami w rodzaju „Po drodze zajechał do Carrefoura w Galerii Mokotów, gdzie kupił serek Monte 150 g za 3,99”.
Jedyną interesującą rzeczą, jaką wyniosłam z lektury (i może jedynym elementem, dla którego końcowa ocena to aż 2/10), jest wyjaśnienie, czemu żeńskie mumie z Egiptu są w gorszym stanie, niż męskie. Jakby ktoś nie wiedział, tak jak ja wcześniej, wyjaśnienie jest tutaj: https://www.reddit.com/r/ancienthistory/comments/vuq1lr/decomposed_female_mummies/
Nawet dobrze zrobiony audiobook nie ratuje tej powieści. Szmira, szmira i jeszcze raz szmira. Fakt, że dostała jakieś tam nagrody czytelników świadczy jedynie o tym, jak kiepski gust ma większość tych fanek literatury z rodzaju „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!”, normalnie aż szkoda strzępić ryja.
Ja kiedyś czytałem kilka tomów Chyłki i jak po 4 czy 5 tomie zaczęły być dokładnie tym samym, tylko z lekko zmienioną sprawą i bohaterami pobocznymi, ale w tym samym schemacie, co do wydarzeń, wzlotów i updadków, odpuściłem tego autora.
Sama proponowałam tę powieść do #klubczytelniczy, ale pomyliłam termin czerwcowego spotkania i nie przeczytałam na czas 🫠 Zatem wpis wrzucam teraz.
Nie jest to moja pierwsza lektura Obcego, czytałam tę książkę już w licbazie. Wtedy bardziej mi się podobała, jednak teraz odkryłam, że przegadany styl Camusa nie do końca mi podchodzi.
Za to bardziej reluję z głównym bohaterem (doomer.jpg).
I to chyba tyle, co mam do powiedzenia o Obcym, cała reszta wniosków została już dawno wyciągnięta i lepiej opisana przez ludzi mądrzejszych ode mnie 🙃
@pingWIN chyba tak. Tzn obie książki są różne i bardzo je lubię, podobnie Upadek. Jednak do Dżumy i Upadku chyba częściej wracam. Zabawne w sumie jest też to, że w szkole jakoś nie mogłem jej skończyć, dopiero później zaczęła do mnie przemawiać ( ͡° ͜ʖ ͡°)
@Lvter powiem tylko tyle - na niektóre rzeczy nie jesteśmy gotowi jak jesteśmy młodsi. Czasami też jest w drugą stronę - jak byłem na studiach to uważałem Maga za wspaniałą książkę a Nicolas Urfe był dla mnie fantastycznym bohaterem. Jak czytałem ją ostatnio to doszedłem do wniosku, że gość był jebanym debilem, z ego jeszcze większym niż Elon ale mniejszymi sukcesami w życiu.
to teraz czas na Obcego, Upadek i Mit Syzyfa ( ͡° ͜ʖ ͡°)
a potem jeszcze czeka Sartre ( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°)ʖ ͡°) ͡°)
Krótki opis: kapitan Kronos otrzymuje od dawnego kolegi z wojska wieści o wampirze nękającym małą wioskę. Przybywa więc na miejsce z uczonym przyjacielem i poznaną po drodze piękną Cyganką zrobić porządek z potworem.
Muszę wyznać, że chociaż jestem fanką kina wampirycznego, Hammery niezbyt mi podchodzą.
Z obejrzanych dotychczas Hammerów Kapitana Kronosa cenię najwyżej, chociaż po ocenie widać, że nie jest idealnie. Jak na mariaż przygodówki i horroru, Kapitan okazał się trochę za mało dynamiczny i przygodowy. Jednak wzbogaca wampiryczne lore o połączenie wysysanie krwi = wysysanie witalności i młodości ofiar i postać łowcy wampirów - typowego zabijaki.
Swoją drogą, tytułowy bohater był chyba jedną z inspiracji dla Sapkowskiego przy wymyślaniu Wiedźmina.
Film dostępny na CDA z napisami i lektorem AI (całkiem OK).
Jak się zapyta na forach poświęconych legendom arturiańskim o najlepszą filmową adaptację historii króla Artura, Excalibur jest najczęściej spotykaną polecajką.
Rzeczywiście, jest to jeden z najciekawszych retellingów legend, ale czy najlepszy?
Nie da się ukryć, że pod względem technicznym film się zestarzał, dodatkowo rzucają się w oczy zbyt teatralne aktorstwo i różne głupoty fabularne, jak np. Uther idący na morenkę z Igreną w pełnym rynsztunku rycerskim. Jednak ze wszystkich filmów o królu Arturze, Excalibur ma najlepsze i najbardziej klimatyczne zdjęcia oraz muzykę.
Niemniej, dla mnie numero uno pozostaje miniserial Merlin z '98.
A tak wracając jeszcze do sceny morenki Uthera i Igreny. Jest to najbardziej 18 + scena w filmie i trochę ryje banię jak się przeczyta, że rolę Igreny reżyser powierzył... własnej córce.
Zbiór esejów Pawła Jasienicy poświęcony historii dynastii Jagiellonów oraz sytuacji państwa polskiego za ich panowania.
Generalnie napiszę tu mniej więcej to samo, co napisałam we wpisie dotyczącym Polski Piastów: książka ma przystępny i gawędziarski ton, ale to raczej zbiór ciekawostek, niż podręcznik do historii
Co mnie zaskoczyło, to wyraźnie negatywne nastawienie autora do przedstawicieli omawianej dynastii. Ciężko nie odnieść wrażenia, że wszystkich jagiellońskich monarchów Jasienica uważał w głębi serca za patałachów, których nieudolna polityka wewnętrzna i zewnętrzna wprowadziła Polskę na tory, które po ponad 200 latach po śmierci Zygmunta Augusta zakończyły się rozbiorem Rzplitej.
Osobiście raziły mnie też zdecydowanie zbyt często pojawiające się wzmianki o "złych Niemtzach". Rozumiem, że za PRL owa narracja była forsowana, a i ktoś, kto na własne oczy widział okrucieństwa hitlerowców podczas wojny, mógł być później nastawiony skrajnie antygermańsko, no ale średnio pasuje podpinanie pod typową antyniemiecką retorykę ówczesną politykę austriacko-hiszpańskich Habsburgów.
Krótki opis: Piotr Langer to chad pierdyliarder by day i psychopatyczny morderca by night. Jego życie komplikuje się, kiedy poznaje Ninę, która namawia go do zabójstwa pary prokuratorów.
Serial Chyłka był moim guilty pleasure. Mówi się, że polscy reżyserzy nie potrafią kręcić fantasy, ale Chyłka udowodniła, że jednak potrafią. Bo chyba nie myśleliście, że ten serial ma cokolwiek wspólnego z gatunkiem zakładającym pewien realizm fabuły, jakim jest kryminał? xD
W Chyłce zawsze najbardziej uderzały i bawiły mnie dwa kurioza:
1. Zordon żyjący na bogaciej (zabytkowe auto, wynajem dwupokojowego mieszkania w samym centrum Warszawy) za aplikancką pensję oscylującą wokół najniższej krajowej (tak, takie są stawki na aplikacji w prestiżowych warszawskich kancelariach).
2. Postać Piotra Langera Dżuniora. Miał być Anthony Hopkins w Milczeniu owiec, wyszedł Leonardo DiCaprio w Co gryzie Gilberta Grape’a?, i to jeszcze po roku na Podlasiu. Zawsze mnie bawiło, jak twórcy Chyłki usilnie starali się wmówić widzom, że Langer zachowujący się jak wzorcowy moderator vikopu jest w stanie rozgrywać szachy 2137D. Najdziwniejsze jest jednak to, że sporo widzów, a zwłaszcza widzek, autentycznie uwierzyło w tę postać i na Filmwebie pełno jest peanów na cześć gry Gierszała w Chyłce i jego sposobu kreacji postaci, z regularnymi porównaniami do Hopkinsa w roli Lectera i Christiana Bale’a w American Psycho (co jest imo obrazą dla Hopkinsa i Bale’a).
W serialu Langer Gierszał nie gra już tak, jakby jego postać była upośledzona. Właściwie to trzeba powiedzieć, że przez większość czasu nie gra w ogóle. Jest to zarówno regres, jak i progres postaci. Regres, bo ciężko uznać brak jakichkolwiek emocji za dobrą grę aktorską, a progres dlatego, że jednak drewniany psychopata jest wiarygodniejszy, niż psychopata zachowujący się jak Dustin Hoffman w Rain Manie.
Co do gry pozostałych odtwórców głównych ról:
- Julia Pietrucha w roli Niny to największa porażka obsadowa tego serialu. Nie ma ani aparycji, ani przede wszystkim charyzmy, która uwiarygadniałaby ją jako femme fatale zdolną wciągnąć chada milionera w grubszą intrygę.
- Magdalena Boczarska w roli Siarki – tutaj trudno mi się wypowiedzieć, bo postać Siarkowskiej była tak źle skonstruowana i wcoorviająca, że ciężko mi było znieść choćby pięć sekund, kiedy pojawiała się na ekranie. Jak na końcu Siarka dostała srogo po dvpie, to aż się uśmiechnęłam z satysfakcją, tak negatywne uczucia we mnie wzbudziła.
- Piotr Adamczyk w roli Paderborna – jedyny jasny punkt obsady. Fanki Mroza na Filmwebie strasznie się pultały, że Paderborna nie zagrał odtwórca tej samej roli z Chyłki, ten koleś, co wyglądał jak Gracjan Roztocki po roku na WPiA UW. Ja jednak kupiłam zarówno samą postać, jak i grę Adamczyka i właściwie jest to jedyny element, dla którego ten serial dostał ode mnie ocenę 2/10, a nie 1/10. No ale nie wiem, może jestem zbiasowana w tym temacie, bo generalnie już od Czasu honoru uważam Adamczyka za świetnego i niedocenionego aktora i kibicuję każdej produkcji, w której nie gra podstarzałego lowelasa (oprócz 2137 części Listów do M., no szanujmy się xD).
Od omówienia ról czas przejść do omówienia fabuły. No i tutaj to już dno i metr mułu. O ile w Chyłce zdarzały się jeszcze w miarę realistycznie przedstawione wątki, tak Langer to już najgłębsze opary absurdu i braku logiki. W dodatku nudne i nieangażujące. Z wpisów na forum serialu na Filmwebie można wyczytać, że twórcy sporo namieszali, i to na gorzej, pod względem fabularnym. Teraz obczajcie, jak bardzo beznadziejnym scenarzystą trzeba być, żeby wykreować gorszą fabułę i akcję niż naczelny grafoman III RP.
Pod względem technicznym, Langer stoi na tym samym poziomie, co inne współczesne polskie produkcje. Te same ujęcia Warszawki z drona, te same ciemne tandetne wnętrza. Dobrze, że chociaż udźwiękowienie jest poprawne i nie trzeba włączać napisów.
Czy polecę komuś ten serial? No oczywiście, że nie xD Czy obejrzę następne sezony, jeśli powstaną? Pewnie tak, lubię sobie wciągnąć czasem taką ścieżkę z gówna, jaką są ekranizacje przygód Chyłki et consortes.
Niniejszy wpis chciałabym zakończyć krótkim apelem do fanek Langera: jak chcecie sobie obejrzeć DOBRY serial z DOBRĄ rolą psychopaty, granego przez młodego, przystojnego blondyna o nietuzinkowej, rzeczpospolito-germańskiej urodzie, to weźcie sobie odpalcie pierwszy i jedyny prawilny sezon Terroru. Te spermienie do postaci, która przez 5 sezonów Chyłki zachowywała się jak absolwent szkoły specjalnej, nienajlepiej świadczy o waszym guście.
Ło matko, rozumiem, że subiektywna ocena, ale bez przesady. Przy piwku, w piąteczek można obejrzeć. A od Pana Mroza proszę się od janiepawlić. Chłop został doceniony dopiero jak napisał pod pseudonimem. A jak się okazało, że to on to jak zwykle spadła lawina polskiego gówna. Obiektywność hehe.
@AndzelaBomba Z jego relacji wynikało, że krytyka zaczęła się objawiać jak zaczęto podejrzewać, że to może być on. Ja tą relację odebrałem jednoznacznie jako prawie hejterską (modne słowo dzisiaj). Oczywiście w pełni subiektywna relacja autora.
Zbiór esejów Pawła Jasienicy, żyjącego w ubiegłym wieku historyka i publicysty, poświęcony dziejom ziem polskich i państwa polskiego od czasów przedchrześcijańskich do końca rządów dynastii Piastów.
Książka ma przystępny, gawędziarski ton, lecz nie polecałabym jej jako podręcznika do historii Polski, tylko takiego podręcznika uzupełnienie o rozmaite ciekawostki Z racji, że dzieło Jasienicy ma już prawie 70 lat i przez ten czas archeologia i historiografia poszły do przodu, trzeba wziąć poprawkę, że niektóre informacje i opinie mogły się przez ten czas zdezaktualizować.
Krótki opis: biografia lady Emmy Hamilton, żyjącej na przełomie XVIII i XIX wieku angielskiej modelki i arystokratki, konkubiny lorda Nelsona.
Tak ogólnie to dobry film, ze świetną rolą Vivien Leigh i wyjątkowo nieirytującym Olivierem, ale mogli go skrócić o pół godziny, bo tak to jest zbyt rozwlekły. Dwie godziny to stanowczo za dużo na opowiedzenie tej historii.
L.A., koniec lat 30. Prywatny detektyw Philip Marlowe, działając na zlecenie emerytowanego generała Sternwooda, rozwiązuje sprawę szantażu młodszej córki generała, Carmen. Początkowo łatwe śledztwo znacznie się komplikuje, kiedy szantażysta zostaje zamordowany. Na dodatek w sprawę wydaje się być uwikłany szwagier Carmen, były gangster, który jakiś czas wcześniej zniknął w tajemniczych okolicznościach.
Parę razy pisałam na hejto, że wysoko cenię sobie L.A. Quartet Jamesa Ellroya. Gdy sięgałam po pierwszy tom przygód detektywa Marlowe’a, liczyłam na podobnie, jeśli nie bardziej fascynującą lekturę. W końcu Chandler był jednym z prekursorów nurtu noir i po dziś dzień jest umieszczany w panteonie mistrzów kryminału.
Jak się okazuje, uczeń przerósł mistrza i Głęboki sen jest przy serii L.A. Quartet jak rozprawka maturalna o Wokulskim przy Lalce.
Adekwatnym tytułem dla tej książki byłby Głęboki ziew. Zaczęło się przeciętnie, a im dalej w książkę, tym nudniej. Winą obarczyć trzeba styl autora, przywodzący na myśl połączenie stylu pisania wattpadowej ałtoreczki i Tołstoja, zdecydowanie zbyt kwiecisty jak na kryminał. Barokowe opisy miały chyba przykryć przeciętną intrygę, w której imo autor sam się pod koniec pogubił, bo zakończenie sprawia wrażenie napisanego na odpierdol, żeby jak najszybciej mieć książkę z głowy. Teraz już się nie dziwię, czemu do stworzenia scenariusza adaptacji filmowej z '46 zatrudniono innego pisarza
Konstrukcja bohaterów też nie powala. Tyle można o nich powiedzieć, że to chodzące archetypy gatunku i w tej swojej archetypowości strasznie płaskie.
Można przeczytać w ramach ciekawostki literacko-historycznej, ale za bardzo się ta książka zestarzała, żeby w oczach współczesnego czytelnika mogła nadal uchodzić za arcydzieło gatunku. Niskie oceny całej serii na Lubimyczytać są wyjątkowo adekwatne.
Pora na kolejny wpis związany z lekturą omawianą przez #klubczytelniczy
Trochę moich przemyśleń w komentarzach pod linkiem https://www.hejto.pl/wpis/moi-drodzy-mam-nadzieje-ze-glosy-w-wyborach-oddane-i-macie-czas-na-piate-spotkan
Powieść świetnie obnażająca bezsens I WŚ i realia okopowego życia, bez ani cienia propagandowego pierdololo.
Moim zdaniem powinna się znaleźć w kanonie lektur, ale podejrzewam, że MEN zesrałoby się nie gorzej, niż naziści, jakby lekturą miała stać się książka krytykująca bezsensowne umieranie w imię interesów politycznych.
Przy okazji, podrzucam link do piosenki Decades zespołu Joy Division, która idealnie nadawałaby się jako leitmotiv do ekranizacji Na Zachodzie bez zmianhttps://www.youtube.com/watch?v=PMAB3r6EjcM nie zdziwiłabym się, jakby się kiedyś okazało, że właśnie ta powieść stała się inspiracją dla Iana Curtisa.
Krótki opis: Katniss vs. Igła - starcie ostateczne.
Film zamykający (na chwilę obecną) serię Igrzyska śmierci.
Jeśli chodzi o fabułę i akcję, dzieje się więcej, niż w pierwszej części Kosogłosa, ale imo i tak powinni byli zrobić z tego jeden film i skrócić całość o godzinę, wywalając dłużyzny.
Muszę przyznać, że po obejrzeniu całej serii zmieniłam zdanie na temat umiejętności aktorskich Jennifer Lawrence. Wcześniej oglądałam z nią tylko Joy, Poradnik pozytywnego myślenia i Nie patrz w górę i miałam ją za dobrą aktorkę, ale teraz widzę, że ona potrafi grać tylko dwa typy postaci: neurotyczka (Poradnik, Nie patrz w górę) i harda, zamknięta w sobie dziewczyna doświadczana przez los (Igrzyska śmierci 1). Dramatyzm leży (oczywiście jeśli uznamy, że ukazywanie skrajnych emocji polega na czymś więcej, niż krzywieniu twarzy i darciu ryja). No trochę lipa, jak np. śp. Sutherland, który w każdej części był na ekranie może z 15-20 minut i któremu z racji wieku pewnie już się nie chciało grać oskarowych ról, ukazywał szerszy wachlarz zniuansowanych emocji, niż lansowana do niedawna (a konkretnie do 2017 roku, kiedy to aresztowano Weinsteina...) na nową ikonę Hollywood J. Law.