#rower

183
3121

Dzień dobry się z Państwem,

Tym razem, z uwagi na fakt, że w bieżącej edycji #naopowiesci wszystkie chwyty są dozwolone, to zupełnie nie miałem już problemów i rozterek czy kolejną "przygodę" rowerową umieścić pod tagiem #rower czy #zafirewallem . Dlatego, bez zbędnych wstępów, dodam jeszcze tylko dla formalności cyferki do #rowerowyrownik :


192 365 + 243 = 192 608


i zapraszam Państwa do relacji z 243 kilometrów jazdy rowerem.


--------------------


Gitara


To były 243 kilometry. 243 nudne kilometry. Nie wiem, czy da się napisać coś ciekawego o 243 kilometrach nudy, co nie znaczy, że nie spróbuję. Zapraszam.


Dość istotną rolę w poniższej historii odegrał kolega, który - na potrzeby tego opowiadania - umówmy się, że ma na imię Paweł. To, że przypadkiem faktycznie tak ma na imię nie powinno w takim razie stanowić problemu. Ale skoro jest to relacja z jazdy rowerem to naturalne jest, że oprócz Pawła równie istotna jest… gitara.


Wszystko zaczęło się jakieś dwa tygodnie temu, kiedy w fabryce gruchnęła informacja, że będziemy się integrować. Na kajakach będziemy się integrować. Wiadomo, że do kajaków potrzebny jest jakiś zbiornik wodny. Najlepiej rzeka. Z uwagi na fakt, że zespół rozrzucony jest właściwie po całym kraju, to żeby wszyscy mieli tak samo daleko (poza jednym kolegą, który akurat złośliwie mieszka pod Chęcinami) wybór padł na Nidę, z noclegiem w ruinach (w tej odrestaurowanej części ruin) zamku w Sobkowie. Województwo świętokrzyskie, powiat jędrzejowski. 


Plan integracyjny był prosty jak drut i składał się zasadniczo z dwóch punktów:


  • kajaki i alkohol w czwartek

  • kac i powrót do domów w piątek


Jednym słowem: klasyka.


Ale w tym miejscu historii pojawia się on. On, czyli Paweł.

– Fonfi, a może byśmy wrócili rowerami?

– Tak!

– Długo Cię nie trzeba namawiać.

– Tak.


W ten sposób powstał drugi plan, doszczegóławiający (w ogóle istnieje takie słowo? - bo mi Word podkreśla) ten poprzedni w zakresie powrotu. Jako że Paweł mieszka w Krakowie, a z Sobkowa do Krakowa jest całe 120 kilometrów, zapowiadał się leniwy, towarzyski “caffé ride” przez urokliwe okolice województw świętokrzyskiego i małopolskiego. Z „happy endem” w postaci 20-kilometrowego odcinka WTR (Wiślanej Trasy Rowerowej). Nie pozostało nic innego jak przezornie, z wyprzedzeniem, zarezerwować sobie bilet na pociąg z Krakowa do Warszawy z miejscem dla roweru.


10 lipca, w czwartek, z samego rana, z rowerem, spakowaną sakwą, biletem w ręku (chociaż tak dokładnie to w telefonie) wsiadłem do samochodu kolegi (nie Pawła) i pojechaliśmy się zintegrować. Na miejsce dojechaliśmy jako jedni z pierwszych więc witaliśmy kolejno zjeżdżających się ludzi, w tym ekipę z Krakowa.


Paweł wysiadł z samochodu, podszedł do bagażnika, a ja radośnie, jak labrador w błocie, podbiegłem, żeby pomóc mu z rowerem. I przeżyłem szok. Roweru nie było. Nie było go w samochodzie, nie było go też na samochodzie, ani nie było go nawet pod samochodem - wiem, bo na wszelki wypadek sprawdziłem. 


Była za to gitara.

– Paweł, to nie jest rower!

– Nie.

– To jest gitara.

– Brawo!

– Zdajesz sobie sprawę, że na gitarze ciężko Ci będzie dojechać do Krakowa?


Okazało się, że w wyniku szeregu nieporozumień i nienachalnej znajomości kalendarza, ktoś zaplanował Pawłowi spotkanie z klientem akurat w dzień naszego powrotu. Paweł oczywiście rozważał przez jakiś czas opcję podłączenia się do telekonferencji w trakcie jazdy na rowerze. Jednak a) po pierwsze - sapanie i rzężenie mogłoby zostać przez klientów zauważone i niekoniecznie dobrze odebrane, b) po drugie - pozostawała kwestia zamocowania laptopa do kierownicy na potrzeby prezentacji. Zaważyło zwłaszcza to drugie. W konsekwencji całkowitego braku dostępności tego typu uchwytów na rynku – wygrała wspomniana gitara.


Kajaki, jak kajaki – o nich pewnie można by było napisać odrębną historię. Z kolei integracja, też jak integracja. Ten się spił na wesoło, tamten na smutno, tamten do nieprzytomności.


A to wszystko przy dźwiękach tej cholernej gitary.


Kolejnego dnia wyjazd do Krakowa zaplanowałem mniej więcej między 8:00 a 9:00 rano, dzięki czemu miałem się porządnie wyspać. Oczywiście - jak na złość - obudziłem się już o 6:00, na długo przed budzikiem. Starzy ludzie tak mają, że wstają skoro świt. Podejrzewam, że jest to element ewolucji i w pewnym wieku naturalnie przystosowujemy się do wczesnego wstawania, bo to w kolejkach do przychodni gwarantuje miejsce przed słabszymi osobnikami.


Skoro już się obudziłem to postanowiłem się też umyć i ubrać. W ten sposób już o 6:30 stałem przed hotelem wdychając rześkie, poranne powietrze. Bufet otwierali dopiero o godzinie 9:00, więc - w ramach śniadania - zakupioną poprzedniego dnia owsiankę zagryzłem lekko czerstwą jagodzianką i właściwie byłem gotowy do drogi. Nie budząc nikogo (co, mając na względzie uprzedni wieczór, i tak skazane byłoby na porażkę) wsiadłem na rower. Wyjechałem przez bramę i wiedząc, że do Krakowa mam się skierować na południe, zaskoczyłem sam siebie skręcając na północ. No dobrze, trochę z tym zaskoczeniem konfabuluję, bo gdzieś - w tak zwanym międzyczasie - przeszła mi przez głowę myśl, że skoro i tak jadę sam, to po co do Krakowa jak można od razu do Warszawy. Myśl ta zostawiła nawet swój ślad w postaci przygotowanej trasy w nawigacji.


Nawigacja ta, już po kilku pierwszych kilometrach kazała mi zjechać w szutrową drogę wzdłuż nasypu kolejowego, która miała skrócić wycieczkę o parę kilometrów. Szuter, owszem - był. Miejscami. Tam, gdzie akurat nie było piachu po obręcze. Dzięki czemu zamiast jazdy mogłem rozkoszować się porannym spacerem.


Jak tylko udało mi się dotrzeć do bardziej utwardzonej nawierzchni jazda nabrała bardziej rozsądnego tempa. Rozsądnego na tyle, na ile pozwalały podjazdy przed i w samych Chęcinach, gdzie postanowiłem uzupełnić uprzednie skromne śniadanie i zaopatrzenie. Zjedzona (tym razem świeża) drożdżówka i banan, oraz dwa kolejne na zapas, spowodowały, że świat nabrał barw. I dla jasności - nie były to nasze narodowe odcienie szarości.


Przez kolejne dwadzieścia kilometrów nie działo się nic wartego uwagi. Ot na zmianę pod górę i na dół, dość silny boczny wiatr (wiadomo – kieleckie) nie pomagał, ale też specjalnie nie przeszkadzał, ciemne chmury straszyły z oddali perspektywą zmoknięcia, a ja mogłem się cieszyć wspaniałymi widokami jakie oferowała okolica.


Aż nagle, na 36 kilometrze nawigacja kazała skręcić na skrzyżowaniu w prawo i moim oczom ukazał się podjazd. Ale nie jakiś tam podjazd, jakich minąłem już kilka. Tamte to mogły mu co najwyżej za wypłaszczenia robić. Ten podjazd ciągnął się po horyzont i ginął gdzieś w górze we mgle. Chociaż mogłem odnieść tylko takie wrażenie przez okulary, które zaszły mi z wrażenia parą. 


Zaatakował od razu. Nawigacja rozbłysła czerwonym alarmem, wyświetlając 15% nachylenia. W rozpaczliwej próbie obrony klikałem szaleńczo manetkami, żeby dobrać odpowiednie do walki przełożenia. Łańcuch przeskakiwał w zawrotnym tempie jednak już po chwili zazgrzytał przeraźliwie, informując mnie, że zakres się skończył. Tę walkę przegrałem zanim na dobre się zaczęła. Nie pozostało mi nic innego, jak wspinać się w zawrotnym tempie kilku kilometrów na godzinę, sapiąc i rzężąc niczym zarzynane zwierzę, aż okoliczne psy, których codzienną rozrywką jest podgryzanie kolarzy po kostkach, uciekły skowycząc. Mógłbym przysiąc, że podjazd ten ciągnął się przynajmniej dwadzieścia kilometrów. Jakież było zatem moje zdziwienie, kiedy wdrapawszy się ostatkiem sił, z mroczkami przed oczami i smakiem wstępnie przetrawionej jagodzianki w ustach nawigacja pokazała, że przejechałem niecałe dwa. Nagrodą była jednak wspaniała panorama na okolicę i, jak to po podjazdach bywa - długi zjazd.


Takich zjazdów, zresztą było jeszcze kilka. Na jednym z nich, w miejscowości Hucisko przed Stąporkowem, przez chwilę nieuwagi, rower rozpędził się nawet do szaleńczych 60km/h co przeraziło nie tylko mnie (boję się takich prędkości) ale i pana policjanta z „suszarką”, który mierzył prędkość, schowany za płotem przed samą tablicą wyznaczającą koniec obszaru zabudowanego. Trzymając się kurczowo kierownicy, skupiony na najbliższych kilku metrach asfaltu pochłanianych przez przednie koło, zdążyłem tylko kątem oka zauważyć przedstawiciela władzy, który potrząsał radarem i chyba z niedowierzaniem wpatrywał się w wynik pomiaru.


Po stu kilometrach powoli dojeżdżałem w moje rodzinne strony - okolice Wolnego Miasta Radom. Nieznośny ból zadka i lekkie ssanie w żołądku przywołały natrętną chęć zajechania do mamusi na obiad i kontynuowania wycieczki w mniej lub bardziej wygodnym fotelu PKP. W celu przegonienia tych głupich pomysłów, pomachałem energicznie ręką przed swoim nosem. Stojący na mijanym przystanku młody chłopak odmachał lekko zdziwiony.


Przytyk, który znajdował się na 120 kilometrze, czyli praktycznie w połowie trasy, wydał mi się idealnym miejscem na pierwszy postój, uzupełnienie kalorii i zapasów, które zdążyły się uszczuplić o wszystkie zakupione wcześniej banany, batona proteinowego, żel energetyczny i jeden bidon z izotonikiem. Do wyboru był kebab, kebab albo pizza. Pomimo, że akurat wypadał Światowy Dzień Kebaba postawiłem na pizzę. A dokładnie na zapiekankę. Ale w pizzerii.


Pizzeria okazała się malutkim lokalem, z jednym stoliczkiem, który głównie obsługiwał zamówienia na wynos. Usiadłem więc w kąciku, podłączyłem nawigację do powerbanka, żeby się trochę podładowała i wiercąc się na twardym krześle cichutko sobie cierpiałem w oczekiwaniu na posiłek.


Zapiekanka, choć była to najprostsza z możliwych jej wersji, smakowała mi jak żadna inna do tej pory. Zjadłem, popiłem napojem gazowanym jednego z popularnych producentów, nazwy którego nie wymienię, bo nie zgodził się zapłacić za reklamę. I tu pojawił się malutki problem. Ilość spożytej kofeiny, protein, chemii i zjedzona w pośpiechu zapiekanka wywołała u mnie gwałtowny proces trawienny i tak zwaną potrzebę. Jednak w lokalu nie było toalety. A przynajmniej takiej dla gości. Co gorsza ani obsługa lokalu, ani pobliskiego sklepu, w którym zakupiłem kolejne banany i napoje, nie potrafiła mi powiedzieć, gdzie mógłbym taki przybytek znaleźć. „No nic – rozejdzie się po kościach” pomyślałem i na wszelki wypadek dokupiłem paczkę chusteczek higienicznych.


Z kolejnych trzydziestu kilometrów pamiętam niewiele. Właściwie to pamiętam tylko mocno zaciskane pośladki. Okazuje się, że stacje benzynowe na bocznych, lokalnych drogach są równie rzadkie jak rozsądek w komentarzach w internecie. Na szczęście wjechałem do Białobrzegów, gdzie zatrzymałem się na pierwszej napotkanej stacji benzynowej. Wpadłem do środka, gdzie sprzedawca tylko spojrzał na mnie, przestępującego z nogi na nogę i powiedział jedno słowo: “tam”, wskazując przy tym na drzwi do toalety. Po wszystkim nawet pieniędzy nie chciał, choć na drzwiach toalety wyraźnie było napisane, że płatna. Czyli są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie, którzy pomogą w potrzebie. Tej literalnej.


W tym miejscu dołączyli do mnie Maciek Okraszewski i Michalina Kowol – czyli podcast “Dział zagraniczny”. Podziwiając tereny “Mazowieckiej Toskanii” położone w okolicy Warki i Grójca (wraz z niesamowitym zatrzęsieniem idiotów w zdezelowanych “beemkach”, którzy wyprzedzali mnie z ogromną prędkością na grubość lakieru albo udawali, że mnie nie widzą jadąc na czołówkę) Maciek i Michalina szeptali mi do ucha dlaczego w Europie znikają listonosze, czemu Indie zmuszają obywateli do wegetarianizmu, wyjaśnili zawiłości egipskiego manualnego systemu recyclingu oraz poinformowali kiedy zostanie zniszczony Neapol. Przerwę zrobili sobie tylko dwa razy, kiedy musiałem wracać po zgubioną na grójeckich wybojach słuchawkę.


W okolicy Warki ponownie zagnieździła mi się w głowie myśl roztaczająca przede mną uroki podróży w PKP, a która to myśl - z racji, że jechałem wzdłuż linii kolejowej – mniej lub bardziej natrętnie towarzyszyła mi aż do samych przedmieść Warszawy, czyli do Piaseczna. Jednak powszechnie wiadomo, że najgorsza jest pierwsza setka, drugą jedzie się już nieźle, a trzecia i kolejne to sama przyjemność - więc przyjemności tej postanowiłem sobie już do samego końca nie odmawiać. Zresztą ostatnie kilometry umilały mi różne rozmowy telefoniczne.


Na sam koniec, już w samym centrum Warszawy, na Nowym Świecie zaskoczył mnie Marsz Wołyński, którego uczestnicy skutecznie blokowali przejazd, przez co zmuszony byłem skorzystać z ulicy Ordynackiej, której brukowana nawierzchnia zapewniła mi bezpłatny masaż prostaty akurat w momencie, kiedy zadzwonił do mnie Paweł i siedząc na miękkiej kanapie w Krakowie zapytał:

– Żyjesz?


A w tle, w słuchawce, słychać było gitarę…


----------

Dla porządku: 1803 słowa

4d866c69-2a40-4ae6-89a0-aad6e8082625
c2d4214b-69b7-42cc-af15-6a38360fd6c6
7e7a77fb-1f21-4f69-86e0-c8c0a0276702
8306cfff-c669-40f0-8e77-4d6d4ebcfa12
1a462115-0844-40c4-97be-9af6b3bd5246

Generalnie jakby się komuś nie chciało czytać, to całość można podsumować takim TLDR:


Jeszcze kiedy byłem w Sobkowie, to był tam taki Paweł i on pomylił rower z gitarą. I potem miałem bilet na pociąg z Krakowa i po drodze do domu wtedy do Warszawy jeszcze pojechałem.


Przeczytano


No jest k⁎⁎wa wysoko, no i Pan Paweł! Tylko jakiś dziwny z gitarą ( ͡° ͜ʖ ͡°) a miał skakać na rowerze.


i @fonfi po przejechaniu dystansu "ała k⁎⁎wa rzeczywiście, jak mnie wszystko boli" xD

df24af5b-c33c-443d-9f3b-68cd70fb9fb7

Zaloguj się aby komentować

@Gilgamesh "zwolnij, zaczekaj, na pewno dobrze jedziesz?, jestem zmęczona, zimno, mokro, wietrzno, nie jedź tak szybko, uwazaj na samochody, koło mi trzeba napompować, jak sie włącza latarkę, łańcuch mi strzela, jak sie gasi latarke"

A potem "czemu ty mnie na rower nie zabierasz"?

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

192 069 + 67 = 192 136

Wybrałem się na swoją ulubioną ścieżkę nad Radunią a skończyło się totalnym przemoczeniem. Trzeba było porzucić zaplanowana trasę powrotną i gnać do domu najszybszą drogą.


Przy okazji, powinni montować jakieś wycieraczki do garmina, nie da się tego obsługiwać podczas deszczu xD już tęsknię za poprzednim licznikiem bez dotykowego ekranu ;)


#rower #gravel

Wpis dodany za pomocą https://hejto.sztafetastat.eu

#rowerowyrownik

1d7a5d71-ad1e-4d1e-a1d4-dd78a2c037a3

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

No kurde. Kupiłem nowe buty i drugiego dnia przytarłem czubek lewego o przednią oponę. No jak żyć panowie, jak żyć. Takie ładne, białe jak zawodowcy i lewy już przetarty xD Może znacie jakieś specyfiki/sposoby żeby to zatentegować?


System Boa bardzo fajna sprawa, ale mam nadzieję że ta linka mi się nigdy nie zerwie, nie chciałbym tego ustrojstwa wymieniać.


#szosa #rower #jakzyc

Co do czyszczenia białych butów polecam magiczną gąbkę, w pepco chyba najtaniej, ale dostępna w wielu miejscach. Moczysz w wodzie, bez chemii i ładnie schodzi zazwyczaj.


Co do BOA natomiast to jeśli to oryginalny system (nie zamiennik innego producenta) to raczej jest bezproblemowy i ma dożywotnią gwarancję. Kontaktujesz się z nimi, a oni wysyłają nowe linki itd. z instrukcją. Ja jeszcze nie zepsułem nigdy, ale widziałem kilka razy takie info od innych osób.

Kto jeździ w białych butach bez doklejonej białej taśmy izolacyjnej na czubkach? Po fakcie można przetarcie zakleić tą taśmą i zabezpieczyć na przyszłość.

Zaloguj się aby komentować

Nowy żul bajk nabyty drogą kupna.


Rower angielskiej firmy Raleigh z Nottingham, wyprodukowany na Tajwanie, kupiony w Danii przez doktoranta Politechniki Śląskiej.

I trafił na Chebzie :)


#rower

9c11f96a-5a44-4956-993c-57667fad0e82
17f792b3-6749-4897-964c-7313c57fe0f7
fc77ae59-3bc9-4ef4-9274-a404e572cef8

Zaloguj się aby komentować

191 763 + 31 = 191 794

#rowerowyrownik #rower

Wczoraj jebnąłem 51km, @Tomekku zastanawiał się jak z chodzeniem. No to mówię, zero dolegliwości. Dlatego machnąłem sobie teraz taką trasę. Dla zajeżdżenia smutków @Z_buta_za_horyzont

Miałem 28km i już byłem blisko domu, to stwierdziłem że źle to będzie wyglądało i dokreciłem jeszcze 3km.


Kształt tej trasy przypomina mi #kapitanbomba

691603fb-458b-4389-ac79-113e4e723630

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

191 705 + 26 + 25 = 191 756

#rowerowyrownik #rower

@myoniwy wraz z @Zielonywewszystkim kręcą wyniki po to żeby @Opornik mógł sobie smacznie pospać.

Walnąłem wczoraj sobie 25km, ledwie wróciłem do domu a Zielony pisze czy gdzieś jedziemy.

Mówię że dopiero zrobiłem 25km ale jeszcze z 10 mogę dołożyć. No to tak dołożyłem że wyszło 25km. Łącznie wczoraj ponad 51km.

9191eb15-9c3d-4abd-a021-f767d86d2654
4c553b58-d546-4e53-83ef-25eed7df5c9f

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

191 433 + 35 +50 =191 518


śródtygodniowe treningi. dziś dużo wrażeń, bo testowałem słuchawki kostne i zaliczyłem pierwszą glebę z okazji niewypięcia. słuchawki zupełnie nie zakłócają dźwięków z otoczenia, muzyki się raczej nie da słuchać, bo brzmią jak stary kasprzak (kto wie co to?;) za to słuchanie audiobooków - o tak, idealne. O ile nie jedzie się za szybko, bo wtedy wiatr trochę przeszkadza. Test gleby - ogólnie nie polecam, no ale bez tego człowiek nie jest 100% kolarzem

#rower #szosa  #rowerowyrownik

853c7207-6247-4d97-b291-5e8b8e7efac2

Czy gleba była żyzna? Bo opisałeś, że test nie fajny, no ale jak wyszedł? Ja ostatnio kombinowałem przy "sprężynie" bloków i też się ratowałem w ostatniej chwili na światłach.

@austrionauta ja jeszcze nigdy nie wyglebiłem na klipsach i myślałem, że nigdy się nie zdarzy, ale skoro takiemu wyjadaczowi jak Ty się udało to widać wszystko przede mną xD

Zaloguj się aby komentować

191 388 + 45 = 191 433


Testy nowego Garmina, przesiadka z Edge 530 na Edge 1040. Całkowicie inne zachowanie w przypadku zboczenia z zaplanowanej trasy. Raczej na lepsze, ale potrzeba więcej testów


#rower #gravel #rowerowyrownik

93f4f8cf-aa3c-4df5-b8d5-fe2fbd6a3bc1

Zaloguj się aby komentować

@onpanopticon a to nie tak ze to ty określasz szybkość poprzez odpowieni nacisk na pedały, przełożenie i operowanie hamulcami? Do czego się przyzwyczaić

Zaloguj się aby komentować

Bracia Pogacar to naprawdę niesamowita historia. Jeden jest świetnym góralem, drugi dzięki doskonałej jeździe na czas prowadzi w klasyfikacji punktowej a trzeci to w ogóle pozamiatał i jedzie jako lider Tour de France.

A czekaj, to jeden i ten sam kozak ( ͡~ ͜ʖ ͡°)

W tym roku na kanale TdF jest na prawdę super relacja. Szybko wrzucają filmy, świetny montaż, piękne ujęcia, dramaturgii tak w punkt. Polecam, jak ktoś nie jest bezrobotny i nie ma w lipcu 240 godzin wolnego na oglądanie na żywo od początku do końca

https://www.youtube.com/watch?v=PxXPNIITJL4


BTW, ten debil YT tłumaczy tytuły automatycznie i zamiast Tour de France napisał mi "Wycieczka po Francji" xD


#kolarstwo #rower #sport

300630f9-f760-4529-9f03-9036b539d5d6

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

W sobotę wieczorem przyszedł mi do głowy pomysł na aktywne spędzenie tegorocznego urlopu.


Z grubsza plan jest taki, że jadę na początku sierpnia z rowerem pociągiem do Krakowa i stamtąd wracam już na kołach do Gdańska przez całą Polskę


Pierwszy dzień na spokojnie, będę ok 12 w Krakowie, więc mam zamiar zaliczyć tylko Ojcowski Park Narodowy i udać się na nocleg.


Drugi dzień to planowo Szlak Orlich Gniazd, jakieś 100 km bo będzie sporo zwiedzania.


No i dalej mam trochę pustkę, droga w kierunku Włocławka ale co tam zahaczyć po drodze ? A może odbić całkowicie w innym kierunku ?


Końcówka za to w miarę jasna, Grudziądz, Kwidzyn, Sztum, Malbork.


Także bardzo zamkowa trasa wychodzi Na obrazku na razie bardzo wstępna trasa. Będę wdzięczny za podzielenie się radami co do samego bikepackingu jak i miejscówkami do odwiedzenia. Dobrej jakości trasami i gdzie się lepiej nie pchać z rowerem


#rower #podroze

c9ccfeb8-6033-4c3c-93a1-f53d18808869

@Gilgamesh jak już jedziesz przez centrum Polski to myślę, że warto zahaczyć o Łódź, przejechać się piotrkowską zobaczyć manufe. Po wyjeździe z Łodzi można skierować się do geograficznego środka Polski w Piątku, następnie podjechać do Łęczycy przestraszyć diabła Borutę i do starusieńkoej katedry w Tumie. Koło Łodzi są miejscowości Wódka i Moskwa więc można zrobić śmieszne fotki ze znakami

a26ed139-ba64-4ca8-bf59-70698b164269

Co prawda on jeździ raczej po szosie, ale obczaj Pyndalarza na YT, mój ulubiony strimer ultra-rowerowy. W sumie on częściowo wciągnął mnie w jakieś dłuższe wyjazdy. Możliwe, że znajdziesz coś dla siebie, bo jeździ z Górnego Śląska.

Zaloguj się aby komentować

No dzień dobry w poniedziałek. Kto z Was miał tego małego potwora, zdzieracza łokci i kolan? Nazwa była adekwatna do jego możliwości. A kto miał taką pierdzącą dokładkę do wigraka to był król na dzielni, zwłaszcza latem jak trzeba było pedalować naście kilometrów nad wodę, żeby się ochłodzić.

Takie i inne wspaniałosci możecie zobaczyć w Sępólnie Krajeńskim w muzeum PRL.

#rower

#nostalgia

#prl

#nivaznegdziedroga

a9db9ae3-12d1-41e5-9efc-1ca96bcf83a8

Pierwszy był turkusowy Reksio. Moje pierwsze Wigry 3 było dokładnie w takim zielonym kolorze. Potem dostałam kolejny na komunię, nówkę sztukę, ale dojrzewał najpierw u babci w piwnicy. Też zielony, ale ciemny metalik

Raz prawie straciłam życie na kwietniku jadąc z górki jak kuzyn dał się przejechać kolarzówką Romet, komunijny oczywiście. Kto to widział brak hamulca w pedałach, jako dziecko Wigry nie znałam innego. Jakoś się udało nie popsuć siebie i roweru, ale mialam pełno w gaciach.

Miałem niebieskie salto. Koledzy ze mnie pizgali trochę, bo to nie była kolarzówa, ani góral, ani bmx, ale uwielbiałem ten rower i był mega.

Zaloguj się aby komentować

190 866 + 27 = 190 893


Szybka traska przed deszczowym tygodniem. Było co podjeżdżać, więc mimo krótkiej trasy spokojnie można się zmęczyć


Testowałem też trochę inne ustawienie siodełka. Było gorzej, więc zmieniłem w 1/3 trasy na jeszcze inne, ale podejrzewam, że czeka mnie kilka jazd, żeby metodą prób i błędów znaleźć w miarę ok ustawienie. W ogóle od 2-3 lat myślę czy nie zrobić bikefittingu. Póki mam jeszcze zniżkę w jednym studio zastanawiam się nad tym coraz mocniej i też nad tym która pora roku jest najodpowiedniejsza do tego typu rzeczy. Pewny jeszcze nie jestem co do tego i jeszcze powalczę trochę sam


#rowerowyrownik #gravel #rower

c531c5b6-29b1-4d41-bc79-60875c663856

Po sobie widzę, że niekoniecznie "pierwsze wrażenia" z ustawienia muszą być dobrą odpowiedzią. Ustawienie które sprawia teraz, że mogę w siodle być i całą dobę - wcale nie jest dla mnie jakieś komfortowe na początku kręcenia Dopiero z czasem pokazuje to swoją zaletę. Czyli że komfort w zasadzie tylko rośnie z rozgrzaniem się i że wręcz zjeżdżam z siodła. Niemniej po zrobieniu pierwszych 20km sądziłem, że jest fatalnie to ustawione. Okazało się, że bardzo dobrze, zarówno w kontekście braku bólu, braku jakichkolwiek otarć, ale też ustawienia do jazdy.

@onpanopticon ja już mam trochę różnych ustawień za sobą i wiedziałem, że akurat tamto jest złe. Zmieniłem kąt na ujemny i zsuwałem się po prostu na kierownice zbyt mocno, a być może problem był w wysokości. Później zmieniłem na coś pomiędzy starym i nowym, ale w terenie ciężko już na oko zrobić poziomowanie, choć było chyba ok. Na pewno teraz chcę lekko obniżyć, tak na prawdę wszystkie parametry mogą być do poprawy, ale staram się nie robić drastycznych zmian i zmieniać jeden parametr na raz.

@pingWIN z obniżeniem mam tak, że służy tylkowi, ale minimalnie gorzej się kręci dlatego latam z wysokością między dwoma zaznaczonymi wysokościami w zależności od długości trasy xd

Zaloguj się aby komentować