Na wstępie chciałem zauważyć, że za pisanie takich książek powinno się autora kilka razy publicznie wybatożyć! I to nie dlatego, że seria obniżyła poziom albo coś nielogicznego stało się ulubionym bohaterom. Dlatego, że nie wolno, nie wolno! pisać po jednym tomie raz na kilka lat i zostawiać ludzi z tyloma nowymi wątkami, tak wielką ilością pytań i takim oczekiwaniem.
To jest zdecydowanie najlepszy z sześciu tomów. Każda strona niesie coś nowego, każda ma w sobie jakiś potencjalny zwrot akcji. Nie brakuje wzruszeń i scen, które powracają długo po przeczytaniu ostatniej strony. Pojawiają się, jak już wspomniałem, nowe wątki, na szczęście autor nie zapomina o ciągnięciu i domykaniu tych, które otworzył uprzednio. I na szczęście idzie w zupełnie inną stronę, niż można było oczekiwać. Każde trącenie wątku z poprzednich tomów to niespodzianka.
Będę z olbrzymią niecierpliwością czekał kolejne lata na następny tom.
@Cerber108 Tak, to, że krótkie to boli bardzo w sercu. Ale ja jestem wielkim fanem tego autora i uniwersum i co jak co, ale krótszą książkę (i cenę) akurat mogę wybaczyć.
Jak cała seria mi się podoba to mam problem z zakończeniami, że są dla mnie jakieś takie nijakie. Nawet teraz, po miesiącu od przyswojenia audiobooka nie mogę sobie przypomnieć jakie było zakończenie i co z niego wynikało. Pamiętam, że fabuła była super, że dobrze się bawiłem, ale zakończenie? Podobne odczucia miałem co poprzedniej części.
Ostatnia ze "starszej" części książek, czyli piąta w serii. Robi się zdecydowanie mrocznie i poważnie. Już nie jesteśmy na etapie hulania po stepach albo w górach i przeżywania (wspaniale opisanych!) przygód przypominających opowieści płaszcza i szpady. O nie, teraz wchodzimy w zdecydowanie cięższe klimaty, wpychamy się pomiędzy pradawne legendy i domagamy uwagi.
Nijak nie można było się spodziewać po pierwszych tomach, że historia zaprowadzi nas tutaj, ale ani razu nie żałowałem.
Dom Wydawniczy REBIS wyda następną książkę historyczną. "Bogowie Polski" Szymona Zdziebłowskiego ukażą się 2 czerwca 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie zawiera 352 strony, w cenie detalicznej 69,99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Jak wyglądały świątynie wznoszone nad Wisłą tysiące lat przed powstaniem państwa polskiego? Czy chrześcijaństwo rzeczywiście jest najdłużej wyznawaną religią na naszych terenach? Jakich bogów czcili pierwsi Słowianie?
Szymon Zdziebłowski rzuca wyzwanie powszechnym przekonaniom i proponuje czytelnikom fascynującą archeologiczną podróż po świecie dawnych wierzeń, rytuałów i zapomnianych bóstw. Wyprawa zaczyna się ponad 100 tysięcy lat temu, a kończy na próbie zrozumienia religii wczesnych Słowian. Czytelnik pozna zdumiewające artefakty i obiekty, takie jak wizerunki „Wenus” sprzed kilkunastu tysięcy lat, gigantyczne konstrukcje ziemno-drewniane starsze od egipskich piramid (tzw. polskie Stonehenge) oraz sensacyjne figurki starożytnych bóstw i amulety.
Bogowie Polski to lektura dla każdego, kto chce zrozumieć tożsamość mieszkańców tej części Europy. To opowieść o tym, że już nasi przodkowie żyjący tysiące lat temu zastanawiali się nad sensem życia i poszukiwali wsparcia w sferze duchowej.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Słuchajcie! Właśnie dotarła do mnie nagroda od kolegi @fonfi za wygraną w poprzedniej (XXV) edycji zabawy #naopowiesci, bo nie wiem czy Państwo wiecie/pamiętacie, ale za każdą wygraną w tej zabawie kolega @fonfi wysyła nagrodę książkową (taką w budżecie 100PLN, więc jest w czym wybierać).
Pytacie jaką książkę zażyczyłem sobie ja?
Troszkę ponad miesiąc temu, kolega @Whoresbane poinformował w tym wpisie, że wydawnictwo REBIS zapowiada dodruk książki Dziedzic Kaladanu ze świata Diuny. A że akurat tej książki mi w kolekcji brakowało, to padło właśnie na ten tytuł.
Ja wiem, że książki pisane przez panów Briana i Kevina to takie fanfiki. Ja wiem, że są bardzo nierówne - jedne lepsze a inne (delikatnie mówiąc) gorsze. Ja to wszystko wiem. Ale i tak je przeczytam i chcę mieć wszystkie na półce, bo a) nerwica natręctw, b) grafiki Siudmaka
A przy okazji, jako że w kolekcji brakowało mi nie tylko Dziedzica ale w ogóle całej Trylogii Kaladanu, to już całkiem sam domówiłem sobie dwie pozostałe. I tym sposobem, do skompletowania wszystkich książek z uniwersum Diuny, brakuje mi już tylko 4 z 26 (chyba, że coś przeoczyłem).
W każdym razie chciałem powiedzieć, że kolega @fonfi do solidny Tomeczek. Polecam tego hejtowicza!
PS.
Przy tej okazji pozwolę sobie w imieniu kolegi @fonfi przypomnieć, że trwa właśnie XXVI (słownie: 26) edycja, której "tematem" jest: Monika otworzyła oczy. Oślepiona intensywnym światłem zamrugała i…
Gorąco zachęcam do wzięcia udziału. Nagroda czeka!!!
Mam problem z tą książką. „Państwo Hitlera” jest reklamowane jako nowatorskie, sensacyjne spojrzenie na narodowy socjalizm Hitlera. W zasadzie tak jest. Książkę można podsumować w paru zdaniach: Niemcy podczas II wojny światowej byli skurwielami, a to że ubierali się lepiej od trepa Saszki z Irkucka nie sprawia, że należy ich stawiać wyżej. Tak samo kradli i mordowali. W całej Europie.
Książka jest poświęcona ekonomii III Rzeszy. Götz Aly wyjaśnia, dlaczego gospodarka Niemiec mimo wojny zdołała się utrzymać, a Niemcy zaślepieni ideologią i nakarmieni kosztem całej okupowanej Europy do końca wojny popierali Hitlera. Tu właśnie pojawia się problem, od którego zacząłem ten wpis. Aly podaje bardzo dużo danych statystycznych, cytatów, przykładów. Nie jest to książka łatwa w lekturze, bo tak duży zbiór danych nuży. Czy mimo to odradzam przeczytanie tej książki? Właściwie nie, bo ta książka po prostu jest potrzebna do zrozumienia ekonomii III Rzeszy, który odgrywał bardzo dużą rolę w polityce Hitlera. Autor (Niemiec) nie bawi się w eufemizmy i mówi wprost: Niemcy żyli w dobrobycie, bo w sposób masowy i systematyczny mordowała i grabiła Europejczyków, byle tylko przejąć ich majątek. Ideologia nazistowska odgrywała pewną rolę w tym mechanizmie, ale wielu Niemców było konformistami, którzy mając wymówki o "ostatecznych rozwiązaniach" czy "przestrzeni życiowej" po prostu dokonywała skurwysyństw, byle tylko zapewnić sobie i rodzinie lepsze życie.
No ale czemu napisałem, że "właściwie" należałoby przeczytać książkę? Problem polega na tym, iż polskie wydania tejże potrzebnej książki są niestety niechlujne Ja czytałem (zdaje się najnowsze) IV wydanie z 2023 roku. Książka nie miała porządnej redakcji w ostatnim wydaniu. Nie jestem purystą językowym, sam robię sporo gaf, ale nie popełniam tak powszechnych błędów i nie mówię bądź piszę "a mianowicie" (w książce to obrzydlistwo pojawia się kilkadziesiąt razy). Staram się być konsekwentny i jak piszę o Göringu to zawsze pamiętam o umlaucie (w książce obok poprawnej formy zdarzyło się przeczytać o "Goeringu". Rozumiem, jak jedna osoba dokona wpadki. Ale ta książka miała tłumacza, redaktora i ukazała się parokrotnie - nikt przez ten czas nie zauważył tego, nie zgłosił wydawcy błędu?). Wreszcie szlag mnie trafił, jak przeczytałem cytat "Rafaela Lemkina" z 1994 roku. Primo - RAFAŁA, ten wybitny prawnik był Polakiem pochodzenia żydowskiego. Secundo - Lemkin był prawnikiem polskim i amerykańskim, jeśli jego imię miało być z angielskiego to powinno brzmieć "Raphael". Byłby to błąd, ale dający się usprawiedliwić. Tertio - Lemkin zmarł w 1959 roku... Wypowiedź Lemkina pochodziła z 1944 roku. Niby czepianie się, bo 1944 i 1994 wyglądają podobnie, ale jest to rażący babol, coś jak napisanie, że konferencja w Wannsee odbyła się w 1924, no bo 24 i 42 łatwo pomylić... Przez takie niechlujstwa językowe i merytoryczne książka traci. A strata jest tym większa, gdy ma się przed sobą CZWARTE WYDANIE. Naprawdę wydawcy nie mogli zadbać o to, by przed kolejnymi wydaniami nanieść potrzebne poprawki merytoryczne i językowe?
Jak ktoś interesuje się historią II wojny światowej to powinien przeczytać tę książkę. Ale niech zapozna się z oryginałem w języku niemieckim albo spróbuje przeczytać inne tłumaczenia. Polskie wydania niestety leży i dlatego moja prywatna ocena jest tak niska. Polski wydawca umieścił tę książkę w tzw. Złotej serii. Złoto okazało się być tombakiem.
@cremaster No właśnie nie, w języku polskim obowiązuje zasada, że słowa obcojęzyczne zapisywane w alfabecie łacińskim piszemy zgodnie z oryginałem. Dlatego mamy Hermanna Göringa, Slobodana Miloševicia czy też Françoisa Mitterranda, a nie Goeringa, Miloszevicia/Miloszewicia czy też Francoisa Mitterranda.
Oczywiście nie czepiam się, jak ktoś upraszcza zapisy nazw własnych na forum, w prywatnym mailu czy też w notatce, nie wymagam od wszystkich, by kopiowali litery niewystępujące w języku polskim. Ale inna sytuacja dotyczy książki kierowanej do tysięcy czytelników, gdzie trzeba zadbać o ortografię. Gdyby chociaż "Goering" był stosowany konsekwentnie, machnąłbym ręką przyjmując, że redaktor tak zdecydował. Ale pisanie raz o Göringu, a raz o Goeringu traktuje wyłącznie jako rodzaj niechlujstwa, który obniża wartość jest potrzebnej książki
Nie wiem, co ma w sobie ten autor, ale wszystkie jego książki wciągam jak odkurzacz i bawię się przy tym świetnie.
Od pierwszych stron książka nie zostawiają złudzeń - będzie ciężko, duszno i bardzo mrocznie. Cosby wrzuca nas w świat małego, amerykańskiego miasteczka, gdzie główny bohater - syn marnotrawny, powraca do domu rodzinnego, gdy jego ojciec (właściciel krematorium) trafia do szpitala. Okazuje się, że sprawy w domu mają się nieciekawie, a jego młodszy brat wpadł po uszy w długi zaciągnięte u lokalnych wataszków. Na domiar złego siostra wdała się w romans z żonatym policjantem półgłówkiem.
Roman próbuje trzymać się z dala od przemocy i przeszłości, którą dawno chciał zostawić za sobą. Problem w tym, że przeszłość bardzo szybko się o niego upomina. Zostaje wciągnięty w układ z lokalnym półświatkiem, na którym nie może wyjść dobrze i zmuszony do podejmowania coraz trudniejszych decyzji. Zaczyna schodzić coraz głębiej w świat, z którego kiedyś próbował uciec.
Najbardziej uderza klimat - ta książka jest czarna. I to naprawdę czarna. Czarniejsza niż Snape w nowej ekranizacji Harrego Pottera. Cosby świetnie buduje wielokulturowe środowisko, w którym funkcjonują bohaterowie. Czuć ciężar miejsca, historię, uprzedzenia rasowe, napięcia społeczne, konflikty między organizacjami - to nie jest tylko tło, ale coś, co aktywnie wpływa na każdą scenę i każdą decyzję.
Autor bardzo dobrze prowadzi fabułę w kierunku nieuniknionej katastrofy. To nie jest historia o tym, czy coś pójdzie źle - tylko kiedy i jak bardzo. Bohater, chcąc chronić siebie i swoich bliskich, wpada w spiralę decyzji, które tylko pogarszają jego sytuację, a policja śledzi każdy jego krok. I właśnie to poczucie braku wyjścia działa najmocniej.
Świetnie wypada też warstwa emocjonalna. Strach o własne życie, napięcie wynikające z presji otoczenia i świadomość, że każdy krok może być tym ostatnim - wszystko to jest bardzo namacalne. Cosby nie daje czytelnikowi chwili oddechu i konsekwentnie prowadzi historię w stronę coraz większego ciężaru.
To jeden z tych thrillerów, które nie tyle opowiadają historię, co budują doświadczenie - mroczne, gęste, tłuste jak krew i ulotne jak popiół ze spalonego ciała. Na książkę trzeba było poczekać 2 tygodnie, bo tyle opóźnienia miała premiera w stosunku do planowanej daty, ale zdecydowanie było warto. Jeden z lepszych kryminałów jakie czytałem, choć momentami lekko naiwny, do czego przyzwyczaił nas autor w poprzednich książkach. Ale mi to nie przeszkadza, bo dostaję starcie inteligentnego gościa walczącego o życie rodziny, z mafią, w której niemal każdy jest słabym ogniwem i tylko czekamy, aż się zerwie z łańcucha.
Książka zalicza #wyzwaniagoodreads - Community Picks w ramach Spring Challenge.
@saradonin_redux moze nie wszystko, ale faktycznie sa naprawde mocne momenty - zwlaszcza pierwsze 4 ksiazki to mocny strzał ktory zmienił u mnie conieco
Prószyński i S-ka wznowi dzieło duetu Stephena Kinga i Petera Strauba. "Talizman" w księgarniach od 28 maja 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie liczy 944 strony, w cenie detalicznej 75 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Dwunastoletni Jack Sawyer wyjeżdża z matką – chorą na raka aktorką – z Kalifornii do opustoszałego miasteczka letniskowego w New Hampshire. Nie chce dopuścić do świadomości choroby matki. Chłopiec poznaje dozorcę wesołego miasteczka, który wyjawia mu zdumiewającą prawdę. W równoległym do naszego świecie, zwanym Terytoriami, Dwójniczka jego matki, Laura DeLoessian, również jest śmiertelnie chora. Tylko Jack może uratować obydwie kobiety, jeśli pójdzie na drugi koniec kontynentu, gdzie w groźnym, pełnym zła czarnym hotelu znajduje się Talizman o uzdrawiającej mocy. Jego wyprawa ma jeszcze bardziej doniosłe znaczenie, niż sobie pierwotnie wyobrażał.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Pierwsza polska biografia kultowego zespołu The Smiths. Zespołu, który zawsze ceniłem, ale nigdy nie byłem miłośnikiem ich twórczości. Pewnie miał na to wpływ wybitnie wkurzający mnie Morrissey a sytuacji nie ratował nawet sympatyczny i utalentowany gitarzysta Johnny Marr. Do lektury zachęciło mnie to, że książkę napisał Polak, Maciej Koprowicz a nie zniechęciło mnie nawet to, że związany jest zawodowo m.in. z miesięcznikiem "Teraz Rock" czyli najbardziej boomerską i dziaderską gazetą o muzyce jaka kiedykolwiek wychodziła w tym kraju. Jednak Koprowicz to młody chłop, wiedzę o muzyce posiada sporą a poza tym jest oddanym fanem The Smiths. Co więc dostajemy? Ano solidną, w miarę zwięzłą ale nie pozbawioną fajnych smaczków i ciekawostek historię zespołu Morrisseya i spółki. Autor wywiązał się z zadania bardzo dobrze. Uniknął fanowskiego tonu i pisania z poziomu ugiętych kolan. Zgrabnie wybrał cytaty z piosenek i wypowiedzi muzyków dzięki czemu udało mu się pokazać niełatwą historię Kowalskich z wielu perspektyw. Widać, że przekopał się przez masę materiałów prasowych, książek i publikacji w internecie. Na koniec, jako bonus dostajemy rozdział o wpływie The Smiths na polskie zespoły i muzyków. Kawał solidnej roboty.
Johnny Marr jest jednym z moich ulubionych gitarzystów, w czasach tego całego hairmetalu, graniu jak EVH czy inny Malmsteen chłop zdecydował że nie będzie używał przesteru, a ścianę dźwięku zbuduje nagrywając kilka śladów z tymi swoimi chorusami czy innymi efektami.
Nie mieści mi się w głowie jak to jest mieć 19 lat i napisać taki riff jak Charming Man. Jest to jeden z nielicznych kawałków na gitarze który tłukłem godzinami i umiem w miare poprawnie zagrać, jezu jak tam każdy akord fajnie przechodzi w drugi, jakie to satysfakcjonujące
W 2025 roku z inicjatywy Fundacji iatelier oraz Magazynu "Biały Kruk" powstał nowy projekt publicystyczny: Emarginacje. Ideą było stworzenie miejsca dla publicystyki poświęconej współczesnej literaturze popularnej. Dla artykułów, dyskusji, przemyśleń, kłótni i dygresji. Czegoś, co nie będzie akademicką analizą, zbiorem sponsorowanych reklam ani zwykłym stwierdzeniem "podobało mi się/nie podobało".
Brakowało nam miejsca, gdzie można by publikować dłuższe teksty o literaturze, nie skupiające się na recenzjach najnowszych pozycji, tylko z możliwością refleksji i zastanowienia się nad tendencjami, pomysłami i tym, jak zmieniają się książki i czytelnictwo na przestrzeni lat.
Pierwszy tom, "Dlaczego warto czytać polskich autorów" zebrał na tyle ciepłych komentarzy (oraz rozszedł się cały nakład), dlatego idąc za ciosem, przygotowaliśmy drugi tom.
W drugim tomie skupiliśmy się na formie, która jest z nami od zawsze, a uważana jest za "coś gorszego": na opowiadaniach. Dlaczego jest tak, że w czasach, gdy mówi nam się, że nikt nie ma czasu na czytanie dłuższych form, te krótsze jakoś nie zyskują popularności? Kim są twórcy najciekawszych opowiadań współczesnych? Jakie wrażenia daje dzisiaj lektura klasyków?
Łącznie do przeczytania będzie 272 strony dobra.
W drugim tomie do przeczytania będą następujące artykuły:
1. Wielka Dyskusja Redakcyjna – Anna Nieznaj, Grzegorz Czapski, Tomasz Kozłowski, Aleksandra Kryca
2. Meandrując wśród dygresji. W poszukiwaniu złotego wieku fantastyki – Natalia Karga
3. Myślę obrazami. Teksty traktuję jak układankę – Rozmowa z Agnieszką Hałas
4. Jak najmniej powodów, żeby nie czytać. O potencjale małych form – Marta Leszek
5. Dokonanie jakiegoś rozszczelnienia – rozmowa z Grupą Wydawnicza Alpaka
6. Prequel, dodatek i inne oblicza – Michał Radtke
7. Stanisław Lem i Jorge Luis Borges. Dwóch teologów w bibliotece (nie licząc wieczności) – Tomasz Kozłowski
8. Mądrze wycinać słowa, żeby niosły tylko to, co chcemy – Rozmowa z Anną Hrycyszyn
9. Krótka historia krótkiej formy. Od antyku po postmodernizm – Jakub Kozakiewicz
10. Więcej kosmosu zmieścić – rozmowa z Wojciechem Gunią
11. Wielkie Pytania Emarginacji – odpowiedzi udzielili Igor Banaszczyk (grafzero), Michał Jakuszewski, Łukasz Kucharczyk, Anna Traut-Seliga, Wojciech Gunia, Wojciech Moska, Małgorzata Lewandowska, Marta Kładź-Kocot
Książeczka stanowi opis wybranych odkryć archeologicznych, których kierownikiem był Kazimierz Michałowski, symbol polskiej archeologii, członek zdecydowanie zasłużony dla polskiej nauki i niestety dość mało znany opinii publicznej (smutne tym bardziej, iż za Gierka Michałowski cieszył się naprawdę wielką popularnością, wyobrażacie sobie dzisiaj naukowca-celebrytę?). Książka ta została wydana w latach 70. w popularnej wówczas serii opracowań poświęconych starożytności, które były sygnowane charakterystycznym rysunkiem popiersia Nefretete z boku. Poszczególne rozdziały książki poświęcone są zazwyczaj kolejnym stanowiskom archeologicznym (m.in: Edfu, Mirmeki, Nubia, Palmyra, Faras, Abu Simbel).
Książka ta stanowi przykład pracy, które zaspakaja podstawowy głód, nie dając nic więcej. Cieszy mnie bardzo, że prof. Michałowski spisał za życia swoje relacje z badań archeologicznych. Cieszy mnie, że powstała popularnnaukowa synteza zawierająca najważniejsze informacje o badaniach polskich archeologów w rejonie Morza Śródziemnego. Cieszy mnie, że ta książka była tak ważna, że 50 lat późnmiej Tomasz Derda napisał kontynuację, która dokumentuje dalsze sukcesy polskich archeologów. Tylko kurczę, w książce jest więcej ziemniaczków niż mięsa. Za mało być archeologii samej w sobie, zaś nieco za dużo było osobistych wspomnień, szczegółów o tym, jak i z kim trzeba było kombinować, by niskimi kosztami można było osiągnąć dużo. Swoje robi też to, że książka choć liczy 269 stron, to tekst stanowi ok. 150 stron, reszta to fotografie, rysunki, spis ilustracji i wreszcie spis nazwisk członków ekspedycji, liczący 30 stron. Nie mogę narzekać na formę, bo ograniczona objętość oraz pierwotna forma (miał to być pamiętnik) narzuciły kierunek, ale nie pogniewałbym się, gdyby więcej było archeologii samej w sobie.
Bardzo dobra książka w klimatach fantasy, dosyć banalna fabuła, ale ma kilka ciekawych zwrotów akcji, a bohaterowie są bardzo charakterni i każdego z osobna polubiłem. Ciężko mi się było oderwać od tej książki, a trafiłem na nią zupełnie przypadkowo na jakiś shorts na YouTube. Nie dużo elementów fantasy w niej, tak w sam raz dla mnie, bo takiego hardkorowego fantasy za bardzo nie lubię, a tutaj idealnie mi spasowało.
Dzień dobry,
Trochę się ostatnio obijałem, a mamy już kwiecień, więc czas na Podsumowanie 1 kwartału tego roku, zapraszam
Zacznijmy od cyferek:
Styczeń - 27 książek i 10 674 strony
Luty - 17 książek i 6 296 stron
Marzec - 26 książek i 8 754 strony
Łącznie 70 książek i 25 724 strony
Najlepsze książki:
Wiesław Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli - jedna z najlepszych polskich książek jakie czytałem (LINK) - 10/10
Neal Shusterman - Głębia Challengera - wybitnie siadła mi ta historia, trudno mi nawet powiedzieć czemu, ale wszystko w niej grało (LINK) - 10/10
Petra Dvorakova - Wrony - jedna z lepszych krótkich książek, jakie przeczytałem do teraz (LINK) - 9/10
Jean-Baptiste Andrea - Czuwając nad nią - może trochę zbyt romantyczna, zbyt cukierkowa, ale dla mnie bliska ideału literatury pięknej (LINK) - 9/10
Matt Dinniman - Dungeon Crawler Carl - jedno z bardzo pozytywnych zaskoczeń tego roku, świetnie napisana i mega wciągająca LitRPG, czekam na tłumaczenie kolejnych tomów serii (LINK) - 9/10
Christopher Buehlman - Dwa ognie - dawno nie byłem aż tak zachwycony dark fantasy, jak w tym wypadku (LINK) - 9/10
(PS. autor polskiej okładki do zwolnienia - na wczoraj)
5 i 6 to ex aequo, trudno mi wybrać, która z nich jest lepsza, więc obie lądują na miejscu 5.
Najgorsze książki:
Aron Beauregard - Fleja - nie mogło być inaczej, typowa ch⁎⁎⁎ia z grzybnią, ciężko będzie ją przebić (LINK) - 1/10
Octavia E. Bulter - Przypowieść o talentach - po niezłym pierwszym tomie byłem totalnie zawiedziony drugim, nie polecam (LINK) - 3/10
Simon Beckett - The Bone Garden - książka totalnie zbędna w swojej serii, nic nie wnosi, nie daje nam więcej ulubionego bohatera, typowy skok na pieniążki (LINK) - 5/10
J.D. Kirk - Stosy kości - a jakby tak zebrać najlepsze motywy z innych książek i zobaczyć, jak czytelnicy to kupią? (LINK) - 5/10
M.M. Perr - Godziny gniewu - Podobnie jak u Becketta, kolejny tom serii, która mogła się zakończyć kilka tomów temu (LINK) - 5/10
Zaliczone wyzwania Goodreads:
1 Wyzwanie kwartalne: Zimowe (12 achievementów)
3 Wyzwania miesięczne: January Reader, February Reader, March Reader
Wyzwania miesięczne wymagają przeczytania tylko 1 ksiażki w danym miesiącu, ale wyzwanie kwartalne wymaga już trochę gimnastyki, szczególnie, że tylko 3 dostajemy za przeczytanie dowolonej książki. Każde kolejne daje nam listę książek do wyboru, najczęściej dość świeżych i po angielsku, z których musimy przeczytać 1, ale z pominięciem tych, które już czytaliśmy. Często wymagają wyjścia ze swojej strefy komfortu. Nie wszystkie są jawne od razu, często 5-6 jest ukryte i czekamy do kolejnego miesiąca, albo 2, żeby je poznać.
W styczniu udało sie też ukończyć czytelnicze bingo, ale o nim pisałem więcej TU, więc odsyłam Was do wpisu.
A w marcu zaliczyłem połowę mojego rocznego celu książkowego - 64 z 128 książek, więc może uda się pobić rezultat z 2025. Zobaczymy
Po opisie walki z Riencem trudno byłoby wystawić tej książce niższą ocenę, niż 10, zwłaszcza że jestem fanem tych wszystkich postaci i tego świata. Sapkowski umiał w opisy walk. Widzicie? Do tej pory ciary, a skończyłem tamten fragment rano. XD
Jedyne do czego mógłbym próbować się przyczepić to te głosy wewnętrzne bohaterów, ale to jest krytyka mocno na wyrost. Czasami czułem, że wolałbym nie znać myśli danej postaci. Zwłaszcza Triss na początku. Wolałbym, żeby to fabuła zmusiła ją do wyznań, choć rozumiem taki zabieg. Tak jak na początku Merigold mnie irytowała i czuć, że jej intencje śmierdzą (no wiem, że tak, bo skończyłem Wiedźmina 2), tak jest przynajmniej jeden moment w którym trudno jej nie współczuć. Niby taki lekki opis, że w pewnej sytuacji nie miała włosów, a wyobrażenie zrobiło robotę.
Gdybym miał się skupić na tym, co mi się podobało, to bym wam pewnie całą książkę przekopiował, co nie ma sensu. Ale taką sceną która najbardziej mi się spodobała, była ta, gdy Geralt tłumaczy Ciri, dlaczego nie powinni się mieszać, przybliżając historię Aelirenn i jej walki.
Być neutralnym to nie znaczy być obojętnym i nieczułym. Nie trzeba zabijać w sobie uczuć. Wystarczy zabić w sobie nienawiść.
Ogólnie cała ta wyprawa z Yarpenem miała sporo fajnych momentów. Niby nic wielkiego się nie dzieje, a człowiek nie traci zainteresowania, bo ma przed sobą dylematy moralne i z pozoru proste historie i przemyślenia. Z pozoru. A no i zakończenie tej historii było świetne. Nikt tak dobrze nie opisuje "skurwysyństwa", jak Sapkowski.
Tak, jak wspomniałem, ja jestem pozytywnie uprzedzony. Uwielbiam ten świat za to, jak wiarygodny pod pewnymi względami się wydaje. Bez pięknych słów i udawania. Gdzie potworem może być absolutnie każdy. No i uwielbiam Geralta, Ciri i Jaskra. Innych też, choć Yennefer to tak średnio bym powiedział. Dobrze napisana postać, ale polubić trudno.
Cytat niżej jest trochę dla mnie. Sporo krytyki wylało się na CDPR za to, że główną bohaterką będzie Ciri, dlatego postanowiłem prewencyjnie zbierać sobie takie fragmenty, żeby nie musieć tego potem szukać daleko. XD
– Tak zwany Znak Aard, Ciri, to bardzo proste zaklęcie z grupy czarów psychokinetycznych, polegające na pchnięciu energii w żądanym kierunku. Siła pchnięcia zależy od koncentracji woli rzucającego i wydanej mocy. Może być znaczna. Wiedźmini zaadaptowali to zaklęcie, korzystając z faktu, że nie wymaga ono znajomości magicznej formuły – wystarcza koncentracja i gest. Dlatego nazwali to Znakiem. Skąd wzięli nazwę, nie wiem, być może ze Starszej Mowy, słowo “ard” znaczy, jak wiesz, “góra”, “górny” lub “najwyższy”. Jeżeli tak, to nazwa jest bardzo myląca, bo trudno o łatwiejszy czar psychokinetyczny. My, rzecz jasna, nie będziemy marnować czasu i energii na coś tak prymitywnego, jak wiedźmiński Znak. Będziemy ćwiczyć prawdziwą psychokinezę. Przećwiczymy to… O, na tym koszu, który leży pod jabłonią. Skoncentruj się.
Czyli o tym jak łatwo jest się nauczyć używać znaków. Otóż łatwo.
Okładka to trochę moja głupawka. Nie miałem co robić z rękami podczas nudnych dni w robocie, to stworzyłem takie coś, bo te domyślne okładki Audioteki są tragiczne. Jest tag do blokowania, bo planuję ukończyć całą serię i nie omieszkam sobie pobazgrać w trakcie. xD
Tak, przekleiłem ten segment z poprzedniej recenzji. xD
Ja się ogólnie zgadzam z tym że ból d⁎⁎y z powodu Ciri w W4 jest śmieszny, ale akurat argument z cytatu łatwo odbić. Pobawię się w adwokata diabła :P
– Znak Aard – stwierdziła spokojnie. – Chciałeś mi zaimponować? Za pomocą takiego samego gestu , wzmocnionego koncentracją, wysiłkiem woli i zaklęciem, mogę za chwilę wyrzucić polana przez komin, tak wysoko, że będziesz myślał, że to gwiazdy. – Ty możesz – przyznał. – Ale Ciri nie. Nie jest w stanie złożyć Znaku Aard. Ani jakiegokolwiek innego. Próbowała setki razy i nic. A sama wiesz, że do naszych Znaków wystarcza minimum zdolności. A zatem Ciri nie ma nawet minimum.
@Vakarian z tym że potem jak już trenuje z Yen, to ona jej pokazuje jak czerpać moc. Ciri tego nie umiała i dlatego nie była w stanie używać nawet znaków. Jak inaczej wytłumaczysz to, że Ciri potem normalnie posługuje się magią i w tej scenie z mojego cytatu dosłownie rozwala koszyk psychokinezą? Jeżeli potrafi używać magii psychokinetycznej, to potrafi tyle, co Triss w tej scenie z twojego cytatu. A Triss i Yen mogłyby używać znaku Aard. Po prostu dla nich jest zbyt słaby.
– Tak zwany Znak Aard, Ciri, to bardzo proste zaklęcie z grupy czarów psychokinetycznych, polegające na pchnięciu energii w żądanym kierunku. Siła pchnięcia zależy od koncentracji woli rzucającego i wydanej mocy. Może być znaczna. Wiedźmini zaadaptowali to zaklęcie, korzystając z faktu, że nie wymaga ono znajomości magicznej formuły – wystarcza koncentracja i gest. Dlatego nazwali to Znakiem. Skąd wzięli nazwę, nie wiem, być może ze Starszej Mowy, słowo “ard” znaczy, jak wiesz, “góra”, “górny” lub “najwyższy”. Jeżeli tak, to nazwa jest bardzo myląca, bo trudno o łatwiejszy czar psychokinetyczny. My, rzecz jasna, nie będziemy marnować czasu i energii na coś tak prymitywnego, jak wiedźmiński Znak. Będziemy ćwiczyć prawdziwą psychokinezę. Przećwiczymy to… O, na tym koszu, który leży pod jabłonią. Skoncentruj się.
– Już.
– Szybko się koncentrujesz. Przypominam: kontroluj wydawanie mocy. Wydać możesz tylko tyle, ile wzięłaś. Jeśli wydasz choćby odrobinę więcej, robisz to kosztem własnego organizmu. Taki wysiłek może pozbawić cię przytomności, a w krańcowym przypadku nawet zabić. Jeśli natomiast wydasz wszystko, co wzięłaś, tracisz możliwość powtórzenia, będziesz musiała czerpać jeszcze raz, a wiesz, że to niełatwe i bolesne.
– Ooo, wiem!
– Nie wolno ci osłabić koncentracji i pozwolić, by energia wyrywała się z ciebie sama. Moja Mistrzyni zwykła była mawiać, że wydawanie mocy musi odbywać się tak, jakbyś puszczała bąka na sali balowej: delikatnie, oszczędnie i pod kontrolą. I tak, by postronni nie połapali się, że to ty. Rozumiesz?
– Rozumiem!
– Wyprostuj się. Przestań chichotać. Przypominam, zaklęcia to sprawa poważna. Rzuca się je w postawie pełnej gracji, ale i dumnej. Gesty wykonuje się płynnie, ale powściągliwie. Z godnością. Nie robi się głupich min, nie krzywi, nie wysuwa języka. Operujesz siłą natury, okaż naturze szacunek.
– Dobrze, pani Yennefer.
– Uważaj, tym razem nie ekranuję cię. Jesteś samodzielną czarodziejką. To twój debiut, brzydulko. Widziałaś tamten gąsiorek wina na komodzie? Jeśli twój debiut wypadnie dobrze, twoja mistrzyni wypije go dziś wieczorem.
– Sama?
– Uczniom zezwala się na picie wina dopiero po wyzwoleniu na czeladników. Musisz zaczekać. Jesteś pojętna, więc jeszcze jakieś dziesięć lat, nie dłużej. No, zaczynamy. Składaj palce. A lewa ręka? Nie machaj nią! Opuść luźno lub oprzyj o biodro. Palce! Dobrze. No, wydaj.
– Aaach…
– Nie prosiłam, byś wydawała dźwięki. Wydaj energię. W ciszy.
– Zaledwie drgnął. Ciri, oszczędnie nie znaczy słabo. Psychokinezy używa się w określonym celu. Nawet wiedźmini stosują Znak Aard, by zwalić przeciwnika z nóg. Energia, którą wydałaś, nie strąciłaby przeciwnikowi kapelusza. Jeszcze raz, trochę mocniej. Śmiało!
– Ha! Ale pofrunął! Teraz było dobrze? Prawda? Pani Yennefer?
– Hmmm… Pobiegniesz potem do kuchni i zwędzisz trochę sera do naszego wina… Było prawie dobrze. Prawie. Jeszcze mocniej, brzydulko, nie bój się. Poderwij kosz z ziemi i porządnie walnij nim w ścianę tamtej szopki, tak żeby pierze poleciało. Nie garb się! Głowa do góry! Z gracją, ale dumnie! Śmiało, śmiało! O, jasna cholera!
– Ojej… Przepraszam, pani Yennefer… Chyba… wydałam trochę za dużo…
– Odrobinkę. Nie denerwuj się. Chodź tu do mnie. No, malutka.
– A… A szopka?
– To się zdarza. Nie ma się czym przejmować. Debiut, generalnie rzecz biorąc, należy ocenić pozytywnie. A szopka? To nie była wcale piękna szopka. Nie sądzę, żeby komuś bardzo brakowało jej w krajobrazie. Hola, moje panie! Spokojnie, spokojnie, po co ten gwałt i szum, nic się nie stało! Bez nerwów, Nenneke! Nic się nie stało, powtarzam. Trzeba po prostu uprzątnąć te deski. Przydadzą się na opał!
Podczas ciepłych, bezwietrznych popołudni powietrze gęstniało od zapachu kwiatów i traw, tętniło spokojem i ciszą, przerywaną brzęczeniem pszczół i wielkich żuków. W takie popołudnia Yennefer wynosiła do ogrodu wiklinowy fotel Nenneke, siadała w nim, daleko wyciągając przed siebie nogi. Czasami studiowała księgi, czasami czytała listy, które otrzymywała za pośrednictwem dziwnych posłańców, przeważnie ptaków. Niekiedy tylko siedziała zapatrzona w dal. Jedną ręką burzyła w zamyśleniu swe czarne lśniące loki, drugą głaskała po głowie Ciri siedzącą na trawie, przytuloną do ciepłego, twardego uda czarodziejki.
To jedna z tych książek, które nie tyle się czyta, co przeżywa i które zostają w głowie na długo po odłożeniu. Akcja rozgrywa się w szpitalu onkologicznym w Taszkencie, gdzie spotykają się ludzie z różnych warstw społecznych: byli więźniowie łagrów, partyjni urzędnicy, młodzi pacjenci, pielęgniarki i lekarze. W centrum znajdują się dwaj pacjenci Oleg Kostogłotow - były zesłaniec i Paweł Rusanow, z drugiego końca drabiny społecznej. Obaj trafiają na oddział z chorobą nowotworową, do tego samego worka, gdzie tracą swoje ja i próbują odnaleźć sens życia po tym, co przeszli.
To jednak tylko punkt wyjścia, bo sama choroba jest tu czymś więcej niż tematem - staje się metaforą całego systemu. Oddział działa jak miniatura Związku Radzieckiego: różne postawy, różne życiorysy, różne stopnie "przewin" i kompromisów wobec systemu. Sołżenicyn bardzo wyraźnie pokazuje, że tak jak ciało może być chore, tak samo chore może być społeczeństwo, a pewnych rzeczy nie da się już całkowicie wyleczyć, można co najwyżej osiągnąć chwilową "remisję".
Największą siłą tej książki jest to, jak bardzo zmusza do zatrzymania się i refleksji. Bohaterowie stoją w obliczu śmierci i nagle okazuje się, że rzeczy, które wcześniej były ważne - status, kariera, układy - tracą znaczenie. Pojawia się pytanie: co tak naprawdę ma sens? I właśnie to mnie w tej książce najmocniej "przemieliło". To nie jest historia o chorobie, tylko o życiu widzianym z perspektywy bliskiej końca.
Jednocześnie to nie jest łatwa lektura. Struktura jest epizodyczna, mamy wielu bohaterów, a akcja schodzi często na drugi plan - bo ważniejsze są rozmowy, przemyślenia, zderzenia różnych światopoglądów. To książka bardziej do przemyślenia niż do wciągnięcia się. Momentami bywa ciężka i przytłaczająca, ale chyba właśnie taka miała być.
To bardzo mocna, refleksyjna powieść, która zostawia czytelnika z pytaniem, co w jego własnym życiu naprawdę jest ważne. A do tego jest refleksją na życie autora, który podobnie jak jego bohaterowie, trafił na oddział chorych na raka.
>zostawia czytelnika z pytaniem, co w jego własnym życiu naprawdę jest ważne
Twórcy opisów książek lubią takie teksty, ale serio ktokolwiek miewa takie refleksje? xd Zwłaszcza gdy codziennie w wiadomościach słyszysz, że prawie twój sąsiad, którym mogłeś być ty, ma amputowane nogi i dziecko mu wpadło pod kombajn?
@JapyczStasiek Niestety tak, miałem takich kilka w życiu, raz jak ojciec miał zawał kilka lat temu, a ostatnio w święta, gdy zobaczyłem babcię żony, która jej nie poznała, bo ma zaawansowaną demencję. Przy czytaniu tej ksiązki kolejny, gdy zastanowiłem się, co zrobiłbym z diagnozą - "rak"?
Staram się patrzeć na książki jak na przelewanie myśli, uczuć i własnych doświadczeń na papier. Bo lepiej jest jednak czytać o czymś mało przyjemnym niż tego doświadczyć i uczyć się na własnych błędach.
Wydawnictwo Vesper ujawnia okładkę nowego Conana w serii Eony. "Conan. Krew węża" Stephena Michaela Stirlinga ukaże się w końcem maja 2026 roku.
Conan powraca — nie jako legenda, lecz jako żywy cień, który przecina mroki epoki, w nowej samodzielnej powieści S.M. Stirlinga. Ta opowieść swoje korzenie ma w ponurych, bezlitosnych historiach snutych niegdyś przez Roberta E. Howarda.
Opowieść ta zaczyna się we wczesnych latach życia Conana, w czasach, gdy młody jako wojownik opuszcza skute lodem pustkowia północy, by ruszyć na wędrówkę która odciśnie piętno na całej Erze Hyboryjskiej. Jako najemnik, żołnierz, złodziej i pirat kroczy szlakiem znacznym krwią, mierząc się z najeźdźczymi armiami, złowrogimi czarnoksiężnikami i monstrami rodem z koszmarów — mając przy sobie jedynie miecz i wolę, która nie zna strachu.
Conan, którego imię przetrwało w powieściach, komiksach, grach, filmach i oczekiwanym serialu Netflix, od dziesięcioleci inspiruje najbardziej mrocznych wizjonerów XX i XXI wieku. Ta książka otwiera nowy cykl opowieści — surowych, brutalnych i naznaczonych cieniem przeznaczenia.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach