W najnowszym wydaniu "NF" przeczytacie obszerny artykuł o zagrażającej nam ekologicznej apokalipsie - o czarnych scenariuszach, ale też o tym, co należałoby zrobić, aby oddalić zagrożenie ich spełnienia. Miłośników mangi może natomiast zainteresować artykuł przybliżający historię tego gatunku komiksu. A z kolei fanów Lamusa ucieszy na pewno historia filmu "Werewolf of London".
Klimaty retro znajdziecie także w dziale opowiadań, w którym proponujemy między innymi teksty wielkich klasyków: Clarka Ashtona Smitha i Algernona Blackwooda. Oprócz nich znajdziecie tam również nowe opowiadanie Laviego Tidhara,kolejne wyróżnienie z naszego konkursu literackiego ("Właściwy człowiek" Marka Kolendy), a także teksty Wojciecha Zembatego i Vandany Singh.
A jeśli tego Wam mało, mamy też oczywiście solidną porcję felietonów, recenzji i komiks o Pani i Panu Twardofskich z kolejną zagadką dla czytelników.
"Nową Fantastykę" możecie kupić w szanujących się kioskach i empikach, a także w księgarni stacjonarnej wydawnictwa Prószyński i S-ka przy ul. Rzymowskiego 28 w Warszawie. Niezmiennie najbardziej korzystną opcją kupna jest roczna prenumerata, którą możecie znaleźć w Gildii.
NF jest też dostępna w Nexto i e-Kiosku oraz Legimi - w formatach czytnikowych epub i mobi oraz w pdf.
Prenumeratę "Nowej Fantastyki" znajdziecie pod tym adresem internetowym:
Pierwszy raz obejrzałem ten film jakoś w dzieciństwie (moja babcia nie przejmowała się kategoriami wiekowymi). Zapamiętałem z niego głównie scenę otwarcia czaszki i skosztowania mózgu. Jako że obejrzane niedawno „Milczenie owiec” bardzo mi się spodobało, miałem nadzieję, że z kontynuacją będzie tak samo.
Nic bardziej mylnego.
Odniosłem wrażenie, że Ridley Scott nie zrozumiał, o czym było „Milczenie owiec” ani co sprawiło, że to były aż tak dobre ruchome obrazki. Widać to już w sekwencji otwierającej film, przepełnionej akcją podczas nieudanego nalotu FBI. Widać to też w różnych scenach grozy. Albo dostajemy jumpscare'a z obowiązkowo nagłą głośną muzyką, żeby podkreślić moment, albo obraz staje się rozmyty czy zbytnio się trzęsie. Zdziwiło mnie też pokazanie ataku Lectera, który przypominał bezrozumne zombie, co ani trochę nie pasowało do wykreowanego obrazu spokojnego człowieka, jakim jest przez 99% czasu ekranowego.
Nie podobała mi się zmiana aktorki odgrywającej główną rolę ani sposób, w jaki odegrała Starling. W ogóle nacisk położono na to, że agentka była traktowana jako obiekt seksualny przez kolegów z pracy, co, oprócz podłożenia jej świni, nie spodobało się Lecterowi, który... nie wiem, w jaki sposób się o tym dowiedział.
W ogóle dowiadywanie się czegokolwiek było potraktowane jakoś po macoszemu. W poprzednim filmie były rozmowy z Lecterem, niejasne wskazówki, burza mózgów z koleżanką, zaglądanie do plików et cetera. A tutaj bohaterka po prostu sobie gdzieś jedzie i o dziwo trafia tam, gdzie powinna.
Gdyby nie Anthony Hopking, nie włączyłbym tego filmu.
Nie dziwię się, że Anthony Hopkins otrzymał Oscara za zagranie roli doktora Hannibala Lectera. Już jego pierwszy występ na ekranie wzbudził we mnie niepokój i szczerze, nie chcę sobie wyobrażać, co musiała czuć Jodie Foster, gdy grała z nim sceny twarzą w twarz. Niby wiadomo, że to tylko gra, ale gdy ktoś jest tak przekonujący... to aby na pewno?
Co ciekawe, po ich relacji spodziewałem się, że Starling stanie się ofiarą Lectera, gdy ten tylko ucieknie z więzienia. Bo że prędzej czy później ucieknie, nie miałem żadnych wątpliwości - nie zgodziłby się na współpracę po to, by zamienić jedno więzienie na drugie. Szkoda tylko, że reżyser tak dobitnie pokazał, że doktorowi zależy na długopisie zostawionym przez Chiltona, jakby uważał, że widz nie zrozumie, w jaki sposób Lecter zdobył skuwkę.
Przyznam, że do samego końca siedziałem jak na szpilkach, ponieważ nie byłem pewien co się wydarzy. Niby spodziewałem się, że jak to w thrillerach uda się złapać seryjnego mordercę, w którego zidentyfikowaniu pomagał Lecter, jednakże scena w rozleglej piwnicy była stresująca. Reżyser razem z Jodie świetnie pokazali lęk Starling, która po raz pierwszy znalazła się w tak poważnej sytuacji.
Widziałem jedną czy dwie opinie, że finałowa scena jest bezsensowna, ponieważ morderca miał czas założyć noktowizor, ale nie pomyślał o tym, żeby odciągnąć kurek pistoletu. I gdy to zrobił, to bohaterka nagle wiedziała, że mężczyzna jest za nią. Może i zapomniał o tym, ale może chciał napawać się bezbronnością swojej niespodziewanej ofiary, która miotała się w ciemnościach? W końcu kilkukrotnie próbował dotknąć ją dłonią czy nawet złapać.
Wspaniały film i dziwię się, że obejrzałem go dopiero teraz, gdy kolejną część widziałem przynajmniej kilkukrotnie.
Jest znana anegdota, którą opowiada Foster. Jako że była młodą aktorką, z Hopkinsem widziała się dopiero podczas kręcenia pierwszej sceny, także jej strach był autentyczny. Dodatkowo, gdy Lecter "rozgryza" agentkę, kpi z jej akcentu klasy robotniczej. Hopkins to zaimprowizował, a Foster myślała wtedy, że doświadczony aktor ją przedrzeźnia i nabija się ze słabego warsztatu, co bardzo ją uraziło i świetnie wpisało się w scenę
Rozdział „Wiktoria” jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że żyjemy w najlepszych czasach w dziejach ludzkości. Jako dziecko nie musiałem chociażby pracować w kopalni czy w fabryce, codziennie narażając swoje życie. Jako dorosły także mam o wiele lepsze warunki pracy niż ponad sto lat temu. I tak, zdaję sobie sprawę, że miałem szczęście urodzić się w Europie, a nie w Azji czy Afryce, gdzie sytuacja ma się o wiele gorzej niż u nas. Tym bardziej staram się doceniać to, co mam.
Ciekawy był wątek kobiet walczących o swoje prawa. Trzeba tutaj podkreślić słowo „swoje”, ponieważ bardziej uprzywilejowane białe kobiety z zamożniejszych warstw społecznych nie przejmowały się sytuacją biednych czy czarnoskórych kobiet.
O historii Titanica chyba każdy słyszał, a jeśli nie, to autor w bardzo wyczerpujący sposób opisał przebieg zatonięcia krok po kroku, często odwołując się do wspomnień pasażerów. Mnie w szczególności zastanowiło, dlaczego statek nie został wyposażony w odpowiednio dużo szalup ratunkowych, żeby pomieścić wszystkich pasażerów. Chociaż nie wiem, czy to by pomogło, skoro i tak część łodzi została spuszczona częściowo pusta. Pasażerowie na początku nie uwierzyli, że grozi im niebezpieczeństwo.
Rozdział o Gustloffie to opowieść o kolejnej katastrofie morskiej, największej w historii. Podoba mi się w autorze to, że postanowił przybliżyć także postać człowieka, którego nazwiskiem został nazwany statek, żeby słuchacz poznał kontekst.
Oleg Zakirow to przykład, jak ludzie potrafią być niedoceniani pomimo sporych dokonań. Jako funkcjonariusz KGB wsławił się śledztwem w sprawie zbrodni katyńskiej, ryzykując swoją karierą i znając ZSRR, to pewnie także życiem. Gdy wyjechał do Polski, pomimo obiecanej mu przez Geremka pomocy, został przez niego zignorowany, zresztą jak przez cały aparat państwowy. W wyniku tego Oleg Zakirow przez wiele lat żył w biedzie.
Chyba mój ulubiony rozdział, czyli ten o wynalazkach. Bardzo spodobało mi się holistyczne podejście i pokazanie, jak określona potrzeba stała się matką wynalazku, którego stworzenie doprowadziło do rewolucji gospodarczej w średniowieczu. Z racji zamiłowania do książek, w szczególności przypadł mi do gustu fragment o Gutenbergu i ogółem o książkach w tamtych czasach. Wiedziałem, że nie były popularne, ale nie spodziewałem się, że były aż tak absurdalnie drogie, że za jeden wolumin można by kupić dom. Szkoda, że dzisiaj tak nie jest, oprócz naprawdę rzadkich białych kruków. :' )
No i jako że jestem fanem Czukiewskiego, to z przyjemnością przesłuchałem rozdziału o nim. Cieszy mnie, że jego praca została doceniona na tyle, że może się z niej utrzymywać i tworzyć nie tylko kolejne audiobooki, ale także filmy na YouTube.
O historii Titanica chyba każdy słyszał, a jeśli nie, to autor w bardzo wyczerpujący sposób opisał przebieg zatonięcia krok po kroku, często odwołując się do wspomnień pasażerów. Mnie w szczególności zastanowiło, dlaczego statek nie został wyposażony w odpowiednio dużo szalup ratunkowych, żeby pomieścić wszystkich pasażerów. Chociaż nie wiem, czy to by pomogło, skoro i tak część łodzi została spuszczona częściowo pusta. Pasażerowie na początku nie uwierzyli, że grozi im niebezpieczeństwo.
Bo wedle ówczesnych przepisów nie musiały. Nawet chyba Titanic spełniał normy na ponad 100% - miał ich więcej niż musiało być. A nie musiał dla całości załogi i pasażerów, bo zakładano, że szalupy służą do przewiezienia ludzi na ląd, lub na inny statek, a więc jednorazowo część pasażerów będzie czekać, łodzie będą krążyć między statkiem tonącym a lądem/ratującym zabierając mniej więcej 1/3 ludzi z pokładu.
Ostatnio z dziewczyną zastanawialiśmy się, jakie seriale, z tych dłuższych niż trzy sezony, utrzymały wysoki poziom do samego końca. Wszystko wskazuje na to, że „Legenda Vox Machiny” ma szansę dołączyć do tego niewielkiego grona.
Jasne, nie przepadam za rozwiązaniem pokroju „bohaterowie pokonali Wielkie Zło, więc trzeba wymyślić im jeszcze groźniejsze”, więc początkowo byłem sceptycznie nastawiony do tego, z czym mierzyli się członkowie Vox Machiny. Z czasem jednak zacząłem przymykać na to oko i po prostu cieszyłem się grą aktorską. W szczególności uwielbiam aktora odgrywającego Groga, który jest przezabawny, gdy brzmi smutno. Wręcz jak szczeniak.
Często przy opiniach o różnych dziełach wspominam o tym, by oceniać je w ich kategoriach. W przypadku akcyjniaka z głupią fabułą warto skupić się na akcji, w przypadku odwrotnym warto spróbować docenić fabułę. Dzięki takiemu podejściu staram się wyciągnąć to, co najlepsze z danego dzieła.
„Legendę Vox Machiny” mógłbym skrytykować za brak wagi wydarzeń. Z góry wiadomo, że bohaterowie wygrają, nawet jeśli wcześniej dostaną bęcki. Po poprzednich sezonach wiadomo, że jeśli im się coś stanie, to pozostali na pewno znajdą sposób, żeby im pomóc albo nawet przywrócić do życia. Dlatego ani trochę nie przejąłem się, gdy pod koniec jednego odcinka zginęła jedna z postaci. Stało się tak tylko po to, by w kolejnym została wskrzeszona. Nie wiem, czy ktokolwiek dał się na to nabrać. ; )
Czy jest to wada? Poniekąd tak. Jednocześnie naprawdę dobrze ogląda się bohaterów po raz kolejny ratujących świat i przeżywających osobiste dramaty. To jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy, seriali fantasy.
Właśnie skończyłem dzisiaj ten sezon. Jak dla mnie spoko, chociaż poziom dla mnie trochę spadł.
Na plus na pewno odcinek z bardem, plus postać złego barda, chociaż to po części dlatego, że brakowało Scanlana w tym sezonie, był zdecydowanie moją ulubioną postacią w poprzednich.
Tytuł: Doom Developer: Bethesda Game Studios, id Software Wydawca: Bethesda Softworks Rok wydania: 2016 Gatunek: strzelanka Użyta platforma: PC Czas do ukończenia: 11,9 h Ocena: 9/10
#cierpliwygaming pełną gębą. Chłop kupił grę sprzed dziesięciu lat i świetnie się przy niej bawił.
Lubię żartować, że skoro jestem mięczakiem, to przynajmniej w grach mogę role-playować badassów. Co nie zawsze ma miejsce, ponieważ moją ulubioną, wykreowaną przeze mnie postacią był nieśmiały, jąkający się początkujący mag, który wylądował na naukach u hedonistycznego czarodzieja. ; )
Wracając jednak do „Dooma”, to gra pozwala nam się wcielić w Big Fucking Guya z Big Fucking Gunem (bardzo podoba mi się nazwa tej broni), który nie boi się niczego, nawet największych skurwieli-demonów. A trzeba przyznać, że twórcom udało się wykreować naprawdę obrzydliwe i budzące postrach kreatury. Nie chciałbym spotkać na swojej drodze takiego Barona Piekła. :' )
Wybrałem drugi z poziomów trudności - nie przepadam za strzelankami, w których są punkty życia. Co zresztą widać, ponieważ wszystkie „Call of Duty” z automatycznie regenerującym się życiem, w które grałem, przeszedłem na najwyższym poziomie trudności. W przypadku „Dooma” do pewnego momentu nawet na tym normalnym poziomie trudności potrafiłem się spocić.
No bo wiecie, w „CoDzie” wystarczy wychylać i chować się za osłoną. ewentualnie czasem odbiec, gdy wróg rzuci granatem, ale w gruncie rzeczy mało co potrafi wykurzyć z bezpiecznego miejsca. W „Doomie” nie ma bezpiecznych miejsc. xD Gra wymaga nieprzerwanego poruszania się, co jest tym trudniejsze, że wrogowie potrafią przewidywać, gdzie za chwilę znajdzie się gracz, więc dodatkowo trzeba lawirować pomiędzy ich pociskami. No ale żeby nie było zbyt łatwo, to część przeciwników dąży do walki w zwarciu. Wymaga to nie tylko znajomości aren, na których się walczy, ale też umiejętności ustalenia priorytetów, którego wroga pokonać najpierw oraz doboru broni. Bo tak, wrogowie są wrażliwi na niektóre bronie i tego też trzeba się najpierw dowiedzieć, żeby ułatwić sobie rozgrywkę.
Chociaż we wspomnianym wcześniej pewnym momencie udało mi się znaleźć runę (taką dodatkową pasywną umiejętność), która sprawia, że amunicja jest nieskończona, o ile posiadany przeze mnie pancerz przekraczał określoną liczbę. Dzięki temu mogłem stać w kącie i bezkarnie strzelać do każdego niemilca, który się tylko pokazał, ale jestem pewien, że taka strategia nie przeszłaby na najwyższym poziomie trudności.
Oprawa graficzna? Świetna. „Doom” idealnie pokazuje, że gry sprzed nawet dziesięciu lat dzisiaj dalej potrafią wyglądać bardzo dobrze, więc tym bardziej nie czuję parcia na ogrywanie najnowszych produkcji. Które i tak potrafią być źle zoptymalizowane, a mam już czteroletniego kompa ze średniej półki (Ryzen 5 5600X, RTX 3060Ti), więc po co się spieszyć z czymkolwiek? Tym bardziej, że „Dooma” kupiłem za 8 złotych. xD
Muzyka? Fenomenalna. Soundtrack polubiłem jeszcze, zanim zacząłem w ogóle grać. Bardzo lubię połączenie muzyki elektronicznej z ciężkimi gitarowymi riffami.
Wraz z tą grą powstało określenie boomer shooter. Fani klasycznego dooma widząc zmiany w tej grze wymyślili taki termin na grę bez tych nowoczesnych udziwnień.
I to też w niedalekiej przyszłości zapoczątkowalo ere gdzie zaczęło powstawać sporo takich klasycznych strzelanek od małych studiów.
Ja gram na najniższym poIomie trudności zawsze, bo choćby i tutaj mamy że na tego wroga trzeba stosować taka broń a na innego taka. Pewnie w tym doomie to jest na zasadzie ciut mniejszego damage, ale są nowsze produkcję gdzie jak wybierzesz niewłaściwa broń to możesz sobie strzelać i strzelać.
Właśnie męczę DOOM Eternal. Masakra, takie frustracje, że weź.. do The Dark Ages nawet nie podchodzę z kijem.
DOOM z 2016 to prawilna strzelanka, zaraz po 3 z tej serii. Przejdę Eternal i odświeżę wspomnienia sprzed lat.
Wizja świata, w którym palone są książki, jest przerażająca. Przypomnijmy sobie chociażby pożar biblioteki Aleksandryjskiej - trudno jednoznacznie stwierdzić, jak duży był to cios dla wiedzy. Chociaż pewnie niektórzy złośliwi mogliby powiedzieć, że utrata dzieł pokroju „Pięćdziesięciu twarzy Greya” raczej by nie zabolała, gdy tymczasem „wartościowe” książki zostałyby zapamiętane tak, jak to dzieje się właśnie w „451 stopniach Fahrenheita”. A później, w czasach bardziej sprzyjających, mniej lub bardziej wiernie odtworzone.
W wielu recenzjach widziałem stwierdzenia, że powieść Bradbury’ego jest aktualna, jakby czytali o współczesności. Zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście jest aż tak źle?
Jest takie powiedzonko, że póki nie było Internetu, tylko rodzina wiedziała, żeś debil. I coś w tym zdecydowanie jest, że wraz z rozpowszechnieniem się dostępu do Internetu jego jakość spadła. Dziś każdy może się wypowiedzieć na dowolny temat, nieważne, czy się zna czy nie. Im więcej osób, tym większa szansa, że trafi się na kogoś wyróżniającego się w mniej lub bardziej negatywny sposób. Czy to oznacza, że jest coraz gorzej? Moim zdaniem nie – było tak zawsze, tylko obecnie jest to po prostu bardziej widoczne.
Na przykład taka ponoć zanikająca zdolność do autorefleksji. Można to zauważyć nie tylko w przypadku wiecznie krytykowanej młodzieży (krytykowano moje pokolenie, tak samo kolejne po moim), ale także w przypadku osób starszych, w wieku naszych rodziców czy dziadków.
Poza tym przy narzekaniu na młodzież warto się zastanowić, kto tę młodzież wychowuje. ; )
Sama powieść została stylistycznie kiepsko napisana. Skłaniam się do stwierdzenia, że przemiana głównego bohatera nastąpiła zbyt szybko, jednocześnie zastanawiam się, czy w przypadku osoby skłonnej do przemyśleń, do autorefleksji, nie wystarczy nomen omen punkt zapalny, by uruchomić potrzebne procesy myślowe?
Stąd końcowa wysoka ocena. Powieść zachęca do przemyśleń, a to w literaturze cenię najbardziej.
@cyberpunkowy_neuromantyk Widzę, że nie tylko ja mam problem z tą książką. Pomysł był dobry, ale styl kuleje, a samo poprowadzenie historii bardzo leży. Nie zgodzę się jednak z uwagą internautów, że książka jest teraz tak aktualna i cieszę się, że zwróciłeś uwagę na pomylenie rzekomego nowego problemu z niedostrzeżeniem, że nowością stała się skala i łatwość, jaką dzisiaj można produkować pulpę. Całe te gadanie o spadku jakości to wyjątkowo snobistyczne stwierdzenie osób myślących, że są tacy elitarni, bo oni czytają, podczas gdy cała tłuszcza spożywa tylko tiktoki. No 25 lat temu ta „tłuszcza” nie wybierała książek tylko „Disco relax” i „Zbuntowanego anioła”, 50 lat siedziała przed telewizorem zmęczona po sześciodniowej harówce w hucie, a 75 lat temu nie mieli głowy do czytania, gdy trzeba było szukać jedzenia w kraju ogarniętym wojną (rzecz jasną w USA byłyby inne problemy, ale chodzi mi wyłącznie o mechanizm). Książki nie spłoną, zawsze ta mniejszość interesująca się kulturą będzie je trzymać. Tylko ta mniejszość dzisiaj wybałuszyła oczy, bo wcześniej siedziała w swoich bańkach, a kontakt z „nieokrzesanym chamem” miała ograniczony, gdy ta domagała się od niej jakiejś usługi.
Defqon.1 został odwołany ze względu na ekstremalną temperaturę (dzisiaj 38 stopni).
Początkowo anulowano jednodniowe wejściówki, jednakże nie dziwię się, że podjęto decyzję o odwołaniu całości.
Największa scena, Red, może pomieścić około 65 tysięcy osób, więc zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim uczestnikom w takim tłumie byłoby niemożliwe.
Rozumiem rozgoryczenie ludzi, którzy zaplanowali sobie cały weekend, kupili bilety (oczywiście pieniądze zostaną zwrócone), zabookowali loty i hotele, ale lepsze to niż duże ryzyko udarów słonecznych i podobnych. Tym bardziej, że ludzie słuchający #hardstyle i #hardcore nie stronią od alkoholu i innych narkotyków, co w połączeniu z takim upałem mogłoby mieć tragiczne skutki.
Koniecznie do ogrania oryginalny „Deus Ex”, „Human Revolution” (moja ulubiona gra ogółem, ale w wersji „Director's Cut” moim zdaniem jest ciut gorsza niż premierowa) i „Mankind Divided”. „Invisible War” nie jest złą grą, ale nie jest tak dobrym „Deus Exem”, natomiast „The Fall” można bez żalu pominąć.
Chyba nie muszę przedstawiać, co to za tytuł. Oczywiście nawiązuje do filmu i pozwala nam wcielić się w rolę tytułowego łowcy androidów. Co ciekawe, przy każdym podejściu kto inny jest androidem.
Gamepleyowo takie biedniejsze „Disco Elysium” (gramy jako detektyw, który rozwiązuje sprawy), ale że spodobał mi się zbiór opowiadań Przybyłka, to przyjemnie mi się grało w egranizację. Lubię motyw wchodzenia w różne gierkowe światy.
Połączenie „Hotline Miami” z „Mirror's Edge”. Bardzo mi się spodobało, na tyle, że przeszedłem także w trybie hardcore i wykupiłem wszystkie kosmetyczne DLC, żeby wesprzeć twórców. Druga część moim zdaniem jest gorsza, więc lepiej dokupić dodatek „Project_Hel” do jedynki.
Lata temu, gdy miałem sporo wolnego czasu, udzielałem się na różnych facebookowych grupkach związanych z Wattpadem. Gdyby ktoś nie wiedział, Wattpad był kiedyś świetną platformą dla początkujących autorów opowiadań czy powieści. Obecnie to cień samego siebie, ale nie o tym chciałem napisać.
Wtedy z grupką znajomych prowadziliśmy „krucjatę” przeciw osobom używającym słowa „książka” w odniesieniu do własnej, niewydanej jeszcze twórczości. No bo wiecie, #ksiazki to skończony, fizyczny produkt, opublikowany przez wydawnictwo, a nie amatorski tekst wrzucony do sieci.
Reakcje osób, którym zwróciło się uwagę, były oczywiste: „nikt nie będzie mi mówił, jak mam mówić” i podobne temu zacietrzewienie się w ignorancji, czyli zero refleksji i chęci poznania.
Z czasem odpuściłem, bo nie widziałem efektów, a i było to nieszkodliwe społecznie. Jednak do dzisiaj często łapię się na tym, że jeśli widzę kogoś w błędzie, to zniechęcam się do poinformowania go o tym, ponieważ bardzo mało osób jest otwartych na wiedzę, a mnie nie zależy na spędzaniu czasu na dyskusjach szybko przeradzających się w kłótnie.
Chociażby dzisiaj zobaczyłem komentarz, który zresztą stał się punktem zapalnym do napisania tego wpisu, w którym chłop porównał super duper pudełkowe, polskie wydanie „Wiedźmina 3” z tym, co zaoferował Rockstar w przypadku „GTA 6”, wskazując jeszcze na różnicę cenową (250 złotych vs 400 złotych).
Pominął przy tym kilka ważnych faktów, jak ten, że te #gry dzieli ponad dekada, więc i ceny się zmieniły przez ten czas, oraz że tak bogate wydania, jakie oferował CD Projekt, to wyjątki od reguły panującej na Zachodzie, czyli pudełka z płytą i co najwyżej instrukcją w formie broszury. CD Projekt w ten sposób chciał zachęcić polskich graczy do kupowania, oferując im różne fizyczne dodatki, których nie dostaliby w przypadku spiracenia gry.
I znowu, nie jest to jakoś bardzo szkodliwe społecznie, więc można by machnąć na to ręką. Ale jakoś źle mi z tym, że ktoś z pełnym przekonaniem wypisuje bzdury, z któryś ktoś inny mógłby czerpać informacje, nawet jeśli to są mało znaczące sprawy. A co dopiero w przypadku poważniejszych.
Tylko czy warto, skoro ludzie lubią dzielić się na zwalczające się obozy i zamykać w swoich bańkach?
@cyberpunkowy_neuromantyk Niestety to kwestia popularyzacji internetu..
Nie chcę w żaden sposób nikomu umniejszać, ale w początkach polskiego internetu niewielu miało możliwość by z niego korzystać, sam komputer był raczej dla ludzi zamożnych i inteligentnych - trzeba było umieć go obsłużyć i poruszać się w internecie (jak nam w kafejce podłączyli - bo na początku też była tylko 'offline' do LANówek) to w wieku kilku lat, zamiast na granie poszedłem pierwszy raz 'na internet' i.... Nie miałem tam co robić, nie znałem adresów stron, wyszukiwarki raczkowały - straciłem ten czas na niczym - następnym razem poszedłem lepiej przygotowany - spisałem sobie adresy z produktów znalezionych w domu typu kosmetyki xD
Potem nastały IRCe, fora dyskusyjne czy czaty - które dalej były raczej ekskluzywne, trzeba było umieć je obsłużyć, każdy świeżak znał NETYKIETĘ (kto jeszcze o tym pamięta dziś?). Problem zaczął się pojawiać gdy internet się rozprzestrzenił, co drugi dzieciak w szkole miał komputer z internetem, zaczęło się przenoszenie zachowań z domu i podwórka do sieci. Jednak apogeum przyszło z rozprzestrzenieniem internetu mobilnego - teraz każda bezrobotna przysłowiowa Karyna ma prawo głosu w internecie i zabiera go tak jak we własnym środowisku - wrzeszcząc i kłócąc się nawet jak nie ma racji ¯\_(ツ)_/¯
A to, że takie osobniki mają z reguły najwięcej czasu i najmniej autorefleksji - toteż takie reakcje najczęściej widujemy.
Ja kiedyś dyskutowałem w komentarzach, teraz to strata czasu, jedynie na naprawdę małych grupkach regionalnych czy tematycznych, które są niepubliczne i gdzie w sumie znam ludzi czasem się udzielam.
Jak to mówią - przed internetem tylko rodzina wiedziała żeś debil.
@cyberpunkowy_neuromantyk jest jeszcze kwestia autorytetu, czyli mozesz miec racje, ale oponent i tak bedzie mial w to wyjebane, bo nie jestes wystarczajaco popularny/lubiany/szanowany albo nie jestes uznanym autorytetem pokroju Miodka. Ponadto sa jeszcze przypadki, ze nawet jak uznany autorytet podziela Twoja opinie to oponent i tak bedzie mial wyjebane bo jest pierdolona ameba umyslowa i szkoda dla niego powietrza
Mówiło się, że Rockstar wypuszczając „GTA 6” zmieni branżę gier. Głównie chodziło o pułap cenowy - przez wiele lat standardem było 60 dolarów za premierę. Z czasem nieliczni wydawcy podnieśli do 70 dolarów, co spotkało się z krytyką, więc to w Rockstarze upatrywało się tego pierwszego, który ośmieli się ustawić nowy standard.
No i jest, 80 dolarów za „GTA 6”.
Nie to jednak mnie zaskoczyło, a pierwsza próba ubicia fizycznych nośników także na konsolach. Okazuje się, że w pudełku w wersji na PS5 oraz Xboxa gracze nie znajdą już płyty. Dostaną wyłącznie kod do aktywacji. : )
Jeśli Rockstarowi ujdzie to na sucho, to obawiam się, że wydawcy pójdą jego śladem i kolejna generacja konsol może obyć się bez napędów, także tych kupowanych osobno.
@cyberpunkowy_neuromantyk cieszę się, że jestem tak stary, że nie mam czasu na granie w takiej ilości jak kiedyś, przez co 'kupka wstydu' wciąż rośnie i ogrywam "nowe" gry kupione na przecenie, kilka lat po premierze XD I omijają mnie jakieś cyrki z podnoszeniem ceny i chujemuje kolekcjonerskie po 500zł.
Ale żeby kupować preorder pół roku przed premierą, gdzie i tak nie zagrasz wcześniej niż inni, to trzeba być naprawdę oddanym fanatykiem XD
Tak sobie teraz pomyślałem, że wydawcy pewnie zdają sobie sprawy z istnienia ludzi, którzy potrafią poczekać na spore obniżki (w końcu widzą sprzedaż), dlatego podnoszą ceny, by sobie odbić na tych, którzy kupują na premierę.
Myślałem o tym też w kontekście Microsoftu i gier w GamePassie. Gra „na własność” kosztuje 70 dolarów, miesiąc GamePassa 15 dolarów - wiadomo, co wychodzi bardziej korzystnie.
Gotowali żabę już od dłuższego czasu - Xbox Series S bez napędu, napęd do PS5 sprzedawany oddzielnie... Smutno się na to patrzy, akurat planowałem pierwszy raz od dłuższego czasu kupić grę (GTA VI) w wersji fizycznej na premierę, a tu taki zawód. To wszystko chciwość, bo pozbywając się rynku wtórnego będą mogli dyktować wyższe ceny wersji cyfrowych - użytkownik końcowy nie będzie już miał wyboru.
Miałem ochotę na coś głupkowatego i to był strzał w dziesiątkę (no, ósemkę, patrząc po ocenie).
Momentami bardzo zabawna, przerysowana ze smakiem, dobrze wykorzystująca motyw zombiaków. Miło, że reżyser postawił na sprytnych umarlaków, którzy potrafili użyć zgniłego mózgu do pozyskania świeżych mózgów.
Spodobał mi się wątek mężczyzny prawie że przemienionego w zombiaka, który ostatkiem sił zdrowego rozsądku postanowił spalić się w krematorium, byleby tylko nie dołączyć do umarlaków.
No i w takim uniwersum rzeczywiście można rzec, że „Punk's not dead”. ; )
Uprzedzam o spoilerach, mimo że nie widzę sensu w bezspoilerowych opiniach na temat filmów czy innych dzieł kultury.
Świetna rola Jake'a Gyllenhaala, ale istnieje ryzyko, że po prostu uwielbiam tego aktora i to zaburza jego odbiór. Niemniej świetnie zagrał detektywa, który drobnymi gestami pokazywał, że ma problemy z ciążącą nad nim ogromną presją.
Stąd nie jestem skłonny do krytykowania nielogiczności fabularnych i nie rozumiem takich zarzutów wobec głównego bohatera. Na przykład sam nie skojarzyłem mężczyzny, który został znaleziony zamordowany w piwnicy księdza, z zaginionym mężem kobiety stojącej za porwaniami, a siedziałem w komfortowej sytuacji. Czy detektyw, który walczy z presją czasu, miał prawo tego nie powiązać? Mimo że nie powinien, ponieważ taka jest jego praca, żeby nie popełniać podobnych błędów, to jestem w stanie uwierzyć, że mógł na to nie wpaść.
Chociaż logicznie rzecz biorąc powinien zrobić coś w kierunku zidentyfikowania trupa, sprawdzenia, czy w tamtym okresie nie doszło do zaginięć et cetera, co być może znacznie wcześniej doprowadziłoby go do rozwiązania sprawy.
Jednocześnie bezowocne starania policji stanowiły dobre tło dla zrozpaczonego ojca, który z bezsilności posunął się do przesłuchiwania podejrzanego na własną rękę. I gdy wydawałoby się, że gorzej już być nie może, grany przez Hugh Jackmana (kolejna świetna rola) mężczyzna przekraczał kolejną granicę.
Dobre było także zakończenie, takie słodko-gorzkie.
Autor: Matthew Mercer, Matthew Colville, Olivia Samson, Chris Northrop
Kategoria: fantasy, science fiction
Wydawnictwo: Kboom
Format: książka papierowa
ISBN: 9788396808226
Liczba stron: 168
Ocena: 4/10
Lubię serialową „Vox Machinę”, więc skuszony dobrymi ocenami postanowiłem na próbę kupić pierwszy tom komiksu. I niestety żałuję.
Zacznę od tego, że rysowniczka nie popisała się talentem. Kobiece twarze są tragiczne i przypominają męskie. W szczególności Keyleth została bardzo pokrzywdzona. Nie czepiam się za to, że bohaterowie niezbyt przypominają tych z animacji, ponieważ komiksy powstały przed serialem.
Jednakże nie ma co ukrywać, że na tle produkcji z Amazon Prime'a komiks wypada naprawdę blado. Także fabularnie.
Nie oczekiwałem epickiej przygody, zresztą nie za bardzo za takimi przepadam, tym bardziej, że to początki ekipy. Ale tak jak w sesjach RPG, w których brałem udział, nie lubiłem zbiegów okoliczności, że akurat postacie graczy trafili w to samo miejsce, tak nie spodobało mi się, że akurat większość ekipy znalazła się w tym samym czasie w tym samym mieście. Wiadomo, w komiksie w założeniach stanowiącym zamkniętą historię jest zbyt mało miejsca na taką fabułę, więc można powiedzieć, że czepiam się dla samego czepiania.
Jak zawsze doceniłem puszczanie oczka do czytelnika, że to tak naprawdę sesja RPG, podobnie kilkukrotnie zaśmiałem się z tekstów Scanlana. Problem w tym, że aktorzy głosowi w animacji robią sporo roboty grą głosem (99,9% zabawności Groga). Z wiadomych powodów nie da się oddać tego w komiksie, więc to kolejne pole, na którym zawiodłem się jak fan ekranizacji przygód Vox Machiny.
Może moja ocena byłaby wyższa, gdybym najpierw przeczytał komiks, a potem obejrzał animację, no ale cóż.
No i pozamiatane. Właśnie jestem w trakcie oglądania serialu, i przeszło mi przez myśl, by ogarnąć komiks, ale już sama okłada (różnice postaci w animacji i w komiksie) mnie zniechęca
@cyberpunkowy_neuromantyk ale mam na myśli oryginalny 'serial', kobiece twarze też były
My understanding of D&D is that the GM has the power to make the next quest a heist, but the players control whether the background music for this heist will be the Pink Panther theme, the Mission Impossible theme, or the Benny Hill theme.
Sam (Scanlan) niezawodnie zawsze wybierał Benny Hilla
Przez większość czasu niestety zbyt łatwa, ale zdarzają się poziomy, które potrafią dać w kość. W szczególności końcowe, w których nie ma checkpointów, więc jeden błąd i trzeba zaczynać zabawę od nowa. Moja dziewczyna była świadkiem, jak wydawałem z siebie dziwne odgłosy pod sam koniec jednej bardzo długiej planszy albo jak rzucałem soczystą k⁎⁎wą, gdy kolejny raz skusiłem.
„Astro Bot” świetnie wykorzystuje pada do PS5, z którym po raz pierwszy miałem do czynienia. Fajnie wibruje, trochę mniej fajnie się steruje ruchem kontrolera, gdy gra jednocześnie wymaga szybkiego działania.
No i ta gra to jeden wielki „fan service”. Niestety nie znam wszystkiego, co jest związane z PlayStation, ale z nielichą radością odkrywałem znajome mi postacie przedstawione jako robociki.
Przejście wszystkich poziomów i znalezienie wszystkich robocików, elementów układanki i teleportów zajęło mi siedemnaście godzin. Zdobyłem 86% możliwych trofeów - nie jestem fanem platynowania gier, więc odpuściłem to sobie.
W dobie zalewu platformówek metroidvania rogue like łatwa platformówka to skarb, bo z popularniejszych tytułów to zostają te od Nintendo. Najlepiej jak gra ma różne tryby trudności by mozna sobie regulować samodzielnie.
W sumie to jedyny exclusive PS5 dla mnie warty ogrania
Pod prysznicem myślałem o tym, co napisać w opinii o „Severance” i uświadomiłem sobie, jak bardzo tęsknię za forami internetowymi.
Dyskusja na temat jednego serialu w jednym miejscu to coś, czego mi brakuje na #hejto. Zamiast tego opinie są rozproszone i gdyby nie odpowiednie strony je zbierające, jak Filmmeter czy Bookmeter, trudno byłoby na nie trafić.
Jakoś tak szkoda, że fora raczej już nie wrócą do łask.
@cyberpunkowy_neuromantyk wszystko wraca w cyklach. Dwudziestolatkowie "odkryli" szerokie spodnie, na facebooku siedzą już tylko stare dziady i firmy, więc niebawem ktoś na nowo "odkryje" fora php by Przemo.
Gatunek: kooperacyjna, skradanka, dość słaby immersive sim
Użyta platforma: PC #steam
Czas do ukończenia: 4-10 godzin
Ocena: 6/10
Zacznijmy od tego, że „Thick as Thieves” początkowo miało skupiać się na rozgrywce PvPvE - gracze wcielający się w złodziei rywalizowaliby ze sobą podczas kradzieży na wspólnej mapie. Lekko miesiąc przed premierą twórcy postanowili zmienić koncepcję na solowe misje i w kooperacji. I to niestety widać.
Z kolegą nie zauważyliśmy zbyt wielu możliwości do wspólnego działania. Jasne, zbierane kosztowności lądują do wspólnej puli, tak samo wystarczy, że jeden z graczy podniesie cel misji. Jeden może odciągnąć strażnika, żeby drugi wskoczył mu na plecy i znokautował. Jednak można zapomnieć o tym, że jedna postać będzie mogła skorzystać z wystrzelonej linki przez drugą. Jest to szczególnie problematyczne przy dwóch postaciach różniących się głównymi umiejętnościami.
Na przykład kolega właśnie mógł użyć tej linki, żeby dostać się w miejsce z utrudnionym dostępem. Ja z kolei, grający drugą postacią, mogłem co najwyżej przedzierać się przez różne zabezpieczenia, które trzeba było omijać wręcz z chirurgiczną precyzją. A to najczęściej kończyło się włączeniem alarmu.
Innym przykładem takich pozostałości są chociażby kartki zostawiane po zebraniu kosztowności. Rozumiem, że w PvP mogłoby to grać na nerwach, gdy okazałoby się, że włamaliśmy się gdzieś, a zastaliśmy tam wyłącznie karteczki przeciwnika.
No i wieżyczki, które można wyłączyć, ale można także włączyć z powrotem. Po co taka funkcja w co-opie? Po nic - to właśnie kolejna rzecz, która została po planowanym trybie PvP.
Na start zostały udostępnione dwie mapy, trzy poziomy trudności oraz szesnaście kontraktów. Każda mapa ma swój zestaw głównych zadań, losowany za każdym razem, oraz właśnie wspomniane kontrakty. Zawsze są to jakieś rzeczy do podniesienia. Twórcy poinformowali, że zawartości ma wystarczyć na jakieś cztery godziny i mogę się z tym zgodzić, mimo że z kolegą nabiliśmy już osiem godzin. Cóż, nie jesteśmy aż tak dobrymi złodziejami, jak myśleliśmy - szczególnie pierwsza próba na najwyższym poziomie trudności dała nam w kość.
Największy problem jest w tym, że cele głównych zadań są zawsze w tym samym miejscu, przez co niektóre kontrakty potrafiliśmy wykonać w około dziesięć minut. Wskazówki również są chyba zawsze w tych samych miejscach, przez co po którymś razie zaczyna powiewać nudą. Gramy na zmianę na dwóch mapach, których można się nauczyć na pamięć i nie pomaga, że czasami niektóre przejścia zostały zamknięte, a innym razem są otwarte.
Nie rozumiem też, po co przy wykonywaniu kontraktu trzeba zawsze wykonać także główne misje. No i sam fakt, że po zdobyciu wszystkich wymaganych przedmiotów z głównego zadania momentalnie otwiera się magiczny portal stanowiący wyjście i nagle trzeba do niego pędzić, bo czas na to jest ograniczony do sześciu bądź ośmiu minut. W ogóle samo ograniczenie czasowe w skradance jest dla mnie dziwnym pomysłem i zastanawiam się, czy to nie następna pozostałość po trybie PvP.
Ponarzekam też na to, że alarmy nie mają tu żadnego znaczenia (ot, na chwilę zablokowane zostały przejścia i uruchomione wszystkie wieżyczki), ponieważ strażnicy bardzo szybko o wszystkim zapominają. Rozumiem, że może to być spowodowane, że gra oferuje tryb kooperacji, za to pozbawiony jest systemu checkpointów, ale razi mnie to. Tak samo jak fakt, że strażnicy nie za bardzo przejmują się ogłuszonymi kolegami. Czasem ich ocucą, innym razem całkowicie zignorują.
Plusem jest to, że twórcy słuchają graczy i wprowadzają zasugerowane poprawki. Na przykład zgłosiłem błąd, który sprawiał, że czułość myszy bardzo szalała po wejściu na drabinę. Zostało to naprawione przy kolejnej aktualizacji, bardzo szybkiej zresztą. Dodano możliwość sprawdzenia, ile czasu zostało. Najwyższy poziom trudności można teraz odblokować już po ósmym kontrakcie, a nie dopiero po ostatnim. Widać, że nie porzucili tego projektu.
Największym plusem jest cena - czternaście złotych. Wiem, że sporo narzekam w tym tekście, jednakże finalnie naprawdę dobrze się bawiliśmy z kolegą i zamierzamy przejść pozostałe kontrakty. Jasne, gra jest bardzo powtarzalna i aż sobie śmieszkujemy, że zgadnij, dokąd musimy się teraz włamać. Jasne, nie ma zbyt wielu rozbudowanych mechanik. Jasne, do wielu miejsc brakuje alternatywnych ścieżek i mocno nad tym ubolewam, ponieważ uwielbiam immersive simy. Jednakże jak za taką kwotę nie żal było spróbować i nie żałuję wydanych pieniędzy.
Mam nadzieję, że „Thick as Thieves” będzie dalej rozwijane i z czasem pojawią się nowe mapy oraz nowe mechaniki.
Mi się podobała, ale nie jestem pewien czy wybory fabularne są w jakikolwiek sposób znaczące, nie chciało mi się 2gi raz przechodzić ale teksty czasem tak luźno nawiązywały do tego co wybrałem że chyba outcome zawsze będzie taki sam.
Zadziwiające, że pięćsetny numer zaoferował wiele treści, ale niestety niezapadających w pamięć.
Oczywiście są w nim opowiadania z ciekawymi pomysłami, jak „Podarek” Szymona Stoczka (społeczność mieszkająca na ogromnym drzewie z różnymi konsekwencjami, jak pilnowanie wagi mieszkańców) czy „Kwestia honoru” Valentino Poppi (którego ani trochę nie zrozumiałem, ale i tak mi się spodobało), ale nic nie zrobiło na mnie ogromnego wrażenia. Sentyment poczułem jeszcze do „Wilki wczorajszego dnia” Raya Naylera, jednakże trzeba było przymknąć oko na dziewczynę, która potrafi przeprogramować wojskowy sprzęt. ; )
Lepiej jest z artykułami, jak chociażby „Na archipelagach” Cetnarowskiego o stanie polskiej fantastyki. To dobra okazja na zapoznanie się z polskimi autorami i autorkami, wydawnictwami wydającymi fantastykę i twórcach o fantastyce mówiących i piszących.
Jako że lubię wywiady, to z przyjemnością przeczytałem transkrypcję rozmowy Waldemara Miaśkiewicza z Tomaszem Kołodziejczakiem, którego bardzo lubię, mimo że nie poznałem osobiście. Skarbnica wiedzy o historii fantastyki w Polsce.
Tak to już jest, że jeden numer jest lepszy, drugi gorszy. Chociaż nie powiedziałbym, że pięćsetny jest złym numerem - ot, po prostu wybór tekstów nie za bardzo trafił w mój gust.