Przez większość czasu niestety zbyt łatwa, ale zdarzają się poziomy, które potrafią dać w kość. W szczególności końcowe, w których nie ma checkpointów, więc jeden błąd i trzeba zaczynać zabawę od nowa. Moja dziewczyna była świadkiem, jak wydawałem z siebie dziwne odgłosy pod sam koniec jednej bardzo długiej planszy albo jak rzucałem soczystą k⁎⁎wą, gdy kolejny raz skusiłem.
„Astro Bot” świetnie wykorzystuje pada do PS5, z którym po raz pierwszy miałem do czynienia. Fajnie wibruje, trochę mniej fajnie się steruje ruchem kontrolera, gdy gra jednocześnie wymaga szybkiego działania.
No i ta gra to jeden wielki „fan service”. Niestety nie znam wszystkiego, co jest związane z PlayStation, ale z nielichą radością odkrywałem znajome mi postacie przedstawione jako robociki.
Przejście wszystkich poziomów i znalezienie wszystkich robocików, elementów układanki i teleportów zajęło mi siedemnaście godzin. Zdobyłem 86% możliwych trofeów - nie jestem fanem platynowania gier, więc odpuściłem to sobie.
W dobie zalewu platformówek metroidvania rogue like łatwa platformówka to skarb, bo z popularniejszych tytułów to zostają te od Nintendo. Najlepiej jak gra ma różne tryby trudności by mozna sobie regulować samodzielnie.
W sumie to jedyny exclusive PS5 dla mnie warty ogrania
Pod prysznicem myślałem o tym, co napisać w opinii o „Severance” i uświadomiłem sobie, jak bardzo tęsknię za forami internetowymi.
Dyskusja na temat jednego serialu w jednym miejscu to coś, czego mi brakuje na #hejto. Zamiast tego opinie są rozproszone i gdyby nie odpowiednie strony je zbierające, jak Filmmeter czy Bookmeter, trudno byłoby na nie trafić.
Jakoś tak szkoda, że fora raczej już nie wrócą do łask.
@cyberpunkowy_neuromantyk wszystko wraca w cyklach. Dwudziestolatkowie "odkryli" szerokie spodnie, na facebooku siedzą już tylko stare dziady i firmy, więc niebawem ktoś na nowo "odkryje" fora php by Przemo.
Gatunek: kooperacyjna, skradanka, dość słaby immersive sim
Użyta platforma: PC #steam
Czas do ukończenia: 4-10 godzin
Ocena: 6/10
Zacznijmy od tego, że „Thick as Thieves” początkowo miało skupiać się na rozgrywce PvPvE - gracze wcielający się w złodziei rywalizowaliby ze sobą podczas kradzieży na wspólnej mapie. Lekko miesiąc przed premierą twórcy postanowili zmienić koncepcję na solowe misje i w kooperacji. I to niestety widać.
Z kolegą nie zauważyliśmy zbyt wielu możliwości do wspólnego działania. Jasne, zbierane kosztowności lądują do wspólnej puli, tak samo wystarczy, że jeden z graczy podniesie cel misji. Jeden może odciągnąć strażnika, żeby drugi wskoczył mu na plecy i znokautował. Jednak można zapomnieć o tym, że jedna postać będzie mogła skorzystać z wystrzelonej linki przez drugą. Jest to szczególnie problematyczne przy dwóch postaciach różniących się głównymi umiejętnościami.
Na przykład kolega właśnie mógł użyć tej linki, żeby dostać się w miejsce z utrudnionym dostępem. Ja z kolei, grający drugą postacią, mogłem co najwyżej przedzierać się przez różne zabezpieczenia, które trzeba było omijać wręcz z chirurgiczną precyzją. A to najczęściej kończyło się włączeniem alarmu.
Innym przykładem takich pozostałości są chociażby kartki zostawiane po zebraniu kosztowności. Rozumiem, że w PvP mogłoby to grać na nerwach, gdy okazałoby się, że włamaliśmy się gdzieś, a zastaliśmy tam wyłącznie karteczki przeciwnika.
No i wieżyczki, które można wyłączyć, ale można także włączyć z powrotem. Po co taka funkcja w co-opie? Po nic - to właśnie kolejna rzecz, która została po planowanym trybie PvP.
Na start zostały udostępnione dwie mapy, trzy poziomy trudności oraz szesnaście kontraktów. Każda mapa ma swój zestaw głównych zadań, losowany za każdym razem, oraz właśnie wspomniane kontrakty. Zawsze są to jakieś rzeczy do podniesienia. Twórcy poinformowali, że zawartości ma wystarczyć na jakieś cztery godziny i mogę się z tym zgodzić, mimo że z kolegą nabiliśmy już osiem godzin. Cóż, nie jesteśmy aż tak dobrymi złodziejami, jak myśleliśmy - szczególnie pierwsza próba na najwyższym poziomie trudności dała nam w kość.
Największy problem jest w tym, że cele głównych zadań są zawsze w tym samym miejscu, przez co niektóre kontrakty potrafiliśmy wykonać w około dziesięć minut. Wskazówki również są chyba zawsze w tych samych miejscach, przez co po którymś razie zaczyna powiewać nudą. Gramy na zmianę na dwóch mapach, których można się nauczyć na pamięć i nie pomaga, że czasami niektóre przejścia zostały zamknięte, a innym razem są otwarte.
Nie rozumiem też, po co przy wykonywaniu kontraktu trzeba zawsze wykonać także główne misje. No i sam fakt, że po zdobyciu wszystkich wymaganych przedmiotów z głównego zadania momentalnie otwiera się magiczny portal stanowiący wyjście i nagle trzeba do niego pędzić, bo czas na to jest ograniczony do sześciu bądź ośmiu minut. W ogóle samo ograniczenie czasowe w skradance jest dla mnie dziwnym pomysłem i zastanawiam się, czy to nie następna pozostałość po trybie PvP.
Ponarzekam też na to, że alarmy nie mają tu żadnego znaczenia (ot, na chwilę zablokowane zostały przejścia i uruchomione wszystkie wieżyczki), ponieważ strażnicy bardzo szybko o wszystkim zapominają. Rozumiem, że może to być spowodowane, że gra oferuje tryb kooperacji, za to pozbawiony jest systemu checkpointów, ale razi mnie to. Tak samo jak fakt, że strażnicy nie za bardzo przejmują się ogłuszonymi kolegami. Czasem ich ocucą, innym razem całkowicie zignorują.
Plusem jest to, że twórcy słuchają graczy i wprowadzają zasugerowane poprawki. Na przykład zgłosiłem błąd, który sprawiał, że czułość myszy bardzo szalała po wejściu na drabinę. Zostało to naprawione przy kolejnej aktualizacji, bardzo szybkiej zresztą. Dodano możliwość sprawdzenia, ile czasu zostało. Najwyższy poziom trudności można teraz odblokować już po ósmym kontrakcie, a nie dopiero po ostatnim. Widać, że nie porzucili tego projektu.
Największym plusem jest cena - czternaście złotych. Wiem, że sporo narzekam w tym tekście, jednakże finalnie naprawdę dobrze się bawiliśmy z kolegą i zamierzamy przejść pozostałe kontrakty. Jasne, gra jest bardzo powtarzalna i aż sobie śmieszkujemy, że zgadnij, dokąd musimy się teraz włamać. Jasne, nie ma zbyt wielu rozbudowanych mechanik. Jasne, do wielu miejsc brakuje alternatywnych ścieżek i mocno nad tym ubolewam, ponieważ uwielbiam immersive simy. Jednakże jak za taką kwotę nie żal było spróbować i nie żałuję wydanych pieniędzy.
Mam nadzieję, że „Thick as Thieves” będzie dalej rozwijane i z czasem pojawią się nowe mapy oraz nowe mechaniki.
Mi się podobała, ale nie jestem pewien czy wybory fabularne są w jakikolwiek sposób znaczące, nie chciało mi się 2gi raz przechodzić ale teksty czasem tak luźno nawiązywały do tego co wybrałem że chyba outcome zawsze będzie taki sam.
Zadziwiające, że pięćsetny numer zaoferował wiele treści, ale niestety niezapadających w pamięć.
Oczywiście są w nim opowiadania z ciekawymi pomysłami, jak „Podarek” Szymona Stoczka (społeczność mieszkająca na ogromnym drzewie z różnymi konsekwencjami, jak pilnowanie wagi mieszkańców) czy „Kwestia honoru” Valentino Poppi (którego ani trochę nie zrozumiałem, ale i tak mi się spodobało), ale nic nie zrobiło na mnie ogromnego wrażenia. Sentyment poczułem jeszcze do „Wilki wczorajszego dnia” Raya Naylera, jednakże trzeba było przymknąć oko na dziewczynę, która potrafi przeprogramować wojskowy sprzęt. ; )
Lepiej jest z artykułami, jak chociażby „Na archipelagach” Cetnarowskiego o stanie polskiej fantastyki. To dobra okazja na zapoznanie się z polskimi autorami i autorkami, wydawnictwami wydającymi fantastykę i twórcach o fantastyce mówiących i piszących.
Jako że lubię wywiady, to z przyjemnością przeczytałem transkrypcję rozmowy Waldemara Miaśkiewicza z Tomaszem Kołodziejczakiem, którego bardzo lubię, mimo że nie poznałem osobiście. Skarbnica wiedzy o historii fantastyki w Polsce.
Tak to już jest, że jeden numer jest lepszy, drugi gorszy. Chociaż nie powiedziałbym, że pięćsetny jest złym numerem - ot, po prostu wybór tekstów nie za bardzo trafił w mój gust.
Pewnie moje zachwyty nad kolejnymi audiobookami z serii Ciekawe Historie są już nudne, jednakże nie mogę się powstrzymać przed podzieleniem się pozytywnymi wrażeniami. I głos autora, i wybór tematów są rewelacyjne.
Chociażby historia Haiti podzielona na dwa rozdziały, która uświadamia, że chyba od zawsze silniejsze państwa wyzyskiwały słabsze, bogacąc się ich kosztem. Bo jak zadłużone po uszy małe państwo miałoby mieć równe szanse rozwoju co Francja wykorzystująca niewolniczą pracę w swoich koloniach? Najgorsze, że nic się nie zmieniło, o czym uświadomił mnie reportaż „Głód” Caparrósa. Przykre to bardzo, a najgorsze w tym wszystkim jest to, że szary człowiek raczej nie może niczego zmienić.
Żeby jednak nie było aż tak przygnębiająco (mimo że autor nie stara się o tym przekonać, ponieważ nie przedstawia prywatnych poglądów), to w kontrze stoją dwie opowieści o bardzo barwnych osobistościach z czasów II RP - Bolesława Wieniawy Długoszewskiego i Franciszka Fiszera. W szczególności ten drugi zdobył moją sympatię jako jegomość, który w życiu nie przepracował swojego dnia. Najpierw utrzymywał się z odziedziczonego majątku, który oczywiście przehulał, a potem żył na koszt przyjaciół. Wystarczyło, że mogli cieszyć się jego towarzystwem i rozmaitymi pomysłami na rozrywkę, jak wycieczka do Wiednia. Szkopuł w tym, że tamtejsi dorożkarze mieli złą sławę, więc... do pociągu wzięli własnego z Warszawy, razem z jego dorożką. xD
Autor przybliżył też postać Jana Szczepanika, polskiego wynalazcy, którego kręciło właśnie wymyślanie wynalazków, a nie komercyjne ich wykorzystanie. Pewnie dlatego niewiele się o nim słyszy, mimo że pracował przy wielu rzeczach, których późniejsze rozwinięcia wpłynęły na to, jak wygląda dzisiejszy świat. To też pokazuje, ile fascynujących osób żyło i obecnie żyje, które po prostu nie mają parcia na szkło, przez co nie są aż tak znane.
Z kolei historia o polskich profesorach zesłanych do obozu koncentracyjnego bardzo mnie zasmuciła. Ogółem temat próby zniszczenia polskiej inteligencji bardzo mnie boli, bo kto wie, jakby Polska wyglądała, gdyby nie wysiłki Niemców i Rosjan w zrównaniu jej z ziemią. Mimo że nie mam predyspozycji, to ze względu na moich byłych wykładowców sympatyzuję ze środowiskiem akademickim i po prostu przykro, że inteligencja nie jest wystarczająco doceniana.
Równie ciekawym jest rozdział o kulisach pracy nad serią Transformacja. Głównie zainteresowało mnie, jak wyglądały wywiady z Jerzym Urbanem oraz Lechem Wałęsą. W sumie zabawne, że osoba odpowiadająca za propagandę okazała się bardzo miłym rozmówcą, z kolei wydawałoby się, że raczej prosty elektryk zachowywał się dość obcesowo, jakby ego wystrzeliło w kosmos.
Zastanawiam się, jaki wpływ ma wprowadzony system kaucyjny na ekonomię osób w kryzysie bezdomności, utrzymujących się ze zbierania surowców wtórnych.
Czy przeżywają obecnie swoiste Eldorado, ponieważ łatwiej jest zarobić? Kilogram puszek (z jakieś 50-60 sztuk, jeśli dobrze pamiętam) można było sprzedać na skupie za parę złotych. Teraz każda taka puszka kaucyjna warta jest pięćdziesiąt groszy. Do tego dochodzą plastikowe butelki.
Czy wręcz przeciwnie, jest im jeszcze gorzej, ponieważ ludzie bardziej się pilnują i nie wyrzucają ot tak puszek czy butelek?
@cyberpunkowy_neuromantyk tylko jedna sytuacja, lokalny stadion, przed meczem masa butelek i puszek idzie do kosza, bez problemu kilka stów zbierzesz i jeszcze dla innych zostanie
@cyberpunkowy_neuromantyk w Norwegii, Polacy na bezrobociu potrafili po kilka koła złotych miesiecznie wyciagać łażąc wieczorami po centrum i zbierając pozostawione puszki i butelki.
Sądzę, że od wprowdzenia kaucji polskie menelaosy też mają za co pić ( ͡° ͜ʖ ͡°)
@LesnyZenek Imperium Człowieka to taka przerysowana antyutopia, z biurokracją dehumanizującą mieszkańców, a żołnierzy uważająca za odnawialny zasób.
Ale z drugiej strony przerysowana i nie traktująca się zbyt poważnie, więc też w lore jest sporo paradoksów i okazji do podobnych śmieszków :)
Ciekawa historia o dosyć prostym przekazie-krytyce ludzkości za próby bawienia się w Boga, czyli modyfikowania genetycznie roślin czy zwierząt bez możliwości przewidzenia w stu procentach, jakie to będzie miało skutki. Ba, czasem nawet nie trzeba było niczego modyfikować - wystarczyło przywieźć szarą wiewiórkę, by ta wyparła rudą.
Mimo że aktorzy zagrali bardzo dobrze, to dobór głosów był mało zróżnicowany, przez co często miałem wrażenie, że poszczególne postacie gra ta sama osoba. Na przykład Joakim i generał brzmią podobnie, tak samo Evelyne i Monique. Można było wybrać aktorów o bardziej zróżnicowanych barwach głosu.
W serialu zabrakło narratora. Przełożyło się to na ciekawy zabieg narracyjny, gdy postacie same muszą opowiedzieć o tym, co widzą, a jednocześnie musi to mieć sens fabularnie. I to dobrze wyszło - na przykład Gérard, który jest dziennikarzem, początkowo wszystko relacjonuje dla swoich przyszłych widzów, dzięki czemu odbiorca audiobooka może poznać otoczenie Gérarda. W innym przypadku jedna postać opisywała otoczenie drugiej, niewidomej. Intrygujące rozwiązanie, które bardzo doceniam.
Jednocześnie brak narratora przeszkadzał szczególnie w scenach wypełnionych akcją. Chciałbym wiedzieć, co się dzieje, a nie domyślać się na podstawie jęków, stęków i tym podobnych. Jasne, w niektórych momentach to naprawdę działa, jednakże uważam, że można było to lepiej zaplanować.
Podsumowując: dla mnie to był ciekawy eksperyment, jako że pierwszy raz w życiu wysłuchałem audioserialu. Głównie ze względu na zastosowany zabieg narracyjny bez użycia tradycyjnego lektora, które wyjaśniłby ewentualne wątpliwości.
@cyberpunkowy_neuromantyk cały czas się przmierzam do tych audioseriali, ale jeszcze za żaden się nie zabrałem. Masz jakieś polecajki, od którego zacząć?
Czy można powiedzieć, że moc Johna to dar (od Boga)? Pewnie tak. W końcu ten czarnoskóry mężczyzna potrafił uleczyć poważną chorobę, a nawet przywrócić do życia.
Jednocześnie odczuwanie czyichś emocji na taką skalę i możliwość zajrzenia komuś w serce poprzez dotyk zdecydowanie było przekleństwem.
Jeszcze jak pomyślę sobie, że gdyby ktoś spoza strażników więziennych i osób z nimi powiązanych uwierzył, że John posiada moc uzdrawiania, to zdecydowanie skończyłoby się to źle. Jeśli nie zostałby zabrany gdzieś w celu przeprowadzenia na nim badań, to z pewnością chodziłyby do niego pielgrzymki z prośbą o pomoc. A gdyby tylko odmówił, ponieważ każda próba bardzo go męczyła, szybko stałby się wrogiem. „Tamtemu pomogłeś, a mnie nie chcesz?”
Stephen King potrafi zagrać na emocjach i nie będę ukrywał, że to mu się udało. Końcówka historii doprowadza do łez, szczególnie że bohaterowie zdają sobie sprawę ze swojej bezsilności i wiedzą, że prowadzą na krzesło niewinnego człowieka.
Mimo to uważam, że poniekąd wyświadczyli mu przysługę.
Tytuł: Tyranny Developer: Obsidian Entertainment Wydawca: Paradox Interactive Rok wydania: 2016 Gatunek: RPG Użyta platforma: PC Czas do ukończenia: 16.5 h Ocena: 8/10
Spośród c-rpg, w które do tej pory grałem, „Tyranny” bardzo wyróżnia się pomysłem na fabułę. To nie kolejna opowieść o Wybrańcu ratującym świat przed Wielkim Złem. Tym razem to my jesteśmy tym złem, przynajmniej z perspektywy mieszkańców kraju, który Hegemon postanowił podbić. Postać gracza ma spory wpływ na to, jak ten podbój będzie wyglądał, ponieważ już na samym początku przechodzimy przez sekwencję, podczas której musimy dokonać różnych wyborów. Jak chociażby której z dwóch armii (Wzgardzeni oraz Szkarłatny Chór) powierzyć poszczególne zadania, jak rozwiązać niektóre problemy i którymi prowincjami się zająć. Wybory te przekładają się potem na wygląd rozgrywki, przez co… niektórych lokacji można w ogóle nie odwiedzić.
Na przykład kolega opowiedział mi, że podczas jednego przejścia nie mógł odwiedzić Płonącej Książnicy, dosyć istotnej lokacji. Z kolei ja mogłem tam trafić, ale dopiero po zakończeniu jednego zadania – gdybym odwiedził Książnicę wcześniej, natrafiłbym na informację, która umożliwiłaby mi rozwiązanie poprzedniego zadania w inny sposób, co mogłoby się przełożyć na dalsze wydarzenia.
Gra w ten sposób ma zachęcać do powtórnych rozgrywek, by odkryć inne miejsca, zadania czy zakończenia. Dodatkowo fabuła rozgałęzia się, ponieważ można sprzymierzyć się z dwiema wspomnianymi już frakcjami, zachować względną neutralność czy wesprzeć buntowników. Trudno mi powiedzieć, jak bardzo mogą różnić się poszczególne rozgrywki, ale kiedyś z pewnością wrócę do „Tyranny”, żeby spróbować innej drogi.
Wracając jednak do początku: bardzo podobały mi się poszczególne rozwiązania związane z ideą gry. Chociażby to, że różne zachowania naszej postaci wpływają na lojalność towarzyszących jej kompanów… albo na to, że się jej boją. Podobnie z frakcjami: można zyskiwać ich sympatię lub wrogość. Co ciekawe, wrogie nastawienie nie jest tu specjalnie karane. Jasne, trudno przekonać do współpracy kogoś, kto cię nienawidzi, jednakże nawet osiągnięcie określonego poziomu wrogości „nagradzane” jest umiejętnościami pasywnymi czy aktywnymi.
Dużym plusem jest to, że granie złym charakterem było… przyjemne. W przeciwieństwie do takiego „Baldur’s Gate”, w którym postać o złej reputacji jest gorzej traktowana albo wręcz atakowana, gdy tylko zostanie zobaczona przez tych dobrych, w „Tyranny” inne postacie czują respekt wobec naszego bohatera. Nie wszystkie, oczywiście, ale dzięki naszej pozycji można pozwolić sobie na znacznie więcej i pewnie można zostać zwyrolem, którego towarzysze po prostu się boją. Ale oni po części też są zwyrolami i jakoś nie poczułem się bardzo skrytykowany, gdy moja postać własnoręcznie udusiła niemowlę.
Szkoda tylko, że niezbyt czuć władzę nad innymi. Zaspoileruję, że z czasem nasza postać staje się coraz bardziej potężna, aż sama może wydać Edykt (coś niespotykanego wcześniej) i w sumie… w moim odczuciu niewiele to zmieniło. Tak samo możliwość podporządkowania sobie różnych Archontów wydaje się bez dużego znaczenia. Jako gracz nie czułem wobec nich respektu – nic sobie nie zrobiłem z faktu, że przywódca Szkarłatnego Chóru pałało mnie nienawiścią. Nie czułem, że moja postać, w hierarchii stojąca niżej niż Archonci, jest w jakiś sposób zagrożona, że rozwścieczenie przywódcy oraz jego całej armii w jakikolwiek sposób może mi zaszkodzić.
Może to kwestia tego, że prowadzony przez nas bohater nie jest „kolejnym Stanowicielem”, tylko kimś, komu udało się okiełznać jedną z Wież rozsianych po świecie. Może to właśnie sprawiło, że tak naprawdę nikt nie stanowił realnego zagrożenia? Ba, na koniec gry, który moim zdaniem przyszedł zbyt szybko i niespodziewanie, można rzucić wyzwanie samemu Hegemonowi.
Mimo to naprawdę świetnie się bawiłem przy tej grze i przypomniałem sobie, jak bardzo lubię c-rpgi.
Bardzo dobrze zrealizowany film, ale o tym nie trzeba chyba nikogo przekonywać.
Przyczepić się mogę do niektórych scen nakręconych w bardzo sugestywny sposób, mający na celu przerazić/zasmucić widza. Pod tym względem bardziej podobała mi się „Strefa interesów”. Wiem, że to zupełnie odmienne filmy, które miały różne cele, jednakże nie lubię, gdy coś pokazywane jest dobitnie, by przypadkiem widz źle tego nie zrozumiał.
No i ta scena z dziewczynką w czerwonym płaszczu. xD
Niezrozumiała jest dla mnie mieszanina języków. Wszystkie postacie rozmawiają po angielsku, jednakże co jakiś czas słychać polski, w tle czy na pierwszym planie. Moja dziewczyna zwróciła na to uwagę w kontekście sceny, w której strażniczka obozu w Oświęcimiu wysłała kobiety pod prysznice. Komendę wydała w języku polskim. Niby nic dziwnego, skoro już wcześniej niektórzy mówili po polsku, ale jakoś tak ta konkretna scena wydała się podejrzana. Tym bardziej, że od dziecka słyszałem narrację o „polskich obozach śmierci” i obwinianie Polaków o antysemityzm, kolaborację z nazistami et cetera.
Za to nie zostało pokazane chociażby to, jak Żydzi dołączali do żydowskiej policji w getcie i jak potrafili być brutalniejsi od Niemców. ; )
Może jestem nadwrażliwy w tym temacie, ale jakoś mnie to dotknęło.
@cyberpunkowy_neuromantyk Spielberg jest Żydem, więc chyba nie spodziewałeś się, że pokaże jakąkolwiek skazę na żydach w czasie IIWW. Ale faktem jest, że ten film jest bardzo dobrze zrealizowany. Co do mieszania języków, to mi to akurat nie przeszkadzało. Jakieś wtrącenia, dialogi w tle, miały uwiarygodnić miejsce akcji. Główne dialogi musiały być po ENG, żeby film był uniwersalny, zwłaszcza, dla amerykanów. W serialu Chernobyl, też wszystkie dialogi są po ENG, ale już wszystkie napisy, tabliczki, komunikaty, są w cyrylicy. I taki smaczek, w postaci nagrania z nr alarmowego, który jest odtworzony w oryginalnym języku.
Doceniam bardzo za decyzję o nakręceniu niemego filmu w czasach, kiedy wydawałoby się, że takie ruchome obrazki zostały już dawno zapomniane. Szczerze nie myślałem, że ktoś by się pokusił. No może oprócz kina alternatywnego, z oczywistych względem.
Tym większe było zaskoczenie, jak dobrze oglądało mi się ten film. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek oglądał nieme kino - może za dzieciaka, jednak nie kojarzę.
Seans przypomniał mi moje przemyślenia sprzed lat na temat tego, jak literatura jest mało uniwersalnym medium w porównaniu do muzyki czy obrazów właśnie, ruchomych czy statycznych. Nawet bez okazjonalnych plansz z kwestiami wypowiadanymi przez bohaterów filmu bez większego trudu można domyśleć się, o co chodzi. Tym bardziej, że aktorzy świetnie zagrali różne emocje, nie pozwalając widzowi błędnie ich zinterpretować (no chyba że ktoś jest całkowicie pozbawiony empatii). W literaturze brak znajomości języka uniemożliwia zapoznanie się z danym dziełem, przy czym w piosenkach to nie przeszkadza, byleby tylko ładnie brzmiało. Co idealnie pokazuje często puszczane w radio „Pumped up kicks” xDDD.
Moją ulubioną sceną była ta, w której główny bohater przeżywał swój największy koszmar: świat poszedł do przodu, filmy przestały być nieme, tylko on pozostał bez głosu. Śmiałem się, kiedy mężczyzna z zaskoczeniem odkrył, że różne przedmioty wydają dźwięki, na przykład odstawiona na stół szklanka.
Od finalnej oceny odjąłem oczko z powodu mało wiarygodnego lub po prostu naiwnego scenariusza, przynajmniej jego części. Nie uwierzyłem w psa prowadzącego swojego właściciela do pokoju, w którym zostały zgromadzone jego wylicytowane dobra, co z kolei doprowadziło mężczyznę do kryzysu psychicznego i próby samobójczej. Bardzo głupie rozwiązanie - wystarczyłoby, żeby główny bohater sam odkrył to pomieszczenie podczas zwiedzania domu.
Nie przepadam za Zendayą, za to uwielbiam Pattinsona, więc nie mogłem odpuścić sobie tego filmu. I nie żałuję, ponieważ uważam go za bardzo dobry, i fabularnie, i komediowo, ponieważ kilka razy mocno mnie rozbawił.
Zastanowiła mnie hipokryzja „przyjaciółki” głównej bohaterki, która przyznała się do zamknięcia dziecka na klucz, co doprowadziło do jego poszukiwań, by po chwili skrytykować Emmę za to, że w wieku piętnastu lat zaplanowała strzelaninę w szkole. Tylko dlatego, że Rachel podeszła do tego emocjonalnie z powodu jej kuzynki, która ucierpiała w innej strzelaninie. W ogóle ta Rachel była okropnie irytującą postacią.
Z jednej strony uważam, że Charles, narzeczony Emmy, także zareagował zbyt emocjonalnie - w końcu nikt realnie nie ucierpiał, to były „tylko plany”. Tym bardziej, że mówimy o nastolatce, więc przez tych kilkanaście lat zdecydowanie się zmieniła. Z drugiej strony rozumiem, że mogło to go zaszokować, więc na pewno nie będę mu odbierał prawa do odczuwania takich, a nie innych emocji.
Zabawnie się obserwowało, jak ta jedna informacja z czasem doprowadziła do coraz to poważniejszych skutków.
Tak mi się przypomniało, że w 2024 miałem minimalny udział w organizacji Mistrzostw Świata w Hokeju na Lodzie w Czechach.
Pracowałem wtedy w #spedycja i otrzymałem zlecenie na... przewóz sprzętu reprezentacji Szwecji, z Sztokholmu do Pragi. A po zakończeniu mistrzostw z powrotem do Sztokholmu.
W sumie nic specjalnego się nie wydarzyło, ale miło połudzić się, że bezproblemowe przewiezienie szpeju dla hokeistów nie sprawiło im dodatkowego stresu.
W co jakiś czas przejawiających się dyskusjach o kondycji #hejto pojawiają się komentarze o niewystarczającej ilości ciekawych/wartościowych treści. Użyszkodnicy piszą także, że małe zaangażowanie odbiorców zniechęca ich do publikowania wpisów, podobnie jak coraz mniejsza liczba innych postów.
Oprócz tego, że tworzy to błędne koło, warto się zastanowić także nad motywacją publikacji własnych przemyśleń lub doświadczeń. Czy tworzymy dla poklasku czy może z wewnętrznej potrzeby? Jasne, prawie każdy z nas chce, by jego twórczość docierała do jak najszerszego grona, nie ma co się oszukiwać. Jednakże osobę tworzącą z potrzeby brak odbiorców tak łatwo nie zniechęci.
Poza tym nie wiadomo, co akurat zyska popularność. Są tematy zawsze popularne oraz zachęcające do dyskusji i są tematy bardzo niszowe. Tym bardziej, że Internet to takie śmieszne miejsce, że różne grupki mogą żyć obok siebie i nawet o tym nie wiedząc. Tak jak na przykład nie wiedziałem, że cokolwiek dzieje się na tagu związanym z hokejem. Ostatnio ktoś wspomniał, że pisał chyba dwa lata, zanim ktokolwiek do niego dołączył. Zresztą, przez komentarz tamtej osoby (przepraszam, że nie pamiętam nicku) i podczas pisania tego posta, przypomniałem sobie o ciekawostce z mojego życia, związanej z hokejem właśnie.
Dużo też zależy od momentu publikacji, co zaobserwowałem tutaj czy na innych mediach społecznościowych, na których przeprowadziłem „badanie”. Czy dzień roboczy czy weekend, czy rano czy wieczorem, to wszystko ma wpływ na liczbę wyświetleń, polubień i komentarzy.
Chcę też posłużyć się przykładem @Cori01, która co prawda spodziewała się, że ludzie w komentarzach będą chcieli podzielić się swoimi doświadczeniami z różnego rodzaju prac, ale nie pomyślała nawet, że założy własny tag i że użytkownicy będą chcieli więcej jej historii. Albo że zachęci to innych do publikowania postów z tym tagiem właśnie.
Nigdy nie wiadomo, z jakim odbiorem spotka się nasza twórczość i dowiemy się tego dopiero po opublikowaniu. Więc nie ma sensu czegokolwiek zakładać z góry ani zniechęcać się, że coś nie zyskało takiej popularności, na jaką mieliśmy nadzieję.
Post chciałbym zakończyć apelem do ludu: piszcie i twórzcie.
Oprócz tego, że tworzy to błędne koło, warto się zastanowić także nad motywacją publikacji własnych przemyśleń lub doświadczeń. Czy tworzymy dla poklasku czy może z wewnętrznej potrzeby? Jasne, prawie każdy z nas chce, by jego twórczość docierała do jak najszerszego grona, nie ma co się oszukiwać. Jednakże osobę tworzącą z potrzeby brak odbiorców tak łatwo nie zniechęci.
Tylko są tu dwie sprawy. Czy tworzymy szeroko rozumianą sztukę i wrzucamy ją na Hejto (i tu ma zastosowanie tekst o poklasku vs wewnętrznej potrzebie) czy chcemy zarzucić jakiś temat i po prostu pogadać z ludźmi.
Hejto to nie tylko strona ze śmiesznymi obrazkami, ale też po prostu forum dyskusyjne. I jak chcesz podyskutować, a właściwie nie ma z kim, to jest to zdecydowanie duży problem wynikający z małej (i chyba ciągle malejącej) społeczności.
„Do sprzedaży trafił właśnie czerwcowy numer "Nowej Fantastyki". Na jego okładce widnieje plakat zbliżającego się wielkimi krokami święta fantastyki - Pyrkonu. A co czeka w środku?
Na początek proponujemy wywiad z twórcami nowych przygód Tytusa, Romka i A'Tomka: Arturem B. Chmielewskim (synem Papcia Chmiela), Karolem Weberem i Zbyszkiem Larwą. Świadomi tego, że kontynuacja tak kultowej serii może budzić obawy fanów, nie stroniliśmy od niewygodnych pytań, aby dać Wam lepszy wgląd w podejście kontynuatorów do tematu.
To nie jest zresztą jedyny okołokomiksowy wywiad w tym numerze, mamy dla Was powiem także rozmowę ze znakomitym belgijskim twórcą Bédu.
A z okazji Dnia Dziecka proponujemy nietypowy komiks: przygody Emilki Sza autorstwa Meago i Maćka Kura.
Dla fanów literatury mamy artykuł o sadze Blackwater, która niedawno trafiła na półki księgarń, a miłośnicy kina znajdą w tym wydaniu obszerne podsumowanie filmów, które pojawiły się na festiwalu Splat!
Do tego tradycyjnie recenzje, felietony i inne stałe atrakcje.
W dziale opowiadań trzy teksty polskie, w tym wyróżnione w naszym konkursie literackim "Nasze wspólnoty" Adrianny Filimonowicz, oraz cztery opowiadania zagraniczne - trochę retro, trochę nowości, z różnych stron świata. Każdy znajdzie coś dla siebie.
"Nową Fantastykę" możecie kupić w szanujących się kioskach i empikach, a także w księgarni stacjonarnej wydawnictwa Prószyński i S-ka przy ul. Rzymowskiego 28 w Warszawie. Niezmiennie najbardziej korzystną opcją kupna jest roczna prenumerata, którą możecie znaleźć w Gildii - towarzyszy jej promocja z prezentem książkowym - do wyboru nowe wydanie "Cmętarza zwieżąt" Stephena Kinga albo humorystyczne "Monstery i afery" Sylwii Dec.
NF jest też dostępna w Nexto oraz Legimi - w formatach czytnikowych epub i mobi oraz w pdf.
Prenumeratę "Nowej Fantastyki" znajdziecie pod tym adresem internetowym: