Rzutem na taśmę udało mi się wykonać ostatnie z zimowych wyzwań, czyli:
Udaj się do najbliższego rezerwatu albo pomnika przyrody i go zaprezentuj
Najbliższy pomnik przyrody znajduje się obok mojego domu, na okolicznym podwórku. Szybki spacer dookoła komina pozwolił mi zaprezentować Wam rzeczony pomnik.
A w zasadzie są to dwa pomniki — dwa bliźniacze cisy. 125 cm w obwodzie przy powołaniu, wysokość 15 metrów.
Zostały wpisane do rejestru już w roku 1962. Są one więc jednym z najstarszych w Gdańsku pomników przyrody. W rejestrze znajdują się na trzecim miejscu z kolei.
Ciekawostka z Wikipedii o cisie jako gatunku: naturalnie odnawia się słabo, co niektórzy botanicy uznają za proces naturalny, cechujący gatunki reliktowe o słabnącej sile życiowej. Upatrują tego w stopniowym ubożeniu zmienności genetycznej populacji, co związane jest zapewne z bardzo rozproszonym występowaniem cisów.
Cis jest też gatunkiem, który rośnie wyjątkowo wolno, bo maksymalnie 15 cm na rok. Stąd też — po wykonaniu szybkiej matematyki — możemy śmiało założyć, że prezentowane cisy mają ponad 100 lat. Po jednym cisie, niestety, widać wiek — drzewo częściowo obumarło.
Chłopomania plus powieść łotrzykowska? Przecież tego nie da się popsuć. To musi być genialne. Prawda? Prawda...?
Mamy lata 30. XIX wieku. Rozalia żyje na lubelskiej wsi. W chwili, gdy ją poznajemy, jest dzieckiem, które przemierza pobliski las i obserwuje śmierć młodego panicza na bagnie. Obserwuje też wiele innych śmierci. Do części się przyczynia.
Rozalia, naturalnie, nie chce pozostać na wsi — brud, choroby, brak perspektyw skutecznie ją odstraszają. Zwłaszcza że liznęła trochę lepszego świata, gdy przez krótki czas towarzyszyła małej dziedziczce jako dziewczynka do towarzystwa. W swych dążeniach do poprawy losu kieruje się nienawiścią do wielu osób, które stanęły na jej drodze — w tym do tajemniczego hrabiego Starka, i pragnieniem zemsty.
...To tyle, jeśli chodzi o zamysł, bo książka ta ma sporo wad. Przede wszystkim nie spełnia swoich obietnic z okładki, co najbardziej mnie irytuje. Pod tytułem znajdujemy dopisek: "Czyli historia biednej dziewczyny ze wsi przez nią samą opowiedziana", co jest jawnym kłamstwem, bo przez 99,999% książki narrator jest trzecioosobowy. Blurb na tyle okładki obiecuje też formę podobną do "Hrabiego Monte Christo": że poznajemy początek losów bohaterki, po czym przeskakujemy parę lat do przodu i retrospektywnie dowiadujemy się, w jaki sposób toczyły się jej losy oraz jak znalazła się w miejscu, w którym jest — już jako bogata kobieta szukająca zemsty. A tak nie jest, bo fabuła jest niemal całkowicie liniowa.
To, co chyba irytowało mnie najbardziej, to próby stylizowania języka na gwarę lubelską. Kurczę, sporą część życia spędziłam na lubelszczyźnie, i... to nie tak ludzie tam gadają. Dużo tu mazurzenia. Ale co ja się tam znam. Ta gwara jednak utrudnia czytanie przez znaczną część książki, jako że również narrator nią mówi. Jeszcze bardziej irytujące są nieustanne "poprawki". gdy narrator w pewnym momencie zaczyna mówić coś w stylu: "ciosnek, tfu, czosnek", poprawiając się po losowych słowach. Okej, taki zabieg jest w porządku przez pierwszych kilka stron, ale towarzyszy nam niemal przez całą książkę. Do tego często musimy się domyślać, o co chodzi narratorowi i bohaterce, bo część wątków i sytuacji nie jest opowiedziana wprost.
I tak, zamiast skupić się na przyjemności czytania i losach bohaterki, mamy trochę nie wiadomo co napisane trochę nie wiadomo jak o nie wiadomo czym. I, jak to często bywa w takich przypadkach, końcówka napisana na odwal się.
Książka przyda się natomiast w ramach #czytelniczebingo, by zapełnić okienko "Nietypowy system magii lub technologia", bo mamy tu wielokrotne nietypowe czarowanie przy pomocy kołtunów i wierszyka po angielsku, którego nauczyła się główna bohaterka. Naciągane, ale skorzystam.
Zrobiłam mały eksperyment i narysowałam owieczkę na swoim czytniku.
Czytnik jest kolorowy, no to wniosek prosty: pokolorujemy i wyeksportujemy. Rysuję, rysuję, piękne przytłumione kolorki, pastelowo, wszystko się zgrywa...
...No i zapomniałam, że te ładne przytłumione kolorki to tylko na czytniku, a po wyeksportowaniu mamy kontrast razy 1000. xD Załączam dla porównania zdjęcie rysunku na czytniku. To tak miało wyglądać. Ech, ta elektronika. xD
Cud, że ta #twaropaka trafiła po tych przygodach z inpostem (ciekawe, czy ta druga ostatecznie trafi do właściwego adresata...)!
Wraz z @owczareknietrzymryjski pięknie dziękujemy za piękną zawartość
Dziś na kolację wjedzie twarożek babuni jak nic, a Owczarek zapowiedział, że twarozupkę z chudym rozdziewiczy w niedzielę
Musztarda kielecka powala. xD W świecie #wojnymajonezowe i walczących o wyższość majonezu kieleckiego nad majonezem Winiary, trzeba po prostu być musztardą kielecką.
Studentska będzie kusić Owczarka w ramach #bitwagrubasow, woda kokosowa (najlepsza woda zaraz po kranowiance i wodzie królewskiej!) dla mnie , a magnes już wisi na lodówce.
Było sobie ponoć takie czasopismo, jak "Życie literackie". Sama go nigdy w rękach nie miałam (pewnie dlatego, że przestało być wydawane zanim się urodziłam). Było ono natomiast pismem dla tych, którzy lubią pisać (i czytać). Czytelnicy mogli nadsyłać doń swoje wiersze, nowelki, opowiadania, listy. Część z nich była publikowana, część odrzucana, a część... komentowana. W rubryce "Poczta literacka" zamieszczane były odpowiedzi na niektóre z tych listów.
Okazuje się, że znacznej części tych odpowiedzi udzieliła anonimowo Wisława Szymborska, która wraz z Włodzimierzem Maciągiem prowadziła tę rubrykę od lat 60. W tej książce natomiast zostały zebrane jej odpowiedzi. Nie wszystkie, naturalnie, ale te co ciekawsze.
I o rety, ta Szymborska to cięty język miała. Trochę jak w anonimowych komentarzach w internecie, dawała znać aspirującym pisarzom, żeby lepiej z pisaniem dali sobie spokój. Że z talentem literackim trzeba się urodzić. Że mogą być zamiast tego świetnymi czytelnikami.
Nie mamy, niestety, wglądu w listy samych autorów — nie możemy sami ocenić tego, co nadesłali (poza paroma cytatami wrzuconymi do odpowiedzi). I o ile miejscami rzeczywiście daje się poznać talent Szymborskiej, jej uwagi czyta się z zainteresowaniem, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest w tym miejscami jakiś bullying. I wtedy już przyjemność z lektury trochę opada. No ale, ocenia nas przecież noblistka.
"Tyle zwlekałam z tym albumem o owadach... Ale ej, on ma tylko 360 stron i dużo zdjęć, pewnie przeczytam go w trzy dni i fajrant!"
O, moje niedoczekanie. Ta książka to gęścioch.
Jest to skarbnica wiedzy o polskich owadach, a konkretnie wszystkim tym, co nie jest chrząszczem (z uwagi na liczność gatunków, o chrząszczach powstał oddzielny tom). Mamy błonkoskrzydłe, mamy pluskwiaki, mamy parazytoidy wszelkie. Paskudztwa małe i duże. A jednocześnie są to niezwykle ciekawe paskudztwa. To, jak różną budowę, życie i zwyczaje mają poszczególne owady, budzi zachwyt. Masa zdjęć i ilustracji dopełnia przyjemności z lektury.
Autor, bardzo znana postać świata entomologii, potrafi naprawdę przekazywać wiedzę. Opisy gatunków czyta się z ogromnym zainteresowaniem, choć nie jest to prosta lektura dla laika. Niemniej, autor dokłada wszelkich starań, by zaciekawić czytelnika. Widać, że jest to pasjonat — człowiek, który poświęcił swoje życie badaniom insektów, bo to po prostu uwielbia. Zaraża wręcz taką dziecięcą uważnością i ciekawością wobec świata owadów.
Chyba jedyny minus, który muszę przedstawić, to... rozmiar i waga książki. Ciężko było czytać ją nawet w łóżku.
Przy okazji, jest to realizacja drugiego z trzech wyzwań w ramach #zimowewyzwania, a mianowicie:
Przeczytaj książkę, którą od dawna trzymasz na półce i odkładasz na później
Zalegała już od dłuższego czasu na stoliku kawowym, ale wreszcie udało mi się ją ukończyć i mogę ją teraz bez wyrzutów sumienia odłożyć na półkę.
Ostatnio serce skradła mi grafika z okazji #popularitycheck, przedstawiająca Dziwena siedzącego na skale z @Fafalala. A że szkic był ostatnio, to tym razem poszłam w akwarelę.
A konkretnie rysunek wzbogacony kolorkiem z kredek akwarelowych, uwodnionych pędzelkami wodnymi na papierze akwarelowym. Nie jest to medium, które jakoś szczególnie opanowałam, więc traktuję to jako okazję do nauki. Dodatkowo akwarelki dodały scenie trochę radości — ot, w sam raz na powrót naszego celebryty.
My sonety pisali, regulaminu nie czytali, a teraz trzeba... otworzyć CXIII edycję konkursu #nasonety!
Jest to feralna 113. edycja konkursu, dlatego — żeby przełamać tę feralność i swoim powrotem zachęcić i innych do powrotu — postanowiłam sięgnąć po wiersz osoby, która już z nami nie rymuje , przez @splash545 utrwalony.
Diss na Hejto
Moose
Hejto mi wygląda jak u laski rozstęp
Za bierność w działaniu otrzymacie chłostę
Ciosy na twarz ostem, poetyckim łomem
Mydlicie nam oczy jak ta laska sromem
Błędów macie tonę, co jest wielką kpiną
Litości nie będzie, niech admini giną
Powiadomienia ssą, zróbcie coś z tym w końcu
Albo sprzedajecie AdelbertowiVonBimbersteinowi po prostu
Lepiej skoczyć chyba z mostu w dół pełnego kału
Niż dostać serca zawału, odejść do adminów raju
Gdzie was będzie dymał facet z brazzers łysy.
Więc brać się do roboty wszystkie eby i krisy
Bo tłum użytkowników wsadzi Was do worów
Gdy olewać będziecie na hejto autorów
Gotowe już beczki pełne żrących kwasów
Powiadomień nie ma, więc znikniecie bez hałasu.
Jak widać, jest to utwór 16-wierszowy, dlatego zachęcam do przyjęcia tej właśnie formy.
@Wrzoo ja tak tylko przypomnę, że gdy do oryginału zawołałem wspomnianych w tekście krisa i ebe to straszyli wezwaniem policji czy innej prokuratury za groźby karalne. xd
Do sięgnięcia po "Welewetkę" zachęciła mnie jedna z bibliotekarek na ostatnim Silent Book Clubie. Może nie bezpośrednio — po prostu gdy o niej opowiadała, wzbudziła moją ciekawość. Mimo że mieszkam na Pomorzu, to Kaszuby zawsze były czymś egzotycznym. W końcu sami Kaszubi, poza etnomiejscówkami przesyconymi folklorem, to dość zamknięta społeczność.
Nie byłam pewna, czy odnajdę się w jej czytaniu i od paru lat nieco omijałam tę książkę — Kaszubi trochę traktują Gdańszczan jako gorszy sort Pomorzan. W końcu Gdańszczanie to nie Kaszubi.
Autorka opowiada o Kaszubach i kaszubskości przez pryzmat swojego stosunku do nich oraz przez historię swojej rodziny. Nakreśla nam losy Kaszubów przed drugą wojną światową, w jej trakcie, i po. Rysuje obraz narodu, który sam nie wie, czy jest narodem; grupy etnicznej, która od początku była podzielona (Niemcy/Polacy, Północ/Południe, Separatyści/Asymilujący się itp.).
Przy tym urozmaica tę opowieść wieloma kolorowymi anegdotami — wierzeniami, przesądami, albo historią kobiety, która czuje się "oszukana", bo w trakcie pisania magisterki dowiedziała się, że strój kaszubski nie jest zbytnio historyczny.
Jest to przyjemny reportaż, wart sięgnięcia przez kogoś nieobeznanego w kaszubskości. Na wspomnienie zasługuje też okładka, która niezwykle mi się podoba.
@Wrzoo Muszę w wolnej chwili wypożyczyć. Również jestem z Pomorza (ziemia chełmińska team), znam wielu Kaszubów, generalnie są to w większości mili ludzie, ale jak czytam o tańcu feretronów, jajecznicy ze szprotami lub też brzmi mi uszach kolęda wykonana przez pracowników Drutexu to czasami czuję się, jakbym trafił do innego świata.
Każdy region jest nietypowy, ale Kaszuby to już taki świat, że aż dziwi mnie, że nie doczekał się własnej wersji "Świętej wojny", gdzie tamtejszy Bercik od kilkunastu lat siedzi na bezrobociu, bo Unia uwaliła go limitami na dorsze, a jego największym wrogiem byłby szwagier, którego oskarżałby o wysokie życie dzięki zbijaniu interesów z Nikosiem w Trójmieście.
Dziś do naszego karmnika zawitał Kopciuszek zwyczajny.
Według Wiki, w północnej Polsce to dość rzadki widok, a tym bardziej zimą. Jednak co odważniejsze osobniki zimują w naszym kraju.
Tego samczyka dobrze znamy, bo latem i jesienią dziarsko ćwierka nam za oknem.
Posilał się dziś suszonymi mącznikami, w których rozsmakowały się sikoreczki.
@Wrzoo a u mnie jest mix.. przyłapałam nawet mewe ktora sie ledwo mieściła w karmniku. Nieziemski widok aby zdobyć pokarm. Teraz to tym większym ptakom wysypuje w doniczkę.
Kolejna twarozupka do kolekcji i oceny. Tym razem wybór padł na Vifon Kimchi. Owczarek nie lubi smaku kimchi, dlatego sam z siebie by takiej nie zrobił. Ja natomiast za kimchi przepadam, a kwaśne zupki mają to do siebie, że dobrze parują się z twarogiem.
Nie jestem może tak wyrobiona jak Owczarek, więc dodałam jedynie pół klinka. Ale mimo to twaróg fajnie rozpłynął się w zupce. Do tego był to hajnowski od @AdelbertVonBimberstein, więc najwyższa jakość. W zupce twaróg nabrał miękkości i jedwabistości. Sama zupka nie przypomina aż tak smakiem kimchi, ale było to przyjemne danie.