
Piechur
- 961wpisów
- 4964komentarzy
Lubię chodzić po górach i oglądać filmy.

Lubię chodzić po górach i oglądać filmy.
Zaloguj się aby komentować
Tag do blokowania/obserwowania: #piechurslucha
The Black Keys - Unknown Brother
Dużo fajnych kawałków na tym albumie.
#muzyka #rock #blues
Zaloguj się aby komentować
Siema,
Zapraszam na #piechuroglada
----------
Tytuł: Starship Troopers
Reżyseria: Paul Verhoeven
Moja ocena: 3/5
W niedalekiej przyszłości Ziemia staje się obiektem ataków ze strony obcej bo rasy zamieszkującej planetę po drugiej stronie galaktyki. Trójka przyjaciół postanawia zapisać się do armii, aby odbyć służbę wojskową i tym samym dołożyć swoją cegiełkę do zapewnieniu naszej planecie bezpieczeństwa.
Zabierałem się za ten film już od dawna i w końcu udało się go obejrzeć. Jest to obraz o statusie kultowego, wokół którego krąży seria różnych anegdotek i legend. Jedną z nich jest ta, że w momencie wydania widownia miała nie zrozumieć, że film ma charakter satyryczny, wyśmiewający ustroje autorytarne. Osobiście uważam to raczej za niezły chwyt marketingowy niż prawdę, bo oglądając Starship Troopers od początku jesteśmy zasypywani przerysowanymi scenami, które ciężko wziąć za coś innego niż parodię. Z ekranu wylewa się uroczy klimat lat 80., mimo, że data produkcji to rok 1997. Część efektów komputerowych nie zestarzała się zbyt dobrze, chociaż robale w dalszym ciągu dają radę. Mocną stroną są zdecydowanie efekty praktyczne, a zwłaszcza te przedstawiające martwych żołnierzy, ich oderwane kończyny i zmasakrowane ciała - fani gore powinni być w miarę zadowoleni. Fabuła nieco mnie zaskoczyła, bo nie spodziewałem się tak mocno rozbudowanego wątku miłosnego rodem z brazylijskiej telenoweli, ale jest to raczej na plus. Aktorsko ciężko mi ugryźć temat: "przesada" to słowo, które ciśnie mi się na usta, ale to raczej zabieg celowy reżysera mający dodatkowo podkreślić satyryczny charakter filmu. Ogólnie jestem zadowolony, że obejrzałem to dzieło, chociaż mogłoby być trochę krótsze. Polecam fanom gatunku science-fiction oraz młodej Denise Richards.
#filmy #film #kino #ogladajzhejto #recenzje #sciencefiction

Zaloguj się aby komentować
Siema,
W końcu oglądnąłem cały, a nie tylko fragmenty. Dzisiaj w #piechuroglada
----------
Tytuł: Symetria
Reżyseria: Konrad Niewolski
Moja ocena: 3.5/5
Młody człowiek zostaje aresztowany w związku z napadem na starszą kobietę. Nie będąc w stanie uwiarygodnić swojego alibi trafia do aresztu, gdzie ma pozostać do czasu rozpatrzenia sprawy.
Zacznę może od tego, co dla mnie było minusem. Po pierwsze, cały film pachnie trochę amatorską produkcją i niskim budżetem. Aktor grający główną postać jest lekko mówiąc drętwy, a jego mimika ograniczona jest do jednego wyrazu twarzy. Zastanawiam się też, czy nie byłoby lepiej, gdyby obraz był zupełnie pozbawiony warstwy muzycznej - używany na okrągło jeden motyw muzyczny oddzielający poszczególne sceny zdaje się być wciśnięty na siłę, bo przecież w filmach powinna być muzyka. Sam powód, dla którego główny bohater znajduje się w areszcie też mógł być lepiej przemyślany, bo według mnie nie trzymał się do końca kupy: nikt nie był w stanie potwierdzić, że główny bohater był w kinie, nawet obsługa? Wiadomo, że jest to tylko pretekst by przejść do mięsa, a więc pobytu w areszcie, ale jednak uważam, że można było się trochę bardziej przyłożyć. I w tym momencie dochodzimy do plusów, bo wszystko, co wcześniej wspomniałem, łatwo się ignoruje z racji tego, że film jest po prostu bardzo ciekawy i ciężko się od niego oderwać. Nie jestem jakimś fanem romantyzowania kultury więziennej, ale trudno zaprzeczyć, że jest coś pociągającego w możliwości zaglądnięcia za kotarę i zobaczenia kawałka tego świata. Film jest niesamowitą wręcz kopalnią cytatów, aktorzy drugoplanowi dają radę, momentami jest intensywnie. Z ekranu wylewa się brud i powoli, tak jak główny bohater, zaczynamy być nim oblepieni. Trudno też nie czuć odrazy do głównego antagonisty, którym jest tutaj polski wymiar sprawiedliwości. Polecam tym, którzy, tak jak ja, do tej pory kojarzyli ten obraz jedynie z fragmentów oglądanych na YouTube.
#filmy #ogladajzhejto #polskiefilmy #kino #dramat

Zaloguj się aby komentować
Siema,
Za oknem wiosna, a w #piechurwedruje
---------
Szczyty: Gorc Troszacki, Kudłoń (Gorce)
Data: 19 grudnia 2021 (niedziela)
Staty: 13km, 4h40, 600m przewyżyszeń
Pewnego zimowego dnia zadzwonił do mnie brat z pytaniem, czy nie byłbym chętny na wycieczkę w góry z jego znajomymi. Rzecz jasna chętny byłem, więc niedzielnym porankiem wyruszyliśmy samochodem w kierunku miejscowości Rzeki, leżącej na skraju Gorczańskiego Parku Narodowego.
Auto zostawiliśmy na parkingu przy polanie Trusiówka, skąd ruszyliśmy zieloną ścieżką dydaktyczną celem dołączenia do żółtego szlaku. Śniegu było sporo, na tej wysokości był jednak dość mokry i śliski; stuptuty i kijki okazały się bardzo pomocne. Na tym krótkim odcinku było kilka miejsc z drewnianymi barierkami, a także stopniami ułatwiającymi nieco przejście przez górski potok, który w dwóch miejscach przecinał trasę.
Szlak żółty, do którego dołączyliśmy, piął się dalej coraz wyżej i, w miarę zdobywania wysokości, śnieg stawał się już bardziej zwarty i twardy. Zaczęliśmy także wkraczać w mgłę, która gęstniała z każdą chwilą. Trasa łagodniała w okolicach Jaworzynki i przez jakiś czas, aż do końca polany Podskały, dawała możliwość na ustabilizowanie oddechu. Z samej polany można by było podziwiać widoki na okolicę, jednak my przez mgłę nie byliśmy w stanie dojrzeć niczego. Nie przeszkadzało mi to jednak zupełnie, bo uwielbiam taki zimowy klimat połączony z gęstym zamgleniem, które sprawia wrażenie, jakby świat był czarno biały.
Kontynuowaliśmy wycieczkę, podczas której wyjątkowo wysunąłem się na początek grupy, jednak nie dlatego, że miałam lepszą kondycję od pozostałych - brat szedł po prostu z tyłu towarzysząc szwagierce, a jego dwóch kolegów dosłownie co 10 minut robiło przerwę na papierosa, więc chcąc nie chcąc szedłem bardziej z przodu. Przy polanie na Gorcu Troszackim zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę na herbatę i jedzenie, chowając się za tablicą informacyjną w celu ochrony przed wiatrem, który w tamtym momencie trochę się wzmógł.
Po postoju ruszyliśmy dalej, przedzierając się przez wysoki śnieg. Ten odcinek - od polany do szczytu - był moim zdaniem najbardziej przyjemny pod względem otaczających nas widoków. Mijaliśmy zanurzony w gęstej mgle drzewa, które ledwo wystawały spod grubej pokrywy śniegu, sprawiając wrażenie, jakby były nią przykryte już od wieków.
Po niedługim czasie dotarliśmy do Kudłonia, który był celem naszej wycieczki. Zrobiliśmy sobie przy nim zdjęcie, a następnie brat wypakował z plecaka kuchenkę turystyczną i starał się rozpalić ogień, celem przygotowania grzańca. Po podłączeniu do niej kartusza okazało się jednak, że - chyba ze względu na niską temperaturę - układ nie jest zbyt szczelny. W pewnym momencie duża część gazu, która zdążyła się ulotnić, podpaliła się i niespodziewanie buchnęło ogniem, co udało mi się uwiecznić na zdjęciu. Brat pozalepiał nieszczelności śniegiem, dzięki czemu po jakimś czasie wszyscy mogliśmy się raczyć intensywnym smakiem napoju, który miłym ciepłem rozlewał się po organiźmie.
Butelka została opróżniona, przerwa się skończyła i rozpoczęliśmy drogę powrotną. Wróciliśmy na Gorc Troszacki, z którego odbiliśmy na zielony szlak. Jak zwykle przy schodzeniu skupiłem się bardziej na własnych myślach i szedłem raczej automatycznie. Śnieg amortyzował kroki i ten etap nie był tak nieprzyjemny, jak to bywa w innych warunkach, dzięki czemu kolana nie odzywały się bólem.
Dotarliśmy do niebieskiego szlaku, którym poszliśmy w stronę parkingu. Prowadził szeroką drogą wzdłuż potoku Kamienica i na początku wydawał się całkiem fajny i malowniczy, jednak po jakimś czasie spacer nim zaczął się nieprzyjemnie dłużyc - nie działo się nic ciekawego i było raczej nużąco. W końcu dotarliśmy jednak do auta i, ostatecznie zadowoleni z odbytej wycieczki, udaliśmy się w drogę powrotną do domu.
#gory #podroze #wedrujzhejto #fotografia #gorce





Zaloguj się aby komentować
Siema,
Zapraszam na 11 podsumowanie wpisów z #piechurwedruje
---------
61. Wpis: Śnieżnica
Wnioski:
62. Wpis: Hrube, Bukowina Miejska, Turbacz, Obidowiec
Wnioski:
Jak zwykle, gdy zimą w mieście śniegu brak, można spróbować poszukać go w górach.
Nie uwzględnione we wpisie, ale na śnieżne wycieczki stuptuty to must have.
63. Wpis: Lubań
Wnioski:
Warto udać się jesienią w góry, aby móc podziwiać oferowane przez nią barwy.
Podążanie zaznaczonymi na mapach dróżkami, które nie są częścią głównych szlaków, wiąże się z ryzykiem, że mogą być one zarośnięte, trudno dostępne lub prowadzić przez bagnisty teren.
64. Wpis: Mogielica
Wnioski:
Idąc z dzieckiem w nosidle na wycieczkę lepiej nie iść samotnie.
Ze względu na zmieniony środek ciężkości, dobrze używać kijków dla dodatkowej asekuracji.
Nie trzymać plecaka na brzuchu - utrudnia widoczność i ryzyko potknięcia się wzrasta.
65. Wpis: Turbaczyk
Wnioski:
66. Wpis: Czarny Dział, Ćwilin
Wnioski:
-------
W kolejnych wspominkach: trochę śniegu, trochę nocy, trochę Tatr. Zapraszam na tag
#gory #podroze #wedrujzhejto #pasja

Zaloguj się aby komentować
Tag do blokowania/obserwowania: #piechurslucha
Morphine - Hanging on a Curtain
#muzyka #rock #blues
Zaloguj się aby komentować
Siema,
Pewnie już po ptokach, ale w robocie kocioł, w domu jeszcze gorzej, więc dopiero teraz wrzucam swój stworzony w rekordowym dla mnie czasie 30 minut sonet #diriposta na nowy utwór di proposta w nietypowej dissowej bitwie #nasonety .
----------
Diss na hejt0 3
Hejto gwarantuje mi do newsów dostęp
Dzięki propagandzie w antypatie rosnę
Nie lubię nikogo, wszystkich biłbym łomem
W kraju tym, co robi za gorszą Sodomę
Wciąż jestem wkurwiony, nie nadrabiam miną
Modów tu obarczę za to wszystko winą
Spam, trolling, narwaństwo niech ustaną w końcu
Od tych gównowpisów zwariuję po prostu
Jakościowych treści ubywa pomału
A twórcom się kończą zapasy zapału
Mem ma sto piorunów, bo jest z Brazzers łysy
Lecz własnej twórczości nie grzmocą dandysy
Admini zlewają swoich donatorów
"Miast bugi naprawiać - dam rangom kolorów!"
Pytasz, czy pomogę wyjść z tego impasu?
Zarobiony jestem! Nie mam na to czasu!
----------
Różna #tworczoscwlasna , choć głównie #poezja , w kawiarence #zafirewallem
Zaloguj się aby komentować
Siema,
Co było obiecane, musi być dotrzymane, także dziś w #piechurwedruje
---------
Szczyty: Czarny Dział, Ćwilin (Beskid Wyspowy)
Data: 14 kwietnia 2023 (piątek)
Staty: 21.5km, 6h15, 840m przewyżyszeń
Pewnego dnia, siedząc w pracy, poczułem nagle, że muszę się gdzieś wyrwać, bo oszaleję. Sprawdziłem szybko pogodę na kilku portalach, poprowadziłem kilka tras na mapach turystycznych i miałem już coś w rodzaju planu - chciałem zobaczyć wschód słońca na Ćwilinie. Czemu tam? Ponieważ szczyt jest odsłonięty i widać z niego Tatry, poza tym jest w miarę blisko mojego miejsca zamieszkania.
Sprzedałem pomysł tacie, który rzecz jasna wyraził chęć na dołączenie do wycieczki. Startowaliśmy z Mszany Dolnej, z której ruszyliśmy na trasę o 2:20. Na szczyt miał nas prowadzić cały czas żółty szlak, którym jeszcze do tamtej pory nie szedłem.
Początkowo droga była asfaltowa. Prowadziła chwilę pod górę do małego osiedla domków, po czym mijając go szła przez pole. Trasa do Czarnego Działu, małej górki leżącej po drodze, była niewymagająca i raczej przyjemna, maszerowało się bez problemu. Częściowo szliśmy między drzewami, a częściowo na skraju lasu i brzegiem pół. Na Dziale byliśmy już po około godzinie od rozpoczęcia wyprawy. Znajdowała się tam ławka do siedzenia, miejsce na ognisko i polanka.
Kontynuowaliśmy marsz przez coraz bardziej błotnisty las. Kijki przydawały się podczas pokonywania rozległych kałuż. Przez jakiś czas trasa dalej była łagodna i zastanawialiśmy się, czy babcia dałaby radę nią przejść, ale wkrótce zaczęło się podejście na Ćwilin, które rozwiało te myśli.
Szlak usiany był kamieniami i głazami, które przeszkadzały w chodzeniu. Dodatkowo zrobiło się bardziej stromo i teren nie wypłaszczał się aż do samego szczytu. Gdzieniegdzie leżały jeszcze małe placki śniegu, pozostałość po raczej słabej zimie.
O 4:50 wyszliśmy z lasu na skraj rozległej polany Michurowej, co zwiastowało, że byliśmy już blisko celu. Po chwili przechodziliśmy obok profesjonalnego miejsca na ognisko, które można zrobić na szczycie, a po kilku kolejnych krokach znaleźliśmy się na Ćwilinie. Wiało okrutnie, więc założyliśmy kurtki i rozpoczęliśmy oczekiwanie na wschód.
I tu przydałoby się powiedzieć, że cały szczyt był w chmurze. Nie mieliśmy dużych nadziei, że będzie nam dane cokolwiek zobaczyć. Mijały minuty, robiło się jaśniej, a chmura jak była, tak była. W jednej krótkiej chwili przewiało ją tak, że zrobiło się małe okienko z widokiem na Tatry, wprawiając nas w ekscytację, trwało jednak bardzo krótko i wszystko szybko wróciło do poprzedniego stanu.
Minęła godzina, o której słońce miało wstać. Minęło też kolejne 15 minut i nie zapowiadało się, żeby warunki miały się zmienić. Zrezygnowany powiedziałem do taty, że czas wracać, ale nalegał, żeby jeszcze chwilę zostać, bo a nuż się uda coś zobaczyć.
Nie minęła minuta od jego słów i nagle zrobiło się zupełnie przejrzyście. Naszym oczom ukazało się piękne słońce wznoszące się niedaleko Mogielicy i rozlewające się ciepłą żółcią po okolicy. W oddali widać było Tatry, pod którymi przewalały się kłęby chmur, jak stada owiec pędzone na pastwisko. Nie mogliśmy uwierzyć naszemu szczęściu i jak dzieciaki śmialiśmy się i wołaliśmy się nawzajem: "Patrz tu! Patrz tam! Widzisz to?!", ganiając po polanie w te i we wte.
Było naprawdę zjawiskowo i obawiam się, że żadne zdjęcie czy nagranie nie będzie w stanie oddać sprawiedliwości temu, co mogliśmy zobaczyć. Nasze doznania i radość były spotęgowane zresztą tym, że jeszcze kilka chwil wcześniej mieliśmy zrezygnować i opuścić szczyt. Przez dłuższy czas, którego nie liczyłem, sączyliśmy ten piękny pejzaż starając się wiernie odmalować go w pamięci.
Nadszedł jednak czas na powrót. Pożegnaliśmy Ćwilin i tą samą trasą udaliśmy się w stronę Mszany. I tutaj wspomnę, że jak nie lubię wchodzić i schodzić taką samą drogą, tak w przypadku wypraw na wschód w ogóle mi to nie przeszkadza - las nocą wygląda zupełnie inaczej niż w świetle dnia, więc miałem wrażenie, jakbym szedł inną trasą. Mijaliśmy te same rozległe kałuże i dzięki padającym na nie pierwszym promieniom słońca nawet one wyglądały urokliwie.
Dalsza droga też dostarczała miłych widoków. Jak wspominałem, duża jej część prowadziła skrajem lasu i brzegiem kilku polan, także idąc można było rozkoszować się panoramą na pobliskie góry. Minęliśmy ponownie Czarny Dział i, szybciej niż byśmy chcieli, zakończyliśmy wycieczkę w Mszanie. Wróciłem do domu, wypiłem kawę i rozpocząłem pracę. Myślami byłem jednak dalej na Ćwilinie, który zrobił mi tamtego poranka na prawdę miłą niespodziankę.
#gory #podroze #wedrujzhejto #fotografia #beskidwyspowy





Zaloguj się aby komentować
18+
Treść dla dorosłych lub kontrowersyjna
Siema,
Niedawno było o Turbaczu, więc dziś o jego młodszym bracie. Zapraszam na #piechurwedruje
---------
Szczyt: Turbaczyk (Gorce)
Data: 17/18 stycznia 2023 (wtorek/środa)
Staty: 17km, 5h, 780m przewyżyszeń
Nie minął tydzień od kiedy byliśmy z tatą na nocnej eskapadzie na Turbacz, a nogi już nas swędziały i trzeba było je jakoś podrapać. Gorce uraczyły nas poprzednio śnieżnym krajobrazem, więc postanowiliśmy znów się tam udać z nadzieją, że coś z tego się uchowało. Zajechaliśmy na parking w Koninkach o 20 i niestety pomimo, że przywitał nas mróz, śniegu nigdzie nie było.
Ruszyliśmy w trasę zaczynając od zielonej ścieżki dydaktycznej, na którą odbijało się z Oberówki. Początkowo szliśmy szeroką drogą i w miarę zdobywania wysokości tu i tam naszym oczom zaczęły ukazywać się placki lodu, które zwiastowały, że może jednak sceneria zrobi się bardziej zimowa.
Doszliśmy do skrzyżowania szlaków czerwonego i zielonego, z którego ścieżka dydaktyczna skręcała w gęsty las. Zrobiło się bardziej stromo, ale poprzedni odcinek odpowiednio nas rozruszał i obyło się bez większej zadyszki. To, co było jednak najważniejsze, to to, że z każdym krokiem śniegu zaczęło pojawiać się więcej, i w momencie, gdy dotarliśmy na polanę Łąki i znajdujący się tam szczyt Basielkę, mieliśmy go już po kostki.
Oj, znów opłaciło się jechać w góry. Światło latarek ukazywało nam magiczne obrazki, czułem się jakbym odkrywał jakiś tajemny, niedostępny dla innych świat. Na gałęziach widać było zamarznięte sople lodu pozostałe po topniejącym w ciągu dnia śniegu. Cienie pięknie tańczyły po białych koronach drzew układając się w fantastyczne kształty i grając ze światłem w berka.
Opuściliśmy polanę po to, by po kilku chwilach dalszej wspinaczki dotrzeć do kolejnej, którą była rozległa polana Turbaczyk. Dopisało nam szczęście, bo wyglądało na to, że od dłuższego czasu nikt tamtędy nie szedł - brak było śladów, pokrywała ją nienaruszona warstwa białego puchu, przypadł nam więc zaszczyt przetarcia szlaku. Doszliśmy do punktu widokowego i skierowaliśmy się dalej zielonym szlakiem, aby dojść do naszego głównego celu, czyli Turbaczyka.
Właściwy szczyt znajdował się poza szlakiem, a ponieważ wyglądało na to, że nie jest to długi odcinek, postanowiliśmy do niego dojść na dziko. Przedzieranie się przez chaszcze i powalone pnie drzew w tych zimowych warunkach okazało się bardzo satysfakcjonujące i postanowiliśmy, że będziemy to robić częściej. Dotarliśmy w końcu pod Turbaczyk, na którym ktoś powiesił prowizoryczną tabliczkę, więc zrobiliśmy sobie pod nią zdjęcie.
Wróciliśmy do punktu widokowego, przy którym znajdowała się ławeczka. Wyciągnęliśmy termosy, jedzenie, trochę krówek i daliśmy sobie czas na rozkoszowanie się chwilą. Mijały minuty, a z nieba zaczął prószyć śnieg - z początku nieśmiało, grubymi, leniwie lecącymi płatkami, a ostatecznie tak, że zaczął utrudniać widzenie. Uradowani tą nagłą zmianą warunków ruszyliśmy w stronę Oberówki drugą częścią zielonej ścieżki dydaktycznej. Trasa była bardziej stroma, ale w kilku miejscach znajdowały się stopnie ułatwiające schodzenie.
Spod Oberówki wybraliśmy się na kolejny etap nocnej wycieczki, a mianowicie poszliśmy czerwonym szlakiem spacerowym, który szedł przy płynącym obok potoku Turbacz. Śnieg w dalszym ciągu prószył w najlepsze, a droga, na której kilka godzin wcześniej nic nie leżało, teraz przykryta była już solidną warstwą świeżego puchu. Trasa była spokojna, wznosiła się łagodnie i równomiernie. Nadawała się w sam raz na spacerek z dziećmi czy dla osób starszych. Huk potoku był momentami ogłuszający, ale dodawało to tylko uroku.
Po jakimś czasie dotarliśmy też do Paciepnicy i nie jestem pewien czy to tu, czy jednak jeszcze przy Turbaczu, było coś w rodzaju wodospadu. W każdym razie znajdowało się tam kilka miejsc do siedzenia i odpoczynku, których zresztą na całym szlaku spacerowym było sporo.
Niebawem dotarliśmy też do drogi stokowej, którą oryginalnie mieliśmy wracać, jednak szło się tak dobrze, że postanowiliśmy wydłużyć wycieczkę o kolejny odcinek szlaku. Dotarliśmy do potoku Koninka i już idąc wzdłuż niego wróciliśmy na parking, mijając jeszcze po drodze stawy dla płazów. Stwierdziliśmy, że warto byłoby tu wrócić na wiosnę razem z większą częścią rodziny, i tak zresztą uczyniliśmy, co wspominałem w jednym z wcześniejszych wpisów.
Na parkingu odśnieżyliśmy auto, zdjęliśmy mokre kurtki i ruszyliśmy do domu. I to właśnie ten odcinek był najgorszy, bo jechałem pożyczonym od brata autem, w którym jak się okazało nie działał nawiew (przepalony bezpiecznik), a że przednia szyba była całkowicie zaparowana, musiałem jechać z otwartym oknem - równie dotkliwie zmarzłem tylko kilka razy w życiu. W każdym razie, wycieczkę uznaliśmy za bardzo udaną i na kilka miesięcy pożegnaliśmy Gorce, którym dziękowaliśmy za dostarczone atrakcje.
#gory #podroze #wedrujzhejto #fotografia #gorce





Zaloguj się aby komentować
Siema,
Zapraszam na kolejny odcinek #myszowemelodie
Zasady: zgadnij o jaki utwór chodzi i zgarnij pioruna
Rozwiązanie wrzucę w komentarzu za jakieś 2 godziny. Zachęcam do zabawy!
#glupiehejtozabawy #muzyka

Zaloguj się aby komentować
Tag do blokowania/obserwowania: #piechurslucha
Meridian Brothers - Salsa Caliente
Noc z robotą, więc wjeżdżają bracia z południka.
#muzyka #cumbiaatonal #noiseprotesta
Zaloguj się aby komentować
Siema,
W swoich wpisach wspominam czasem o tym, że przy wyprawach z dzieckiem w nosidle warto korzystać z kijków dla dodatkowej asekuracji. Dzisiaj w #piechurwedruje
---------
Szczyt: Mogielica (Beskid Wyspowy)
Data: 5 października 2021 (wtorek)
Staty: 8km, 2h40, 355m przewyżyszeń
Październik był wyjątkowo ciepły, a jesienne barwy osiągnęły chyba punkt krytyczny, jeśli chodzi o intensywność. Szkoda było nie wykorzystać takich warunków, więc pewnego ranka postanowiłem, że po pracy pójdę z Myszą na krótką trasę w góry. Zadzwoniłem również do babci, która zwykle próbuje wykręcić się jakoś od wyjść na spacery, ale gdy pada słowo klucz "góry" nagle odnajduje w sobie więcej energii. Taką trzyosobową ekipą udaliśmy się na zdobycie Mogielicy, która jest najwyższym szczytem Beskidu Wyspowego.
Szukałem trasy szybkiej, z jak najmniejszą liczbą przewyższeń - startowaliśmy późno, więc nie mieliśmy dużo czasu, dodatkowo była to mimo wszystko wyprawa z 87 letnią babcią i półtorarocznym dzieckiem. Znalazłem jednak taką, która spełniania te wymogi, a prowadzić miała zielonym szlakiem z parkingu Zalesie-Wyrębiska. Ustawiłem trasę na nawigacji i niebawem byliśmy na miejscu. Tu muszę napisać, że droga prowadząca na parking była bardzo wąska (praktycznie na jedno auto) i miejscami dość stroma.
Zapakowałem Mysz w nosidło i ruszyliśmy w górę. Przez pierwszy kilometr trasa była łagodna, później zaczynała się bardziej nachylać. Ścieżka usiana była brązowymi liśćmi, las wyglądał zjawiskowo. Nie mogliśmy się napatrzeć na ufarbowane jaskrawą żółtą barwą korony drzew. Jesień jest jednak uzdolnioną malarką.
Szliśmy tak sobie przez las, a mi pomimo ruchu zaczęło się robić nieco chłodno. I tu czas wspomnieć o pierwszym poważnym niedopatrzeniu - w trakcie dość szybkiego zbierania się zerknąłem na pogodę i jeśli chodzi o temperaturę to miała być powyżej kilkunastu stopni, więc nie brałem żadnej kurtki ani bluzy, pojechałem w samym podkoszulku. To, czego nie sprawdziłem, to siła wiatru, a zaczynało wiać coraz dotkliwiej przenikliwym chłodem.
Wyjąłem młodą z nosidła i założyłem jej dodatkowe warstwy ubrania. Babcia na szczęście też była przygotowana, więc byłem jedynym, który marzł. Kontynuowaliśmy wspinaczkę, a na drodze zaczęło się pojawiać coraz więcej luźnych kamieni i głazów wystających z ziemi. Szliśmy więc ostrożnie, a ja w kilku miejscach asekurowałem babcię.
Wreszcie dotarliśmy do punktu widokowego z krzyżem, który znajduje się zaraz przed szczytem. Ścieżka do niego prowadząca momentami składała się z samych wystających z ziemi skał. Widoczki były obłędne, a chylące się już ku zachodowi słońce potęgowało tylko brykające wokół nas pomarańcze i brązy. Po kilku kolejnych krokach znaleźliśmy się na szczycie.
Zrobiliśmy krótką przerwę pod nieczynną jeszcze w tamtym okresie wieżą widokową. Wiało okrutnie i zmarzłem już tak, że szczękały mi zęby - w tamtej chwili postanowiłem sobie, że zawsze będę brał jakieś dodatkowe okrycie na zapas, choćby nie wiem jak ciepło miało być. Założyłem Myszy na kurtkę bluzę, a na spodenki kolejne dresy. Po tym, jak babcia napiła się gorącej herbaty, a młoda wtrąciła serek, zdecydowaliśmy, że najwyższy czas się ewakuować, tym bardziej, że słońce chyliło się ku zachodowi.
Ze względu na porę szliśmy szybciej, nie chcieliśmy, żeby noc zastała nas w lesie. Przez całą wycieczkę, poza nosidłem na plecach, miałem na brzuchu plecak z prowiantem, rzeczami na zmianę dla Myszy i zestawem do zmiany pieluszek. W ręku trzymałem kijki, które uznałem za niepotrzebne, bo najgorszy etap mieliśmy za sobą. I tak, dzięki połączeniu pośpiechu, ograniczonej przez plecak na brzuchu widoczności oraz braku dodatkowej asekuracji, potknąłem się i upadłem.
Jak to się mówi: to był moment. Poczułem tylko, że się potykam i nie miałem nawet możliwości złapania równowagi. Nosidło i znajdująca się w nim Mysz kompletnie zmieniły mój środek ciężkości i runąłem tylko jak długi na kamienistą ścieżkę, waląc głową w leżący na niej głaz. Szybko i niezdarnie starałem się podnieść, a w głowie miałem zapętloną jedną myśl: "Żeby tylko Myszy nic nie było".
Udało mi się w końcu wstać. Młoda strasznie płakała, a babcia, blada ze strachu, próbowała mi pomóc. Zdjąłem w końcu z siebie nosidło, wypiąłem Mysz z pasów i sprawdziłem, czy jest cała - na całe szczęście nic jej nie było i najadła się tylko strachu. Ja miałem trochę rozwalone kolano, otarte dłonie i łokcie, i nabitego małego guza na czole, jednak bez lecącej krwi. Nie przejmowałem się tym jednak; przytulając córeczkę myślałem tylko o tym, jakim byłem idiotą, żeby tak nas narazić. W głowie momentalnie pojawiły się gorsze scenariusze. Co, jeśli Mysz uderzyłaby głową w kamień? Co gdybym stracił przytomność?
Noga trochę bolała, ale nie było tragedii. Młoda się uspokoiła i dała się znowu zapakować do nosidła. Uspokoiłem babcię i ruszyliśmy dalej - tym razem już z kijkami, bez plecaka zasłaniającego buty, patrząc uważnie pod nogi. Nie minęło jednak 10 minut, a zdarzył się kolejny wypadek: babcia również potknęła się o kamień i upadła na ziemię. Podbiegając myślałem, że dostanę zawału, i wyobrażałem sobie najgorsze, jednak i tym razem mieliśmy szczęście, bo babci, poza otartym kolanem, nic nie było.
Ostatnie promienie słońca już dawno zniknęły pomiędzy drzewami, zaczęło robić się ciemno. Gdy doszliśmy do samochodu, była 18:30, a dookoła panował mrok. Zapakowałem młodą do fotelika, sprawdzając, czy na pewno nic jej się nie stało podczas upadku. Sprawdziłem również w jakim stanie jest babcia, ale wszystko było w porządku.
Ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Oczywiście i na tym etapie nie mogło zabraknąć wrażeń. Na początku wspominałem, że droga, która prowadziła na parking, była wąska i stroma. No więc teraz w podobnych warunkach musieliśmy zjechać do Szczawy. Praktycznie cały czas miałem wciśnięty hamulec i pod koniec zaczął się już ślizgać i śmierdzieć. Udało się jednak zjechać w końcu na dół i dołączyć do drogi prowadzącej na Mszanę. W domu byliśmy około 20, a mi po głowie plątały się różne myśli.
Zdarzenia z tego dnia doprowadziły mnie do następujących wniosków jeśli chodzi wyjścia w góry z dzieckiem w nosidle: nigdy nie iść samemu; zawsze asekurować się kijkami, zwłaszcza przy schodzeniu; nie zawieszać plecaka na brzuchu; nie spieszyć się. Ktoś może uznać te punkty za zbyt radykalne i ma do tego prawo, ja jednak musiałem zaliczyć upadek, aby do nich dojść i wprowadzić je realnie w życie. To zdarzenie prześladuje mnie do dzisiaj, bo przez własną krótkowzroczność i głupotę doprowadziłem do bardzo niebezpiecznej sytuacji, która mogła skończyć się znaczenie gorzej, niż to miało miejsce.
#gory #podroze #wedrujzhejto #fotografia #beskidwyspowy





Zaloguj się aby komentować
Siema,
Mój jubileuszowy, dwusetny wpis, dedykuję szanownym Kawiarenkowiczkom i Kawiarenkowiczom
Dziś wraz z @splash545 proponujemy co następuje:
Rymy: dzień - mitręży - cień - zwycięży
Temat: dziki zachód
Zapraszamy wszystkich do wspólnej zabawy
#naczteryrymy , czyli #poezja i #tworczoscwlasna w kawiarence #zafirewallem
Zaloguj się aby komentować
Tag do blokowania/obserwowania: #piechurslucha
Przypałętało się po latach i nie chce puścić
#muzyka #pop #muzykapopularna
Zaloguj się aby komentować
Siema,
Tym razem, oprócz sparowania rymowego, postanowiłem zachować również ilość sylab w wersach zgodnie z oryginałem, żeby sobie skomplikować życie ¯\_(ツ)_/¯ Muzą była moja żona
----------
Zrób ze swoim życiem, co tylko chcesz
Niech będą w błędzie
Ci, co szydzą potajemnie: "Co ona wie"
Twoje zamiary uważają za kpinę
Kreśląc dla Twych marzeń graniczną linię
Niech nie zniechęcą Cię
Od spełnienia swych pragnień
Tym gadaniem czczym
To wszystko pic
Twoja wola to pokona
W swe ręce chwyć los
By odmienić go masz moc
Stań się więc tą, która strach w kąt ciepie
Odnajdź siebie - będziesz w niebie
----------
Różna #tworczoscwlasna , choć głównie #poezja , w kawiarence #zafirewallem
Zaloguj się aby komentować
Siema,
To już poniedziałek? No to skoczmy w góry z #piechurwedruje
---------
Szczyt: Lubań (Gorce)
Data: 22 października 2022 (sobota)
Staty: 14km, 4h, 680m przewyżyszeń
Jak co roku wybraliśmy się ze znajomymi na wspólny, uświęcony wyjazd celem zresetowania mózgów i poznęcania się nad wątrobami. Drugiego dnia mieliśmy uderzyć na szlak i trochę obawiałem się, jak to będzie wyglądało, biorąc pod uwagę poprzedni spęd, na którym podobna eskapada kosztowała niektórych z nas śniadanie. Tym razem jednak poranek odnalazł wszystkich w dobrym zdrowiu i gotowych do odrobiny ruchu.
Zakwaterowani byliśmy w wynajętym domku w Grywałdzie, niedaleko zielonego szlaku prowadzącego na Lubań. Aby do niego dołączyć poszliśmy wzdłuż ulicy, przy której znajdował się nasz dom, po czym doszliśmy na skraj lasu, do którego weszliśmy wąską ścieżką. (Nie jest ona oznaczona na mapach, więc nie jestem w stanie odwzorować dokładnej trasy, którą szliśmy, dlatego w linku jest jej przybliżenie.) Po jakimś czasie kluczenia między drzewami - bo część drogi szliśmy na przełaj - udało się dołączyć do szlaku w okolicy polany Żarnowiec.
Było chłodno, a w powietrzu wisiał deszcz, który jednak na szczęście nie zdecydował się padać. Droga była błotnista, ale nie przeszkadzało nam to w ogóle. Górskie powietrze podziałało jak lekarstwo na nasze skacowane lekko łby i szło się przyjemnie. Las raczył barwami późnej jesieni, ciesząc zmęczone jeszcze oko.
Pod względem nachylenia trasa nie sprawiała specjalnego problemu i dopiero ostatni odcinek na szczyt, który zaczynał się przy ruinach starej bacówki, był bardziej nachylony. Prowadził pod górę po dywanie brązowych liści, którymi usłana była biegnącą pomiędzy nagimi drzewami ścieżka.
W końcu dotarliśmy w okolice bazy namiotowej, spod której poszliśmy na wieżę widokową. Otaczająca nas roślinność raczyła eksplozją najróżniejszych kolorów: od przyciemnionych zieleni iglastych drzew, przez żółcie i brązy liści, po bordy i beże rosnących krzaków i wysokich traw. Nic tylko wyciągnąć sztalugę, rozłożyć płótno i pędzlem uwiecznić zjawiskowy krajobraz.
Spod wieży widać już było Tatry, które mimo pochmurnej pogody prezentowały się bardzo ładnie i kusiły swoją pozorną bliskością. Weszliśmy na wieżę, z której można było podziwiać widok na wszystkie strony świata, ale to właśnie Tatry, a także Pieniny i Gorce grały tu pierwsze skrzypce. Wiatr robił się coraz bardziej uciążliwy, więc założyliśmy kurtki i zeszliśmy z wieży.
Udaliśmy się ponownie w stronę ruin bacówki, spod której planowaliśmy odbić na niebieski szlak, a po drodze spotkaliśmy bardzo miłe panie, które poczęstowały nas jabłkami. Droga powrotna była równie błotnista, co ta, którą wchodziliśmy na szczyt. Szybko minęliśmy Kuternogową i wkrótce wyszliśmy z lasu. W brzuchach burczało nam już od dłuższej chwili, dlatego ucieszyliśmy się na widok karczmy znajdującej się przy małym stoku narciarskim - niestety, szczęście nam nie dopisało i okazała się być zamknięta ze względu na wesele.
Pozostało wrócić do wynajmowanego domku w Grywałdzie. Według map, z niebieskiego szlaku można było odbić w jakąś ścieżkę i dojść w okolice cmentarza znajdującego się niedaleko miejscowego kościoła. Problem polegał na tym, że żadnej ścieżki nie było, a alternatywa, polegająca na spacerze przy drodze, niespecjalnie nam się podobała. Postanowiliśmy więc iść na przełaj, mniej więcej tam, gdzie miała być dróżka i w ten sposób wpieprzyliśmy się w bagno, nie mając pojęcia jak iść dalej.
Po kilkunastominutowych manewrach w rozmokłej i grząskiej ziemi udało nam się dotrzeć na stabilniejszy grunt, a w końcu też do normalnej, asfaltowej drogi. Wróciliśmy do domku, odpaliliśmy grilla i browarki, wygrzaliśmy zmarznięte kości w saunie i w tak miłych warunkach zakończyliśmy naszą wycieczkę.
Trasa (przybliżona) dla zainteresowanych.
#gory #podroze #wedrujzhejto #fotografia #gorce




Zaloguj się aby komentować
Siema,
Zapraszam na #piechuroglada
----------
Tytuł: Secret Window
Reżyseria: David Koepp
Moja ocena: 2.5/5
Będący w trakcie rozwodu pisarz cierpi na brak weny, a jego myśli prześladuje wspomnienie zdrady, jakiej doświadczył ze strony żony. Jego życie komplikuje się dodatkowo, gdy pewnego dnia zostaje oskarżony o plagiat przez tajemniczego mężczyznę.
No cóż, da się oglądnąć ten obraz, ale jest pozbawiony jakiegokolwiek polotu - nakręcony jakby ktoś w trakcie produkcji czytał podręcznik "Jak reżyserować". Jest poprawnie, ale bezdusznie. Jak na thriller w ogóle nie trzyma w napięciu, a plot twist, boleśnie przewidywalny, był już przerabiany wiele razy i o wiele lepiej (Shining moment jest tu raczej żenujący). Może miałem zbyt wielkie oczekiwania, nie wiem. Aktorsko byle jak, Depp w ogóle mnie tu nie przekonywał, zresztą scenariusz niezbyt mu w tym pomagał. Z obsady podobała mi się tylko Maria Bello, grająca żonę pisarza. Raczej szybko zapomnę, że oglądałem ten film. Polecam tym, którzy dopiero zaczynają zabawę z thrillerami, może coś ich tu zaskoczy.
#filmy #ogladajzhejto #recenzje #thriller #johnnydepp

Zaloguj się aby komentować
Siema,
#diriposta na utwór di proposta w bitwie #nasonety - cyk-pyk, jako tako, pora na CS'a.
----------
Furia
Wściekłości daj się ponieść, już dość bycia spokojnym
W kąt odrzuć obyczaje, które Ci narzucono
Niech oczy Twe łagodne w amoku teraz płoną
W proch obróć to, co żywot Twój uczyniło znojnym
Siejących w Tobie lęki częstuj teraz ich plonem
Niech prośby ich fałszywe zamiarów Twych nie zwiodą
Strach w oczach Twoich wrogów niech będzie Ci nagrodą
Gdy żądnym krwi i zemsty zostaniesz ich demonem
Niech zły duch Cię ogarnie, bezmierny i prawdawny
Szkarłatem się pokryją bielutkie dotąd szaty
Gdy zęby im wybijesz, zdepczesz, połamiesz gnaty
Każdy cios przemyślany, dokładny i wytrawny
Niech znikną razem z nimi kłamliwość i obłuda
Tak przez ogień szaleńczy spokój się zdobyć uda
----------
P.S. Podobno z rysunkami się wygrywa?
Różna #tworczoscwlasna , choć głównie #poezja , w kawiarence #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować