Książkę kupiłem żonie, po recenzji @KatieWee (https://www.hejto.pl/wpis/1223-1-1224-tytul-dziwne-obrazki-autor-uketsu-kategoria-kryminal-sensacja-thrill). Idealnie wpasowała się do #czytelniczebingo. Sama książka to dobry kryminał, gdzie tytułowe obrazki maja swoją rolę w rozwiązaniu zagadki.
#czytelniczebingo 18/25 - Książka autora z Dalekiego Wschodu
Na książkowych memach jakaś baba narzekała, że na początku książki jest znęcanie nad zwięrzętami, więc mnie to zaintrygowało. Książka napisana z perspektywy kilkunastu różnych postaci. Większość dość irytująca, ale jednak różnorodna. Do tego te wszystkie historie powoli się łączą ze sobą. Akcja dzieje się we współczesnej Norwegii, ale są lekkie elementy fantastyczne (np. upały w Norwegii).
Ujemne punkty za to, że to chamski wstęp do trylogii. Na końcu książki mamy przeskok o dwa tygodni w przód i dowiadujemy się, że w tym czasie wydarzyło się "wiele". Wygląda na to, że trzeba przeczytać dwie pozostałe książki, żeby ta historia miała sens, bo ze wszystkich rozpoczętych wątków ta część zamknęła może ze dwa. Ale póki co jestem na to zbyt obrażony.
"Dzieci północy" nagrodzono Bookerem w 1981; wybrano w 1993 i 2008 jako najlepsza książka w historii Bookera na 25-lecie i 40-lecie nagrody.
Wydanie ebooka tragiczne! Nie wiem jak można tak spierdzielić przypisy w książce elektronicznej i wrzucić je na sam koniec książki, zamiast wykorzystać technologię...
Co do samej książki. Rushdie opisuje dzieje trzech pokoleń rodziny Salima Sinai, jego dziadków, rodziców i samego Salima. Opowiada te historię barwnie i długo, wplatając w powieść wydarzenia historyczne Pakistanu i Indii. Historia niczym z dobrej bollywoodzkiej telenoweli. Mnogość postaci i zwrotów akcji. Z książki wylewają się Indie. Są one pełnoprawnym bohaterem w tej opowieści.
Co mi się nie podobało, to przegadanie tej opowieści. Miejscami wręcz za bardzo. Realizm magiczny w wykonaniu Rushdiego, też nie wyszedł najlepiej w moim odczuciu.
Sam koncept jest fajny - chłop zasypia w jaskini na Ziemi, budzi się na Marsie i wplątuje w walki między wielkimi, brzydkimi zielonymi Marsjanami i wyglądającymi jak ludzie czerwonymi. Ale to koniec zalet.
Główny bohater John Carter jest wspaniały, idealny, najmoralniejszy, najmądrzejszy i najodważniejszy bo jest prawdziwym amerykańskim patriotą z Południa. Gdybyście zapomnieli to przypomni wam o tym średnio co pół strony, bo książkę czytamy z jego perspektywy, w formie dziennika. Co pół strony przypomni wam także, że każdy kto się od niego różni, czy to Indianin czy zielony kosmita, jest niemoralnym barbarzyńcą, dzikusem i śmieciem, którego on jeszcze nie ucywilizował, albo nie zabił. Irytujący megaloman przekonany o swojej zajebistości, będący tak naprawdę kompletną gnidą i bezmózgim, rasistowskim tępakiem. I to ma być według autora pozytywna postać, z którą się utożsamimy. xd A tytułowa księżniczka istnieje tylko po to żeby ganiała z gołym cycem i była ratowana przez naszego bohatera, w którym od razu się zakochała, bo to przecież baba.
Jest w książce jakaś fabuła, ale jest prowadzona chaotycznie. Raz autor rozwodzi się długo nad jakimiś bzdurnymi szczegółami, żeby potem urwać po chwili ciekawie zapowiadający się wątek. Po czym kilka stron przed końcem pojawia się z d⁎⁎y zupełnie nowy problem i zakończenie. xd
Napisane jest to prostackim stylem i nie sprawdza się nawet w kategorii 'tak głupie, że aż śmieszne'.
Co do tłumaczenia to dopiero po przesłuchaniu dowiedziałem się, że chłop tłumaczy AI i potem poprawia. Przy tym gniocie raczej to nie ma znaczenia, ale zniechęciło mnie to do reszty jego kanału.
@Telezajaczek Coś w tym jest. Aczkolwiek - trzeba pamiętać że to zostało napisane w 1911 roku, a nadal czyta się nieźle. A taki Howard ze swoimi Kane'ami i Conanami to wystartował dopiero w latach '50.
@Xavy w latach '30, Howard popełnił samobójstwo w '36.
Ale faktem jest, że tak do lat 80-90, SF i fantastyka dość często (zdecydowanie zbyt często) korzystały ze schematów Księżniczki Marsa i Conanów, że przybywa Gary Stu, robi rozpierdol jako one man army, a główna żeńska postać jest typową damulką w opałach.
@Cerber108 głównie dlatego że nie słucham audiooków, a chcę wypełnić bingo, więc jak mi to wyskoczyło na yt to stwierdziłem, że to dobra okazja do wypełnienia kafelka. xd Poza tym nie wiedziałem że to aż takie dziadostwo.
Książka o dwóch amatorskich bokserach i amerykańskiej biedzie w smutnym jak p⁎⁎da, prowincjonalnym mieście. Billy miał żonę i nieźle zapowiadającą się karierę, ale dostał parę razy z rzędu po mordzie i teraz ma 29 lat, flaszkę i depresję. Kiedy po długiej przerwie idzie na siłownię spotyka tam młodego Erniego. Dostaje od niego po mordzie, mówi mu jaki to ma potencjał i Ernie zaczyna boksować żeby uciec od swojego smętnego życia. Skończy jak Billy? Może tak a może nie.
Jest tu parę bardzo dobrych opisów walk bokserskich, parę dobrych, naturalnych dialogów, ale reszta książki to jedno wielkie nic. Nudna, szczątkowa fabuła sklecona z wtórnych, zużytych motywów i prowadząca donikąd, plus nieciekawi, jednowymiarowi bohaterowie, którzy całą książkę smęcą i nie doświadczają żadnego rozwoju. I standardowa amerykańska bieda - picie w spelunach, mieszkanie w tanim motelu, ruchanie menelicy, praca dorywcza na farmach itd.
Podobno to jakieś wielkie arcydzieło, ale ja jakoś tego nie zauważyłem.
De facto trylogia, ale nie chciało mi się opisywać każdej książki z osobna. Historyczna powieść przygodowa dla młodzieży. Pamiętam jak pierwszy raz czytałem, to nie potrafiłem się oderwać od lektury. A dostałem piękne wydanie od chrzestnej, które niestety magicznie zniknęło przy przeprowadzce do Niemiec (matka pewnie wy⁎⁎⁎⁎ła i się przyznać nie chce...).
Pierwsze dwa tomy są moim zdaniem rewelacyjne. Ciekawa historia Tehawanki (później nazwanego Przebiegłym Wężem): dostanie się w niewolę, uprowadzenie branki, wyprawy wojenne, itd., a ponadto przedstawione życie w wiosce Dakotów. Niestety ostatni tom został napisany w innym stylu, gdzie śledzimy wypieranie Dakotów przez białych osadników, późniejsze powstanie i jego konsekwencje.
Jest to krótka pozycja, która wywołała we mnie falę negatywnych emocji. Intensywna opowieść, która millenialsom wywoła flashbacki z dzieciństwa. Polecam, bo warta przeczytania.
Któraś z kolei część długaśnej Sagi Vorkosiganów. Ta, w której zamiast dowodzenia flotą kosmicznych piratów, szpiegowania, dyplomacji, wojaczki, śledztw itp. błahostek, główny bohater serii Miles Vorkosigan trafia na najtrudniejszą misję w życiu - miłość. Do tematu podchodzi tak jak umie - paranoicznie i po wojskowemu, z czego nic dobrego nie wynika.
Co jest super - jak pani Bujold wrzuca w tę serię co tylko chce i ma wyjebane. A mi się to i tak nadal podoba, pomimo obaw. xd Jak ciekawie łączy głupkowaty humor z angażującym opisywaniem emocji, świetnymi monologami wewnętrznymi bohaterów i konsekwentnym, wiarygodnym pogłębianiem ich psychologii. Jak ciekawie opisuje mentalność i politykę feudalnej planety wychodzącej powoli z mroków, na której toczy się akcja, a która musi się mierzyć z coraz to kolejnymi nowinkami z kosmosu.
Niepełnosprawny umysłowo Charlie zapisuje się do eksperymentu poprawiającego inteligencję i zostaje geniuszem.
Bardzo mi się podobał styl - książka pisana w formie dziennika, gdzie na początku chłop pisze prosto, robi masę błędów, a potem idzie mu to coraz lepiej, coraz bardziej potrafi wyrażać siebie i coraz więcej widzi z tego, co się działo wokół niego, a czego wcześniej nie zauważał. Jak choćby okrutne żarty kumpli z pracy, które wcześniej uważał za dowód przyjaźni.
Świetna jest też wzruszająca końcówka, której można się łatwo domyślić, ale nie będę spoilerował.
Co było słabsze - zafiksowanie na temacie seksu i stosunków damsko-męskich, a także stereotypowe postacie kobiet, które sprawiają że książka, która chciała być ambitnym, psychologicznym sf, raczej mocno się zestarzała.
Czytania nagrodzonej fantastyki ciąg dalszy - Nagroda Hugo 2020
Mahit Dzmare z niewielkiej stacji kosmicznej Lsel zostaje ambasadorką w wielkim kosmicznym imperium Tleixcalaan. Poprzedni ambasador zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach więc nie zdążyła się ona dobrze przygotować do swojej roli. Ma jej pomóc imago - maszyna wynaleziona na stacji, instalowana w głowie, która zawiera wspomnienia i osobowość innej osoby - w tym przypadku tego ambasadora sprzed 15 lat. Ale szybko okazuje się, że z jakiegoś powodu nie działa jak trzeba i nasza ambasadorka jest pozostawiona sama sobie, a w Imperium zaczyna wrzeć, bo stary cesarz ledwie zipie.
Co mi się tu bardzo podobało - po pierwsze światotwórstwo. Imperium wzorowane na wielu ziemskich od Rzymu przez Azteków po Amerykę. Z jednej strony jest agresywne, żyje ciągłym podbojem, a w stolicy (którą jest cała planeta) kultywowane są przedziwne krwawe rytuały. Z drugiej mocno ceni poetów, których wiersze potrafią nieźle namieszać w polityce. A po drugiej stronie prowincjonalna stacyjka walcząca o przetrwanie za pomocą swoich technologii, ale także zafascynowana tym Imperium, inspirowana podobno średniowieczną Armenią. Po drugie styl i język - dziwne nazwy, dziwne imiona, opisy i dialogi, które nie były jakieś niesamowicie kwieciste, ale za to eleganckie, przemyślane i w punkt - wszystko to robi super klimat. Po trzecie główna bohaterka, z której ograniczonej perspektywy poznajemy cały świat i fabułę. Musi odkryć tajemnicę śmierci poprzedniego ambasadora i sama nie dać się zabić, odkryć tajemnicę niedziałającej maszyny, a do tego jakoś odnaleźć się w politycznych intrygach, w których szybko zostaje pionkiem jednego ze stronnictw i musi walczyć o jakąkolwiek podmiotowość.
A w tle co jakiś czas pobrzmiewa pewne Wielkie zagrożenie, wobec którego problemy jakiejś stacyjki kontra imperium, czy wojskowego kontra polityków, zejdą na drugi plan. Ale to mam nadzieję będzie głównym tematem części numer 2.
Kosmici zabili większość ludzi i zamienili Ziemię w wielki labirynt, w którym niedobitki walczą z potworami w show transmitowanym na całą galaktykę. A my przemierzamy go razem z Carlem, prostym chłopem z Seattle, i Królewną Pączuś, gadającą kotką jego byłej dziewczyny.
Pomysł super, sporo śmiesznych żartów (ale bez ich natłoku jak w jakimś Praczecie), świetna para głównych bohaterów i ich relacja. Z drugiej strony książka nie jest krótka, a bardzo mało znaczących rzeczy się tu wydarzyło. Ledwie liznęliśmy ten cały labirynt (2 z 18 poziomów), za to była masa nużących opisów zabijania niskopoziomowych potworków, otwierania skrzynek itp. szajsu. Jakby kumpel wam godzinami ze szczegółami opowiadał tutorial i pierwsze kroki w jakimś Oblivionie czy Gothiku...
Drugą część na pewno sprawdzę bo jest potencjał na coś lepszego.
@Hilalum mam wrażenie, że te opisy to cały urok LitRPG. Mnie to nie podchodzi niestety i bliżej mam do fantastyki progresywnej czy xianxia, gdzie forma bywa dynamiczna i w pewnym sensie podobna, ale nie ma w ogóle skrajnie erpegowych opisów.
@Dziwen no rozumiem, że to ma być jak granie w gre, ale ile można. Chłop tu przesadził. Liczę że w kolejnych jednak jakoś lepiej proporcje ogarnął i szybciej dochodzi do konkretów. A jak nie to najwyżej dam sobie spokój z serią i gatunkiem. ¯\_(ツ)_/¯
@Hilalum z tego, co pamiętam odbiór tej książki był tak dobry, że aż bym się zdziwił, gdyby Matt zmienił swój styl, bo ci, co się od niego nie odbili, wynosili Dinnimana pod nieboskłon. Ale z chęcią przeczytam twoją recenzję 2 książki. Ja miałem podejście tylko do 1 i mocno się od niej odbiłem.
@Hilalum Ten realistyczny opis grindowania poziomów dodaje całej magii. Już nie wspomnę o zbieraniu wszystkie co nie przytwierdzone do ziemi(zgadza się ukradłem, ale tylko głupi by nie skorzystał). Ja osobiście daje 8/10 i czekam na kolejną część.
Poza tym wątki poboczne mają sporo potencjału i mam wrażenie że szybko się rozwiną.
@Merkury no ja to wiem bo też grałem w gierki, ale granie w gierki jest fajne bo ty w nie grasz, a jak ktoś inny gra to te nudne rzeczy są nudne. xD Więc rozumiem że żart ze zbieraniem wszystkiego jest git, bo sam tak robię. Ale pierwszy raz, a nie piętnasty.
Książka opowiada o dwóch wrogich do siebie rasach: dzieciach-robaka, które żyją na powierzchni, ich bóstwem jest biały robak a ich duchowy przywódca człowiek-robak operacjami chirurgicznymi upodabnia się do robaka i jękolach, humanoidalnej rasie, która żyje w podziemnych tunelach, ma 6 kończyn, widzi w ciemnościach i jest postrzegana przez powierzchniowców jako zwierzęta i zabijana dla mięsa.
Grupka bohaterów wyrusza do tuneli w podróż nieco dłuższą niż zakładali. Fajny klaustrofobiczny klimat, konstrukcja świata nawet mnie zaciekawiło, chociaż chyba w pełni nie zrozumiałem genezy tego świata i zależności między rasami.
Minusem jest zakończenie, które wydało mi się jakby nieco nagłe.
Opowiadanie z serii "Opowieści z Meekhańskiego Pogranicza". Opowiada przebieg bitwy o stolicę imperium Meekham.
Same planowania niezbyt mnie interesowały, nie bardzo mnie interesują militaria, ale sam przebieg wydarzeń fajnie się czytało. Jest troche zwrotów akcji, kilka ciekawych postaci, szczególnie charyzmatyczny Imperator. I taki swojski język trochę mi przypominał czytanie wiedzmina.
"- Wstawaj, zasrańcu! Wstawaj! Słyszysz?! Może i umrzemy! Ty umrzesz i ja umrę! Wszyscy umrzemy! Ale nie na kolanach, sukinsynu!
Ale Nie Na Kolanach Sukinsynu."
Fajne epickie opowiadanie z dużą dozą patosu. Może kiedyś się wezmę za to serię, ale na razie skupiam się na krótkich książkach, bo mam takie tempo, że czytałem te 80 stron 2,5h xD Nie wiem jak to zrobiłem, bo audiobook tyle samo wychodzi xD
Jedyny minus to te imiona brzmią tak egzotycznie, że już żadnego nie pamiętam.
#czytelniczebingo muszę użyć środeczka, bo nigdzie indziej nie pasuje
Jedyny minus to te imiona brzmią tak egzotycznie, że już żadnego nie pamiętam.
To mnie właśnie zniechęca do tego cyklu. Imiona brzmiące jak onomatopeja gruźlicy albo spadające ze schodów wiadro śrub, nie da się tych przypadkowych zlepków liter zapamiętać.
Sapkowski miał prostszą metodę - brał oto zagraniczną książkę telefoniczną i lepił przy jej pomocy imiona i nazwiska swoich postaci, czasem tylko zmieniając literę lub dwie.
Dziwna książka, nie rozumiem tu ani motywów postaci ani sensu w przedstawionych wydarzeniach. Nie chcę wchodzić w szczegóły żeby nie zdradzać fabuły. Po za tym dla mnie to nie był horror, co najwyżej lekki thriller.
Książka jest o rodzinie Blackwood, z której zostały tylko siostry Merricat i Constance i schorowany stryj. Reszta rodziny zatruła się arszenikiem przy kolacji. Sprawca nieznany. Chociaż po kilku rozdziałach już miałem podejrzanego.
Ze względu na te wydarzenia rodzina się izoluje i spotykają się ze sporą niechęcią i nienawiścią w miasteczku.
Wszystkie główne postacie mają jakieś zaburzenia psychiczne i traumy, to chyba był najciekawszy element.
Historia mimo, że powolna to nawet mnie zainteresowała jak się skończy, ale w w pewnym momencie nastąpił taki ciąg niezrozumiałych i nielogicznych zdarzeń, że nie wiem co o tym myśleć.
Może odebrałbym to lepiej gdybym czuł jakąś grozę, napięcie, niepewność, ale ja ani trochę tego nie odczuwałem.
Jest to opowiadanie o pokojówce pracującej w ekskluzywnym hotelu, która sprzątając analizuje życia gości. Całość jest dość poetycka, styl pisania ładny, ale nie bardzo zrozumiałem co wynika z tych opowieści.
Słyszałem, że to taka wspaniała książka, również dla dorosłych. No cóż, zawiodłem się. Chyba nie do końca rozumiem co ludzie w niej lubią.
Jest to krytyka dorosłego świata oczami dziecka, tylko strasznie to płytkie według mnie. Przeważnie lubię krytykę świata, ale tutaj spłyca się to do tego, że dorośli są zabiegani, zapracowani, nie wiedzą czego chcą.
Sama postać małego księcia strasznie irytująca. Całą książkę zachowuje się jakby pozjadał wszystkie rozumy.
Po za tym nie podoba mi się struktura dialogów. Nie dość, że nie są podpisane kto mówi to często od nowych myślników mówi ta sama osoba co jest mylące.
Może to po prostu książka dla dzieci i nie potrafię jej docenić. Nie wiem.
#czytelniczebingo jako książka, która się sprzedała w milionach