Drugi tom serii kontynuuje historię w bardzo mrocznym i niepokojącym kierunku. Po wydarzeniach opisanych w tomie "Zew mroku" bohaterka próbuje jakoś funkcjonować, ale szybko okazuje się, że pewnych doświadczeń nie da się po prostu zostawić za sobą. Przeszłość wraca, granice moralne zaczynają się zacierać jeszcze bardziej, a sama historia coraz mocniej skupia się na psychice głównej bohaterki. Fabularnie mamy serię gwałtów i morderstw, których sprawcami jest grupa radykalnych mizoginów. Pałają żądzą zemsty za śmierć swojego idola - Jakoba Abela, która popycha ich do kolejnych morderstw na feministkach i kobietach działających (ich zdaniem) na szkodę mężczyzn. Jest brutalnie i mrocznie, dużo bardziej niż w 1 tomie.
I nadal działa tu to, co podobało mi się w pierwszym tomie najbardziej - świeżość. Krefeld dalej potrafi budować klimat czegoś innego niż standardowy skandynawski kryminał. Nie opiera wszystkiego wyłącznie na śledztwie, ale bardziej na psychologicznej presji, moralnym rozpadzie i ciągłym poczuciu zagrożenia. To nadal jest dość unikatowe połączenie i seria wyróżnia się na tle wielu podobnych thrillerów.
Problem pojawia się jednak w momencie, gdy zostajemy praktycznie tylko z jedną bohaterką. W pierwszym tomie część jej zachowań można było tłumaczyć sytuacją - była wciągnięta w chorą grę z mordercą, działała pod presją czasu i strachu. Tutaj spędzamy z nią znacznie więcej czasu i zaczyna wychodzić na jaw, że część tych zachowań nie była tylko reakcją na traumę czy manipulację. Coraz bardziej wygląda to jak jej naturalna strona charakteru. Za swoją porywczość zostaje nawet zawieszona.
I właśnie to trochę osłabia historię. Bohaterka staje się mniej interesująca, a bardziej męcząca. Znika część napięcia wynikającego z pytania "jak daleko da się ją popchnąć?", bo zaczynamy rozumieć, że ona sama ma w sobie coś bardzo mrocznego, co ją napędza ku wątpliwie morlanym wyborom. To ciekawy kierunek, ale jednocześnie odbiera trochę dynamiki relacji znanej z pierwszego tomu. Nie podoma mi się, też eliminacja jej partnerów służbowych, bo daje nam poczucie, że nie ma co się przywiązywać do innych bohaterów. W 1 tomie to było wyraźne (pisałem z resztą o tym), ale tu czułem to jeszcze bardziej.
Mimo tego książkę nadal czyta się bardzo dobrze. Klimat jest ciężki, historia angażuje, a autor konsekwentnie rozwija własną wizję serii. Efekt świeżości działa, ale brak przycisku bezpieczeństwa protagonistki, zaczyna momentami niepokoić.
Jest to opowiadanie o pokojówce pracującej w ekskluzywnym hotelu, która sprzątając analizuje życia gości. Całość jest dość poetycka, styl pisania ładny, ale nie bardzo zrozumiałem co wynika z tych opowieści.
David Bret to autor utrzymanych w pudelkowym tonie biografii sławnych ludzi, głównie gwiazd ekranu i estrady, których kariera przypadła na czasy Złotej Ery Hollywood. Jego książki często bywają krytykowane za wtórność wobec innych biografii czy epatowanie kontrowersjami, nierzadko opartymi na złośliwych i niemających potwierdzenia w rzeczywistości plotkach krążących za życia omawianych sław. O jego biografii Grety Garbo, w oryginale zatytułowanej Greta Garbo: Divine Star, można znaleźć w bio autora na anglojęzycznej Wikipedii taką krytyczną opinię:
There is little new to say about Garbo’s life, and the best one can expect of a retelling is insight, wit and a shapely narrative, none of which is provided by Divine Star. […]
Bret makes many errors. Of Garbo’s visit to New York in 1925, for example, he notes that she met Humphrey Bogart, one of "the biggest stars of the day", when he made his name with The Petrified Forest in 1936. He thinks that the Académie Française is a drama school. And so on. He also writes incredibly badly.
Muszę się zgodzić z powyższą krytyką. Primo, biografia Garbo autorstwa Breta jest wtórna wobec recenzowanej niedawno przeze mnie Garbo. Abdykacja królowej. Nie można uznać jej za bezczelny plagiat, ale podczas lektury widać wyraźnie, że książka Parisa stanowiła dla Breta główne źródło informacji o gwieździe, co można poznać chociażby po umieszczaniu tych samych cytatów czy porównań.
Secundo, w książce roi się od informacji, których prawdziwość wzbudza wątpliwości (niektóre były prostowane przez tłumacza, lol). Najbardziej Bret popłynął w dwóch kwestiach:
- Niemal każda osoba, z którą Greta zetknęła się w swojej filmowej karierze, jest opisana jako homo albo bi. Jakim cudem? Rozmaite przeprowadzane w krajach zachodnich badania wskazują, że odsetek osób deklarujących się jako LGBT+ wynosi 7-10% ogólnej populacji. Niemożliwe wydaje się więc, aby Los Angeles w latach 30. było zasiedlone przez samych gejów i lesbijki. Zresztą, nawet, gdy popatrzy się na dzisiejszą, dość mocno lewicową branżę, gdzie osób nieheteronormatywnych nie piętnują już samozwańczy stróże moralności pokroju Willa Haysa czy Josepha Breena, przeważają związki hetero.
- Kariera szpiegowska Grety Garbo. Bret pewnym tonem opisał ją jako Matę Hari „i na ekranie, i w życiu”. Jakieś źródło owych rewelacji? Ponad 80 lat po zakończeniu II WŚ, nie ma żadnych jednoznacznych dowodów na współpracę Grety z jakimkolwiek wywiadem, a pogłoski o rzekomej pracy szpiegowskiej aktorki biorą się wyłącznie z mocno dwuznacznych wypowiedzi samej Garbo i jej krewnych.
Nie przeczę, że w biografii są fragmenty, których rzetelności nie można nic zarzucić, w dodatku pewne postacie z życia Garbo zostały przedstawione – zgodnie z prawdą – krytyczniej, niż u Parisa i Gottlieba. Nie mogę jednak polecić tej książki jako dobrego źródła informacji o życiu aktorki, za dużo w niej bowiem fantazji autora. Polskie wydawnictwa, jak już chcą przetłumaczyć i wydać biografię jakiejś gwiazdy, powinny robić dokładniejszy research, czy książka jest na pewno na tyle dobra i rzetelna, by warto ją było publikować po polsku.
“Na tym polega życie. Trzeba przez nie iść, błądząc.”
Żeby nie było, że chłop samą Herezję wrzuca, to mały skok w bok ze strefy komfortu i chwila oddechu.
Takako dowiaduje się, że jej chłopak bierze ślub, ale z inną. Pracuje z nim w tej samej firmie, więc nie mogąc wytrzymać jego obecności w pracy, składa wypowiedzenie. Tymczasem wujek oferuje jej pokój nad swoim antykwariatem w zamian za pomoc w sklepie. Tam dochodzi do siebie i odkrywa miłość do książek.
Krótka nowela, o powrocie do normalności po porażce i o życiu w zgodzie z samym sobą. Prosta i powierzchowna, ale przyjemna lektura.
Słyszałem, że to taka wspaniała książka, również dla dorosłych. No cóż, zawiodłem się. Chyba nie do końca rozumiem co ludzie w niej lubią.
Jest to krytyka dorosłego świata oczami dziecka, tylko strasznie to płytkie według mnie. Przeważnie lubię krytykę świata, ale tutaj spłyca się to do tego, że dorośli są zabiegani, zapracowani, nie wiedzą czego chcą.
Sama postać małego księcia strasznie irytująca. Całą książkę zachowuje się jakby pozjadał wszystkie rozumy.
Po za tym nie podoba mi się struktura dialogów. Nie dość, że nie są podpisane kto mówi to często od nowych myślników mówi ta sama osoba co jest mylące.
Może to po prostu książka dla dzieci i nie potrafię jej docenić. Nie wiem.
#czytelniczebingo jako książka, która się sprzedała w milionach
Po przeczytaniu setek kryminałów, coraz trudniej znaleźć historię, która faktycznie daje poczucie świeżości. Większość korzysta z tych samych schematów: seryjny morderca, policjant po przejściach, trauma z przeszłości, kilka fałszywych tropów i finałowy twist. "Zew mroku" na szczęście potrafi wyrwać się z tego marazmu i już samym punktem wyjścia przyciąga uwagę.
Mamy tajemniczego mściciela - Łazarza, który kontaktuje się z policjantką i stawia ją w absurdalnej sytuacji: jeśli nie wykona jego poleceń i nie pomoże w eliminacji kolejnych ludzkich szumowin z tego świata, upubliczni filmik, na którym policjantka dobija uczestnika wypadku samochodowego, na skutek czego on umiera. Problem w tym, że każde kolejne zadanie prowadzi do następnych zbrodni i coraz większego moralnego bagna. To nie jest może całkowicie nowy motyw, ale sposób połączenia szantażu, wymuszania działań i gry psychologicznej między bohaterami wypada naprawdę dobrze i daje poczucie czegoś świeżego.
Największą siłą książki jest właśnie ta niepewność. Policjantka działa już nie tylko jako śledcza - sama staje się częścią chorej układanki - gry z katem i musi podejmować decyzje, które stopniowo przesuwają granice tego, co jest dla niej dopuszczalne. Bardzo dobrze buduje to napięcie i poczucie osaczenia.
Podobało mi się też, że autor nie próbuje na siłę komplikować wszystkiego kolejnymi twistami. Historia opiera się bardziej na presji psychicznej i konsekwencjach działań niż na nieustannym zaskakiwaniu czytelnika. Dzięki temu całość jest bardziej angażująca emocjonalnie.
Oczywiście książka nie jest idealna. Są momenty trochę naciągane i kilka decyzji bohaterów wymaga od czytelnika lekkiego zawieszenia zaufania. Do tego po za Cecilie i Łazarzem, reszta bohaterów jest papierowa, ale ja nie odbieram tego jako wadę, ale jak jasne powiedzenie czytelnikowi - olej ich, skupiamy się na kluczowej dwójce. A w zamian dostajemy coś coraz rzadszego w thrillerach - poczucie, że autor faktycznie miał pomysł, jak wyróżnić swoją historię na tle innych miałkich.
To jeden z tych kryminałów, które może nie redefiniują gatunku, ale przypominają, że nadal można w nim znaleźć coś świeżego i naprawdę angażującego. Czekam na kolejne tomy, podobnie jak na dalszy ciąg przygód Ravna, tego samego autora.
Jest to alternatywna opowieść baśni o śpiącej królewnie.
Na wstępie poznajemy Ropuszkę, wróżkę potrafiącą zmieniać się w ropuche, która pilnuje starego opuszczonego zamku otoczonego przez gruby cierniowy mur. Spotyka ona rycerza, który przybył tu słysząc historię o śpiącej królewnie.
Bardzo mi się podobał taki smutek otaczający całą tą opowieść. Główna bohaterka tęskni za domem, ale jest związana z tym miejscem, przyrzekła chronić to miejsce.
Podobało mi się również postać głównej bohaterki. Ropuszka jest cały czas zagubiona, niepewna co ma robić, co ma myśleć, co ma czuć. Spędza większość czasu pod postacią ropuchy, bo tak jej łatwiej o tym nie myśleć.
Sama historia również ciekawa, szczególnie wspomnienia dzieciństwa Ropuszki, ciekawy baśniowy, tajemniczy świat przesycony melancholią.
#czytelniczebingo jako książka nagrodzona, bo widzę, że dostała nagrodę Hugo, za najlepsze opowiadanie
“Opowieść jest lepsza od kamienia [...] Nadaje się lepiej dla upamiętnienia zmarłych” Varangr
XV część cyklu Herezja Horusa
Do 3. Kompanii VI Legionu, znanego jako Kosmiczne Wilki, dołącza Kasper Hawser - historyk, którego zadaniem jest odtworzenie i zachowanie utraconej wiedzy.
Dan Abnett znów bawi się formą, dostosowując styl do charakteru legionu. A ten jest specyficzny, bo Vlki Fenryka stanowią połączenie kosmicznych he-manów, wikingów i watahy dzikich wilków, uważani za dzikusów i barbarzyńców.
Opowieść jest w znakomitej większości raczej kameralna i ograniczona do zwykłego człowieka towarzyszącego grupie wojowników. Narracja składa się z krótkich, poszarpanych scen, lakonicznych dialogów wyrażających nieufność oraz licznych retrospekcji i przemyśleń.
Cała pierwsza część, stanowiąca 1/3 książki stworzona tylko po to, by nadać historii kontekst wydała mi się przez to chaotyczna i nudnawa. Prawdę mówiąc, ten początek trochę mnie zmęczył i gdybym na tym skończył, to byłoby 5/10.
Na szczęście później historia zaczyna wciągać. Konserwator towarzyszy Wilkom podczas codziennych zajęć, walk, w chwilach śmiechu i śmierci, stopniowo przestając być niechętnie tolerowanym ciężarem.
Koncepcja przypomina scenariusz “Trzynastego wojownika”, gdzie również postać z zewnątrz dołącza do grupy wojowniczych wikingów. Bardzo fajnie nakreślone zostały wzorowane kulturą wikingów pewne zwyczaje Legionu, czy charakterystyczne zwroty np. “Do zobaczenia następnej zimy”. Sam Kasper wprost nawiązuje do postaci historycznej Ahmada ibn Rustaha - arabskiego uczonego opisującego dzieje i geografię Europy. Historia Hawsera jednak skrywa jeszcze inną, mroczną tajemnicę.
Tytuł: Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem
Autor: Oliver Sacks
Kategoria: nauki społeczne
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Format: książka papierowa
ISBN: 9788375062717
Liczba stron: 304
Ocena: 8/10
Ładnie podsumować to może tekst z odwrotu ksiązki "Są to baśnie tysiąca i jednej nocy opowiadające o chorobach". Spodziewałem się na początku dość suchych faktów i może nawet trudnego języka a dostałem książkę która pomogła mi spojrzeć na osoby "upośledzone" głębiej, pokazać, że ich świat ( i nasz mózg) jest fascynujący oraz zastanowić się nad tym czy to nie ja posiadam jakieś braki. Duże wrażenie zrobił na mnie sam autor i życzę każdemu lekarza z takim podejściem i otwartym umysłem.
Jestem dokładnie w połowie Joe Abercrombie serii Epoka obłędu. Następna książka będzie cieńsza, ewidentnie! Najpierw trylogia - problem 3 ciał, tez niekrótkie, albo może - czasem się dłużące, zwłaszcza tom 2, którego finał... rozłożył mnie na łopatki, teraz to. Natępna moja lektura będzie miała max 300 stron i tylko jedną część, żadne trylogie
Drugi tom przygód Jacka Logana ponownie zabiera nas do mrocznej Szkocji, ale tym razem w rejony Loch Ness, gdzie brutalne śledztwo miesza się z prywatnymi problemami bohaterów. Tym razem Logan trafia do sprawy związanej z przemocą, zbrodnią rytualną, rodzinnymi tajemnicami i niejasną przeszłością. Autor próbuje mocniej rozbudować zarówno samą intrygę, jak i relacje między postaciami, dzięki czemu książka wypada trochę lepiej niż pierwszy tom.
I faktycznie jest progres. Historia jest bardziej spójna, tempo lepsze, a klimat szkockiego kryminału momentami naprawdę wgniata w fotel. Kirk potrafi budować atmosferę małych społeczności, gdzie wszyscy coś wiedzą, ale nikt nie mówi wszystkiego wprost. To nadal dość klasyczny policyjny thriller, ale czyta się go znacznie płynniej niż poprzednią część.
Największy problem pozostaje jednak ten sam protagonista -Jack Logan. Naprawdę trudno go mi go jest polubić. Rozumiem zamysł autora - zmęczony życiem policjant zgred, w dodatku z problemami, ciętym językiem i trudnym charakterem - ale w moim odczuciu Logan bardzo często po prostu zachowuje się jak dupek. Nie jest charyzmatycznie trudny, tylko zwyczajnie męczący w obyciu. Ma poczucie humoru, ale nie do końca moje, choć biorę na klatę to, że to może być wina tłumaczenia szkockiego humoru na polski. Przez to trudno się z nim emocjonalnie związać, nawet jeśli jego historia momentami próbuje budzić współczucie.
Mam też wrażenie, że seria bardzo chce iść w stronę kryminałów z charakterem, trochę innych niż wszystkie, gdzie relacje w zespole i osobowość głównego bohatera są równie ważne, jak same śledztwo. Problem w tym, że kiedy główny bohater bardziej irytuje niż angażuje, część emocjonalnego ciężaru po prostu nie działa. Do tego, nie jest to innowacyjne podejście i wiele świeżych kryminałów zmierza tą samą drogą. Ale mam wrażenie, że robią to jednak lepiej.
Mimo tego "Krew nie woda" to krok w dobrą stronę względem pierwszego tomu. Nadal daleko mi do zachwytu nad tą serią, ale przynajmniej zaczynam widzieć, dlaczego część czytelników daje jej oceny 8 lub 9.
Nie wiem czemu, ale męczy mnie ten autor. Mam z nim taki problem, jak z filmem, który włączam o 23 i zasypiam po 15-30 minutach, albo oglądam go do końca i jestem wkurwiony, bo zamiast niego mogłem obejrzeć coś lepszego. A już na pewno nie mam ochoty czytać kolejnego tomu po angielsku, jeśli jest szansa, że na polskie tłumaczenie trzeba będzie czekać miesiącami.
Mam olbrzymi problem z autorem. Jest mnóstwo rzeczy, które mi w jego książkach przeszkadzają. Epatowanie seksem - i podkreślanie jak 3/4 kobiet jest zjawiskowo pięknych z wielkimi cyckami. To, że każda akcja ksiązki dzieje się podczas jakiegoś pogodowego armagedonu, śnieżyc, powodzi, mrozów i padających żab. To, że jeden wątek kryminalny to za mało. Muszą być dwa, albo trzy. W przypadku tej książki były cztery. W tej książce dodatkowo wkurzał mnie niemal homoerotycznoanimalistyczny związek bohatera ze swoim psem. Kolejny dziwny tytuł ksiązki co nie rozumiem jaki ma związek z czymkolwiek.
Ale wciąż czyta (słucha się) to absolutnie za⁎⁎⁎⁎ście. Zasadniczo polubiłem dłuższe dojazdy do pracy, bo na odcinku szkoła-biuro-szkoła mogę włączyć audiobooka. Ta ksiązka ma ocenę +1 względem poprzedniej, bo wątek kryminalny naprawdę wciągał i nie był aż tak naciągnięty. Znaczy oczywiście trochę był, oczywiście główną ideę morderstwa można było sobie mniej więcej wyobrazić. Ale naprawdę solidnie się to czytało i to wymieszanie wątków czterech poważnych przestępstw (a jak się uprzeć to nawet pięciu) naprawdę działało.
Ocena: no nie da się ocenić w skali od 1 do 10, ale przynajmniej po lekturze dostałem status Rezydenta Wojewódzkiego Szpitala Zdrowia Psychicznego im. dr. Józefa Bednarza w Świeciu
Jadąc w ubiegłym tygodniu do Bydgoszczy znalazłem tę ciekawostkę w półce bookcrossingowej. Patrzę na okładkę i widzę, że może to być coś interesującego, bo na okładce są różne daty końców świata, które przepowiadali świadkowie Jehowy. Odwracam i na tylnej okładce widzę wydawnictwo Orion Plus. No to już wiem, że to coś będzie dla mnie.
Orion Plus to wydawnictwo adwentystów Dnia Siódmego. Czemu Orion? Cóż, adwentyści mają dziwne zainteresowanie gwiazdozbiorem Oriona, zakrawające o kult. Interesujące jak na kościół chrześcijański, ale to dygresja. Ważne jest, że znak Orion Plus sprawia mi tyle samo radości co logo The Cannon Group na początku filmu, zapowiadający niskobudżetowy, ale sprawiający pełno frajdy film wpierdolu z Chuckiem Norrissem. Logo wydawnictwa Orion Plus od razu wskazuje, kto stoi za książką. Jest Orion, a co za tym idzie będzie ciekawie.
Książka przedstawia historię pewnej australijskiej rodziny ze świadków Jehowy, którzy decydują się przejść do Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego. Jedno muszę przyznać – interesujące jest wyjście ze swojej bańki i czytanie krytyki sekty ze strony innego bardzo kontrowersyjnego wyznania religijnego. Cóż, adwentyści wierzący w biblijną wizję stworzenia świata i poważnie wierzący, że świat liczy 6 tys. lat, są takimi samymi szkodnikami co świadkowie Jehowy, którzy dosłownie czytając swój przekład Biblii również plują na naukę, przynajmniej na poziomie transfuzji krwi. W zasadzie gdybym potrafił obsługiwać wideo, miał warunki i za dużo wolnego... a nie, mam za dużo wolnego czasu, skoro czytam takie książki. W każdym razie gdybym rozpoczął serię filmów commentary o adwentystach to zrobiłbym SciFunowi dużą konkurencję wobec jego serii o płaskiej Ziemi.
Jak ktoś byłby zainteresowany argumentami, jakimi pastor przekonał świadków do swojego kościoła, to mogę przytoczyć, ale moim zdaniem byłoby to nudne dla przeciętnego czytelnika. To jest nic innego jak rozmowa o hrabinę Szlezwig-Holsztain, która przypadkiem nadepnęła na nogę cesarzowi Fryderykowi Hohenzelorowi Habsurgowi Trzeciemu w trakcie rautu w 1792 w ambasadzie Prus #pdk Mnie takie wymiany poglądów interesują, ale traktuje to jako intelektualne guilty pleasure.
Jak ktoś lubi tematykę sekt religijnych - polecam. Jak ktoś ma takie szczęście jak ja, że co trzy miesiące dostaje telefon od mormonów, na swoim przystanku autobusowym regularnie widzi wydawnictwa adwentystów, jako jedyny na osiedlu jest odwiedzany przez świadków Jehowy, a na Gdańsku Głównym gdy jest tłum z setką ludzi to tylko do mnie podejście bez powodu zielonoświątkowiec – no to też polecam, bo zawsze można czegoś się nauczyć i mieć tę dodatkową ripostę w głowie. Jak ktoś ma za dużo czasu – polecam. Kupić piwo i przeczytać cokolwiek innego, np. instrukcję obsługi pralki. Po serbsku.
Po "Świetle między oceanami" spodziewałem się po M.L. Stedman przede wszystkim emocjonalnej historii i bardzo "ludzkiego" dramatu. "Odległe życie" daje nam to wszystko, a nawet więcej, ale mam wrażenie, że robi to w znacznie mroczniejszy sposób. Już scena otwarcia ustawia ton całej książki - wypadek samochodowy, śmierć ludzi i zwierząt (owiec) w ogniu, chaos i poczucie, że życie może rozpaść się dosłownie w jednej chwili. A później jest tylko ciężej.
To książka mocno zanurzona w stracie, żałobie i konsekwencjach decyzji podejmowanych pod wpływem emocji. Śmierć przewija się tu praktycznie cały czas i zdecydowanie nie jest związana jedynie z naturalnym biegiem życia. Stedman bardzo dobrze pokazuje, jak tragedie rozchodzą się po rodzinach i społecznościach niczym fale - nawet jeśli ktoś nie był bezpośrednio ich częścią, i tak zostają nimi naznaczone.
Bardzo ciekawie działa też motyw owiec, który wraca przez całą książkę. Z jednej strony to element mocno wpisany w realia świata przedstawionego - bohaterowie zajmują się ich wypasem, na ogromnych pastwiskach, z drugiej staje się symbolem kruchości życia i pewnej bezbronności bohaterów wobec losu. Razem z nimi obserwujemy pełny krąg życia zwierząt, od narodzin, po śmierć. Już sam początek z martwymi zwierzętami pokazuje, że autorka nie będzie budować ładnej opowieści, tylko historię, w której natura i śmierć są czymś bardzo namacalnym. Jak dołożymy do tego Australijskie odludzie, to mamy już pełny obraz kruchości życia w obliczu ogromu świata.
Największą siłą książki pozostają jednak emocje i relacje między bohaterami. Stedman świetnie pisze o poczuciu winy, przemilczeniach i o tym, jak ludzie próbują żyć dalej mimo rodzinnych tragedii. Nie ma tu wielkich zwrotów akcji - bardziej powolne osuwanie się bohaterów pod ciężarem wydarzeń. I właśnie to działa najmocniej. Piękna jest też przyjaźń małego chłopca i geolożki, która pokazuje, że wiek i pochodzenie nie ma znaczenia, gdy łączy Was wspólna pasja.
To co moim zdaniem było tu niepotrzebne, to wątek queerowy, który zabrał może 3-4 strony, a jednocześnie nie miał jakiegoś wielkiego wpływu na całość historii, po za 2 wyjazdami jednego z bohaterów.
Mam wrażenie, że "Odległe życie" stoi bardzo blisko "Światła między oceanami" pod względem jakości, choć jest od niego bardziej przygnębiające i mniej "romantyczne" w emocjonalnym odbiorze. To książka ciężka, melancholijna, ale bardzo dobrze napisana i zostawiająca po sobie sporo refleksji.
Charlotte McConaghy ponownie zabiera czytelnika do świata natury, samotności i ludzi próbujących odnaleźć się gdzieś na granicy cywilizacji. Tym razem trafiamy do szkockich Highlands, z biolożką Inti Flynn, jej siostrą bliźniaczką i zespołem badaczy, których zadaniem będzie wpuszczenie do lokalnego ekosystemu, niemal wymarłego gatunku, wilka szarego. Bardzo szybko okazuje się jednak, że mieszkańcy nie są zachwyceni obecnością drapieżników, a napięcie między ludźmi i naturą zaczyna prowadzić do tragedii. Gdy dochodzi do śmierci jednego z mieszkańców, historia zaczyna skręcać niebezpiecznie w stronę kryminału.
I właśnie z tym mam największy problem. Dla mnie ten mariaż kryminału i obyczajówki wypada co najmniej średnio. Wątek śledztwa niby buduje napięcie, ale nigdy nie staje się pełnoprawnym kryminałem, a jednocześnie trochę rozmywa to, co u McConaghy działa najlepiej - emocjonalną i refleksyjną warstwę opowieści o naturze, traumie i relacjach między ludźmi.
Najbardziej doceniam tutaj język i sposób prowadzenia narracji. Autorka bardzo umiejętnie operuje słowem i klimatem. Jest w tej książce dużo melancholii, ciszy i poczucia obcowania z czymś pierwotnym. Highlands, lasy i same wilki nie są tylko tłem - mają własną obecność i wpływają na bohaterów niemal tak samo mocno jak inni ludzie. Możemy je śledzić dzięki nadajnikom, co też obrazuje ich naturę i jednoczenie się z nowym "domem". Widać też, że McConaghy lubi bawić się formą i sposobem opowiadania historii, dzięki czemu książka ma momenty naprawdę piękne literacko.
Jednocześnie emocjonalnie ta historia trafiła do mnie słabiej niż "Dziki mroczny brzeg". Tam miałem poczucie większej intensywności i lepszego połączenia człowieka z naturą. "Kiedyś były tu wilki" wydaje mi się bardziej wykalkulowane i momentami trochę zbyt świadome swojej poetyckości.
To nadal dobra książka, szczególnie dla osób lubiących literaturę opisującą naturę z mocnym tłem emocjonalnym, ale w moim odczuciu autorka potrafi lepiej połączyć piękny język z naprawdę poruszającą historią.
Po odebraniu podejrzanych sygnałów z układu Alfy Centauri zostaje wysłana z Ziemi wyprawa badawcza. Kontakt z nią urywa się jednak wkrótce po osiągnięciu układu. Wysyłamy kolejne dwa statki - giną również bez wieści. "Tak być nie będzie" stwierdzają nasi potomkowie i wysyłają wyprawę tym razem złożoną z trzech członków "Korpusu Informacyjnego". Formacja ta, zwana w skrócie "Infropolem" złożona jest z quasi-żołnierzy, nieco podrasowanych - wszczepy, kontrola odruchów i takie tam. Na miejscu okazuje się że obca cywilizacja owszem istnieje, ale wcale nie pragnie z nami kontaktu, co jest policzkiem w twarz całej ludzkości - jak to tak, z nami nie chcą się kontaktować? Żeby chociaż nas zaatakowali to przynajmniej wiedzielibyśmy na czym stoimy, a oni tylko się odsuwają. Trzeba przyznać że przy tym korzystając z dość ciekawych rozwiązań, ale tu już może bez spoilerów.
Typowe SF jest typowe. Trochę space opera, trochę akcji i nieco dumania nad kontaktem z obcymi, a w zasadzie nad brakiem możliwości porozumienia się z całkowicie obcą rasą. Zakończenie nijakie, postacie też. Można przeczytać, ale nic odkrywczego tutaj nie znajdziemy. Jest OK - ale bez szału.
Tytuł: Bestie, które żyły przed nami. Nowa historia pochodzenia i ewolucji ssaków
Autor:Elsa Panciroli
Kategoria: popularnonaukowa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Format: papierowa
Liczba stron: 416
Ocena: 6/10
"Bestie, które żyły przed nami" to książka popularnonaukowa prezentująca ewolucję ssaków. Głównym celem książki było obalenie mitu, że ssaki rozwinęły się dopiero po katastrofie sprzed 66 mln lat, która zmiotła z Ziemi dinozaury. Autorka zwraca uwagę, że ssaki pojawiły się na Ziemi już 300 mln lat temu, a co za tym idzie ich historia jest o wiele dłuższa i bardziej złożona, ale w gruncie rzeczy nieznana przez powszechną fascynację dinozaurami, którzy je przyćmili.
Książka była niezła, ale autorka zbyt często popada w dygresje, za dużo opowiada o sobie oraz wplata swoje poglądy do książki (trzecią uwagę odnotowuje tylko z kronikarskiego obowiązku, sam pisząc na tagu recenzje wplatam swoje poglądy, wobec czego nie chcąc wyjść na hipokrytę drugi zarzut wobec autorki uważam za niebyły). Jest trochę zdjęć przedstawiających szczątki ssaków, wykopaliska oraz wykopaliska, ale są wrzucone na odczepnego do wkładki wewnętrznej. Powinny być rozłożone w odpowiednich miejscach książki, by zdjęcie pokrywało się z rozdziałem.
Wydaje mi się, że najbardziej interesującym dla czytelnika będzie rozdział poświęcony wieloguzkowcom (ssaki wielkości gryzoni, ale prawdopodobnie jajorodne. Badania nad wieloguzkowcami opierają się przede wszystkim na badaniach Zofii Kielan-Jaworowskiej, która zdaniem autorki książki "nadała kształt naszej wiedzy o mezozoicznych ssakach i wprowadziła ją w XXI wiek". Przyznać się, kto z was znał wcześniej Kielan-Jaworowską? Wstyd mi, że o tak wybitnej paleobiolog dowiedziałem się dopiero od brytyjskiej autorki. Wstyd dla Polski, że w czasach, gdy wszyscy ględzą o roli kobiet w historii, herstoria u nas stanowi tylko i wyłącznie modę, a książki poświęcone historii kobiet są po prostu literacką makulaturą. Tu zaś mamy naukowiec szanowaną na całym świecie, która w Polsce jest znana tylko w środowisku naukowym.
Tom trzeci serii o żołnierzach przeniesionych w czasie. Powrót do bohaterów z pierwszego tomu. Tym razem na tapecie nowoczesna broń i powstanie warszawskie.
@bojowonastawionaowca no bo nie zmieniłoby, o przyszłości Polski już zdecydowali alianci, a PL nie miała żadnych kart przetargowych, żeby cokolwiek ugrać. Dlatego jak czytałam Obłęd '44, wkurzała mnie usilnie lansowana przez Zychowicza teza, że Polacy powinni odpuścić walkę z Niemcami i próby wyparcia ich z Waw, a zamiast tego skupić się na walce z nadchodzącymi Rosjanami. Taa, bo na pewno słabo uzbrojona Armia Krajowa, która nie dała rady osłabionym i przegrywających Niemcom, pokonałaby radziecką armię mającą wsparcie techniczne z zaplecza frontu i od Amerykanów.
O kurcze, nie wiedziałem, że to była trylogia 😶
W ogóle fun fact: te książki w Polsce przepadły, ale w Rosji althistoryczne sci-fi to jeden z popularniejszych podgatunków. Mi to kiedyś mózg rozwaliło. Takich serii jest na pęczki, gdy współczesny sołdat przenosi się do 2WŚ albo w inne czasy i pokonuje [tu wstaw dowolną stronę konfliktu]. Okładki mają zazwyczaj kosmiczne 😁
@AureliaNova seria była dla mnie zaskoczeniem. Uwielbiam historię, militarne potyczki i ciekawą narracje. pierwsza część była lekką zawadiacką opowieścią awanturniczą. Tyle, że na tle smutnych wydarzeń. Przypadła mi do gustu jako czytanka odstresujaca w wakacyjny leżing nad wodą. Major był rewelacyjny,ale z innej bajki, jakby napisany przez innego autora. 1944 i Jamróz były hybrydą dwóch pierwszych części, a później to już nawet nie dało się czytać.
@AureliaNova jeszcze są 3 części: o Afganistanie i powstaniu państwa Izrael (specjalnie z małej), Kapitan Jamróz o czasie zaraz po powstaniu i coś o walce SS z armią zdradziecką w 2012 gdzie wygrali chyba nasi.
Human nature is eternal; therefore, one who follows his nature, keeps his original nature - in the end.
Powyższy cytat pochodzi z filmu Dama z Szanghaju, dzieła, z którego realizacją Greta Garbo nie miała nic wspólnego. Przytoczyłam te słowa, ponieważ zdają się podsumowywać osobowość Garbo w równym stopniu, co utożsamiana z nią jej słynna kwestia z Ludzi w hotelu “Chcę być sama”, a to dlatego, że Garbo była prawdziwie niezależną kobietą, która kichała na konwenanse i żyła, jak chciała.
Greta Garbo była jedną z legend starego kina i ucieleśnieniem American dream. Urodziła się w 1905 roku w biednej rodzinie mieszkającej w jednej z robotniczych dzielnic Sztokholmu jako Greta Lovisa Gustafson. W wieku 13 lat zrezygnowała z dalszej nauki i poszła do pracy. Gdy pracowała jako ekspedientka w ekskluzywnym domu towarowym, zwróciła na siebie uwagę ludzi ze świata filmu, którzy nieoczekiwanie dostrzegli w tęgiej nastolatce z krzywym zgryzem potencjał na przyszłą gwiazdę. Garbo podjęła naukę w szkole teatralnej i wkrótce trafiła pod skrzydła reżysera Mauritza Stillera, który obsadził ją w będącej dużym hitem ekranizacji powieści Selmy Lagerlöf Gösta Berling. Stiller załatwił również Garbo kontrakt z wytwórnią MGM i wyjazd do USA, gdzie po schudnięciu i wyprostowaniu zębów, młoda Szwedka zaczęła być obsadzana w rolach ponętnych kusicielek. W ciągu paru lat Garbo stała się jedną z najbardziej kasowych aktorek MGM i ogólnoświatowym fenomenem. Jej uroda oraz tajemniczość wynikająca z silnej awersji do udzielania wywiadów podsycały wyobraźnię milionów fanów. W 1941 roku, w wieku 36 lat, gwiazda niespodziewanie przeszła na emeryturę i chociaż tak jak dawniej unikała jakichkolwiek kontaktów z prasą, nie przestała przyciągać zainteresowania mediów i fanów.
Dotychczas z wydanych po polsku biografii Grety Garbo miałam okazję przeczytać dwie: Garbo Alexandra Walkera i Garbo. Najbardziej tajemnicza gwiazda Hollywood Roberta Gottlieba. Nie przypadły mi one do gustu. Biografia pióra Walkera pod względem faktów nie wykroczyła poza notkę encyklopedyczną, w dodatku całkowicie pominięto w niej wątek homoseksualnych relacji Garbo, co przestaje dziwić, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że książka była pisana na zlecenie MGM jeszcze za życia aktorki i Walker, chcąc nie chcąc, musiał się maksymalnie autoocenzurować. Książka Gottlieba była znacznie obszerniejsza, jednak autorowi zabrakło pewnego krytycyzmu wobec omawianej postaci i koniec końców wyszedł z Najbardziej tajemniczej gwiazdy Hollywood panegiryk.
Książka Parisa to zdecydowanie najlepsza biografia Grety Garbo i jedna z najlepszych biografii, jakie miałam okazje w życiu czytać. Autor wykonał ogromny research, dotarł do sporej liczby osób, które na jakimś etapie swojego życia miały styczność z gwiazdą i w najbardziej, jak się dało, szczegółowy sposób przedstawił jej życie od dzieciństwa w Szwecji do późnej starości na Manhattanie, przy okazji rozwiewając niektóre z narosłych wokół postaci enigmatycznej Szwedki mitów. Chociaż z kartek przebija fascynacja Parisa Gretą Garbo, udało mu się w obiektywny sposób podejść do osoby aktorki, a zwłaszcza jej dorobku filmowego, złożonego z przeważnie obraźliwych dla inteligencji widza ckliwych melodramatów, dzięki czemu książka nie popada w nadmierny panegiryzm, jakże częsty w biografiach sław.
W przypadku polskiego wydania Abdykacji królowej pochwała należy się tłumaczce, pani Maciejce Mazan, za wykonanie swojej części researchu i porządny przekład. Natomiast dla edytora karny qtas, bo musiał puścić tekst bez nawet pobieżnego sprawdzenia interpunkcji i literówek w Wordzie, przez co roi się od nich w tekście.
Jako, że hejto bawi i uczy, myślę, że przy okazji tego wpisu warto pokusić się o rozważenie, czemu Garbo tak nagle odeszła z branży, gdyż jest to temat, który nawet dzisiaj zdumiewa osoby interesujące się starym kinem.
Pierwszym, co dziwne, przeważnie pomijanym powodem, wydaje się kwestia wieku Garbo w momencie „abdykacji”. Nawet w dzisiejszym Hollywood, przy znacznie większych możliwościach medycyny estetycznej i chirurgii plastycznej, jak też zupełnie innym rodzaju kina i realistycznych oczekiwaniach widzów, sporo aktorek w wieku 35+ „uderza w ścianę” i wypada z głównego obiegu. Ten proces następuje tym szybciej, im więcej młodszych i atrakcyjniejszych konkurentek pojawia się w branży i tu nie sposób nie zauważyć, że tych na początku lat 40. Grecie nie brakowało, chociażby w osobie innej wyrafinowanej i zmysłowej Europejki, sprowadzonej pod koniec lat 30. przez MGM do L.A. i lansowanej na nową „najpiękniejszą kobietę świata”, czyli Hedy Lamarr.
Kiedy aktorka przestaje przyciągać widzów piękną twarzą i zgrabnym ciałem, aby utrzymać się w branży musi zabłysnąć talentem, najlepiej w wymagających rolach. Wiedzą o tym współczesne aktorki, które z blockbusterów przechodzą do ambitnych filmów indie, lecz wiedziano o tym i w Starym Hollywood. Gwiazdy takie, jak Katharine Hepburn, Bette Davis, Joan Crawford czy Barbara Stanwyck nie wahały się przyjmować ról trudnych, wymagających oszpecającej charakteryzacji, czy wzbudzających w publiczności negatywne uczucia. Tymczasem, jak wynika z biografii pióra Parisa, Greta odrzucała role, które kłóciły się z wizerunkiem diwy, na jaką wylansowano ją w czasach jej prime’u, a za które inne aktorki były powszechnie chwalone i nagradzane (m.in. odrzuciła rolę Blanche Dubois w Tramwaju zwanym pożądaniem, za którą Vivien Leigh zgarnęła drugiego w swojej karierze Oscara).
Nie bez znaczenia pozostaje aspekt finansowy. Z przedstawionych przez Parisa danych wynika, że filmy Garbo od połowy lat 30. zaczęły przynosić coraz mniejsze dochody, w dodatku zyski płynęły przede wszystkim z rynku europejskiego, który z oczywistych względów „utracono” po wybuchu wojny. Z filmów nakręconych w latach 1935-1941, aż dwa przyniosły klapę, przy czym Pani Walewska z 1937 roku miała prawie 1,4 mln dolarów straty! To, co wcześniej wiedział tylko dział księgowy i zarząd MGM, stało się jasne dla wszystkich widzów w 1938, gdy Greta została okrzyknięta przez prasę mianem „box office poison”. Trudno, żeby wytwórnia trzymała w swojej stajni nieprzynoszącą dochodów i trudną we współpracy aktorkę i można przypuszczać, że gdyby Garbo sama nie zrezygnowała z aktorstwa, MGM i tak by się jej pozbyło w ciągu paru kolejnych lat.
Jeśli już o pieniądzach mowa, to prawda jest taka, że Garbo nie miała powodu, aby zostać w branży kiedy zobaczyła, że pociąg o nazwie Kariera odjeżdża, a to dlatego, że zwyczajnie swoje zarobiła. Już na początku lat 30. zgromadziła majątek na tyle duży, że mogła przeżyć resztę życia w dostatku. Dzięki trafnym inwestycjom i oszczędnemu stylowi życia, przez kolejne dekady majątek aktorki tylko się powiększał. Po jej śmierci sama kolekcja obrazów, na którą wydała nie więcej, jak 100k dolarów, okazała się warta ponad 16 mln!
@Hoszin tylko uwaga, książka jest trudno dostępna. Nie ma ebooków na necie i nie jest dostępna w regularnej sprzedaży, musiałbyś sprawdzić w miejskich bibliotekach albo szukać używek na Allegro.
Zaczęło się trochę nudnawo, jak generyczne fantasy, ale szybko się rozkręciło i im bliżej końca tym było ciekawiej.
Książka dzieje się w dystopijnym świecie, gdzie ludzie żyją w symulacjach, każdy ma swój osobny świat(stan). Taki trochę matrix, ale każdy w swoim świecie jest głównym bohaterem.
Główny bohater Kai jest bogiem-cesarzem, poznajemy go jak już podbił cały swój świat i jest troche znudzony. Zostaje wysłany na spotkanie z kobietą we wspólnym stanie i tu akcja się rozkręca.
Trochę dystopijnych rozkmin o moralności, sensie ich egzystencji, nie zabrakło też trochę akcji.
Książka opowiada o chłopcu imieniem Mort, który zostaje uczniem Śmierci, który w sumie to nie potrzebuje pomocnika, ale ma kryzys egzystencjonalny i planuje rzucić tę robotę.
Moja pierwsza książka tego autora, bardzo podoba mi się sposób pisania tego autora. Narracja dość lekka, z absurdalnym humorkiem. Trochę mi przypomina stylem Monty Pythona i może troche autospotem przez galaktyke, które sobie odświeże niedługo.
Dość unikalny świat fantasy i zasady jego działania. Ciekawe przygody głównego bohatera, ale końcówka taka sobie. Niepodobał mi się taki nagły przeskok z sytuacji napięcia do szczęśliwego zakończenia.
Na pewno poczytam jeszcze Pratcheta.
Zaczynam też #czytelniczebingo ciekawe jak mi pójdzie.