Autor: Arthur C. Clarke, Robert Silverberg , Caitlín R. Kiernan, Heather Graham, Lois H. Gresh, Harry Turtledove, William Browning Spencer, John Shirley, Michael Shea, Melanie Tem, Donald Tyson, Daniel Schweitzer, K.M. Tonso, J.C. Koch, Joseph S. Pulver Sr., Jonathan Thomas
Kategoria: fantasy, science fiction
Wydawnictwo: Vesper
Format: książka papierowa
ISBN: 9788377314005
Liczba stron: 424
Ocena: 6/10
Ola boga, zajęło mi to więcej niż się spodziewałem, ale ten zbiór ma mnóstwo wzlotów i upadków. Są opowiadania, które bardzo dobrze oddają klimat HP Lovecrafta, a są takie luźno nawiązujące do całej idei.
Ale coś co powinno być łącznikiem ich wszystkich jest oryginał czyli „W górach szaleństwa” (ocena nie uwzględnia tego arcydzieła) . Każde opowiadanie stara się nawiązywać do tamtych wydarzeń. W lepszy lub gorszy sposób. Jest sporo opowiadań które nie mam pojęcia jak się tam znalazły ani dlaczego. Ni to dobre ni to związane z tematem. Ot miało być mhroczno i straszno a czasami śmiesznie. W szczególności 2 pierwsze opowiadania totalnie zbiły mnie z tropu. Jest coś dla fanów, ale nie jest to pozycja obowiązkowa.
Bardzo smutna książka. Opis krainy dotkniętej balcerowiczowymi reformami, z których wyszła pokiereszowana i nieodwracalnie skrzywdzona. Bezrobocie, bieda, brak pracodawców utrzymujących całe miasta (z akcentem na Zawiercie i Sosnowiec). Trudne, smutne historie pokazujące, że koszt transformacji był bardzo wysoki. #reportaz #bookmeter #ksiazki #sosnowiec #zawiercie
Pierdolenie wielkomiejskich libków zawsze śmieszy. Życzę wam likwidacji miejsc pracy 10 lat przed emeryturą, likwidacji jedynego karmiciela całej osady, zaorania PKS i obcięcia połączeń PKP w waszych miastach. Wtedy zrozumiecie. Tfu!
@DerMirker przecież wystarczy wziąć rodzinę, która przez parę pokoleń mieszkała w jednym miejscu i przeprowadzić się do Warszawy, a miasta Polski B można zlikwidować, proste
Rozumiem że jest to twoja opinia, ale dołożę swoje - boli mnie w tej książce nastawienie już od początku autorki do tematu. Rozumiem tu osobiste doświadczenia, ale jakoś trudno mi się było przebrnąć przez tą pozycję.
Książka z serii Opowiadania amerykańskie wydawnictwa Czarne
Autora poznałam przy okazji książki Chłopięce lata i polubiłam za niewymuszone poczucie humoru kryjące się raczej w kontrastach i pobłażaniu dla ludzkich słabości niż efektownych gagach.
W tym zbiorze opowiadań poznajemy zwyczajne historie ludzi pogubionych, niepewnych siebie, kryjących się za innymi i swoją pracą. Ludzi wierzących, że są dobrymi osobami i że jakoś radzą sobie ze swoim życiem. To fragmenty, krótkie obrazki, które pozbawione są najczęściej jakiegoś wyraźnego zakończenia, podsumowania, nie prowadzą donikąd. Wymagają przez to jakiegoś takiego zatrzymania, zastanowienia się, dopowiedzenia sobie dalszego ciągu.
Opowiadając losy młodego George'a Ambersona autor nakreśla losy i rozwój amerykańskiego miasta, oskarżając przy tym stare rody, o to, że nie poradziły sobie ze zmianami i pozwoliły na upadek kultury amerykańskiej.
Georgie jest nakreślony grubą kreską, czasem autor zupełnie szarżuje opisując jego bezczelność, butę, brak poczucia humoru na własny temat, zacofanie, lęki i poglądy, jednak i tak chcemy się dowiedzieć co będzie dalej. Wiemy, że dąży do upadku, robi to jednak w uroczy i swój własny sposób.
Ta książka jest zabawna i lekka, a jednak w bardzo zjadliwy sposób obnaża najgorsze cechy elit amerykańskich.
@KatieWee jak zobaczyłam w feedzie na Lubimyczytać, że wrzuciłaś to do Teraz czytam, to miałam taki mindfuck, bo kojarzyłam jedynie ekranizację Orsona Wellesa xD
Nawiasem mówiąc, totalnie spieprzoną - Wspaniałość Ambersonów miała być jeszcze większym arcydziełem, niż Obywatel Kane, ale gdy film był montowany, Welles wyjechał do Brazylii, a studio tak pocięło film, że wyszło guano i sam twórca, widząc obraz dekady później, podobno się popłakał.
To opowieść o iluzjach i o tym, że to co uznajemy za pewnik, wcale takim pewnikiem nie musi być. O złudzeniach i złamanych sercach. I jak zwykle u Dickensa o więzieniach i absurdach prawa.
Młody, pogardzany i poniżany Pip, wychowujący się w chacie wiejskiego kowala, otrzymuje od losu wielką szansę. Trafia - jako chłopiec do towarzystwa - do domu panny Havisham, która zamknęła się na świat po porzuceniu przez ukochanego. Pip dostaje możliwość zostania dżentelmenem i duże pieniądze, z którymi jednak nie do końca potrafi sobie poradzić.
Nie ma tu prostej dickensowskiej nagrody za bycie dobrym człowiekiem - przeciwnie, zakończenie jest gorzkie i zupełnie inne niż i żyli długo i szczęśliwie, co sprawia, że z jednej strony czytelnik czuje się zawiedziony - w końcu autor przyzwyczaja nas do takiej baśniowej konstrukcji, z drugiej jednak czuje się usatysfakcjonowany, ponieważ w prawdziwym życiu zarówno wielkie i mniejsze nadzieje jednak się nie spełniają. A już to co się dzieje z Biddy to jest, proszę państwa, coś, czego czytelnik nie spodziewa się zupełnie
To Dickens (choć nieco inny), więc oczywiście polecam!
Czytelnicze bingo: Książka, która została zekranizowana
@KatieWee film jest osadzony we współczesnym świecie ~90 lata i po obejrzeniu miałem wrażenie, że to to przeniesienie w nim nie siadło i, że książka może bardziej się klei w czasach Dickensa, ale nie chciało mi się czytać.
Przy każdej kolejnej książce Lema jestem zdziwiony, że pomimo tego, iż wszystkie jego książki kręcą się wokół podobnej tematyki to różnią się one od siebie tak, jakby były pisane przez różnych autorów z których każdy specjalizuje się w innym gatunku. I do tego wychodzi mu to bardzo dobrze.
Książka zaczyna się, gdy wskutek błędu popełnionego podczas okrążania nieznanej planety szóstka astronautów zmuszona jest lądować na niej awaryjnie. W związku z tym, że lądowanie nie należało do najmiększych zmuszeni są do radzenia sobie w nowej rzeczywistości przy bardzo ograniczonych środkach - rozpoczynają eksploracja planety.
W związku z tym, że zastane realia różnią się diametralnie od tego co znamy na Ziemi w każdym aspekcie a Lem stara się nam przekazać to jak najdokładniej książka wymaga wyjątkowo uważnego czytania, żeby nic z opisów nam nie umknęło. Z kolejnymi stronami poznajemy nowe lokacje, zjawiska i wydarzenia mające miejsce na tytułowym Edenie a główni bohaterowie próbują się połapać o co w tym wszystkim właściwie chodzi. Nie brakuje tutaj typowych dla Lema rozważań nad różnymi rozterkami filozoficznymi i moralnymi a te jak powszechnie wiadomo są mocną strona twórczości Lema. W szczególności spodobała mi się końcówka - tam mamy samo "mięsko".
Bardzo dobry tytuł - zarówno jako pierwsze spotkanie z książkami Lema jak i dla tych, którzy mieli z nimi do czynienia.
Użycie wyrażenia "Sekcja zwłok" może być dla niektórych trochę mylące. Mi kojarzy się ono z analizą, skrupulatnym i usystematyzowanym dociekaniem przyczyn i następujących po nim skutków, rozkładaniem wszystkiego na czynniki pierwsze. Zamiast tego dostajemy kilka raczej mniej niż bardziej powiązanych ze sobą historii, anegdot oraz osobistych doświadczeń autora wynikających z bycia rdzennym mieszkańcem Detroit. Owe "okruszki" z rzeczywistości Detroit całkiem nieźle pozwalają zasmakować w realiach tego upadłego miasta (chociaż niektórych może trochę irytować język autora któremu chyba bardzo zależy, żeby pokazać jakim to jest lokalnym "swojakiem"), jednak mimo wszystko sekcją zwłok tego nazwać nie można - co najwyżej szturchaniem trupa kijem. Mimo wszystko czyta się jednak dosyć przyjemnie i stąd stosunkowo wysoka ocena.
@Kuba0788 czytałem kilka lat temu. Podobała mi się, ale faktycznie jest to raczej zbiór historii, które łączy jedno miasto. Nie ma tu głębszej analizy.
Jako niezobowiązujący tytuł daje radę. Trzeba przyznać, że Grzędowicz potrafi stworzyć opisy które są jednocześnie zwięzłe, barwne oraz świetnie przedstawiające postać/lokację/sytuację.
Fabuła jakaś jest - niespecjalnie angażuje ale też nie za bardzo przeszkadza - bardziej pretekst umożliwiający autorowi przedstawianie głównego bohatera w różnych sceneriach i sytuacjach. Na minus trochę zakończenie - silnie sprawia wrażenie, że autor stwierdził, że nie wie w którą stronę to pociągnąć albo po prostu nie chce mu się dalej tego robić przez co fabuła zawiązuje się i kończy dosyć nagle. Sam klimat świata przedstawionego w książce całkiem ciekawy, ale nie jest to nic czego wcześniej już byśmy nie widzieli. Postaci nie ma za wiele -główny bohater, którego nawet da się lubić, kilka drugoplanowych które da się policzyć na palcach jednej ręki oraz postacie epizodyczne. Niewiele, ale przyzwoicie wykreowane.
Jako zapchajdziura albo lektura do zabrania na urlop się nada, jeżeli jednak ktoś szuka czegoś bardziej angażującego to moim zdaniem powinno się sięgnąć po inny tytuł.
"Tyle zwlekałam z tym albumem o owadach... Ale ej, on ma tylko 360 stron i dużo zdjęć, pewnie przeczytam go w trzy dni i fajrant!"
O, moje niedoczekanie. Ta książka to gęścioch.
Jest to skarbnica wiedzy o polskich owadach, a konkretnie wszystkim tym, co nie jest chrząszczem (z uwagi na liczność gatunków, o chrząszczach powstał oddzielny tom). Mamy błonkoskrzydłe, mamy pluskwiaki, mamy parazytoidy wszelkie. Paskudztwa małe i duże. A jednocześnie są to niezwykle ciekawe paskudztwa. To, jak różną budowę, życie i zwyczaje mają poszczególne owady, budzi zachwyt. Masa zdjęć i ilustracji dopełnia przyjemności z lektury.
Autor, bardzo znana postać świata entomologii, potrafi naprawdę przekazywać wiedzę. Opisy gatunków czyta się z ogromnym zainteresowaniem, choć nie jest to prosta lektura dla laika. Niemniej, autor dokłada wszelkich starań, by zaciekawić czytelnika. Widać, że jest to pasjonat — człowiek, który poświęcił swoje życie badaniom insektów, bo to po prostu uwielbia. Zaraża wręcz taką dziecięcą uważnością i ciekawością wobec świata owadów.
Chyba jedyny minus, który muszę przedstawić, to... rozmiar i waga książki. Ciężko było czytać ją nawet w łóżku.
Przy okazji, jest to realizacja drugiego z trzech wyzwań w ramach #zimowewyzwania, a mianowicie:
Przeczytaj książkę, którą od dawna trzymasz na półce i odkładasz na później
Zalegała już od dłuższego czasu na stoliku kawowym, ale wreszcie udało mi się ją ukończyć i mogę ją teraz bez wyrzutów sumienia odłożyć na półkę.
Tytuł: Jest u nas fabryka w Warszawie - Opowieść o FSO 1951-1996
Autor: Praca Zbiorowa
Kategoria: historia
Wydawnictwo: Daewoo-FSO Motor
Format: książka papierowa
ISBN: 83-909310-0-1
Liczba stron: 166
Ocena: 8/10
Książka spisana jako świadectwo pamięci o FSO w momencie wejścia w spółkę joint venture z koreańskim Daewoo. Opowieść głównie o fabryce i ludziach będących jej częścią. O samych szczegółach technicznych produkowanych samochodów jest stosunkowo niewiele. Książka skupia się na tym jak powstało FSO, jak się rozwijało i czym było na tle Warszawy i PRL-u.
@Opornik Coś tam było niby o poprawianiu jakości i spełnianiu norm ISO, ale historia generalnie kończy się na podpisaniu memorandum z Kim Dzong Daewoonem.
Rewelacja. Camus tworzy intensywny i udzielający się czytelnikowi portret bohatera, któremu jest wszystko jedno, w bardzo skrajnym wydaniu. Domyślam się, że powstało mnóstwo analiz psychologicznych czy filozoficznych o tym kim jest bohater i o tym jak to ponadczasowe, ale nawet odkładając na bok tę intelektualną otoczkę, to jest to bardzo emocjonująca i oryginalna historia od której trudno się oderwać. Jeden z najciekawszych bohaterów literackich jakich poznałem, co jest paradoksalne, bo bohater jest nikim, jest bierny, istnieje obok świata i społeczeństwa. Obcy.
W wielkim skrócie: to zdecydowanie jedna z książek, która powstała. A na poważnie: tak jak w poprzedniej części, dzieje się niemało, tym razem jednak teatr działań jest znacznie bardziej rozległy i nie ogranicza się właściwie do jednego miasteczka i terenów przyległych - nie wykluczając kilku pierwszych rozdziałów. Drużyna udaje się wreszcie do stolicy Imperium i doświadcza na własnej skórze zarówno jej przytłaczającego ogromu i mnogości opcji, ale i ciężaru obowiązków oraz czyhających w niekoniecznie oczywistych miejscach przeszkód.
Brzmi jak standardowa kontynuacja, która kieruje bohaterów w centralne punkty na mapie, podbija stawki, dopakowuje niemilców, komplikuje i rozwija relacje między postaciami, rzuca ich w coraz to bardziej beznadziejne kabały, przędzie jeszcze bardziej misterne sieci intryg oraz niekiedy próbuje trzymać czytelnika na skraju fotela czy gdzie on tam siedzi i pochłania kolejne strony? Tak. Ale czy robi to dobrze? Jak to u mnie zwykle bywa: no tak średnio bym powiedział. Z rzemieślniczego punktu widzenia wszystko jest niejako na swoim miejscu, ale z personalnego ani mnie ta seria nie zachwyca, ani angażuje.
Vonvalt okazuje się nie być czystym jak źródlana woda bezwzględnym strażnikiem prawa, Helena na zmianę płacze, strzela fochy i lata za tym pierwszym, a Bressinger i Radomir są z reguły sobą. Nie czuję chemii do tych postaci i nie wiem, czy złożyć to na karb ciągle rosnącego licznika przeczytanych książek, a tym samym coraz bardziej zapełniającego się mózgu, który po prostu nie jest w stanie stworzyć więzi z każdym pojedynczym bohaterem każdej pojedynczej książki i śledzić jego losów z zapartym tchem, czy może najzwyczajniej w świecie ich kreacja nie jest najwyższej próby. Skłaniam się ku odpowiedzi dwukrotnie twierdzącej.
Nie wspomniałem o tym przy pierwszej okazji, ale autor w kreacji świata - czy to nazw obszarów i miast, czy to nazwisk - w dużej mierze posiłkuje się klimatami germańskimi i wschodniosłowiańskimi. Ważnym graczem jest Zakon Templariuszy, który z tymi prawdziwymi pewne nieznaczne podobieństwa dzieli. No i raz nawet została wspomniana Europa, ale nic z tego nie wyniknęło, więc w sumie nie rozumiem sensu zamieszczania tego słowa.
Dosyć obszernie zostaje rozwinięty wątek (nie)świętych i innych wymiarów, przy czym odgrywa on tutaj istotną rolę w więcej niż jednym przypadku. Nie mogę nazwać się jego fanem: wolałem te bardziej przyziemne problemy, których skala koniec końców może i rosła później do rangi wręcz cesarskiej, ale jednak nie wiązała się z jakimiś niepojętymi bytami. Lepiej szlachtować podłych ludzi niż bezmyślne demony.
W pewnym momencie zaczęły mnie z deczka wytrącać z rytmu częste, irytujące i głupiutkie porównania, nic niewnoszące sobą do historii, zalatujące grafomanią, nabijające - w stopniu mikroskopijnym, ale jednak - objętość. No i w pierwszej części Westenholtz miał pod swoimi rozkazami aremkę liczącą sobie 500 osób, tutaj z kolei, na początkowych stronach, wspomina się o 5000. To jednak zasadnicza różnica.
1 tom cyklu "Ekspansja" dziejący się w odległej przyszłości, gdzie Ziemię zamieszkuję 30 mld ludzi, Mars przeszedł terraformację, a cały układ słoneczny został skolonizowany/eksploatowany przez ludzkość.
Na wstępie przyznam, że obejrzałem cały serial.
Mimo, że od 1 sezonu minęło przeszło 10 lat, to wszystkie postaci z książki dostały w mojej wyobraźni twarze odgrywających ich aktorów. Okazało się, że pamiętam dużo z fabuły. Co pewnie wpływało na sam odbiór książki.
Aczkolwiek, bardzo dobrze się czyta, podział na 2 punkty widzenia Holdena i Millera nadaje odpowiednią dynamikę akcji. Czytając miałem też wrażenie, że ta książka jest wprost napisana pod adaptację serialową. Co chwilę mamy zmianę okoliczności, które można zamknąć właśnie w jednym osobnym odcinku.
W drugim tomie jeszcze lepiej widać znakomity dobór aktorów do ról - Avasarala dostała dopasowana perfekcyjnie.
Rozpocząłeś fajną przygodę, miłej lektury!
Druga część trylogii o Apostezjonie, totalitarnym państwie położonym na wyspie o tej samej nazwie. Pierwszą recenzowałem niedawno w 2024 o tutaj, jakby ktoś był ciekawy..
Na wyspie narasta napięcie między władzą państwową a zwolennikami starego porządku, zwanymi temporystami. Organizują oni swoją strefę w jednej z części wyspy, gdzie starają się żyć po swojemu. Państwo ogranicza dostawy jedzenia i wody do strefy, jednak nie pomaga to wiele, temporyści - o zgrozo - zamiast zajadać się syntetycznym jedzeniem, reaktywują rolnictwo i hodowlę zwierząt, starając się być samowystarczalni. Sytuacja zaognia się, gdy do strefy zaczyna przybywać coraz więcej osób niezadowolonych z polityki władz.
Tom dużo lepszy od poprzedniego. W końcu jest to prawdziwa fantastyka socjologiczna, a nie thriller sensacyjny jak tom pierwszy. Poznajemy kulisy Zespołu Ekspertów, który de facto kontroluje ten świat a także, wraz z bohaterami, wchodzimy do jednego z Ośrodków Resocjalizacyjnych. Ośrodki te, będące skrzyżowaniem szpitala psychiatrycznego z ciężkim więzieniem zajmują się korektą osobowości "dewiantów", którzy nie zgadzają się z linią władzy. Jak to ktoś ładnie opisał na okładce "Jeżeli rzeczywistości nie można dopasować do ludzi, wobec tego trzeba przystosować ludzi do rzeczywistości".
Ocenę zaniżają niekiedy irracjonalne decyzje dwójki głównych bohaterów, pracowników ośrodka a także drętwe dialogi i ogólna toporność jaką przejawia autor w opisie świata. Tym niemniej za zawrotne 7zł kupiłem właśnie na allegro ostatni tom, recenzja wkrótce
@trixx.420 Jakie są imiona bohaterów? W PRLu ludzie uwielbiali pisać różne "socjologiczne" SF i pod tym pretekstem krytykować zbrodniczy system, byle przeszło przez cenzurę, bo przecież władzy krytykować wolno nie było.
@trixx.420 Zauważyłeś że przez całe SF stworzone za komuny, nigdy nie ma polskich imion ani nazwisk? Tak kurewsko byliśmy wygłodniali "zachodu" (plus wielu liczyło na publikacje na zachodzie).
Rok 1348. Francja gnije od środka za sprawą zarazy, głodu i wojen. Thomas de Givras, były rycerz spod Crecy, włóczy się jak zwierzę, aż spotyka dziewczynkę (Delphine), która twierdzi, że widzi anioły. Ruszają razem na południe, w stronę Awinionu. To brzmi jak klasyczna droga przez mrok, ale "Dwa ognie" szybko pokazują, że to coś więcej niż postapokaliptyczne fantasy w historycznym kostiumie. To średniowieczny koszmar teologiczny, w którym piekło jest równie realne jak błoto na butach bohaterów.
Najbardziej uderzyło mnie to, jak Buehlman miesza brutalny realizm z oniryzmem, który jest... zbyt realny. Sny nie są tu mglistymi wizjami - są cielesne, lepkie, brudne, bolesne. Kiedy Thomas doświadcza piekła, to nie jest metafora. To rozbiór duszy na części pierwsze:
...Tamten z ogromnym wysiłkiem podszedł do Thomasa i zasiadł na swoim stołku. Bił od niego zapach przypominający dno studni. Wyglądał, jakby zbierało mu się na płacz.
– Thomasie de Givras – odezwał się, rzucając Thomasowi ojcowskie spojrzenie – Skazuję cię na potępienie...
czy
...Zapomniał, jak się nazywa… Doznawał jednej męki za drugą… obdzierano go ze skóry i zmuszano, by włóczył ją za sobą...
Te fragmenty są przykładem, że piekło nie jest tu efektem specjalnym. Jest konsekwencją wyborów, działań i rozkładu świata, który przyszło naszym bohaterom przemierzać.
Z drugiej strony mamy sceny tak przyziemne, że czuć zapach zgniłego zboża i końskiej derki (cytując Tomka Kopyra z blogu blog kopyra kom). Bitwa pod Crecy, spalony Paryż, głód, rabunki - wszystko jest historycznie dokładne, niemal dokumentalne. A potem nagle: galaretowate bestie w Rodanie, anioły spadające z nieba, potwory rodzące się z trupów, czy posąg matki boskiej z rozkładającym się dzieciątkiem trzymanym za kostkę. I co najważniejsze - to nie gryzie się ze sobą. Ten świat jest tak przekonująco zbudowany, że wszystko, co nadprzyrodzone, wydaje się być logiczną konsekwencją zepsucia świata.
Bardzo podobał mi się też motyw milczącego Boga. Boga, który postanowił zakończyć żywot ludzi raz na zawsze, zasłał na nich plagę w postaci Czarnej śmierci i przestał odpowiadać na ich modły.
Pokazuje to refren powracający jak cios:
A Pan nie odpowiadał.
To zdanie wybrzmiewa przez całą książkę. Bóg milczy, anioły działają po cichu, diabły eksperymentują z materią. Czarna Śmierć nie jest tu tylko chorobą - to element wojny. A człowiek? Człowiek jest między dwoma ogniami, ale też i pierwszym jej przegranym, bo z tej wojny nie uda mu się wyjść zwycięsko.
Thomas jako bohater to absolutny majstersztyk. Brutal, bluźnierca, cynik. A jednocześnie ktoś, kto mimo wszystko wybiera ochronę dziecka. Jego droga - od "nie mam nic i nie mam po co żyć" do świadomego wejścia w ogień - jest jedną z lepiej napisanych przemian, jakie czytałem w fantasy ostatnich lat. W jego ustach bluźnierstwa brzmią jak tarcza przed rozpaczą, a nie tania prowokacja, choć Delphine go za każde z nich gani i rozlicza.
Delphine z kolei to postać balansująca między niewinnością, a czymś znacznie większym. Nie jest mesjaszem wprost, ale jej obecność zmienia wszystko. To przez nią Thomas zaczyna walczyć o siebie i lepsze jutro.
Jeśli miałbym wskazać, co najbardziej trafiło w moje czytelnicze gusta - to właśnie to przemieszanie realizmu z wizjami, które są tak konkretne, że aż fizyczne. Sen i jawa mają tu tę samą wagę, co tu i teraz. Piekło jest równie materialne jak kolczuga. To książka brudna, momentami obrzydliwa, trudna do czytania, ale jednocześnie głęboko metafizyczna. Weird fiction w historycznym przebraniu i upudrowaną peruką. Postapo XIV wieku - Teologiczny horror.
Niektóre fragmenty są nietypowe i dziwne, ale w tej książce nic nie było w stanie mnie zaskoczyć:
Kiedy dotarli do miejscowości Ponchelvert, powitał ich przedziwny widok. Ktoś ukrzyżował karła. A karzeł wciąż był żywy. Nawet bardzo. Gdy wóz podjechał bliżej, zauważyli, że ukrzyżowany został przywiązany, nie przybity, a jego stopy opierają się na niewielkiej platformie.
Całkiem prawdziwa była natomiast tkwiąca na jego głowie cierniowa korona. Opodal w trawie leżała drabina, obok której czekały wiaderko i przytwierdzona do długiego kija gąbka.
Karzeł milczał, choć przez cały czas bacznie wędrowców obserwował. Pere Matthieu zatrzymał muła i wszyscy obrzucili krzyż osłupiałymi spojrzeniami.
Karzeł wskazał ruchem głowy wiaderko.
Delphine wyskoczyła z wozu, namoczyła gąbkę i podniosła ją do ust ukrzyżowanego.
Karzeł oblizał ją tak, że dziewczyna odruchowo pomyślała o owcy
Pozwolę sobie jeszcze zauważyć, że polska okładka jest do d⁎⁎y i przypomina słodko-pierdzące fantasy, a chyba nie ma dalszego określenia na to, co znajdziemy w treści. Dorzucam oryginalną okładkę do porównania.
“Stalin!” To jedyne słowo, wypisane na wszystkich plakatach i transparentach, ludzie wykrzykiwali, skandowali, unosiło się ono w mroźnym powietrzu, wszystkie spojrzenia zwrócone były ku trybunie na mauzoleum, gdzie stał On – w szynelu i prostej czapce uszance z opuszczonymi nausznikami. Wszyscy na trybunie byli w ciepłych czapkach, ale opuszcone nauszniki miał tylko Stalin, było mu zimno, i to czyniło go w oczach miliona manifestantów kimś jeszcze bardziej zwyczajnym i ludzkim – im też jest zimno, ale on marznie dotkliwiej, oni idą, a on przez kilka godzin musi stać bez ruchu na trybunie mauzoleum, żeby ich pozdrowić.
Bohaterów jest w tej książce mnogo. Jest przede wszystkim to tytułowe arbackie towarzystwo, jest Sasza Pankratow, jest Jura Szarok, są Nina i Waria Iwanowne (nazwiska jakoś nie zapamiętałem, a znaleźć nie mogę), jest Lena Budiagina. Jest matka Saszy, Sofia Aleksandrowna i jest wujek Saszy, Mark Riazanow, jest nawet ojciec Saszy, Paweł Nikołajewicz. Są też postaci autentyczne, wysoko postawieni urzędnicy, członkowie KC, tacy jak na przykład Nikołaj Jeżow (ten któremu zdarzyło się w pewnym momencie zniknąć, również ze zdjęcia ). No i jest jeszcze towarzysz Stalin.
W związku z takim nagromadzeniem postaci, wątków również jest w tej książce mnogo. Dla mnie, który czytam ją po raz pierwszy przede wszystkim wybijają się trzy z nich: wątek Saszy Pankratowa – ofiary systemu, Jury Szaroka – beneficjenta systemu i Józefa Stalina, tego systemu twórcy, podopory i gwaranta. Szczególnie ten trzeci wątek zasługuje na uwagę, bo pan Rybakow przedstawił bardzo obszerny portret psychologiczny nie tylko wodza, ale i całego stworzonego przez niego paranoicznego reżimu. O ile w sprawie reżimu Dzieci Arbatu przedstawiają solidny, umocowany w rzeczywistości obraz, tak w sprawie wodza nie mam pojęcia ile jest w tym wszystkim prawdy, a ile licentia poetica. Ech, chciałoby się przeczytać coś jeszcze, na przykład to i móc porównać, tylko czasu brak.
Technicznie, tak pod względem konstrukcji fabuły, jak i literacko, ta książka jest na wskroś radziecka (antyradziecką ma wyłącznie wymowę), co akurat mnie niekoniecznie przeszkadza, a w przypadku języka jest nawet swego rodzaju perwersyjną zaletą. I mimo nawet tego, że Dzieci Arbatu niczym mnie nie zaskakują, to, kiedy tylko znajdę czas, pewnie zapoznam się z drugim tomem tej opowieści, choć wiem przecież czego mogę się w nim spodziewać. I ze współczuciem, będę towarzyszył Saszy Pankratowowi w jego zesłaniu na Syberię (ta część ponoć oparta jest na doświadczeniach własnych autora), z pewnym być może niedowarzaniem, a już na pewno z brakiem zrozumienia będę śledził rozwój kariery Jury Szaroka obserwując, jak w imię kolektywu dba o swój własny interes i będę poznawał kolejne odcienie szarości z całej ich palety w sposobie myślenia towarzysza Stalina, ze zgrozą znajdując analogie w tym, co coraz częściej niestety obserwuję na co dzień.
Swoją drogą, to stwierdzenie ważna historycznie książka, w zestawieniu z moimi wrażeniami estetycznymi z jej lektury uświadomiło mi, że w zasadzie większość ważnych (głośnych) książek jest napisana literacko dość słabo (pierwsze z brzegu przykłady: 1984,Nowy, wspaniały świat). I może to jest ich zaleta, jeśli chodzi o szeroki odbiór?
@George_Stark Miałem namyśli że pokazuje dobitnie zbrodnie i życie w czasach totalitaryzmu których wielu ludzi nie zna.
O Holokałście i naziolach mamy milion książek i filmów, o Komuniźmie trochę książek z których zaledwie kilka zyskało większy odbiór, a filmów prawie żadnych.
Trochę ciężko ocenić taką książkę. W momencie, gdy powstawała to pewnie przecierała szlaki i była czymś świeżym. Czytając dzisiaj jest mało interesująca. Przekaz dość prosty, intrygi i zwroty akcji z dzisiejszej perspektywy tandetne, mało ciekawych bohaterów, tło historyczne też skromne. Nie wiem jak z tłumaczeniem, może ono też pozbawiło tę historię życia.
Szczególna dla mnie lektura dlatego, że sięgnąłem po nią tuż po zachwycie nad "Tajemną historią". Tamta powieść ustawiła poprzeczkę bardzo wysoko - intelektualnie, emocjonalnie i stylistycznie - więc wchodząc w "Szczygła" miałem w sobie ogromne oczekiwania. I właśnie dlatego książka zrobiła na mnie tak duże wrażenie: Tartt po raz kolejny udowodniła, że potrafi budować świat powoli, gęsto i z niezwykłą precyzją emocji.
Historia Theo Deckera zaczyna się od tragedii, ale bardzo szybko staje się czymś więcej niż opowieścią o stracie. To wielowymiarowa narracja o dorastaniu w cieniu traumy, o pamięci, o sztuce jako czymś, co może być jednocześnie ratunkiem i ciężarem. Tytułowy obraz - mały, niepozorny "Szczygieł" - staje się osią całej historii, symbolem wszystkiego, czego nie da się cofnąć, ale co wciąż definiuje życie bohatera.
Czytanie tej powieści było dla mnie cudowną, intensywną podróżą u boku Theo. Tartt pozwala być bardzo blisko jego myśli, lęków i decyzji, dzięki czemu emocje działają z ogromną siłą. Książka rozpisana na lata życia, pełna refleksji o przypadku, winie i przeznaczeniu. Bardzo wysoka ocena za skalę, za głębię i za to, że po raz drugi mogłem zanurzyć się w świat stworzony przez autorkę, która potrafi pisać literaturę naprawdę dużego formatu.
Tytuł: 438 Days: An Extraordinary True Story of Survival at Sea
Autor: Jonathan Franklin
Kategoria: reportaż
Liczba stron: 269
Ocena: 6/10
E, ok.
#bookmeter #ksiazki
José Salvador Alvarenga (ur. 1975) – rybak, który przez 14 miesięcy dryfował po Pacyfiku na uszkodzonej łodzi. Zaginął 17 listopada 2012 roku na Oceanie Spokojnym w okolicy meksykańskiego stanu Chiapas, a został odnaleziony 30 stycznia 2014. Przeżył dzięki diecie złożonej z surowego mięsa ryb, żółwi, ptaków wodnych oraz wody deszczowej[1].
Dobrze napisane postacie, narracja nie nudzi. Książka nie udaje, że jest czymś innym niż jest. Porządne, wciągające, dostarczające świetną rozrywkę high fantasy.
Dokładnie tego potrzebowałem aby ponownie wzbudzić w sobie miłość do czytania.
No i co najważniejsze: wątki kobiece nie są nudne!